Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 10

- Co? – tym prostym słowem usiłowałam wyrazić całe swoje oszołomienie i zaskoczenie. Jared tylko zachichotał i puścił jedną z moich dłoni, a następnie wkroczył do klasy, pociągając mnie za sobą. Pan Peta, który szedł za nami, zamknął drzwi. Wiedziałam, że prawdopodobnie się na nas gapił, ale nie odwróciłam się, by nie dać mu satysfakcji. Poza tym chyba nie potrafiłabym tego zrobić. Poruszałam się jedynie dzięki Jaredowi, który, z oplecionymi wokół moich palcami, prowadził mnie w kierunku ławki. Gdy już tam dotarliśmy, chłopak odsunął moje krzesło, więc usiadłam – a raczej klapnęłam – na nim. Jared nadal trzymał mnie z rękę, gdy także zajął miejsce.

Nie mogłam zapobiec wściekle czerwonemu rumieńcowi na swojej twarzy, który pojawił się natychmiast po tym, jak zorientowałam się, że wszyscy spoglądali w naszą stronę, niektórzy dyskretnie, inni całkowicie otwarcie. Wkrótce dostrzegłam również niedowierzające spojrzenie Catherine. Jej szczęka, dosłownie, opadła na jakieś kilka centymetrów. Przez moment chciałam, by parę much latających po klasie wleciało jej do ust, ale gdy tylko zauważyłam, że ze szczerym niepokojem patrzyła to na mnie, to na Jareda, natychmiast pożałowałam tych niecnych myśli.

W końcu, po dość długiej obserwacji, na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech, wyrażający pełną aprobatę. To spowodowało, że także się uśmiechnęłam. Wiedziałam, że Cat zrozumiała. Cóż, przynajmniej na tyle, ile mogła... Do jasnej anielki, nawet ja całkiem tego nie pojmowałam, a przecież siedziałam w tym po uszy. Wyjaśniło się jedynie, że Jared nie miał jakiejś śmiertelnej choroby i nie wykorzystywał mnie jako ostatniej okazji do dobrej zabawy. To mi wystarczyło. Na razie.

Byłam ciekawa, co skłoniło moją przyjaciółkę do zmiany zdania o sto osiemdziesiąt stopni. To musiało przyjść jej do głowy właśnie teraz. Starając się ignorować jawne gapienie się na nas całej klasy i jednocześnie starając się nie zaczerwienić jeszcze bardziej, zerknęłam na Jareda.

Patrzył na mnie. Znowu.

W ciągu paru ostatnich dni zdążyłam zauważyć, że nie spoglądał w ten sposób na każdego. Na początku myślałam, że tak robił – patrzył na ludzi, jakby przez długie lata nie mógł widzieć i bardzo nie chciał stracić wzroku ponownie – ale po tym, jak zachowywał się wobec niektórych osób z naszej grupy wywnioskowałam, że się myliłam.

- Panie Najera – słowa pana Pety przecięły powietrze jak naostrzony nóż. – Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż patrzenie na pannę Akalah jest zapewne bardziej fascynującą czynnością niż słuchanie mojego wykładu, jednak prosiłbym, by łaskawie raczył pan choć spróbować skupić się na lekcji, jeśli oczywiście nie wymagam zbyt wiele.

Po błysku oburzenia, który dostrzegłam w oczach Jareda, zgadałam, że miał zamiar odpowiedzieć nauczycielowi jakąś ciętą ripostą, że ten rzeczywiście wymagał od niego zbyt wiele, jednak zanim zdążył otworzyć usta, rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie i kiwnęłam przepraszająco głową w stronę pana Pety. Chłopak dostosował się do polecenia zaledwie na krótką chwilę, która jemu zapewne wydawała się wiecznością, bo po trzech sekundach znowu przyłapałam go na tym, że się na mnie gapił. I to w ten sposób.

Przez resztę dnia Jared chodził za mną jak mały, zagubiony szczeniaczek. Takie zachowanie było jednocześnie przerażające i wspaniałe. Nie mogłam się zdecydować, jak na nie reagować. Moje serce praktycznie cały czas biło znacznie szybciej niż powinno i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy rumieniec, który nieustannie widniał mi na twarzy, pozostanie tam już na zawsze.

Następne dwa tygodnie były dokładnie takie same. Przez cały czas trwania lekcji, na których siedzieliśmy razem, Jared trzymał mnie za rękę. Jedynie na matematyce zajmowaliśmy oddalone miejsca. Do pewnego czasu. Chłopak rzucał mojej sąsiadce na tyle przerażające spojrzenia, że gdy w końcu zaproponował jej, by się zamienili, dziewczyna chętnie się zgodziła.

Z ośmiu godzin lekcyjnych dziennie tylko na trzy chodziliśmy osobno. Gdy zajęcia się kończyły, Jared czekał już na mnie tuż przy drzwiach. Kiedyś zapytałam go, czy wybiega ze swojej klasy – która znajdowała się na przeciwległym końcu szkoły – minutę przed dzwonkiem, żeby zdążyć na czas, ale tylko się zaśmiał i złapał moją rękę, ostatecznie nic mi nie wyjaśniając.

Chłopak usiadł przy naszym stoliku w jadłodajni, zachowując się tak, jakby była to najnormalniejsza rzecz w świecie. Spytałam go, dlaczego nie jadł lunchu ze swoimi przyjaciółmi, ale wtedy stał się dziwnie zamknięty w sobie. Najwyraźniej pokłócili się, lub coś w tym rodzaju, przed tym, jak zniknął ze szkoły na trzy tygodnie, a teraz żaden z nich nie potrafił wyciągnąć ręki na zgodę.

Parę razy zauważyłam, że ponuro i ukradkiem spoglądali w swoim kierunku – Jared na chłopaków i oni na niego. Wszyscy wyglądali na złych i zranionych. Chciałam się dowiedzieć, co ich poróżniło, ale Jared wykręcał się od udzielenia mi jakichkolwiek wyjaśnień.

Tak było, dopóki jeden z jego kolegów, Paul, również przysiadł się do naszego stolika. Jared wytłumaczył to tym, że on także pokłócił się o coś z innymi – coś związanego z człowiekiem o nazwisku Sam Uley. I na tym skończył, więc najwidoczniej chciał jedynie usprawiedliwić nagłe pojawienie się swojego przyjaciela, a nie nad tym dyskutować.

Paul wyglądał podobnie jak Jared – ta sama rdzawobrązowa karnacja, wysoka, umięśniona sylwetka i czarne włosy, nawet obcięte w ten sam sposób, czyli niemalże do skóry. Catherine była nim oczarowana i zawsze starała się rozpocząć jakąś rozmowę, jednak chłopak nie wydawał się zbyt towarzyski i po wymamrotaniu niezrozumiałej wymówki podnosił się z krzesełka, wybiegał ze stołówki i znikał pomiędzy drzewami. Zachowanie Cat wywołało zazdrość u Bretta. Zapewniła go, że postępowała tak tylko z czystej uprzejmości, jednak mi wyznała, że jej myśli wcale czyste nie były.

Musiałam przyznać, że trochę bałam się Paula. Wydawał się taki ponury i ogromny, i, zgodnie z tym, co mówił Jared, miał paskudny charakter. W porównaniu z Jaredem – który, oczywiście, też był potężny, ale raczej przywodził na myśl promień słońca – przypominał bardziej chmurę gradową.

Przez kilka tygodni wszystko działo się w pewnym rytmie. Lubiłam zwyczaje i określone wzorce, bo dzięki nim nic mnie nie zaskakiwało i czułam się bezpiecznie. Jednak, rzecz jasna, żebyśmy znaleźli się z Jaredem w tym miejscu, w którym teraz byliśmy – chociaż tak właściwie to nie wiedziałam, jak daleko już zaszliśmy – musiały nastąpić pewne zmiany, więc w tym przypadku nie miałam nic przeciwko nim. Ale kiedy w pewien piątek Jared zaproponował, wyglądając na zaniepokojonego i podekscytowanego, że odwiezie mnie do domu, zaczęłam się martwić. Miałam dziwne przeczucie, że wkrótce wszystko stanie się o wiele mniej przewidywalne niż teraz.

Jazda odbyła się w zupełnej ciszy. Chłopak nie potrzebował żadnych wskazówek, więc natura milczka wzięła nade mną górę i delektowałam się komfortowym milczeniem. Jared zdawał się nie mieć nic przeciwko albo po prostu coś powstrzymywało go przed rozpoczęciem rozmowy.

Gdy zaparkował na podjeździe przed moim domem, otworzyłam drzwi i zarzuciłam torbę na ramię. Postawiłam jedną stopę na ziemi, kiedy poczułam na nadgarstku jego ciepłe palce. Spojrzałam na niego pytająco, ale on patrzył na nasze złączone ręce, siedząc niemalże nieruchomo. Jedynie uderzał nerwowo palcami drugiej dłoni o kierownicę. Odczekał długą chwilę, albo zbierając się na odwagę, albo myśląc nad czymś intensywnie. Nie mogłam tego odgadnąć.

- Kim? – odezwał się w końcu bardzo cichym głosem. Dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa i znienacka zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Nie potrafiłam nic poradzić na to, że cała miękłam, gdy chłopak wypowiadał w ten sposób moje imię – lub wypowiadał je w ogóle – ale jakoś udało mi się nie przewrócić. Dla ułatwienia z powrotem postawiłam obie nogi w samochodzie.

- Tak? – odparłam, brzmiąc tak, jakbym przed chwilą przebiegła maraton.

- Czy to nie za wcześnie, bym zaprosił cię na randkę? – spytał. Niecierpliwe oczekiwanie i obawa przed odmową widoczne w jego oczach spowodowały, że w moim brzuchu zaczęły latać motylki.

- Naprawdę nie wiem – przyznałam. – Nigdy wcześniej nie byłam na randce... – Bo nigdy wcześniej nie podobał mi się nikt poza tobą. Musiałam zamknąć usta, zanim wypowiedziałabym drugą część swojej odpowiedzi na głos.

- Ja też – odparł z uśmiechem. Starałam się nie zwracać uwagi na cudowny kształt jego warg i urocze zmarszczki wokół oczu, jednak poniosłam klęskę. Oddech uwiązł mi w gardle, co spowodowało, że nie mogłam się odezwać.

- Więc... sobota? – spytał. Pewnie spodziewał się jakieś normalnej odpowiedzi, ale byłam w stanie tylko szybko kiwnąć głową. Obdarzył mnie jednym ze swoich wspaniałych, szerokich uśmiechów i moje serce zaczęło bić tak szybko, że niemalże poczułam ból.

Zmusiłam się do wyjścia z auta i w deszczu pobiegłam w stronę domu. Pospiesznie otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się do środka. Zerknęłam przez okno i zobaczyłam, że Jared właśnie wyjeżdżał na główną drogę. Uśmiechnął się i pomachał do mnie, po czym odjechał.

Po braku odgłosów telewizora albo jakiejś kłótni wywnioskowałam, że byłam w domu sama. Jejku, jak ja się myliłam... Chyba w całym swoim życiu nie pomyliłam się aż tak bardzo.

- O mój Boże – wydyszała Cynthia, wyłaniając się z cienia szafy stojącej przy oknie. Zalała mnie fala strachu – ona wszystko widziała. Szybko opuściłam salon i pobiegłam na górę. Może jeśli nabrałabym ją, że zachowanie moje i Jareda nie było niczym nadzwyczajnym, to przestałaby się tym interesować. Powinnam wiedzieć, że to nie zadziała.

- Kim, Kim, Kim, moja ty świętoszkowata siostro! Czy to był ten ktoś, o kim myślę?