K/A: Trochę mi to zajęło, ale i tak poszło szybciej niż się spodziewałam. To miał być ostatni rozdział, ale rozrósł się do takich rozmiarów, że musiałam go podzielić na dwie części. Druga - ostatnia - już niedługo.


Rozdział dziesiąty: Pomoc z nieoczekiwanej strony

Wiedziała, że tak to się skończy. To była przecież tylko kwestia czasu aż w końcu przebierze się miara i te wszystkie koteczki, słoneczka i kochanieńka doprowadzą go do ostateczności.

Bulma stanęła jak wryta w progu salonu, z wybałuszonymi oczami patrząc jak już za moment jej matka dokona żywota, zamordowana pluszową kanapą.

Mijały kolejne sekundy, ale Vegeta, trzymający kanapę uniesioną wysoko nad głową, wciąż nie cisnął nią w stojącą przed nim kobietę. Pani Briefs, nieświadoma czekającej ją śmierci przez umeblowanie, włączyła odkurzacz i przejechała nim po wygniecionym w dywanie kwadracie kanapy. Nie przerywając pracy, powiedziała coś do Vegety, uśmiechając się szeroko. Przez szum odkurzacza Bulmie nie udało się usłyszeć tego co jej odparł, ale jej matka w odpowiedzi zachichotała jak pensjonarka.

Po chwili pani Briefs wyłączyła odkurzacz i krytycznym okiem zmierzyła podłogę.

- Dziękuję ci, kochany, chyba już wystarczy.

Vegeta delikatnie odstawił kanapę na miejsce i bez słowa opuścił niedoszłe miejsce zbrodni.

Minęło jeszcze kilka dobrych sekund zanim Bulma otrząsnęła się z szoku i, wciąż niedowierzając temu co zobaczyła, podeszła do matki.

- Koteńku, dobrze, że jesteś! – mama rozpromieniła się na jej widok i wręczyła jej odkurzacz. – Odstawisz go na miejsce? I jak zobaczysz tatusia, powiedz mu proszę, że nie musi już dziś naprawiać tego bota sprzątającego. Vegeta był tak miły i pomógł mi posprzątać.

- Dlaczego? – wykrztusiła z siebie Bulma.

- Jak to dlaczego? Przecież nie mogę pozwolić, żeby goście zobaczyli ten bałagan.

- Jacy goście?

- Nasi, moi i tatusia, oczywiście. Nie pamiętasz? – zapytała matka i skierowała się do kuchni, zabierając ze sobą stojący na stoliku wazon z podwiędłymi już kwiatami. - Przecież mówiłam ci, że organizujemy małe przyjęcie.

Bulma pobiegła za nią.

- Nic mi nie mówiłaś! – zawołała z wyrzutem, stając za matką, spokojnie nalewająca świeżej wody do wazonu.

- Jak to nie? Rozmawiałyśmy o tym parę tygodni temu. Nawet zgodziłaś się ze mną, że to jeszcze nie będzie za późno na organizowanie przyjęcia w ogrodzie. I miałyśmy rację, wrzesień jest wyjątkowo ciepły w tym roku.

Bulma za nic nie mogła sobie przypomnieć tej rozmowy. Chociaż, prawdę mówiąc, mama mogła mieć rację. W ostatnich tygodniach Bulma była tak zajęta, ciągle lawirując pomiędzy laboratorium a biurem, że prawie przestała widywać się z rodzicami. I nawet, kiedy jej matka, nie mogąc się doczekać córki w domu, przychodziła do niej do pracowni żeby pogawędzić, Bulma nie przerywała pracy, tylko słuchała jej jednym uchem, łapiąc co drugie słowo i potakując co jakiś czas. Ale jej uwagę na pewno zwróciłby plan sabotażu całych jej wysiłków utrzymania w tajemnicy obecności Nameczan w ich domu!

- Mamo, chyba oszalałaś! Nie możemy teraz urządzać przyjęcia! Nie kiedy mamy dom pełen kosmitów!

- Przecież to w niczym nie przeszkadza. – odparła mama spokojnie.

- Jak to nie! A co jeśli ktoś z gości zauważy Nameczan?! Ja tu codziennie drżę na myśl co będzie jeśli któryś z naszych pracowników jakimś cudem zobaczy któregoś z nich, a ty chcesz tu sprowadzić tłum ludzi?

- Oj, od razu tłum, to będzie mała grupka. Dziesięć, może dwanaście osób.

Bulma wytrzeszczyła na nią oczy.

- Tak właściwie to myślałam nawet, żeby zaprosić i Nameczan...

- Nie! Absolutnie nie! Wykluczone!

- Och, Bulma, przecież nie możemy pozwolić, żeby tak siedzieli wiecznie sami, skazani tylko na nasze towarzystwo. Nic by się nie stało, gdyby kilku naszych przyjaciół ich poznało.

- Przecież jak tylko się tu pojawili, ustaliliśmy, że dla ich bezpieczeństwa nikt nie może się o nich dowiedzieć. A ty teraz chcesz ich narażać?

- Co mogłoby się im stać…

- Mamo, ja nawet nie chcę myśleć co by się mogło stać!

- To poprosimy gości żeby byli dyskretni.

- I naprawdę uważasz, że zachowają to w tajemnicy? Myślisz, że taka Muriel nie pochwaliłaby się swoim koleżankom z klubu książki, że poznała przybyszów z obcej planety?

Mama pomyślała nad tym chwilę.

- No już dobrze, dobrze, niech ci będzie. Nie będziemy ich ze sobą zapoznawać. I postaramy się żeby nikt ich zobaczył. To nie będzie takie trudne przy dwudziestu osobach.

- Dwudziestu? To w końcu ilu ich będzie?!

- Oj, nie dramatyzuj! – matka machnęła ręką. - Poradzimy sobie. Poprosimy ładnie Nameczan, żeby zachowywali się cicho i nikt ich nawet nie zauważy.

Bulma popatrzyła na matkę z niedowierzaniem, na co ta poklepała ją uspokajająco po policzku.

- Będzie dobrze.

Bulma osunęła się bezwładnie na krzesło i zrezygnowana, oparła twarz na dłoniach.

- Naprawdę nie możesz jeszcze trochę poczekać z tym przyjęciem? – spróbowała jeszcze raz, błagalnym tonem. - Kiedy nie będzie już u nas Nameczan?

- Przecież zostają jeszcze kolejne cztery miesiące. Nie urządzę przyjęcia w ogrodzie w środku zimy! – zaprotestowała mama. - Poza tym, nie mogę tego teraz odwołać. Już wszystkich zaprosiłam!

Roześmiała się widząc zrozpaczoną minę swojej córki.

- Rozchmurz się, słoneczko! Chyba będziemy w stanie zapanować nad trzydziestką ludzi i przypilnować, żeby nie kręcili się wokół ogrodu zimowego.

- Trzydziestką…?

- Nie marudź, Bulmo. Nie pozwoliłaś mi wyprawić sobie urodzin, więc daj swojej matce chociaż szansę zorganizowania małego przyjęcia dla kilku znajomych. I tobie dobrze zrobi spotkanie się z ludźmi. Rozerwiesz się trochę. Od kiedy wróciłaś z tej kosmicznej podróży, żyjesz jak pustelnik. Tylko praca i praca.

Tu akurat mama miała rację.

Bulma westchnęła, pokonana.

- Dobrze. Niech będzie. Urządzaj przyjęcie. A co mi tam. Najwyżej pójdę do więzienia za udzielanie schronienia nielegalnym kosmicznym imigrantom. – dodała pod nosem. - Tylko jak my ich upilnujemy? Przecież wiesz, że goście zawsze wchodzą do szklarni żeby popodziwiać twoje rośliny. Nie będę przecież stać jej w wejściu i wypraszać każdego zbliżającego się tam gościa!

Mama zamyśliła się chwilę, po czym rozpromieniła się i klasnęła w dłonie.

- Powiemy, że nawieźliśmy tam organicznego nawozu.

Bulma zamrugała, próbując przetrawić to, co powiedziała jej matka.

- Chcesz powstrzymać ciekawskich mówiąc, że jest tam kupa gnoju? – zapytała.

- Aha! – przytaknęła Bunny.

- To… genialne.

- Prawda? – ucieszyła się Bunny. – Zobaczysz, będziesz się jutro świetnie bawić.

Bulma uśmiechnęła się nieprzekonywująco. Jutro czeka ją piekło.


Dmuchając na świeżo pomalowane paznokcie, Bulma wyjrzała przez kuchenne okno, przyglądając się uwijającym się jak w ukropie ludziom z agencji eventowej, ustawiającym w ogrodzie małe stoliki i rozciągającym między drzewami linki z lampionami. Nadal uważała, że zapraszanie kogokolwiek do domu było igraniem z ogniem, ale mama była tak podekscytowana, że Bulma nie miała serca dalej zrzędzić. Z resztą, co mogła teraz zrobić? Obdzwonić wszystkich znajomych rodziców i powiedzieć, że gospodarze się rozmyślili i impreza jest odwołana? Albo posadzić Vegetę przy drzwiach i liczyć na to, że jego ponura facjata odstraszy przybywających gości? Chociaż to akurat mogłoby zadziałać…

Rozłożone na wszystkich wolnych blatach w kuchni jedzenie wyglądało tak kusząco, że Bulma nie mogła się powstrzymać. Uważając na mokry jeszcze lakier, chwyciła jedna z malutkich, fikuśnych kanapeczek i wepchnęła ją do ust zanim mama zdążyła ją powstrzymać.

- Zostaw, to dla gości!

- Nic się nie stanie jak zjem kilka. – odparła Bulma i wzięła z tacy jeszcze jedną kanapeczkę. - Lepiej schowaj to zanim Vegeta wpadnie tu wpadnie i wszystko pożre.

Mama machnęła ręką.

- Już mówiłam mu, że to dla gości. Prosiłam go nawet żeby się do nas przyłączył, ale powiedział, że nie jest zainteresowany. Wcale się mu nie dziwę, w końcu będziemy tu tylko my, staruszkowie. Ale ty chyba nas nie zostawisz?

Bulma wolałaby wrócić do pracowni i podłubać jeszcze w napędzie kapsuły. Skończyli już prace nad nowym systemem lądowania, ale nadal nie była do końca zadowolona ze statku. Wiedziała, że działa jak należy, przecież Goku wypróbował kapsułę według ich projektu z sukcesem już te cztery miesiące temu, ale chciała dopracować wszystko co tylko się dało zanim zaczną przeprowadzać pierwsze oficjalne próby. Planowała opatentowanie napędu jeszcze w tym roku, ale czekała ją jeszcze masa pracy zanim będą mogli ogłosić swoje odkrycie, nie mówiąc już o wprowadzeniu go na rynek.

- A mam jakieś wyjście?

- Mówisz jakby to był przykry obowiązek. – mama zmarszczyła brwi. – Przecież lubisz przyjęcia!

Jasne, uwielbiała, ale takie gdzie średnia wieku była niższa niż pięćdziesiąt pięć lat, a w tle leciało coś żywszego niż smooth jazz.

- Nie mogę się doczekać. – powiedziała ze sztuczną wesołością.

Mama zignorowała jej sarkazm.

- Tak mi przykro, że nie możemy zaprosić Nameczan. Czuję się podle, że my się będziemy bawić, a oni będą tkwić zamknięci w szklarni! Będziemy musieli im to jakoś później wynagrodzić.

- Masz na to jeszcze kolejne sto trzydzieści dni.

- I bardzo się z tego cieszę! Jak to cudownie, że przekonałaś ich żeby zostali u nas dłużej.

Moori sam zaproponował, że odda im życzenia, ale Bulma pozwoliła, żeby mama przypisała jej tą zasługę. Miała wrażenie, że od kiedy wróciła do domu z Namek, czego by nie zrobiła, w oczach matki ciągle była tą złą. Miło było być w końcu u niej na plusie, nawet jeśli niezasłużenie.

- Myślisz, że udałoby Ci się przekonać też Vegetę żeby u nas został?

Bulma parsknęła śmiechem.

- Nie wiem, czy jego ktokolwiek mógłby przekonać do czegokolwiek.

- Bo ja wiem? Obiło mi się o uszy, że ktoś w tym domu potrafi przemówić mu do rozumu. – powiedziała mama i puściła do niej oko.

Bulma skrzywiła się.

- Nie wiem o czym mówisz.

- Ando opowiedział mi jak uratowałaś naszych pracowników od starcia z Vegetą. – mama uśmiechnęła się słodko. - To już nie pierwszy raz kiedy dla ciebie powstrzymuje się przed zrobieniem czegoś czego mógłby potem żałować.

- Nie dla mnie, ale dzięki mnie. – prychnęła Bulma poirytowana. – I wcale nie będzie mu przykro kiedy Vegeta w końcu wróci skąd przybył i nie będę musiała już więcej gasić jego pożarów. Mam lepsze rzeczy do roboty niż niańczenie dorosłego mężczyzny o temperamencie rozpuszczonego pięciolatka.

- Naprawdę nie będzie ci go brakowało? Ja już tak się przyzwyczaiłam do jego obecności w domu, że będę strasznie tęsknić. I komu będę teraz gotować skoro Nameczanie nie chcą nic jeść?

- Mnie i tacie? I Yamchy, jak już wróci?

Mama w odpowiedzi pokiwała głową bez przekonania.

– No dobrze, a teraz bądź tak miła i przypilnuj przygotowań przez chwilę. Mamusia musi zrobić się na bóstwo!

- A ja? – Bulma ruszyła w ślad za matką. - Ja też muszę się ogarnąć!

- Ty jesteś śliczna nawet bez makijażu! – zawołała mama i nucąc, tanecznym krokiem opuściła kuchnię, zostawiając Bulmę pośrodku morza tartinek i koreczków.


Na dworze było już zupełnie ciemno kiedy Bulma skończyła nakładać szminkę i popatrzyła w lustro na końcowy efekt. Był więcej niż zadowalający. W końcu wzięła się w garść i wyregulowała brwi, a kreski zrobione czarnym eyelinerem wyszły jej symetrycznie jak nigdy. Mogłaby trochę bardziej zaszaleć z cieniem do powiek, ale w sumie nie było po co. Komu miała niby zaimponować? Starszym panom i ich nabotoksowanym żonom? Rodzice zaprosili swoich znajomych, głównie kumpli od golfa i udziałowców firmy z którymi w większości ojciec znał się jeszcze ze studiów. Nie żeby Bulma oceniała ludzi względem wieku - na pewno byli szalenie interesującymi osobami, ale jakoś nie porywała jej myśl o tym, że będzie musiała spędzić ten wieczór w towarzystwie podpitych sześćdziesięciolatków.

Jeszcze nie było za późno, mogłaby zostać w pokoju i udać, że nie ma jej w domu… Ale to byłoby niegrzeczne. Z resztą przecież już obiecała mamie, że będzie... Trudno, pójdzie tam, pouśmiecha się, pośmieje z drętwych żarcików, zostając tylko tyle, ile wymagała grzeczność i wróci do siebie.

Obejrzała się jeszcze raz w lustrze. Obcisła mała czarna z głębokim wycięciem na plecach prezentowała się na niej znakomicie. Jak zawsze na przyjęciach rodziców, nauczona doświadczeniem, zrezygnowała z jakiegokolwiek dekoltu – nie było nic gorszego od starszych drugie tyle od niej mężczyzn, z których większość znała ją jeszcze jako dziewczynkę, prowadzących konwersację nie z nią, a z jej biustem.

Miała nadzieję, że w półmroku nikt nie będzie przyglądał się jej kolanom – już się wygoiły, ale prawą nogę wciąż zdobił wielki, całe szczęście już pobladły siniak.

Chwyciła małą, złotą kopertówkę i zeszła na dół, już z daleka słysząc płynąca z zewnątrz muzykę.

Okazało się, że z zapowiadanych przez jej matkę trzydziestu osób zrobiło się ponad pięćdziesiąt. Plus kelnerzy. Bulma z zaciśniętym gardłem popatrzyła na tłum ludzi w lnianych marynarkach i sukienkach koktajlowych, mając nadzieję, że fikcyjna kupa gnoju będzie dla nich wystarczającym starszakiem. Nie miała zamiaru zużywać jednego z życzeń na wymazanie pamięci wścibskich przyjaciółek jej matki.

Złapała z tacy przechodzącego obok niej kelnera kieliszek szampana i jednym haustem wychyliła jego połowę. Socjalizację czas zacząć.


Na nudne przyjęcia Bulma miała trzy sposoby: pierwszy - wypić wystarczająco znieczulającą ilość alkoholu żeby nudę zastąpił stan przyjemnego odrętwienia, a wszyscy wokół nagle wydali się bardziej interesujący, drugi - zabrać ze sobą kogoś z kim można by potańczyć i ponabijać się z gości, oraz trzeci - najmniej rozrywkowa opcja, czyli króciutkie rozmowy o niczym z jak największą liczbą gości i ulotnienie się z przyjęcia tak szybko, na ile pozwalała grzeczność.

Niestety, tym razem wszystkie trzy opcje odpadały: z tego co mówiła mama, Bulma i jej awans miały być atrakcją wieczoru, więc musiała ostrożnie obchodzić się z alkoholem, Yamcha z wiadomych przyczyn nie mógł jej towarzyszyć, a żadna z jej koleżanek nie zdecydowała się zaszczycić przyjęcia swoją obecnością, i, ponieważ przyjęcie odbywało się w ich domu, niespecjalnie miała jak się ewakuować. Jej nieobecność zaraz zostałaby zauważona. Pozostawało jej powoli sączyć szampana z kieliszka i z wymuszonym uśmiechem krążyć od grupki do grupki bogaczy w średnim w wieku, starając się, żeby zbyt ostentacyjnie nie zerkać na dyndającą na jej nadgarstku złotą bransoletkę z zegarkiem.

Mama się nie myliła – każdy z ich gości uznał za obowiązkowe osobiście pogratulować jej awansu. Na początku to było miłe, ale ściskanie kolejnych spoconych dłoni i zapewnianie, że jest bardzo podekscytowana nową rolą szybko ją zmęczyło. Najuprzejmiej jak umiała spławiła kolejną parę uśmiechniętych i już lekko wstawionych sześćdziesięciolatków i zaczęła rozglądać się wśród tłumu za swoimi rodzicami, układając w głowie sensowną wymówkę. Jest już późno, a ona jutro chciała trochę popracować. Albo zaszkodziło jej sushi. I zmęczyły jej się nogi w tych…

Podskoczyła, czując jak ktoś szczypie ją w bok. Odwróciła się gwałtownie, gotowa trzasnąć zboczeńca, który ośmielił się ją dotknąć i w ostatnim momencie powstrzymała świerzbiąca do bitki rękę.

- Wujek Jenkins!

Zwalczyła wpełzający na twarz grymas i obdarzyła stojącego przed nią mężczyznę kwaśnym uśmiechem. Jenkins nie był tak naprawdę z nimi spokrewniony, ale znał się z ojcem od studiów i od kiedy tylko pamiętała kazał jej się tytułować 'wujkiem". Odkąd też pamiętała, zawsze zaczajał się - co było dość imponujące jak na człowieka jego postury - i z zaskoczenia szczypał lub klepał ją przy każdej nadarzającej się okazji. Jemu oczywiście wydawało się to szalenie dowcipne, ale z roku na rok jego ręce wędrowały coraz niżej. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby następnym razem pozwolił sobie na klepnięcie jej w tyłek.

- Mam cię wreszcie! Chodź no tu, jeszcze ci nie gratulowałem!

Objął ją tłustym ramieniem i mocno przycisnął do swojego boku.

- Kto by pomyślał, że nasza mała Bulma tak szybko zostanie prezesem! Pamiętam jeszcze jak biegałaś po laboratorium i przykładałaś magnesy do monitorów!

- To było dawno temu. – powiedziała, próbując stanowczo, acz grzecznie wyrwać się z jego uścisku. – Staram się już nie niszczyć nieumyślnie własności Korporacji.

- Nieumyślnie, he, he. Ale teraz to możesz sobie i podpalić biurowiec, w końcu to wszystko już twoje.

- Czasami mam na to ochotę, ale jeszcze jakoś się powstrzymuję.

Jenkins roześmiał się głośno, aż wszystkie jego trzy podbródki zatrzęsły się ponad kołnierzem wzorzystej koszuli.

- Jak zawsze tak samo zabawna jak ładniutka! Ale obrączki na palcu dalej nie widzę! Czekasz aż wujek Jenkins pójdzie po rozum do głowy rozwiedzie się dla ciebie z Panią Jenkins?

Czując niesmak w ustach, Bulma uśmiechnęła się tylko nieprzekonywująco.

- No, ale teraz to się nie będziesz mogła opędzić od kawalerów! – kontynuował Jenkins. – Taka partia jak ty to marzenie każdego chłopaka! Twój tatuś będzie musiał założyć elektronicznego pastucha na ogrodzeniu, żeby odganiać adoratorów!

Nagle Bulma poczuła się jakby znowu miała czternaście lat i w swojej pierwszej wyciętej sukience stała pośród dorosłych ludzi, komentujących jak ładnie się zaokrągliła i bombardujących ją pytaniami czy już ma jakiegoś chłopca na oku.

- Już mam chłopaka. – odparła szorstko.

- Ach, ten bejsbolista! – w zamglonych mgiełką alkoholu oczach Jenkinsa rozbłysło nikłe światełko rozumu. - To on jeszcze żyje?

Szczęśliwie, w tej chwili w tłumie mignęła jej seledynowa sukienka jej matki.

- Mamo! Mamo, zaczekajcie! – Bulma wspięła się na palce i gorączkowo pomachała próbując zwrócić uwagę matki. Ta wychyliła się zza stojących przy bufecie ludzi i odmachała jej.

- Może przyłączymy się do rodziców, co wujku? Nie widziałam ich cały wieczór.

- Pewnie, pewnie. Chodź, rybko.

Wujek Jenkins niczym taran sunął wśród gości, a ona, ciągnięta za ramię, mogła tylko próbować nie połamać sobie nóg w wysokich szpilkach.

Gdy od rodziców dzieliła ją już tylko kilka kroków, Bulma zatrzymała się gwałtownie. Albo przynajmniej próbowała się zatrzymać, bo wujek Jenkins zobaczywszy bufet, jeszcze przyśpieszył kroku i pędził niczym kula armatnia. Rodzice i stojący z nimi goście już ich zobaczyli, było za późno na ucieczkę. Bulma odetchnęła głęboko i kiwnęła do ostatniego z gości, z którym nie miała dziś jeszcze okazji się przywitać. Okazji i ochoty. Chudy, mały, i mimo swoich dziewięćdziesięciu lat wciąż wyprostowany jak struna, prezes Stokes zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Od ponad pół wieku trzymał w garści rodzinną firmę (wydobycie rud żelaza i produkcja stali, jakże doskonale komponujące się z jego charakterem), doprowadzając tym do rozpaczy swoje dzieci i starzejące się już wnuki. Jego cienka, pergaminowa skóra, spod której nawet w słabym świetle widoczne były niebieskie żyłki oraz wodniste, ale wciąż przenikliwe oczy nadawały mu przedziwny wygląd kogoś, kto lada chwila mógłby się przewrócić i umrzeć, ale nie pozwoli sobie zejść ani chwili wcześniej niż ci, którzy na to tylko czekają.

Mama przyciągnęła ją do siebie i troskliwie otoczyła ramieniem.

- Bulma, słoneczko, już się martwiłam, że nas zostawiłaś!

- Nie, rozmawiałam tylko z gośćmi po drugiej stronie ogrodu.

- Właśnie opowiadaliśmy Robertowi jak bardzo się cieszymy z mojej emerytury. – powiedział ojciec stając z drugiej jej strony, zupełnie jakby rodzice instynktownie próbowali ją ochronić przed ostrym wzrokiem Stokesa. – Powoli zaczynamy już planować wycieczki i szukamy ciekawych miejsc. – wyjaśnił Jenkinsowi. - Ale okazuje się, że Robert nie ma nic godnego polecenia.

- Ty chyba już dawno nie byłeś na wakacjach, co Stokes?

Stokes ściągnął usta w wąską linię.

- Nie mam potrzeby rozbijać się po świecie. Ani możliwości. Wystarczy, żebym odwrócił się na moment i wszystko na co pracowałem obróci się w zgliszcza.

- Nie wierzysz w możliwości swoich dzieci?

- Och, wierzę, że są bardzo zdolne. – powiedział i uśmiechnął się gorzko. - Do roztrwonienia mojego majątku. Dziś młodzi tylko to potrafią.

Bulma z trudem wytrzymała konfrontacyjne spojrzenie Stokesa.

- Nasza Bulma taka nie jest. – ojciec położył rękę na jej ramieniu. – Jesteśmy pewni, że da sobie radę z firmą.

Stokes pokręcił głową.

- Trudno mi podzielać twój spokój, Doktorze. Ale jak widać, jesteśmy bardzo różnymi ludźmi. Niektórzy z nas wiedzą, jaką dźwigają na sobie odpowiedzialność. Podziwiam, że nie żal ci zaprzepaszczać tych wszystkich lat pracy dla zobaczenia kilku ładnych widoczków.

- Dlaczego od razu zaprzepaszczać? - zaczął spokojnie doktor, ale Bulma weszła mu w słowo.

- Skąd taka pewność, że pogrążę firmę? Czy to aż tak nieprawdopodobne, żebym podołała obowiązkom prezesa?

- Bycie prezesem to więcej niż podpisywanie papierków i uśmiechanie się do zdjęć w gazetach, Bulmo. Trzeba sterować firmą, podejmować stanowczo decyzje, trudne decyzje. Twardą ręką rządzić ludźmi i nie litować się nad nimi i ich pomyłkami…

- A ja nie jestem w stanie tego robić? – Bulma wyswobodziła się z objęć matki i instynktownie zrobiła krok do przodu. - Bo jestem kobietą?

- Bo jesteś młoda. – odparł Stokes beznamiętnym głosem, co jeszcze bardziej rozjuszyło Bulmę. - Niedoświadczona. I nie wiesz nawet połowy tego, co trzeba wiedzieć żeby choć poprawnie zarządzać firmą tych rozmiarów.

Ale w jego spojrzeniu widziała, że ledwo powstrzymywał się przed powiedzeniem, że ktoś o jej biodrach powinien zabrać się za rodzenie dzieci, a nie dowodzenie technologicznym imperium.

- I choćby okazało się, że już coś wiesz i ojciec dobrze cię pokieruje, to i tak nie wszystkiego co trzeba mieć na tej pozycji można się nauczyć. A jeśli już postanowiłeś oddać jej firmę – zwrócił się do Doktora. - powinieneś zrobić to znacznie później, jak już będzie znała coś więcej niż same podstawy biznesu.

Nie wiedziała jak jej ojciec tak spokojnie mógł przyjmować tak bezwstydną krytykę od Stokesa. Ona aż dygotała ze wściekłości! Chyba, że… że zgadzał się z tym co mówił Stokes. Choć w części.

- Albo znajdzie kogoś, kto będzie jej potrafił z tym pomóc. – ciągnął dalej Stokes. - Ale nie liczyłbym na to. Raz, że mężczyźni są teraz słabi, dwa, kobieta wysokim stanowisku to nie jest dobra kandydatka na żonę.

Już miała wypalić, gdzie Stokes może sobie wsadzić takie opinie, kiedy ojciec odezwał się opanowanym głosem:

- Zawsze uważałem, że ludzie szybciej uczą się przez praktykę niż przez przyglądanie się z boku.

- Tak można mówić o jeżdżeniu rowerem, ale nie obracaniu miliardami, Doktorze.

- Nasz model zarządzania firmą jest trochę inny od twojego, to prawda. Ale mimo to, do tej pory radziliśmy sobie nie gorzej od was.

Jak na jej ojca, to zabrzmiało złośliwie. Stokes też to zauważył i zmarszczył brwi.. Najwyraźniej ubodło go to, ale wiedząc, że z Doktora nie wyciągnie nic więcej, zwrócił się znowu do Bulmy.

- Tak… Świat się zmienia, niestety. W dawnych czasach nikt by nawet nie pomyślał, żeby pozwolić kobiecie na podejmowanie decyzji ważniejszych niż to, co będzie na obiad.

- W dawnych czasach starzy ludzie umierali i robili miejsce młodym. – odparowała Bulma. - Ale rzeczywiście, świat się zmienia i nie wszyscy mają na tyle taktu żeby to zrobić.

Wujek Jenkins parsknął śmiechem, a jej rodzice wymienili zaskoczone spojrzenia. Bulma nagle zrozumiała, że te cztery kieliszki szampana które już wychyliła sprawiły, że może posunęła się o maaały krok za daleko.

Wykorzystując moment milczenia zaszokowanego Stokesa, Bulma skinęła reszcie zamarłych gości i szybkim krokiem odeszła od grupy. Dobiegły ją jeszcze głosy rodziców, przepraszających Stokesa za jej słowa, ale nie obchodziło jej to. Wrzała z gniewu. Tak bardzo, że nie zorientowała się, że idzie w złą stronę. Stanęła na końcu wyłożonego kostką tarasu i zawahała się - żeby wejść do domu, musiałaby wrócić się i przejść obok Stokesa i tych wszystkich ludzi którzy widzieli jak zrobiła scenę. A to zabiłoby cały dramatyzm jej wybuchu. Bez namysłu ściągnęła z nóg szpilki, weszła na mokry od rosy trawnik i ruszyła przed siebie.

Maszerując po zimnej trawie obeszła dom dookoła, wciąż powtarzając sobie słowa Stokesa w głowie. „Uśmiechać do zdjęć"? „Znaleźć sobie kogoś, kto jej pomoże"? Za kogo on ją miał? I jak śmiał! Był tylko starym dziadem, reliktem zamierzchłych czasów, który żył w swoim szowinistycznym wyobrażeniu świata! Świata, którego już nie było!

Zatrzymała się przed kuchennymi drzwiami. Przez rozświetlone okna zobaczyła kręcącą się po kuchni obsługę i zdała sobie sprawę, że nie chciała jeszcze wracać do domu. To byłaby ucieczka, a ona nie zrobiła nic na tyle złego, żeby uciekać. Odbiła w prawo, w głąb ogrodu. Była już niedaleko szklarni i przez myśl przebiegło jej, że mogłaby wejść do Nameczan – oni zawsze działali na nią kojąco - ale rozmyśliła się. Nie, jeszcze nie teraz. Nie zanim się nie uspokoi.

Szła prosto przed siebie, aż doszła do murowanych kwietników, stojących po przeciwnej stronie tarasu. Przysiadła na jednym z nich i spojrzała na rozświetlony taras w oddali. Była wystarczająco blisko, by wciąż dobiegała ją muzyka, ale dość daleko, by żaden z gości jej nie zauważył i nie daj boże nie ubzdurał sobie podejścia do niej i wyrażenia swojego zdania na temat jej sprzeczki ze Stokesem.

Wyciągnęła paczkę papierosów z kopertówki i chwyciła jednego z trzech ostatnich w opakowaniu. A to była paczka otwarta wczoraj. Czyli wszelkie nadzieje rzucenia papierosów wzięli diabli. Odpaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko.

Chłodny wiatr smagał ją po odsłoniętych plecach. Zatrzęsła się. Z dala od ogrzewających taras lamp czuć było jesienny chłód, ale ani zimno, ani papierosy, ani płynący z tarasu cichy jazz nie uspokoiły jej na tyle, by mogła już wrócić na przyjęcie. Znając siebie, wiedziała, że jedno nieostrożne słowo nieodpowiedniej osoby, a jej udział w imprezie skończyłby się przyłożeniem komuś w twarz. Skuliła więc tylko ramiona i zapaliła następnego papierosa.

Wiedziała, że ten wieczór nie będzie udany, ale nie podejrzewała, że skończy go z aż tak zepsutym humorem. Ale czy nie tego właśnie powinna się dziś spodziewać? To była tylko kwestia czasu, aż któryś z gości, z rozluźnionym alkoholem językiem powie w końcu głośno co myślą o ostatnich zmianach.

Od kiedy tylko podali do publicznej widomości jej awans, ludzie zaczęli traktować ją inaczej. I nie oznaczało to wcale, że lepiej. Miała wrażenie, że wszyscy zachowywali się, jakby jej ojciec oszalał i oddał stery humorzastej nastolatce, a nie dorosłej kobiecie, która spędziła tysiące godzin pracując z nim ramię w ramię, nie tylko ślęcząc w laboratorium, ale i nadzorując wszystkie podejmowane w firmie decyzje. Stać ją było na więcej niż dłubanie w elektronice. I wyglądanie ładnie na zdjęciach… Gdyby była mężczyzną, nikt nie przyczepiłby się do jej sesji dla Forbesa. Powiedzieliby, że robi dobrą prasę dla firmy. A że była kobietą, to od razu zmieniało się to w akt próżności, realizowanie jakichś ukrytych marzeń o karierze modelki…

Miała tego dość. Nikogo nie prosiła o tą pozycję. I nie przyjęła by jej gdyby wiedziała, że tak bardzo zszarpie jej to nerwy.

- Długo to jeszcze potrwa?

Bulma wzdrygnęła się i obróciła za siebie gwałtownie. Pięknie, jeszcze tylko jego tu brakowało.

Vegeta obszedł kwietnik dookoła i stanął dwa kroki od niej. Wzruszyła ramionami i zaciągnęła się papierosem.

- Goście są już nieźle wcięci, pewnie zaczną się rozchodzić za godzinę, może półtora.

Obciągnęła sukienkę i spojrzała w jego stronę. Czekała na jakiś komentarz dotyczący papierosa w jej ręku – wciąż pamiętała, jak zareagował kiedy ostatni raz natknął się na nią gdy paliła – ale nic nie powiedział. Stał tylko, wpatrując się w rozświetlony taras i tłoczących się tam ludzi. Ale dla ostrożności, tym razem będzie mocno trzymała papierosa w palcach.

Wypuściła dym z dala od niego i przerwała ciszę.

- Ty nie w kapsule? Myślałam, że się schowasz tam przed moją matką na wypadek gdyby i ciebie chciała zmusić do bawienia się na przyjęciu.

- Nie. Twój ojciec powiedział, że jest mu potrzebna.

- Och. – pokiwała głową ze zrozumieniem. - Pewnie chce ją pokazać udziałowcom. Wspominał, że ma to w planach. A skoro większość z nich jest tu dziś, to pewnie chciał skorzystać z okazji.

- Po co?

Tego się nie spodziewała. Vegeta nie wdawał się w zbędne rozmowy. W ogóle ograniczał swoje interakcje z ludźmi do minimum. A to – zadawanie pytań na które nie można było odpowiedzieć zwykłym tak lub nie – nie było do niego podobne. Minęło kilka sekund nim udało jej się otrząsnąć z szoku.

- Chcemy zbudować ich więcej, więc musimy najpierw poinformować o tym naszych inwestorów.

Vegeta się skrzywił.

- Przecież są wasze. Musicie pytać obcych ludzi o to co możecie robić ze swoją własnością?

- Technicznie rzecz biorąc, kapsuła jest własnością Korporacji Kapsuła. Wszystkie nasze wynalazki są. – wyjaśniła. – A Korporacja to nie tylko ja i mój ojciec. To jeszcze masa ludzi zaangażowanych w firmę. Zanim cokolwiek zrobimy, musimy dostać od nich zielone światło. Przyzwolenie. – doprecyzowała na wszelki wypadek. – Jesteśmy właścicielami większości akcji firmy, ale nadal wszystkie ważne decyzje musimy najpierw skonsultować z resztą udziałowców.

Zaciągnęła się ostatni raz i zgasiła papierosa na kwietniku.

- Planujemy z ojcem wprowadzić do sprzedaży statki kosmiczne. Jeszcze sporo czasu minie, zanim rzeczywiście zaczniemy je sprzedawać, ale to będzie ogromne wydarzenie na rynku. I ogromny przedsięwzięcie dla firmy. Będziemy musieli utworzyć zupełnie nowy sektor w Korporacji. Działamy już w branży komunikacyjnej, ale jeśli chodzi o podróże pozaziemskie na tą skalę, to coś, czego jeszcze nie próbowaliśmy. Nawet o tym nie myśleliśmy… Nie zanim wy się nie pojawiliście.

Vegeta oparł się o kwietnik i pokręcił głową.

- Ziemianie będą mogli prowadzić ekspansję na wszechświat przeze mnie. – wymamrotał.

- Chwalisz się czy żalisz?

- Co?

- Nic. - uśmiechnęła się kwaśno. – To przecież nie twojej kapsuły użyliśmy żeby zbudować nowe statki.

- Ale to ja zdecydowałem, że Raditz przyleci na Ziemię.

- O. No to należą ci się podziękowania od wszystkich ludzi którzy zbiją fortunę na kosmicznych wojażach. – zaśmiała się. On tylko prychnął w odpowiedzi.

- Co, boli cię, że i my będziemy mogli teraz podróżować po kosmosie? – zakpiła. - Nie bój się, nie ma szans żebyśmy zrobili coś gorszego niż to, co wy zgotowaliście nam.

Vegeta obruszył się na te słowa i podniósł się z kwietnika.

- Hej, zostań, nie chciałam być złośliwa. – zatrzymała go zanim zdążył się ruszyć. Popatrzył na nią z ukosa. – No dobrze chciałam, ale był tylko żart. Nie bądź taki drażliwy.

Wahając się przez chwilę, jak potraktować jej zaczepki, Vegeta w końcu znów oparł się o murek, splatając ręce na piersi.

- Po co wam to? – zapytał. - Wydawało mi się, że i tak już jesteście bogaci.

- Obrzydliwie bogaci. Ale to nie przeszkadza, żebyśmy się dalej rozwijali. Poza tym, tatuś zdobył swoją sławę dzięki kapsułkom Hoi-Poi, przydałoby się, żebym i ja miała na swoim koncie wynalazek tej miary. A podarowanie ludzkości możliwości podróży po wszechświecie wystarczy, żebym została zapamiętana.

- Zrobił fortunę na kapsułkach?

- Tak, to on jest ich wynalazcą. Widziałeś gdzieś w kosmosie taką technologię jak nasze kapsułki?

- Nie. Niczego podobnego.

- No właśnie. Każdy głupi może zaprojektować samochód, ale zrobić tak, żeby już nigdy więcej nie szukać miejsca parkingowego? To jest już coś.

- Więc robicie kapsułki. I pojazdy.

- Pojazdy, domy, elektronikę – wszystko co da się zmieścić do kapsułki. Ja kiedyś rozważałam jeszcze broń, ale tatuś jest pacyfistą, więc nigdy nie podnosiłam tego tematu.

Zawiał wiatr i Bulmę przeszedł dreszcz. Nie zamierzała tu tak długo siedzieć i już nieźle zmarzła, ale nie mogła teraz wrócić do domu po coś ciepłego. Złapanie Vegety w nastroju do rozmowy to była jedna szansa na milion i nie mała zamiaru jej zaprzepaścić tylko dlatego, że dostała gęsiej skórki.

- Produkcja broni kłóciła by się z naszą polityką firmy. Naszym celem jest ułatwienie ludziom życia i dobro planety. I temu staramy się być wierni. Czytałam kiedyś, że już 10 lat po wprowadzeniu na rynek naszych poduszkowców światowa emisja dwutlenku węgla spadła o siedem procent. Aż siedem procent! Nawet nominowali tatę za to do pokojowej nagrody Nobla, ale ostatecznie przegrał z jakimś afrykańskim politykiem. Pewnie stwierdzili, że jeden Nobel mu już wystarczy...

Nagle zdała sobie sprawę, że Vegeta najprawdopodobniej nie zrozumiał nic z tego, co właśnie powiedziała. Mimowolnie uśmiechnęła się lekko. Czasami można było zapomnieć, że nie był stąd.

Przez cały jej wywód nie patrzył na nią, wzrok skupiając na skąpanym w ciepłym świetle tarasie, ale była pewna, że słuchał tego co mówi. Nawet jeśli nie miało to dla niego sensu.

Mieszkał u nich od czterech miesięcy, a dopiero dziś po raz pierwszy zdołała normalnie z nim porozmawiać i wyjaśnić odrobinę kto tak naprawdę go gościł. Ale o nim nadal nie wiedziała wiele ponad to, czego dowiedziała się w jego pierwszych dniach tutaj.

- Tak więc widzisz. – kontynuowała. - Nawet będąc tak bogatymi, i tak musimy sobie zaskarbiać przychylność innych ludzi.

- Zapraszając do domu ludzi i oferując im jedzenie?

- W sumie to tak. I alkohol.

Spojrzała w kierunku przyjęcia. Ludzie na tarasie zaczęli się głośno śmiać - Jenkins z małżonką ku radości innych gości rozpoczęli niezgrabne tango, a raczej on próbował tańczyć, a ona wyswobodzić się z jego uścisku.

- Wasz alkohol aż tak ogłupia? – zapytał Vegeta wpatrując się w to widowisko.

- Akurat jemu niewiele go trzeba żeby zaczął szaleć.

Odwróciła się do niego.

- A ty? Nigdy nie piłeś ziemskiego alkoholu?

Pokręcił głową.

- Zaczekaj tu chwilę!

Przebiegła przez trawnik i podeszła do najbliższego kelnera. Chwyciła dwa kieliszki szampana i starając się nie rozlać ich zawartości, prędko wróciła do Vegety. Bała się, że już go nie zastanie, ale grzecznie na nią czekał na murku.

- Proszę. To jest szampan. – wręczyła mu kieliszek. Przez chwilę przyglądał się jego zawartości, podejrzliwy jak zawsze, ale upił łyk.

Przełknął, nie skrzywił się, ale też nic nie powiedział.

- I jak? Za skrzynkę tego co pijemy przeciętna rodzina mogłaby się utrzymać spokojnie przez miesiąc.

- No to nie jest warte swojej ceny

Pociągnęła łyk.

- Może i masz rację. To może chcesz spróbować czegoś innego?

- Nie.

Przez chwilę siedzieli w ciszy, popijając ze swoich kieliszków. W międzyczasie pani Jenkins udało się zakończyć taneczne przedstawienie jakie zafundował gościom jej małżonek i obecnie strofowała męża tak głośno, że nawet stąd gdzie siedzieli mogli rozpoznać pojedyncze obelgi.

- Nie podziękowałam ci jeszcze za pomoc. – powiedziała, gdy Jenkinsowie w końcu umilkli i rozeszli się, każde w swoją stronę.

Zmarszczył brwi.

- Za oddanie mi prezentacji. Tej czerwonej kostki którą zgubiłam w zeszłym tygodniu. – wyjaśniła bawiąc się pustym już kieliszkiem. - Mogłeś nic nie mówić i pozwolić żebym zrobiła z siebie idiotkę.

- Udaje ci się to nawet bez mojej pomocy. – odparł szorstko… ale czyżby dosłyszała delikatne nuty ironii?

- Bardzo śmieszne. A tak serio, gdybym jej nie odzyskała, byłoby ciężko mi się wytłumaczyć.

- Zrobiłem to bo chciałem żebyś się zamknęła.

- I tak dziękuję.

Vegeta odstawił swój kieliszek na bok i przez chwilę wydawało się, że nad czymś intensywnie myśli.

- Ciągle słyszę o tym całym przetargu. Co w tym takiego ważnego? - zapytał w końcu. - Przecież macie pieniądze.

- Tu nie chodzi o pieniądze, ale dumę. To największe zamówienie dla rządu od lat i zamierzam je wygrać.

- Przecież już zajmujesz się waszymi statkami kosmicznymi.

- Tak, ale to będzie dopiero za jakiś czas. Potrzebuję teraz jakiegoś sukcesu żeby pokazać, że tata nie pomylił się oddając mi stanowisko.

Zgarbiła plecy i oparła łokcie na kolanach.

- I teraz ja będę musiała organizować takie imprezy. – westchnęła głośno.- Nie lubię takich spędów. Ale i tak to lepsze niż gale które wyprawiała mama. Kiedyś na jednej z nich wpadła na pomysł zaoferowania kolacji z jej piękną córką w ramach charytatywnej aukcji. A gość który wygrał myślał, że po kolacji może jeszcze liczyć na deser.

- I?

- I dostał w papę. Od tamtej pory już mnie nie proszą o udzielnie się filantropijnie.

- Dziwne że w ogóle cię prosili.

- A to niby czemu? – oburzyła się. - Jestem świetna w kontaktach z ludźmi! Tylko nie bardzo mnie to interesuje. Jestem przede wszystkim naukowcem. I nawet kiedy przyjęłam ciebie i Nameczan do swojego domu, to nie było czysto bezinteresowne. Już pomijając życzenia, byłam zaintrygowana. Moim pierwszym odruchem jest każdą rzecz rozłożyć na części pierwsze i zobaczyć jak działa. Powinniście się cieszyć, że jestem mechanikiem, a nie biologiem i nie chciałam was pokroić żeby sprawdzić co macie w środku…

Piąta lampka szampana dała o sobie znać. Nie powinna tego mówić. Spojrzała na Vegetę, z napięciem czekając na jego reakcję.

Ale on, nieoczekiwanie, parsknął śmiechem.

- Możesz zawsze spróbować rozbebeszyć któregoś z Nameczan. – powiedział i podniósł się powoli z murku. - Masz ich tylu, że jednego mniej nie zrobi różnicy.

Zostawił do połowy dopity kieliszek na kwietniku i odszedł, zostawiając ją samą.

- A gdybym spróbowała pokroić ciebie? – zawołała za nim. Nie odpowiedział.

Śledziła jego oddalająca się sylwetkę aż do kuchennych drzwi. Kiedy za nimi zniknął, zamyśliła się. Kto by pomyślał, że będzie w stanie przeprowadzić cywilizowaną konwersację z Vegetą? Ale, dlaczego by nie? Był zwykłym facetem. Jasne, silniejszym niż tysiąc normalnych ludzi zebranych do kupy, ale spał, jadł i oddychał tak jak wszyscy. I nie był już tym upiorem który przybył tu ich pozabijać.

Uśmiechnęła się do siebie i roztarła zmarznięte nogi. Spodziewałaby się wszystkiego, ale nie tego, że to Vegeta poprawi jej ten paskudny wieczór… Czas wracać do gości.

Już miała szukać swoich butów, rzuconych gdzieś niedaleko w trawie, gdy usłyszała krzyk dochodzący z drugiej strony ogrodu. Ze strony szklarni… Zerwała się na równe nogi i szybko spojrzała na taras - nikt inny nie wydawał się zaalarmowany. Muzyka musiała go zagłuszyć.

Porzucając buty tam gdzie leżały, na bosaka ile tchu pobiegła do szklarni. Drzwi do niej były szeroko otwarte. Spojrzała za siebie i sprawdzając czy nikt jej nie widzi, weszła do środka. A tam, prawie zderzyła się z Jenkinsem. Stał na samym wejściu, z wybałuszonymi oczami i czerwoną z wysiłku twarzą sapał ciężko.

- Wujku, wszystko dobrze? – zapytała Bulma dotykając jego ramienia. Jenkins zaprzeczył, energicznie kręcąc głową, nadal zbyt zdyszany by wydusić z siebie słowo.

– I co ty tutaj robisz? Mama prosiła, żeby tu nie wchodzić!

- Eleanor… - wydyszał w końcu. - kazała mi ochłonąć! I tutaj… przyszedłem!

Zrobił jeszcze jeden głęboki wdech i złapał ją za ramiona.

- Bulma! Tam coś było!

- Co takiego? – zapytała, czując jak serce zaczyna jej walić w piersi. Nie, tylko nie to!

- Widziałem ich! Byli tam, w krzakach!

- Kogo widziałeś?

- Ich! Zielone ludziki!

Spojrzała ponad ramieniem Jenkinsa. Nikogo nie zauważyła. Jeśli rzeczywiście zobaczył Nameczan, to przynajmniej teraz się schowali.

- Nic tam nie ma wujku. – powiedziała uspokajającym tonem. - Może to były tylko liście? Sporo wypiłeś i pewnie…

- Wiem co widziałem! Chodź, pokażę ci!

Odwrócił się i zanim zdążyła go powstrzymać, pobiegł w głąb szklarni. Pognała za nim.

- Byli tu! Widziałem ich! Zaraz ich znajdę!

Bulma dogoniła go i zapała za rękę.

- Wujku, tutaj nic nie ma! – zawołała, usiłując go zatrzymać. - Chyba wiedzielibyśmy gdyby ktoś tu mieszkał!

Jenkins zatrzymał się. Spróbowała go odciągnąć, ale bez skutku. Stał i rozglądał się gorączkowo po pogrążonej w mroku szklarni.

- Tędy! - wykrzyknął nagle i ruszył dalej, skręcając między paprotki.

- Niczego tu nie znajdziemy, wujku! To strata…

Nagle coś poruszyło się w krzakach.

- Patrz! Patrz, patrz, patrz! – zawołał Jenkins i odgarnął zarośla.

Przed nimi stał nieruchomo Siga, najstarsze z nameczańskich dzieci. Wielkimi jak spodki oczami wpatrywał się w nich, zastygły w przerażeniu

- Patrz, tu jest! – Jenkins wycelował w dziecko grubym paluchem.

- Nic tu nie ma. – skłamała, gorączkowo szukając wyjścia z sytuacji. Było ciemno, może jakoś udało by się przekonać Jenkinsa, ze to wytwór jego pijackiej wyobraźni…

- Nie wmawiaj mi, że go nie widzisz! – zbulwersował się Jenkins. - No przecież na niego patrzysz!

- Wcale…

- Bulma, wszystko w porządku? – usłyszała za sobą i odwróciła się. - Słyszałem krzyki!

Za nimi stał Ando, kierownik ich pracowni i wieloletni przyjaciel ojca. Ando, który nie wyglądał na ani trochę pijanego.

Przekonać jednego pijanego człowieka, że ma zwidy to jedno, ale wmówić komuś tak trzeźwemu (i trzeźwo myślącemu) jak on… To koniec.

- Kamahashi! Dobrze, że jesteś! – wykrzyknął Jenkins uradowany – Popatrz tutaj i powiedz, że widzisz to samo co ja!

Ando podążył wzrokiem za wyciągniętym palcem Jenkinsa i spojrzał prosto na odrętwiałego Nameczanina.

- Ja tu nic nie widzę. – odparł spokojnym tonem.

Bulma wytrzeszczyła na niego oczy i gdy zrozumiała co zrobił, zrobiło jej się słabo z ulgi.

- Chyba wypił pan o jednego drinka za dużo, panie Jenkins. – powiedział Ando i otoczył zdezorientowanego Jenkinsa ramieniem. - Chodźmy, odprowadzę pana do pańskiej żony, dobrze?

Bulma poszła za nimi, co chwila oglądając się za siebie. Szklarnia wydawała się cicha i pusta, jakby naprawdę nikogo tam nie było.

Odprowadziła ich do połowy ogrodu i stała tam tak długo, aż zniknęli miedzy gośćmi. Gdy tylko zniknęli jej z oczu, obróciła się na piecie i pognała do szklarni. Weszła do środka, zamknęła drzwi na zamek i pobiega szukać Nameczan. Znalazła ich wszystkich na tyłach szklarni, uspokajających wciąż roztrzęsionego Sigę. Wypatrzyła wśród nich Piccolo i doskakując do niego, dźgnęła go w pierś.

- Piccolo, co u diabła? Jak mogłeś do tego dopuścić?! Dlaczego ich nie pilnujesz?

Nameczanin zwężonymi oczami popatrzył na jej wyciągnięty palec.

- Zacznijmy od tego, że to ty pozwoliłaś, żeby kręcili się tu obcy ludzie.

- To nie ja sprowadziłam tych wszystkich ludzi, tylko moja matka! Jeśli masz jakieś pretensje, to zapraszam do niej!

- Skoro to jej wina, to czemu drzesz się na mnie? – zapytał irytująco spokojnym tonem.

- Bo to ty zobowiązałeś się ich chronić! I jak do tej pory ani razu ci się nie udało! – syknęła. - I pomyśleć, że jesteś tą samą osobą co opiekun Ziemi!

- Nie jesteśmy jedną…

- Nie obchodzi mnie to! – przerwała mu. - Mam na głowie nasze laboratorium, cała naszą firmę i poskramianie Vegety. Nie mogę jeszcze niańczyć prawie setki kosmitów. Od tego ty tu jesteś!

Z zaniepokojonego tłumu Nameczan powoli zaczęły wyłaniać się dzieci. Jedno po drugim podeszły do Bulmy, z wilgotnymi oczami i zmartwionymi buziami przeciskając się między starszymi.

- To nie wina pana Piccolo, to my byliśmy niegrzeczni! – powiedziało jedno z nich.

- Bo grała tam nowa muzyka!

- I światełka były takie ładne!

- Nie chcieliśmy sprawić kłopotów!

- To moja wina, pani Bulmo. – powiedział Esca wychodząc na przód grupki. Po jego twarzy spływały łzy jak groch. – Bo przez zamknięte drzwi nie było słychać muzyki i pomyślałem, że uchylę je tylko troszeczkę. A potem zawiał wiatr, i je otworzył i… i… I najpierw myśleliśmy, że to pan Briefs przyszedł, bo też miał wąsy, ale… ale…- i zaniósł się płaczem.

Bulma nie wiedziała co ma robić. Przykucnęła i delikatnie ujęła dłonie Esci.

- Już dobrze, nie płacz, Esca. Nic się nie stało. Poradzę sobie z tym.

Esca pociągnął nosem.

- Na pewno?

- Na pewno. Ale spróbujcie się już nie pokazywać komukolwiek do końca wieczoru, dobrze?

Wszystkie dzieci pokiwały energicznie główkami.

Zostawiła Nameczan samych sobie i, zmęczona jakby przebiegła co najmniej dziesięć kilometrów, powolnym krokiem przeszła przez szklarnię. Nie do końca powiedziała im prawdę. Z Jenkinsem sobie poradzi, ale z Ando… Z nim nie będzie tak łatwo. Nie miała pojęcia jak to załatwić. Nie mogła mu po prostu skłamać w twarz. Znała go od kiedy tylko sięgała pamięcią, pracował dla nich od samego początku i zasługiwał na więcej zaufania niż mu okazali. Czy będzie zły, że tyle czasu ukrywali przed nim co działo się zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym spędzał większość swojego dnia? Że nie uznali, że będzie dość dyskretny, żeby dopuścić go do swojej tajemnicy?

Liczyła, że będzie miała jeszcze chwilę na zastanowienie, ale nie było jej to dane. Ando czekał na nią przed szklarnią.

Podeszła do niego, uśmiechając się nerwowo. Może mogłaby udać, że to była zbiorowa halucynacja wywołana nieświeżą rybą…

- To co widziałeś w szklarni… – zaczęła, ważąc słowa. - To był…

- Kosmita. Wiem, Bulmo.

- O.

- Wszyscy w laboratorium to wiemy.

- Och. – wydusiła z siebie, zbita z tropu. – Okay.

- Może niezupełnie wszyscy, ale większość osób już widziała waszych gości. Pytali mnie nawet czy coś o tym wiem i co o tym sądzę, ale skoro postanowiliście zachować to w tajemnicy, uznałem, że macie ku temu powody i poprosiłem wszystkich, żeby powstrzymali się od rozmów na ten temat. Wiemy, że to musiało być dla was trudne, więc uszanowaliśmy tą decyzję.

- I… I nic przez cały ten czas nie powiedziałeś?

- Widziałem, jak bardzo się starasz udawać, że wszystko jest pod kontrolą i nie chciałem jeszcze dokładać ci zmartwień. Chociaż, nie powiem, zabolało mnie, że żadne z was nie zechciało się ze mną podzielić swoim sekretem.

- Tak bardzo cię przepraszam, Ando! Gdyby to chodziło tylko o nas…

- Nie przejmuj się, rozumiem dlaczego tak postąpiliście. Martwi mnie tylko, że tak kiepsko wam szło ukrywanie waszych nowych przyjaciół.

- Cały czas wydawało mi się, że całkiem nieźle nam idzie.

Ando uśmiechnął się powątpiewająco.

- Zbudowałaś statek kosmiczny i potem zniknęłaś razem z nim na dwa miesiące. A od kiedy wróciłaś, codziennie mijam się w bramie z firmą przywożącą jedzenie jak na małe przyjęcie. Trzeba by było się postarać żeby to przeoczyć. – roześmiał się. - No ten chłopak, Vegeta. Kilka razy słyszałem jak głośno uskarżał się na naszą marną ziemską technologię. To też dawało do myślenia.

Bulma potarła skłonie i odetchnęła głęboko. Spędziła ostatnie cztery miesiące dumna z siebie, że z taką łatwością ukrywała prawie setkę zielonych kosmitów na swoim podwórku. Nie żeby nie przypłaciła za to kilkoma siwymi włosami, ale była przekonana, że to wszystko dzięki jej sprytowi!

Przynajmniej nie musiała się już martwić o kolejne sto trzydzieści dni.

Objęła się rękami. Chłód na zewnątrz stał się naprawdę dotkliwy.

- Nie ma już chyba po co dalej trzymać cię w niewiedzy. I tak zbyt długo to trwało. Chcesz ich poznać?

Dotknął jej ramienia.

- To będzie dla mnie zaszczyt.

Zaprosiła Ando do środka i weszła za nim do szklarni, dokładnie zamykając za sobą drzwi.