Wróćmy do listopada 1993. Jeżeli ktoś nie pamięta, co się wtedy działo… to niech zajrzy do rozdziału ósmego. W tym rozdziale dowiecie się, co zawiera biurko Snape'a. Smacznego.

Snape patrzył na Anię, leżącą w skrzydle szpitalnym. „Niby nic jej nie jest… po prostu nie mogę jej obudzić", usłyszał od pani Pomfrey. Nieznane. To, czego zawsze się bał. To miało coś wspólnego z inkantacją, którą wymruczała nad eliksirem. Ale normalnie czarodziej nie mdleje od prostego zaklęcia!

-Jest Zawieszona – usłyszał Snape od drzwi. Obrócił się i zobaczył Syriusza Blacka.

-Zawieszona? – zapytał, zamiast dać Blackowi w zęby1. Syriusz pokiwał głową.

-Zawieszona. Czytałem o tym w książce, którą pożyczyła mi Iza. Pomiędzy życiem a śmiercią.

-Czyli na wpół martwa?

-Nie. Ani żywa, ani martwa. To się leczy, ale nie mam książki przy sobie… skoczę do domu i przyniosę.

-Okropnie wyglądasz. Polacy cię nie karmili?

-Jakby mnie nie karmili, to już bym nie żył. – mruknął Syriusz i wyszedł. „Pożyczył" miotłę Ani i poleciał w stronę domu.

Wszystko pokrywał dwunastoletni kurz. Ślady pary stóp i miotły znaczyły drogę Syriusza, póki ten nie znalazł różdżki i zaklęcia odkurzającego. Dopiero potem znalazł książkę- leżała na poduszce, tam, gdzie ją położył dwanaście lat wcześniej. Zabrał też trochę czystych ubrań i poleciał w stronę Hogwartu.

-„Zawieszenie- objawy: brak kontaktu ze światem zewnętrznym, chory sprawia wrażenie śpiącego. Przyczyny- zbyt duży wysiłek magiczny lub jakikolwiek wysiłek magiczny po dużym wysiłku czarodzicielskim…" No, to by się zgadzało… „Leczenie- podawać trzy razy dziennie 15 ml eliksiru nr 638(s. 305) drogą dożylną, aż do skutku, ale nie dłużej niż 9 dni…" – czytał Syriusz. Potem otworzył książkę na stronie 305. – „Eliksir nr 638. wlać do kociołka 750 ml (standardowa butelka handlowa) soku z nari, zagotować. Dolać do objętości pół kociołka czystej wody, zagotować, ostudzić do temp. 50°C, zagotować ponownie, ostudzić." Nic trudnego, nawet ja bym sobie z tym poradził…

-Jeżeli masz sok z nari. – burknął Snape. Syriusz uśmiechnął się.

-Ania ma w szafce z tuzin butelek. A my potrzebujemy tylko jednej, prawda? Chyba się nie pogniewa?

-Masz rację, ale ja tam nie wchodzę! Ona ma okropnego psa!

-I słusznie. Ja pójdę.

-Ja idę do mojego gabinetu. Tam mnie znajdziesz.

Syriusz przeszedł się do dormitorium Tanderdalu. Z szafki Ani wyjął jedną standardową butelkę soku z nari. Wyszczerzył się jeszcze do Lily, czytającej jedną z książek Ani, i skierował swe kroki do gabinetu Snape'a. Zastał tam właściciela, układającego wzory z kawałków czekolady.

-Cześć, co robisz z tą czekoladą? – zapytał niewinnie. – Mam soczek.

-Świetnie. – Snape zostawił czekoladę (Syriusz zauważył, że były to figurki-zwierzątka) i postawił kociołek na ogniu. Wlał sok (gęstą, mieniącą się wszystkimi kolorami ciecz) i zaczął się gapić jak cielę na malowane wrota. Sok zmieniał kolory wraz ze wzrostem temperatury.

-Poczęstuj się czekoladą. – zachęcił Syriusza Snape. – Mam jej w biurku ze dwa kilo, czy nawet więcej. Ania mnie częstowała przy każdej okazji. Ci Polacy to umieją nawet robić figurki-nietoperze z czekolady!

-Yum yum. – powiedział wesoło Syriusz i odłamał kawałek z tabliczki, która leżała obok czekoladowego wilkołaka. – Co ty robiłeś z tymi figurkami?

-Jednoosobowy teatrzyk, z Anią to wychodziło lepiej…. Mam tylko dwie ręce, jak dobrze wiesz. Opowiadaliśmy sobie historyjki…

-A ja się nadam? – zapytał niewinnie Syriusz.

-Jak uwarzę eliksir, to czemu nie…

-Wybaczysz mi to, co ci zrobiłem… w szkole?

-Tylko ze względu na Anię, Black. Myślisz, że możemy być kumplami? – zapytał Snape ironicznie.

-Czemu nie? – mruknął Syriusz całkiem serio. – Ładne te figurki.

-Mam pół jednej paczki i drugą całą. Razem czterdzieści pięć deko, mniej więcej. Jelenie się szybko zużywają.

-Jelenie?

-To nasza ulubiona opowieść. Zużywa się jeleń, łania i wąż. Niektóre są z niespodzianką… orzechem, migdałem, rodzynkami, nadzieniem truskawkowym czy toffi, czasem chrupkami.

Syriusz zaśmiał się, co bardzo przypominało szczekanie psa. Snape wtedy zauważył, że sok wrze i dolał wody. Zagotował i zdjął z ognia, póki ten nie osiągnął temperatury 50°C.

Po ponownym zagotowaniu, Snape zdjął go z ognia i wygasił palenisko. Potem wziął książkę od Syriusza.

-O boże. – jęknął. – Czego tu nie ma! Żałuję, że się nie urodziłem Polakiem.

-Wiesz, jeszcze nie wszystko stracone. – zadrwił Syriusz. – Możesz się w Polaków wżenić, jak mój brat. Nie wiem, kiedy zaczął mówić „My, Polacy", włączając w to siebie… ale to było jeszcze przed ślubem.

-To jest jakiś pomysł. – zamyślił się Snape. – no dobra, już zimny. Siri, weź tą książkę i idziemy do pani Pomfrey.

-Siri? Od kiedy mówisz do mnie Siri? – zdziwił się Syriusz.

-Od teraz. Skoro jesteśmy kumplami. Masz tę książkę?

-Mam… Sevciu.

-Od kiedy mówisz mi Sevciu?

-Od teraz.

Po zdeponowaniu pół kociołka eliksiru u pani Pomfrey, Snape i Syriusz zrobili dwuosobowy teatrzyk.

-Dawno, dawno temu żyło sobie czterech przyjaciół. Jeleń, wilkołak, pies i … cholera, gdzie ja go dałem… i szczur. – zaczął Snape. – i ci czterej nie za bardzo lubili nietoperza… - wyjął z torebki czekoladowego nietoperza i postawił go z dala od czterech pozostałych. – później jeleń znalazł sobie łanię… - postawił łanię obok jelenia – i mieli małego jelonka. – dołączył jelonka. – ale wąż – niedaleko nietoperza postawił węża – chciał się ich pozbyć. I szczur – przesunął szczura w stronę węża – powiedział wężowi, gdzie są jeleń, łania i mały jelonek. I wąż poszedł zabić jelenia, łanię i małego jelonka. Najpierw zabił jelenia – Snape podniósł jelenia i odgryzł mu zad i tylne nogi. – o, orzeszek. Potem łanię… częstuj się, stary. – podsunął łanię Syriuszowi. – ale jelonek pokonał węża i wąż musiał uciekać, ledwie żywy. – odłamał połowę węża, a resztę wrzucił z powrotem do torebki. – Potem pies dopadł szczura, ale szczur wrobił go tak, że wszyscy myśleli, że to przez psa zginęli jeleń i łania. I zamknęli psa w klatce. – Snape wyjął tekturową klatkę z szuflady i przykrył nią psa. – Ale lisica, i kilka innych zwierząt wiedziało, że pies jest niewinny. I po wielu latach lisica uwolniła psa – zdjął z psa klatkę – i pies uciekł tam, gdzie na niego czekała kotka. I kotka go nakarmiła, i powiedziała, gdzie znajdzie lisicę. A potem przywróciła do życia jelenia i łanię. – wyjął z torebki nowego jelenia i łanię – I pies pogodził się z nietoperzem, a potem poszedł tam, gdzie czekała na niego lisica. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie, może oprócz węża, którego zabił mały wilkołak, i szczura, którego wsadzili do klatki zamiast psa. Co tak patrzysz? Wiem o czym jest ta historia. O nas.

-No… - mruknął Syriusz. – Ale kim ma być kotka, lisica i mały wilkołak?

-Kotka to chyba Ania. A co do dwójki pozostałych, to nie wiem. I nie wiem, dlaczego kotka.

-Animag?

-Ona ma siedem lat…

-Ale jest Czarodzicem. To może wiele zmieniać. Nie mówiąc już o tym, że jest Polką.

-Co może zmieniać tyle samo.

-Właśnie. Dowiemy się. Niedługo lecę do Polski.

-Szczęściarz.

-Taka karma. Najpierw dwanaście lat Azkabanu, a potem do Polski.

-Gdzie sypiasz?

-U Ani. Tak jak Lilka.

-Lilka?

-No, Lily Evans Potter. Ania ich wskrzesiła. I chyba to ją doprowadziło do Zawieszenia.

-Magia, która potrafi wskrzesić umarłego?

-Do ósmego listopada nie istniała.

-Zazdroszczę ci rodziny w Polsce…

Tydzień później

Ania szczęśliwie wyszła z Zawieszenia, więc Syriusz wsiadł na miotłę i poleciał w stronę Polski. Niestety, czarodzieje w Anglii nie uczą się geografii. Dlatego już zmierzchało, gdy przekroczył (a raczej przeleciał, jakkolwiek by to nie brzmiało) granicę. Ponieważ nie jest dobrze latać po ciemku, gdy nie zna się okolic (i nie ma się pod ręką kogoś, kto je zna), wylądował w niewielkiej wiosce pod Szczecinem. Zapukał tam do drzwi domku na uboczu. Otworzyła mu kobieta w wieku „odpowiednim-by-mieć-nastoletnie-dzieci".

-Dobry wieczór… - zaczął Syriusz. – Którędy do Łańcuta?

-W tamtym kierunku, jak pan jutro rano wyleci, to będzie tam pan po południu, panie Black. – uśmiechnęła się kobieta. – Ale niech pan nie myśli, że będzie pan leciał po nocy. Marek! – zawołała w głąb domu. – Nakryj na trzy osoby, mamy gościa!

Z domu rozległo się burczenie, jakie mógł wydawać tylko nastolatek.

-Skąd pani zna moje nazwisko? – zdziwił się Syriusz.

-Wszyscy w Polsce wiedzą o panu. Cała akcja była, i w ogóle, nie ma chyba nikogo, a czarodzieja, to na pewno, kto by o panu nie słyszał.

Syriusz wydawał się nieco zbity z tropu.

-Proszę niech pan wejdzie. Mareczku, skończyłeś już?

-Yhm… - mruknął chłopak w wieku nieokreślonym pomiędzy czternastym a siedemnastym rokiem życia. Włosy miał w jeszcze większym nieładzie niż Harry czy James, a może tylko się tak wydawało, gdyż miał znacznie dłuższe, w pięknym kolorze pomiędzy miedzianym, kasztanowym a ciemnobrązowym. Minę miał niemal jak Snape, ale zmienił ją, gdy tylko zobaczył Syriusza.

-Pan Syriusz Black! – wykrzyknął. – A już myślałem, że to kolejny narzeczony mamy…

Syriusz się zaśmiał. Ale na krótko.

-Podpisze mi się pan na koszulce?!

-Czemu nie… - uśmiechnął się Syriusz. Marek pociągnął go za rękę do swojego pokoju. Wyciągnął z szafy koszulkę- zwykły popielaty tiszert- a z szuflady biurka flamastry. Syriusz podpisał się wielkimi literami, niedbale, po czym zmienił się w psa, umoczył łapę w tuszu i dołączył odcisk.

-Wow! – wykrzyknął Marek. – Koledzy w szkole padną z zachwytu!

Wtedy Syriusz zauważył grubą teczkę podpisaną jego nazwiskiem.

-Co to? – zapytał.

-Zbieram wycinki z gazet! – zawołał Marek entuzjastycznie. Zdjął z półki teczkę i wysypał jej zawartość na podłogę. Były to artykuły, zdjęcia(mugolskie i magiczne), rysunki i wykresy. Syriusz podniósł jeden. „Efektywność akcji Jednego Sykla w okręgach Kirane", przeczytał. Pod spodem był wykres słupkowy przedstawiający, ile pieniędzy zebrano w każdym z osiemnastu okręgów Kirane. Najwięcej zebrano w okręgu Krakowa.

Inny wycinek przedstawiał zdjęcie Syriusza w celi i artykuł o łamaniu praw człowieka. Wycinki pochodziły z gazet czarodziejskich (PMK i lokalnych) i mugolskich. Z całych dwunastu lat.

-Miałem cztery lata jak zacząłem zbierać. – uśmiechnął się Marek. Czyli teraz ma szesnaście lat, pomyślał Syriusz.

-I mam ich więcej niż moi koledzy! – dodał Marek. – U mnie cała klasa zbiera! Ale nikt nie ma tyle, hi hi hi…

Syriusz poczuł się co najmniej niezręcznie. Cała klasa… czyli co najmniej dwadzieścia osób… zbiera wycinki z gazet o nim. Co najmniej cała klasa.

Zjedli kolację i Marek zrobił sobie posłanie na podłodze. Gdy Syriusz zasnął w jego łóżku, zwyczajnie zrobił mu zdjęcie. Potem cichutko zachichotał i poszedł wywołać zdjęcia w swoim małym laboratorium. Ostatniego zrobił dużo, dużo odbitek.
przy śniadaniu Marek podsunął jedną z odbitek Syriuszowi pod nos.

-Podpisze mi się pan? – zapytał.

-Marek, nie męcz gościa. – upomniała go matka. Syriusz wziął długopis i podpisał zdjęcie.

-Padną z zachwytu. – wyszczerzył się Marek. Potem Syriusz wsiadł na miotłę i poleciał w kierunku Łańcuta.

Ktoś musiał chcieć, żeby trafił na miejsce- w powietrzu wisiały strzałki podpisane DO ŁAŃCUTA TĘDY. Po południu wylądował.

-Przepraszam… - zagadnął pierwszego z brzegu przechodnia.

-Pan Syriusz Black? – zgadł przechodzień. – Kontent jestem, że pan już w domu. Jeżeli pan szuka domu brata, to pójdzie pan tą ulicą i skręci w czwartą ulicę na lewo.

-Dziękuję. – Syriusz już się nie zastanawiał, skąd ten mężczyzna znał jego nazwisko. Ciągle miał przed oczami teczkę Marka. Zarzucił miotłę na ramię i poszedł we wskazanym kierunku.

Od razu rozpoznał dzieło brata- kiedyś dostał jego zdjęcie. Dworek przy Lipowej był duży i ładny, chociaż elementy renesansowe nieco kłóciły się z barokowymi.

Podszedł do drzwi i zapukał.

-Kto tam? – usłyszał dziecięcy głos.

-Syriusz Black. – odpowiedział Syriusz.

-Jakie dziwne. Przecież to ja jestem Syriusz Black. – zauważyło dziecko i otworzyło.

Chłopiec był chyba sześcioletni, czarnowłosy, szarooki i uśmiechał się w sposób, w jaki uśmiechają się mali rozrabiacy. Miał na sobie nieco wytarte dżinsy i tiszert z nadrukiem przedstawiającym wyjącego wilkołaka.

-Wejdź, wujku. Czekaliśmy na ciebie… tata jest w pracy, a mama zabrała Małych na plac zabaw, zostaliśmy ja, ciocia Kasia i Tad. Ciociu! – zawołał Mały Syriusz w stronę schodów. – Przyleciał!

Kasia Lakońska zeszła z góry. Mały Syriusz uśmiechnął się nieco inaczej.

-Ciociu, to wujek Syriusz. Wujku, to ciocia Kasia, kuzynka mamy… - dokonał prezentacji.

-My się już znamy. – powiedzieli jednocześnie Duży Syriusz i Kasia. Mały Syriusz uśmiechnął się w swój zwykły sposób i poszedł do swojego pokoju.

-Może… może jego Perła nie zadziała… jak już się znamy? – wysunęła przypuszczenie Kasia.

-Jego Perła? Jaka jest jego Perła? – zapytał Duży Syriusz.

-No… - Kasia ściszyła głos – za każdym razem… gdy przedstawi sobie nawzajem mężczyznę i kobietę… pobierają się w ciągu nie więcej niż roku…

-Ja bym nie miał nic przeciwko… chyba że ty?

-W sumie ja też nie… ale znamy się chyba za mało?

-Mamy czas… - szepnął Syriusz. Chwycił ją nagle za łokcie i szybko pocałował w policzek. Nie wydawała się zaskoczona.

-Też cię kocham, Siri. – szepnęła.

Hogwart

-No nareszcie! – sapnęła Ania, rzucając torbę na łóżko. Lily spojrzała na nią znad książki.

-O co chodzi? – zapytała.

-Nareszcie udało mi się przekonać profesor McGonagall, że nie potrzebuję machania różdżką przy transmutacji. Wystarczy, że zrobię tak. – tu Ania złączyła dłonie. Dotknęła poduszki przy jednym z łóżek i przerobiła ją na nocnik. Następnie odwróciła transmutację.

-Co to było? – zapytała Lily.

-Nocnik. – mruknęła Ania.

-Nie, nie… chodzi o ten czar. Jak to możliwe?

-Nazywamy to zaklęciami GSM. Gest, Słowo, Myśl… to z tego składają się te zaklęcia. Tu akurat był tylko gest i myśl…

-Jak to możliwe? Bez różdżki?

-Możliwe. Polak potrafi.

Niedaleko Łańcuta

Smok i jego chłopiec(albo odwrotnie) biegli w stronę Smoczej Zagrody. Takie zagrody są blisko każdej siedziby Kirane i nie tylko. Kierownik zagrody rzeszowskiej, młoda panna Mariola, przyjaźniła się ze wszystkimi Black-Stadnickimi. A teraz Syriuszek miał smoka, więc miał powód, by częściej wpadać do Zagrody. Smoki go lubiły, i on je lubił.

-Manne- Pozdrowienie- piękna Tarrei- smoczyco! – zawołał chłopiec do pierwszej smoczycy jaką zauważył.

-Manne i tobie, bystry Kaki- szczenię. – odparła smoczyca. – I tobie, Naleno tego Kaki.

-Manne. – uśmiechnął się i Pieszczoch.

-Gdzie jest wasza Nalau? – zapytał Syriuszek. Smoczyca wzruszyła ramionami.

-Nie wiem. Wyszła rano i jeszcze nie wróciła. Pewnie poszła do swojego Nalau.

Swojego Nalau. Czyli do Kirane. Kirane było Nalau- używając smoczych określeń- dla każdego Polaka, czarodzieja czy mugola. W każdej siedzibie Kirane błyskały odznaki- najczęściej żółte, niewiele mniej zielonych, gdzieniegdzie niebieskie i białe, a bardzo rzadko czerwone- odznaki Zwierzchników Kirane. Jest ich trzech na okręg.

Co to jest Kirane? Jeżeli zapytać, na przykład, Regulusa, powiedziałby, że „To my". Istotnie, Kirane to przede wszystkim ludzie, nieprzeliczone ilości czarodziejów i Czarodziców z całej Polski, podzieleni na osiemnaście okręgów i rozrzuceni po miastach i wioskach. Ale to także sama magia, spajająca Polskę; szkoły, zarówno kosmopolityczne jak i zwyczajne; punkty usługowe dla mugoli; Zagrody Smoków; wreszcie- to kontrola nad życiem zwykłych obywateli, nienależących do Kirane.

Według tego, w co wierzą Zwierzchnicy, słowo „Kirane" oznacza „władza".

Ale i nad Zwierzchnikami ktoś jest. Włada nimi Nadzwierzchnik.

Mieszka w Krakowie i jego odznaka jest krwawoczerwona. On wie o wszystkim co dzieje się w całym Kirane.

Rządzić, aby pomagać- oto motto Kirane.

Wielka organizacja, nikt nie zna osób pracujących gdzie indziej niż ten sam pokój, chyba, że z nimi mieszka.

Ale Zwierzchnicy się mylą. „Kirane" oznacza „odpowiedź".

Wiele jest pytań, na które Czytacze i Grzebacze poszukują odpowiedzi.

Jednym z tych, na które jej jeszcze nie znaleźli, jest: skąd się biorą czarodzieje i Czarodzice? Dlaczego jedni rodzą się mugolami, inni czarodziejami, inni charłakami, a jeszcze inni Czarodzicami?

Wiadomo, że brat Czarodzica zazwyczaj jest Czarodzicem, tak, jak brat mugola jest mugolem. Ale poza tym natura nie daje żadnych wskazówek przyszłym rodzicom.

Podejrzewano, że Czarodzic rodzi się, gdy rodzice są różnej narodowości, ale ta hipoteza padła, gdy dowiedziano się, że rodzice nie muszą pochodzić nawet z różnych miejscowości. A w przypadku pary różnonarodowościowej kilka razy urodziło się dziecko nie będące Czarodzicem, tylko całkiem zwyczajnym czarodziejem.

-Zamyśliłeś się, Kaki? – zapytała smoczyca.

-No… - mruknął Syriuszek i popatrzył na smoka urojonego. Te smoki mają to do siebie, że widzą je tylko ci, którzy w nie wierzą- ale ci, którzy ich nie widzą są łatwiejsi do zjedzenia, wystarczy, że spróbują przez nie przejść.

Smoki rasy Mefalo miały bardzo długą sierść, od złotej poprzez brązową do czarnej- a także czarnej połyskującej na rozmaite kolory, od żółtego poprzez zielony, błękitny, fioletowy, aż po czerwień. Ich ciało miało długość nawet 2,5 metra, plus 1,5 metra ogona.

Rasa Grisole, niewielkie smoki leśne, mające poniżej 1,5 metra licząc ogon, miała krótką, zielono-brązową sierść, łaciatą lub pasiastą. Ich sylwetka była raczej krępa, nie tak wysmukła jak u smoków Mefalo czy smoków urojonych, nie mówiąc już o smokach Assalen.

Smoki Assalen, najbardziej arystokratyczna rasa smoków, o dłuższej niż inne rasy szyi i smuklejszej sylwetce, są rzadko spotykane na polskim niebie. Jako jedyne nie uznają Nalau innego niż Pan Przestworzy, jedyny smok, który potrafi wytwarzać Magię. Ta Magia jest niewyczerpana, więc Pan Przestworzy jest stale otoczony gromadką słabszych smoków, które chcą się posilić magicznie. Pan Przestworzy nie należy do żadnej rasy, choć niektórzy nazywają go Smokiem Rzeczywistym. Jest to jednak nieścisłość.

W Zagrodach smoki Assalen kierują się jedynie zasadą wdzięczności- człowiek karmi, człowiekowi trzeba pomagać. Pozostałe smoki uważają się za Naleno człowieka.

Smocza hierarchia uznaje stosunki Nalau-Naleno, Tarrei-Tarrau(czyli kobieta-mężczyzna) i Tarrei-Kaki. Pierwsza z wymienionych osób jest ważniejsza. Tarrau-ojciec nie ma żadnych praw do swojego Kaki, chociaż jego Tarrei może dać mu władzę nad szczenięciem. W przypadku, gdy Naleno jest Tarrei, która wysiaduje jaja, jest ona niezwiązana żadnym obowiązkiem posłuszeństwa.

Istnieje, oczywiście, Nalau czyjegoś Nalau i Naleno czyjegoś Naleno- ale smok nie jest Nalau dla Naleno swojego Naleno. Każdy ma władzę tylko nad własnym Naleno- poza Panem Przestworzy, który jest Nalau dla każdego smoka.

Pan Przestworzy dla smoków jest jak Nadzwierzchnik dla ludzi.

1 Na co miał wielką ochotę.