- Jesteś skończonym chamem!

Takim okrzykiem został przywitany Yao Wang, gdy wszedł do swojego pokoju wieczorem, po kąpieli.

- Dlaczego? – zapytał wprost.

- Rozumiem, że mnie nie lubisz! – wrzeszczał Yong Soo. Stał przy swoim łóżku z rozrzuconą pościelą, jego szafa i szafka nocna były otwarte na oścież, a rzeczy z nich leżały w całym okręgu przestrzeni, którą zwykle zajmował Koreańczyk. – Nikt ci nie każe! Ale może powstrzymaj się od zabierania moich rzeczy, co?

- Słucham? – Yao był zdumiony. Ponadto, czuł się kompletnie bezradny. Miał rozpuszczone włosy, a w takiej sytuacji czuł się wręcz nieznośnie, kiedy nie ściągnął ich w kucyk; wydawało mu się, że od razu wygląda ze swoimi niezbyt szerokimi ramionami jak kobietka, która nie potrafi się wybronić, i takie też wrażenie dominowało w nim wewnętrznie.

- Słuchasz? – Koreańczyk przyskoczył do niego i chwycił za kołnierz. – Świetnie, to słuchaj, co mówię i oddaj mi mój blok, do cholery jasnej!

- Co? – nie mógł uwierzyć Chińczyk. – Czekaj, cała ta awantura jest o kilka rysunków…?

- O rysunki z całych wakacji! – poprawił Yong Soo.

Tak naprawdę, wisiały mu rysunki z całych wakacji. Chodziło tylko o ten ostatni – o portret dziewczynki w hanboku. Jej wizja szybko zacierała się w jego głowie, a patrząc na obrazek, mógł przypomnieć ją sobie na nowo; i sprawiało mu to zarazem ból i przyjemność.

- Dobra, dobra! – Yao odepchnął go. – Ja ich nie zabrałem!

- Nie zabrałeś? Wybacz, ale Ivan cały dzień siedzi dzisiaj w części szkolnej, a Kiku też nie ma! Oprócz mnie w tym pokoju byłeś tylko ty! Sam sobie zeszytu nie zabrałem! – Koreańczyk był wściekły. – Masz mi go oddać w tej chwili!

Yao powoli zaczynał się denerwować.

- Tak się składa, że sam doskonale wiem, co i kiedy biorę z tego pokoju! Pomyśl, na co by mi były twoje bazgroły, co?

- Mnie też to bardzo interesuje! – Koreańczyk wycelował palcem w Yao.

- To podumajmy nad tym razem, może na coś wpadniemy!

Yong Soo badał wzrokiem twarz współlokatora, ale nie mógł w niej dostrzec zakłamania. Westchnął powoli. Czuł, że łagodniał, i nie podobało mu się to. Przecież na logikę nikt poza Chińczykiem nie mógł mu tego zabrać!

Szybko obrócił się i, fuknąwszy, opuścił pokój – za wszelką cenę nie chciał okazać słabości. Już widział radość Yao, gdyby wyszło na to, że Yong Soo uwierzył mu, podczas gdy blok został wyrzucony gdzieś na śmietnik tymi parszywymi, chińskimi łapami.

Matthew i Alfred akurat oglądali głupie filmy o kotach i samochodach, kiedy Koreańczyk wparował do pokoju i oznajmił:

- Od dzisiaj tutaj śpię.

- Aha – przyjął do wiadomości Alfred.

Matt pokiwał głową.

Koreańczyka zatkało.

- Na pewno słyszeliście, co powiedziałem?

- Tak. – Amerykanin zaczął przesuwać palcem po platformie. Ani na chwilę nie podniósł głowy znad ekranu.

- Dziś tu śpisz – dodał Matthew.

Yong Soo westchnął. Szczerze mówiąc, sądził, że ciut bardziej ich to zdziwi.

- Weź, to było do przewidzenia. – Alfred machnął ręką.

- Jesteś w pokoju z Ivanem. – Dla Matta to wyjaśniało wszystko.

- I z Yao – musiał dodać Alfred.

- I z Kiku…

- …który cię nienawidzi od tej akcji na plastyce.

Koreańczyk jęknął.

- Skoro to było oczywiste, to dlaczego nie zorganizowaliście mi łóżka?

- Bo myśleliśmy, że sam coś wymyślisz, jak już dojdziesz do wniosku, że z nimi nie wytrzymasz. – Amerykanin wreszcie zamknął ekran laptopa i podniósł wzrok na kolegę.

- Poza tym, zakładaliśmy, że z miesiąc wytrzymasz – dodał Matthew.

- Czekaj, czekaj. – Alfred leniwie odstawił komputer na stolik. – Musiał mieć jakąś motywację! - Spojrzał na kolegę wyczekująco. – No, młody, co się stało…?

Yong Soo nabrał głęboko powietrza.

- Yao zabrał mój blok!

Chwila milczenia.

- Chyba czegoś nie zrozumiałem… - wyznał w końcu Amerykanin. – Strzeliłeś focha o blok?

- Nie o blok, tylko o samo złodziejstwo! – Koreańczyk znalazł racjonalny argument. – Za jakiś czas mogą mi zacząć kraść inne rzeczy…! Nie dam sobą pomiatać!

Alfred zaśmiał się.

- Dziwnie to słyszeć z twoich ust – wyznał.

Yong Soo uniósł brwi, Matthew także wydawał się zaskoczony, ale nie skomentowali tej wypowiedzi.

- Dobra, to zaraz to ogarniemy… - Amerykanin rozejrzał się po pokoju. – Jak to łóżko przysuniemy bardziej tam, a to – tam, to tutaj zmieści nam się trzecie…

- Nie, nie! – zareagował Koreańczyk. – To taka jednorazowa akcja, nie chcę robić problemu. Prześpię się na podłodze.

- Ale tak gościa na podłodze? – Alfred miał wątpliwości.

- Gościa! Kumpla, nie gościa! – Yong Soo zabrał się za odsuwanie stołu. – Wezmę kołdrę, poduszkę i proszę – idealny fragment dywanu!

Wskazał ze sztucznym zachwytem wspomniany metr kwadratowy podłoża.

- To ja się kimnę na podłodze – oświadczył zdecydowanie Amerykanin.

- Ja też mogę – odezwał się Matthew.

Po chwili rozgorzała sprzeczka o to, kto nie będzie spał na łóżku. Nie wiadomo, ile by trwała, gdyby nie nagły wrzask na korytarzu. Niby krzyki zza drzwi były w szkole Beilschmidta codziennością, ale zwykle miały jakieś logiczne, często interesujące wyjaśnienie, więc wszyscy trzej rzucili się na korytarz.

- Ktoś dziabnął Listę! – wrzeszczał Feliciano.

- Co, kurna? – Romano wypadł z pokoju Antonia.

- Ktoś ukradł Listę Piekieł! – powtórzył jeszcze głośniej Włoch.

- Nie mów! – zszokował się Alfred. – Listę?

Feliciano przytaknął. Na jego twarzy malowało się bezgraniczne zdziwienie, przemieszane z niepokojem.

- Miałem się wpisać za wyjście poza szkołę po godzinie dwudziestej – wyjaśniał szybko, energicznie przy tym gestykulując. – Pan Beilschmidt wziął dziennik, zajrzał, ale nie było…! Pobiegliśmy szybko do pokoju nauczycielskiego, ale ani tam, ani w pokoju pana Beilschmidta nie było…! Lista się rozpłynęła!

Uczniowie klasy A byli w szoku. Kultowa lista, do której doklejono już drugą kartkę i teraz można było ją tak fajnie rozwijać i zwijać, niczym rulon… zniknęła?

- Niemożliwe! – nie docierało do Yong Soo. – Najpierw szlafrok Bascha, teraz mój blok i Lista…

Matthew milczał.

- Jak… Lista mogła zniknąć…? – zapytał cicho.

- Kto, kurna, mógł być tak bezczelny, by ukraść Listę? – Romano ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza i z powrotem. – Musimy ją odnaleźć! Nie spocznę, dopóki jej, kurna jasna mać, nie odnajdę!

Basch wychynął ze swojego pokoju.

- Cholera, trza się tak drzeć? – zapytał wściekle.

Wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy.

- Człowieku, ty się denerwujesz, że jest głośno, podczas kiedy dzieją się znacznie straszniejsze niż byle krzyk rzeczy! – zakrzyknął Alfred.

- Ach tak. Jakie…?

- Ktoś ukradł Listę Piekieł!

Basch otworzył oczy bardzo szeroko.

- Listę…?

Wszyscy potaknęli ruchami głowy.

- Więc musimy ją odzyskać! – zdecydował natychmiast Szwajcar.

- Tak! – Reszta zgodziła się z nim chóralnym okrzykiem.

- Yong Soo, zmobilizuj dziewczyny! Mattie, zbierz resztę chłopaków! A ja, Basch i włoscy zastanowimy się, co dalej!

Obaj bez mrugnięcia przyjęli swoje zadania i oddalili się.

Alfred oparł się o ścianę.

- Dobra, gdzie zaczynamy poszukiwania?

- Proponuję zebrać wszystkich w jednym miejscu i zadać im parę pytań! – Basch zacisnął dłonie w pięści. – Znajdziemy winowajcę samą siłą słów!

- Jak w amerykańskim kryminale! – zapalił się Amerykanin.

- Nie no, stop, to jest, kurna, bez sensu – stwierdził Romano. – Nie odnajdziemy Listy przez zadanie kilku pytań. Musimy przeszukać każdy milimetr kwadratowy podłogi!

- Lepiej zacząć od pytań! – Szwajcar zirytował się błyskawicznie, jak zwykle, kiedy ktoś się z nim nie zgadzał. – A potem ewentualnie szukać!

- Jakich, kurna, pytań? Szukamy już! – Włoch był bliski tupnięcia jak mała dziewczynka. – Feliciano! – Jego brat wyprostował się błyskawicznie. – Wyraź swoją pozycję!

- Stoję niecały metr od ciebie, prosto!

Romano schował twarz w dłoniach.

Szybko zaczęli się schodzić inni, przyprowadzeni przez kolegów Alfreda. Brak Listy wywołał na ich twarzach szok niemalże żałobny, jakby wprost nie mogli uwierzyć, że coś tak kultowego, jak ona, mogło poddać się jakiejkolwiek sile. Yong Soo już zdążył zawrzeć rozejm z Yao – nie miał czasu na obrażanie się za takie bzdury, jak blok, podczas poszukiwania Listy.

Trzeba jednak przyznać, że Ludwig był w niezłym szoku, kiedy ujrzał całą swoją klasę przed drzwiami pokoju numer pięć, zmobilizowaną i gotową do poszukiwań.

- Wiecie… Możemy założyć nową Listę – powiedział, zastanawiając się, kiedy, do jasnej ciasnej, Lista z kary została nagrodą. – W końcu to tylko kawałek papieru…

Uczniowie spojrzeli na niego z jawną zgrozą.

- …dobra, skoro chcecie… - Wychowawca wzruszył ramionami. – Życzę wam powodzenia.

- Tak! Odnajdziemy Listę! – zawołał Alfred radośnie, przybijając piątkę Yong Soo.

- Dokładnie! – musiał odezwać się i Francis.

- Ludzie, kto pierwszy odnajdzie Listę, ten będzie się mógł na nią wpisać! Samymi wielkimi literami! – wymyślił Antonio.

Po tych słowach wszyscy ruszyli na naradę do pokoju Yong Soo, Kiku, Ivana i Yao. W ogólnym zamieszaniu nikt nie zauważył Mongoła, ściskającego w rękach dwie, dorodne marchewki i wyraźnie chowającego się przed nimi w cieniu.

Za to, kiedy ten ruszył dalej – zaraz po zniknięciu klasy A za zakrętem – zauważyła go Lisa.

- Hej, Narantsetseg! – powiedziała, uśmiechając się. – Co ty robisz z tym warzywem?

Mongoł zamarł. W końcu powoli obrócił się ku niej.

- Słuchaj, potrzebuję pomocy… ale obiecaj, że nikomu słówka nie piśniesz.

Dochodziła dwudziesta czwarta, a uczniowie klasy A nadal ganiali po szkole w poszukiwaniu Listy. Na początku próbowali z pytaniami, ale nie poszło zbyt dobrze, bo wszyscy uparcie twierdzili, że nie widzieli nikogo, kto kradł Listę, i gdy ostatni raz się na nią wpisywali, była jeszcze na swoim miejscu. Basch uznał ich za bandę tłuków, nie umiejących podać odpowiedzi na najprostsze pytania, więc spróbowano tak, jak proponował Romano. Wpadano na chwilę do każdego pokoju, pytano o Listę, pobieżnie go przeszukiwano i wypadano, informując, że to jednak nie tutaj.

Co jakiś czas drogi uczniów z A krzyżowały się z Lisą lub Narantsetsegiem, ale nikt nie zwrócił na nich uwagi. Bo czy to dziwne, że ktoś łazi sobie po korytarzu przed północą?

Tuż przed dwudziestą czwartą Ludwig zagonił klasę do pokojów, oznajmiając, że mogą kontynuować poszukiwania następnego dnia. Spotkał się ze stanowczymi protestami, ale pozostał nieugięty. Nie zauważył, że Alfred z Baschem cicho namawiają się na dalsze poszukiwania o trzeciej nad ranem.

I istotnie, równo o tejże godzinie ponad połowa klasy A zebrała się na korytarzu trzeciego piętra, by kontynuować.

- Teraz przejdziemy do części szkolnej - instruował Szwajcar. Z wiadomych powodów nie miał na sobie szlafroka, za to w dłoni trzymał latarkę. - Możliwe, że tam znajdziemy naszą samotną, zagubioną Listę.

- Tak! - Oczy Colette - jednej z dwóch dziewczyn, które porwały się na nocne poszukiwania - jasno świeciły w ciemności.

Druga, Lotte, stała z boku i wyglądała na zaskakująco smutną i zamyśloną. Przesadnie nawet jak na brak Listy Piekieł.

- Dobra, ludzie, idziemy! - szepnął konspiracyjnie Alfred i wszyscy uczniowie na palcach ruszyli ku części szkolnej.

W zaskakującej ciszy klasa A przedostała się na drugą część szkoły Beilschmidta, w międzyczasie szeptem ustalając, gdzie powinni rozpocząć „rozglądanie się".

- Ja tam obstawiam stołówkę - mamrotał Romano, ukrycie pragnąc zobaczyć, czy pożywienie jest przetrzymywane w dobrej temperaturze.

- Tobie tylko żarcie w głowie - warknął Basch. - Będziemy szukać w sali naszej klasy!

- A nie sądzicie, że lepiej… - Matta nikt nie słuchał.

Sprzeczka narastała, włączało się coraz więcej osób. Z czasem te co mniej kłótliwe - typu Kiku Honda, któremu na Liście niezbyt zależało i właściwie niewiadomo, po co zabrał się z poszukiwaczami - siadły z boku, postanawiając przeczekać kłótnię. I by sobie pewnie długo poczekały, gdyby nie to, że nagle z pierwszego piętra dobiegł łomot i coś jakby wybuch.

Wszyscy jak na komendę zamilkli, by po chwili rzucić się - już ignorując fakt, iż powinni być cicho - po schodach.

Rumor okazał się pochodzić z sali chemicznej. Kiedy tylko Basch pchnął jej uchylone drzwi, oczom zebranych ukazał się dziwaczny widok - oto Narantsetseg siedział bezradnie pośród szklanych probówek lub ich szczątek i próbował je zebrać, miał jednak minę, jakby nie wiedział, od której zacząć.

- Oto i mamy złodzieja! – zawołał Szwajcar, wskazując dłońmi przestraszonego nagłym atakiem chłopaka.

- N-nie! To wszystko nieprawda! – zaprotestował nerwowo, kiedy Francis i Arthur przyskoczyli do niego i złapali go, aby nie uciekł. – Ja się wszystkiego wyprę, rozumiecie?

- Już my zmusimy cię do mówienia! – Basch stanął na wprost niego i rozkoszował się, że może nareszcie być od kogoś wyższy – nic to, że Mongoł siedział.

- A-ale… to były tylko dwie marchewki i sałata…!

Uczniowie klasy A zamarli.

- Jakie marchewki? – zapytał Romano.

- No… te, o które się czepiacie…!

- Ale my się czepiamy o Listę, a nie, kurna, durne marchewki!

Teraz to Narantsetsega zatkało.

- …jaką znowu Listę…?

- Listę Piekieł! – odpowiedzieli wszyscy uczniowie klasy A jak na zawołanie.

Z miny Mongoła – nawet w półcieniu – mogli łatwo wywnioskować, że doszło do pomyłki. Francis i Arthur, którzy nadal kurczowo ściskali kolegę z klasy równoległej za ramiona, teraz nareszcie odsunęli się. Alfred kulturalnie pochylił się i, by ukryć zmieszanie wymalowane na twarzy, zaczął zbierać resztki potłuczonych probówek. Yong Soo, Matthew i Kiku mu pomogli i po chwili szkło leżało w śmietniku, a Narantsetseg mógł wreszcie spokojnie wyjaśnić:

- Ostatnio zabrałem ze szkolnej kuchni marchewki i sałatę. Byłem pewien, że to mnie szukacie przez cały wieczór… - Wzruszył ramionami. – Przez myśl by mi nie przeszło, że chodzi o jakąś Listę Piekieł.

- Dobra, niemniej… - Basch zmarszczył groźnie brwi. – To wcale nie wyjaśnia, dlaczego…

- Ojej! Co tu się dzieje? – Ten cichy szept zwrócił ku sobie spojrzenia równo całej klasy A i Mongoła.

Szwajcar mało nie jęknął. W drzwiach najspokojniej stała Lisa Kessler w piżamie z nadrukiem uroczego szczeniaczka i zarzuconej na nią bluzie i obserwowała wszystkich ze zdziwieniem.

- Wy wszyscy szukacie kozy? – zapytała. W cieniu nie dostrzegła, że Narantsetseg uderza otwartą dłonią o czoło.

- Jakiej kozy…? – Alfred po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się cokolwiek skołowany.

Wszystkie spojrzenia przeniosły się na Mongoła, który odetchnął głęboko.

- Mam kozę, jasne? Trzymam ją w pokoju, w internacie. Nauczyciele o tym nie wiedzą. Ma bardzo wygodne łóżko pod moim łóżkiem.

Chwila przytłaczającego milczenia została zakończona pytaniem:

- I to ma być taki, kurna, żart?

Narantsetseg potrząsnął głową.

- Naprawdę. I niedawno mi zwiała. Osoby z mojego pokoju i Lisa pomagają mi jej szukać.

- …ojej… - jęknął Feliciano. – Obawiam się, że w takim układzie nasza Lista została zjedzona…

Uczniowie klasy A spojrzeli na Mongoła groźnie.

- Przep… raszam! – Narantsetseg zrobił krok w tył. – Ale błagam, nie mówcie nic nauczycielom! Jeśli się dowiedzą, wywalą mnie! Proszę…!

- Jak niby przetransportowałeś tutaj kozę? – Realistyczna część umysłu Yong Soo dała o sobie znać.

- Myślisz, że ja tu cokolwiek transportowałem? – Mongoł uniósł brwi. – Znalazłem biedaczkę w ogrodzie, kilka dni temu.

Po tej wypowiedzi zapanowała cisza.

- No dobra… - powiedział w końcu Alfred. – Pomożemy ci szukać tej kozy.

- Serio? – mruknął ktoś z klasy A bez przekonania.

- Owszem, serio. Jestem Amerykaninem! To zobowiązuje do pomagania innym w potrzebie! – Po tej deklaracji Jones ruszył ku wyjściu z sali.

Po nim wyszli pozostali uczniowie, mijając Lisę, która cały czas stała przy drzwiach. Ostatni wychodził Basch. Zebrał się w sobie, czując, jak cały się spina i aż serce mu staje, i całkiem wyluzowanym tonem zapytał:

- Też idziesz szukać kozy?

Uśmiechnęła się.

- Robię to od kilku godzin. Skoro Naran ma teraz innych pomocników, ja już chyba mogę iść spać…

Szwajcar poczuł, jak wszystko się w nim rozjaśnia. Otworzył usta, by zapytać, czy może ją odprowadzić, ale w tym momencie Romano zawołał:

- No kurna, Basch, chodźże!

Chłopak zacisnął dłonie w pięści, postanawiając sobie, że przy najbliższej okazji da Włochowi po mordzie. Równocześnie pożałował, że Feliciano wolał spać, niż szukać Listy – gdyby on tu był, naiwnie wierzyła jakaś część Bascha, na pewno powiedziałby coś w stylu: „Niech Basch lepiej odprowadzi Lisę, damie nie godzi się iść samej przez całkiem ciemny korytarz…". A wtedy Szwajcar mógłby dać się jej chwycić za ramię i wreszcie spędzić z nią chwilę w ogóle i chwilę sam na sam w szczególe. W takim układzie mógł jednak jedynie rzucić:

- No to dobrej nocy życzę! – uśmiechnąć się głupio i dołączyć do klasy.

A Lisa odeszła. Sama. W ciemność.

Jeszcze grubo ponad godzinę szukano – tym razem kozy. Po jakimś czasie wszyscy snuli się już w półśnie, a Colette przysnęła na ramieniu Francisa. Siedli sobie tylko na chwilę i dziewczynie to wystarczyło, by paść w objęcia Morfeusza (i atrakcyjnego Francuza). Co do niego, był całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy; gładził swoją Seszelkę po ciemnych włosach, bawiąc się nimi przy tym, a na jego twarzy tańczył zadowolony uśmiech. Ona naprawdę mu się podobała.

I to tak bardzo, że Francis chętnie przemówiłby do rozumu temu, kto, zobaczywszy wreszcie kozę, oznajmił to tak głośno, że Colette natychmiast się obudziła.

- Gdzie my jesteśmy? – zapytała, mrugając jeszcze nieco sennie.

- W szkolnej części – wyjaśnił chłopak. – Chodź, ktoś znalazł kozę.

Rozbudziła się w jednej chwili.

- Kozę? Gdzie jest?

Zwierzę ukryło się w schowku na miotły. Siedziało tam zwinięte, na pościeli w postaci szarego szlafroka; na jego róg nadziana była pomazana kartka, w której Lotte ze łzami wzruszenia odkryła Listę; a spod koziego kopyta Koreańczykowi udało się wyciągnąć blok. Połowa papieru była zeżarta, ale obrazek z dziewczynką w hanboku się uchował, Yong Soo nie robił więc Mongołowi żadnych problemów.

A potem klasa A – zadowolona, bo mająca wszystko, co chciała mieć (co z tego, że Lista była przebita, a szlafrok jechał kozą?) – oddaliła się, zostawiając Narantsetsega sam na sam z kozą. Ktoś jeszcze zaproponował pomoc w przenoszeniu jej do internatu, ale Mongoł oznajmił, że da radę sam.

A że nikt się do dźwigania kozy nie spieszył, wszyscy wreszcie mogli wrócić do siebie.