Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.
Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.
Rozdział 9
beta: Majj
Minął prawie miesiąc, odkąd przyjechałem do Forks i w końcu wracałem do Chicago. Nawet, jeśli nie miałem, co robić, byłem zadowolony, że zostałem. Spędziłem czas z Ma i Charliem. Główny powód – starałem się włożyć trochę rozumu do głowy mojej mamy – co spotkało się z brakiem sukcesu.
Następnego ranka Charlie podrzucił mnie, a ja obiecałem nie krzywdzić Carlisle'a. Wszedłem do środka i zastałem moją rodzinkę jedzącą śniadanie, jakby poprzedniej nocy nic się nie wydarzyło. On czytał poranną gazetę, a mama przeglądała jakieś papiery - prawdopodobnie dotyczące schroniska.
Mój wzrok padł na jej nadgarstek i zaczerwienienie wokół niego. Używając całej samokontroli jaką miałem, przełknąłem gulę, która walczyła, by się wydostać z mojej klatki. Obiecałem sobie, że go nie dotknę, nawet, jeśli rozwalenie jego pierdolonej głowy, brzmiało bardzo atrakcyjnie. Popatrzyła na niego, westchnęła i prawie wyskoczyła ze swojej skóry, gdy zobaczyła mnie stojącego w drzwiach.
– O mój Boże! Edwardzie, jak długo tutaj stoisz? - zapytała z rękoma przy gardle. Skurwiel ledwo na mnie spojrzał, zanim zwrócił swoją uwagę z powrotem na gazetę.
– „Coś co wychowałaś"- szydziłem w jego kierunku - chce z tobą porozmawiać, Ma. Na osobności.
Carlisle spojrzał na swój zegarek. - Idę do szpitala. - Powiedział spokojnie. Wstał i zrobił krok w kierunku Ma.
– Nawet o tym, kurwa, nie myśl! - warknąłem. - Wyjdź! - westchnął i opuścił dom tylnimi drzwiami.
Otworzyłem zamrażalkę i wyciągnąłem paczkę lodu, którą mama zawsze tam trzymała. Zawinąłem ją w cienki kuchenny ręcznik, po czym wziąłem dłoń mamy w swoją, pocałowałem lekko i delikatnym ruchem umieściłem paczkę lodu na stłuczonym miejscu.
– Dziękuję - pociągnęła nosem, patrząc na kubek.
Chciałem zacząć od małej pogawędki, ale nieważne, jak bardzo się starałem, nie mogłem tego zrobić. Były rzeczy, które musiały zostać przedyskutowane i szczerze? Ta nie mogła zostać odłożona.
– Możesz na mnie spojrzeć? - zapytałem łagodnie. Jej oczy spotkały moje i wziąłem głęboki oddech. - Jedynym powodem, dlaczego przepraszam za wczorajszą noc, jest przestraszenie ciebie – zacząłem. - Mamo, kocham cię, ale kiedy widzę, co on robi - tracę to. Jeśli Emmett nie powstrzymałby mnie, zabiłbym go bez skrupułów.
– Edwardzie, on jest twoim ojcem – powiedziała smutno.
– Nie, on jest potworem. Prawdziwy mężczyzna nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Chcę, żebyś była ze mną szczerza. Jak długo to trwa?
– To był drugi raz - powiedziała, patrząc przez okno. Kłamała.
– Zapytam jeszcze jeden raz. Jak długo?
Coś w jej postawie się zmieniło i zaczęła być zła. – Kiedy mówię ci, że to był drugi raz, powinieneś mi wierzyć i więcej o to nie pytać!
Natychmiast się zamknąłem. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zachowywała się w taki sposób. Nawet wtedy, kiedy ja z Emmettem byliśmy młodsi i rozwaliliśmy coś.
– Twój ojciec jest bardzo zajętym człowiekiem. Ma szpital, swój gabinet, pomaga mi ze schroniskiem. Jest zestresowany, Edwardzie. Nie chciał mnie zranić. Wy dwaj musicie usiąść, jak dorośli i porozmawiać o swoich różnicach. Nie chcę wrogów w mojej rodzinie!
– Nie zrobiłem nic złego! On jest tym, który nigdy się mną nie interesował. Nigdy nie szanował moich decyzji, nigdy nie przyszedł do mnie jak ojciec, aby wysłuchać moich trosk i niepewności. Tylko dlatego, że mnie przygarnął i wychował, nie czyni go moim ojcem. Był tylko postacią w moim życiu, Ma. Był nieobecny, kiedy go potrzebowałem. Pozwolił Emmowi i Charliemu zająć się jego obowiązkami - wyjaśniłem. - Poza tym, tutaj nie chodzi o moją relację z Carlislem. Chcę, żebyś spakowała swoje rzeczy i pojechała jutro z nami do Chicago.
– Nie opuszczę mojego domu ani mojego męża! Mieliśmy małe nieporozumienie i to wszystko. - Powiedziała wkurzona i wyszła z kuchni.
Skoro nie chciała jechać ze mną, zdecydowałem się zostać dużej niż przewidywałem. Musiałem się upewnić, że z nią będzie dobrze, kiedy wrócę do domu. Błagałem ją tysiące razy, żeby wróciła ze mną, ale to było bez sensu. Nie mogłem nic zrobić, jeśli ona nie chciała pomocy. Gdy Charlie wiózł mnie na lotnisko, poprosiłem go, aby jej pilnował. Nie czułem się dobrze, zostawiając ją z nim, ale nie miałem innego wyboru.
Kiedy wylądowaliśmy, wziąłem moją walizkę i zawołałem taksówkę. W drodze do domu, rozglądałem się dookoła. Wszystko było pokryte śniegiem i milionami lampek w każdym kawałku miasta. Dekoracje świąteczne były wszędzie, dzieci z rodzicami chodzili po ulicy, uśmiechając się i śmiejąc. Wszyscy wydawali się tacy szczęśliwi, a ja nie mogłem dzielić tej radości. Jej obraz dominował w moich myślach. Kiedy zamykałem oczy, żeby zasnąć, widziałem ją: czułem jej dotyk i słyszałem jej głos. Nie miałem pojęcia jak zareaguję, jeśli ponownie ją zobaczę. Ta kobieta zdradziła mnie i nie mogłem być dla niej miły. Była moim marzeniem, życiem i wykorzystała mnie. Wcześniej, zanim Charlie zostawił mnie na lotnisku, powiedział mi, żebym pozwolił jej ze sobą porozmawiać. Dlaczego miałbym to zrobić? Słuchać jej kłamstw? Dziękuje bardzo, ale nie...
Głos kierowcy wyrwał mnie z mojej zadumy. – Hej stary. Jesteśmy.
Wręczyłem mu pieniądze i wysiadłem. Tak dobrze było wrócić. Kochałem każdą część Ma, ale tam nie było takiego miejsca jak dom. Otworzyłem okna, aby wpuścić świeże powietrze i zrobiłem kawę. Za dwa dni będą Święta Bożego Narodzenia. Odkąd mam to mieszkanie, nigdy nie dekorowałem go na święta. Potrzebowałem małej zmiany. Gdy wziąłem telefon, aby zadzwonić do Emmetta, zobaczyłem, że mam nieodebrane wiadomości. Później ich wysłucham.
Mój brat odebrał telefon po drugim sygnale. – Cóż, cześć! Zdecydowałeś się zadzwonić do swojego dużego brata.
– Tak, pieprz się bardzo - zachichotałem. - Jak się masz, Em?
– Dobrze. Właśnie wyszedłem ze szpitala. Ty? Jak minął lot?
– Dobrze – powiedziałem, odpalając papierosa. - Hej, Em, mogę prosić cię o przysługę?
– Jasne.
– Możesz wpaść i mnie odebrać? Chcę iść i kupić choinkę - oznajmiłem.
– Jeszcze raz?
Zachichotałem. – To Święta stary. Poczułem trochę nostalgii w mojej drodze powrotnej. W tym roku chcę mieć choinkę. Poza tym, kiedy był ostatni raz, gdy spędziliśmy razem trochę czasu? - Nastała cisza. - Em, jesteś tam jeszcze?
– Kim do cholery jesteś i co zrobiłeś z moim bratem? - stwierdził zdumiony, czym sprawił, że się uśmiechnąłem.
– Więc? - zapytałem.
– Spotkajmy się za dziesięć minut przed twoim budynkiem - odpowiedział i rozłączył się.
Szybko przebrałem ciuchy, wziąłem środki przeciwbólowe i zrobiłem mentalną listę, rzeczy których potrzebuję. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zachichotać na Emmetta. Mogłem go sobie w tej chwili wyobrazić. Z rozdziawioną gębą, jak cholerna ryba, sprawdzającego swój telefon, aby upewnić się czy to ja byłem tym, który dzwonił. Błagał mnie od lat, żebym ustawił choinkę w moim mieszkaniu, żeby nie było tak pusto w te najlepsze święta. Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, co sprawiło, że zdecydowałem się zrobić coś takiego. W tym roku chciałem zmiany. Sprawdzając zegarek, stwierdziłem, że Em prawdopodobnie na mnie czeka. Wziąłem klucze, pieniądze i wyszedłem. Mój brat czekał na mnie na dworze, opierając się o swój samochód. Uśmiechnął się i przytulił mnie jedną ręką.
– Wierz w to lub nie, tęskniłem za tobą - powiedział i zmierzwił mi włosy.
– Kurwa, Emmett, nie włosy, sprawiasz, że są jeszcze gorsze - rzekłem i przejechałem przez nie palcami, gdy on wsiadał do auta.
– Potrzebujesz strzyżenia - zachichotał. - Wsiadaj – dodał, odpalając samochód.
– Ma już ścięła cal - powiedziałem, gdy wsiadałem do środka. - Więc, dokąd jedziemy?
Przez chwilę był cicho, a potem odwrócił się i spojrzał na mnie. – Edwardzie, znam cię, jak wierzch mojej dłoni - powiedział spokojnie i zaczął jechać. - O co chodzi?
Wziąłem głęboki oddech, wyjrzałem przez okno i odchrząknąłem. – Zrobiłem kilka rzeczy, zanim zostałem postrzelony. Pamiętasz ten wieczór, gdy poznaliśmy Alice?
Kiwną głową. – Kontynuuj.
– Tego wieczora zadzwoniłem do Garetta - oznajmiłem i głęboko odetchnąłem. - Rozmawialiśmy chwilę i umówiłem się na spotkanie. Miało to być dwudziestego ósmego zeszłego miesiąca, ale ostatecznie nie pojawiłem się - kontynuowałem. - Emmett, wiem, że zmierzyłeś się z moim wielkim gównem i w ogóle. Poprosiłem o pomoc, bo jestem zmęczony. Nie mogę i nie stanę się Edwardem, którym byłem kiedyś, ale chcę być lepszy. Chcę móc być w stanie poprowadzić rozmowę bez wkurwiania się w mgnieniu oka. Chcę się uspokoić i być w stanie ponownie funkcjonować, jak normalny człowiek.
– Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałeś? Dlaczego mówisz mi właśnie teraz?
– Nie powiedziałem ci, ponieważ wtedy byłem pewny, że stchórzę. Nie chciałem cię rozczarować -powiedziałem i przez kilka minut byliśmy cicho.
– Dziękuję – rzekł. Odwróciłem się, aby na niego spojrzeć. - Za powiedzenie mi.
– Jestem ci tyle winien, Em. To byłoby nie fair, gdybym ci nie powiedział - oznajmiłem zgodnie z prawdą.
– Zamierzasz umówić się ponownie?
– Dzwoniłem do niego, ale jest poza miastem. Zadzwonię do niego ponownie w połowie stycznia - stwierdziłem i wzruszyłem ramionami.
– Dobrze, dobrze – powiedział i zaparkował samochód. - Więc, jak dużą choinkę chcesz? - uśmiechnął się i wysiadł.
W tej chwili nie miałem zamiaru mówić mu tego wszystkiego, ale to była pierwsza rzecz, jaka wyszła z moich ust i móc to powiedzieć, było tak cholernie dobre. Tylko to, że nie byłem w stanie pójść na pierwsze spotkanie, nie znaczy, iż nie chciałem tego zrobić. Jeśli inny człowiek byłby na moim miejscu, stawiał czoła takiemu samemu badziewiu co ja, nie miałby ochoty się z tym mierzyć. Naprawdę chciałem to zrobić - dla Emmetta, Ma, Rosalie, Charliego... dla Williama. Pragnąłem, aby moja rodzina i starzy przyjaciele byli w stanie mi ufać tak, jak kiedyś i chciałem być lepszym przyjacielem dla tego dziecka.
– Jak twoje ramię? - zapytał, gdy rozglądaliśmy się dookoła.
– Dobrze. Poszedłem do szpitala i usunięto mi szwy. I zgadnij, kto to zrobił - zachichotałem.
Zmarszczył brwi. – Carlisle?
– Proszę! Jakbym pozwolił mu się dotknąć. Człowieku, nie psuj mojego nastroju - burknąłem.
– Okej, kto to był?
– Yorkie – odpowiedziałem.
– Nie pierdol. Jest lekarzem?
– Tak. Powinieneś go zobaczyć. Prawie narobił w gacie, kiedy zorientował się, kim jestem. Myślę, że nigdy nie wydobrzał po tym, jak powiesiłeś go do góry nogami na tym drzewie.
Zaczął się śmiać. Nie mogłem przypomnieć sobie ostatniego razu, kiedy słyszałem, jak śmieje się tak głośno. – Dobre czasy.
– Wiesz, przeprosił - oznajmiłem. - Powiedział, że wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, jak złe było zastraszanie mnie. Oraz to, że pragnął tylko akceptacji i nigdy nie uświadomił sobie, że oni również byli dla niego źli.
– Gówno prawda. Gdybym mu tego nie zrobił, wciąż byłby taki, jak te skurwiele - zachichotał. - Zresztą, podoba ci się ta? – zapytał, wskazując małego świerka.
– Idealna - uśmiechnąłem się. Zapłaciłem za drzewko i wkrótce wracaliśmy do domu.
Emmett niósł je całą drogę do środka mojego domu, ponieważ mi nie wolno było nosić niczego ciężkiego. Umieścił je obok małego kominka. Skoro było jeszcze wczesne południe, zdecydowaliśmy się pójść do sklepu niedaleko komisariatu, żeby kupić ozdoby i lampki choinkowe.
Nawet, jeśli to był mały kawałek, jazda zajęła nam prawie dwadzieścia minut. Nienawidzę korków, ale byłem w tak dobrym nastroju, że nic nie mogło go zepsuć. Gdy weszliśmy do sklepu, nastoletni pracownik podszedł do nas i zapytał czy czegoś potrzebujemy. Były tu półki z różnymi typami i kolorami: srebrne, zielone, czerwone, niebieskie ozdoby. Nie chciałem niczego ekstrawaganckiego, więc wybrałem zwykłe srebrne.
– Rozmawiałeś z nim ostatnio? - usłyszałem, jak pyta chłopak w następnej alejce.
– Nie.
Przysięgam, że moje serce przyśpieszyło na dźwięk jego głosu. Emmett chciał coś powiedzieć, więc uderzyłem go w klatkę, żeby go zamknąć.
– Bummer - powiedział inny chłopak.
– To ssie! - syknął William. - Gdzie mam, do cholery, iść, Jason? - warknął. Cholera! Czy miał kłopoty?
– Nie pytaj mnie. Nie mogę ci powiedzieć, co robić.
Poszedłem do drugiej alejki, Emmett udał się za mną, gdy ja powoli wyszedłem za Williama. Kiedy inni chłopcy mnie zobaczyli, ich oczy delikatnie się rozszerzyły. Rozpoznałem kolegę Willa. To był ten dzieciak, który zapytał mnie, czy kiedykolwiek postrzeliłem kogoś na spotkaniu z klasą chłopaka. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale uśmiechnąłem się i umieściłem palec na moich wargach, żeby go uciszyć.
– Zabijające jest to, że chciałem dać mu kopię, a on jest tak daleko w tym paskudnym mieście.
– Spoons, tak? - zapytał inny dzieciak.
– To Forks, ty głupku.
– Ach, racja. Nigdy nie byłem dobry z geografii - zachichotał.
– Nieważne. Jadę do dziadków na Florydzie i naprawdę chciałem mu to dać - powiedział smutno.
Uśmiechnąłem się i mrugnąłem do dzieciaka. - Co mi dać? - zapytałem.
– O mój Boże! - w połowie krzyknął i obrócił się z rozszerzonymi oczami. Zacząłem się śmiać z wyrazu jaki miał na twarzy: zaskoczenie i przerażenie. - O mój Boże! - powiedział i rzucił się na mnie, sprawiając, że upuściłem mój koszyk.
– Hej, dzieciaku - uśmiechnąłem się i przytuliłem go.
– Wróciłeś! - wyszeptał, mocno mnie ściskając.
Poklepałem go po plecach, po czym mnie uwolnił. To było za długo. Spojrzałem w jego oczy i nie mogłem przestać się uśmiechać. Tak bardzo za nim tęskniłem.
– Kiedy wróciłeś do domu? Jak się masz? - pytał i spojrzał na moje ramię.
– Dobrze - odpowiedziałem. - Przyjechałem trzy godziny temu, a mój brat i ja przyszliśmy tu na zakupy - kontynuowałem i odwróciłem się, aby spojrzeć na Emmetta. - Emmett to jest William, mój bardzo dobry przyjaciel - uśmiechnąłem się. - Will to jest mój brat, Emmett.
Ze względu na budowę ciała Emma, większość dzieci bała się go. Koledzy Williama stali się bladzi na widok mojego wielkiego brata, podczas gdy Will wcisnął się w niego.
– Miło pana poznać - stwierdził i wyciągnął swoją rękę. Zawsze pełen szacunku i miły. Brat stał tam, delikatnie gapiąc się na niego. Nie powiedział ani słowa, natomiast mogłem zobaczyć, że badał każdy cal jego twarzy. Will zmarszczył się. Zaczął przenosić swoją wagę z nogi na nogę i opuścił swoją dłoń.
Zacząłem się wkurzać. – Emmett? - zapytałem ostrzegawczo.
I jakby ktoś wyciągnął go z transu, zamknął oczy na chwilę i potrząsnął głową. Spojrzał na Williama i posłał mu mały uśmiech.
– Przepraszam za bycie niegrzecznym - zaczął. - Byłem po prostu zaskoczony, że mój brat ma tak młodego przyjaciela - wyciągnął swoją dłoń. William wziął ją, ale coś go przeraziło. Mogłem to zobaczyć. Wiedziałem, jak zachowuje się, kiedy jest przerażony.
– Nic nie szkodzi, proszę pana – powiedział nieśmiało. - Edward jest bardzo miły dla dzieci - kontynuował i uśmiechnął się do mnie. - Powinieneś zobaczyć jaką uwagę zwraca na nie w parku.
Zmarszczyłem brwi i starałem przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałem kontakt z dziećmi, gdy William był w pobliżu. Tak bardzo jak się starałem, nie pamiętałam, ponieważ to się nie zdarzyło. Za każdym razem, gdy go spotykałem miał całą moją uwagę. Może chodziło mu o dzień, gdy poszedłem do szkoły, ale nawet wtedy nie miałem kontaktu z innymi poza nim.
Notatka dla siebie: zapytać go o to.
– Um, muszę ci coś dać - powiedział William. - Wyjeżdżam jutro w odwiedziny do dziadków i chciałbym dać ci coś zanim wyjadę.
– Co to jest?
– Mój esej. Bardzo mi pomogłeś i przynajmniej mógłbym pokazać ci moją wdzięczność, dając ci kopię - powiedział nieśmiało.
– Nie musi... - zacząłem, ale mi przerwał.
– Tak. Muszę, prawdę powiedziawszy.
– Okej - zachichotałem. - O której jutro wyjeżdżasz?
– O trzeciej popołudniu. Mogę do ciebie zadzwonić, kiedy wstanę?
– Oczywiście. Jutro będę szedł na komisariat, więc jeśli chcesz, możemy spotkać się w parku. Zabierze również Sandlera - uśmiechnąłem się.
– Kim jest Sandler? - zapytał inny chłopak.
– Mój pies – powiedział William i spojrzał na swojego przyjaciela, usłyszałem jak Emmett bierze głęboki oddech.
– Oh, taaa - powiedział kolega.
– Muszę lecieć - powiedział Will. - Moja matka chrzestna czeka na girlandy, więc...
– Miło było cię zobaczyć, Williamie - rzekłem i zmierzwiłem mu włosy.
– Oh stary, nie włosy – narzekał.
Emmett złożył swoje ręce na klatce. – Dlaczego?
– Ponieważ, moje włosy i grzebień prowadzą wojnę. Nie chcą ze sobą współpracować.
Zachichotałem. – Idź - powiedziałem. - Do zobaczenia jutro.
– Pa.
Podniosłem swój koszyk i zacząłem rozglądać się dookoła, patrząc czy nie potrzebuję czegoś jeszcze. Emmett przez chwilę był cicho. Tak, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Jak długo znasz tego dzieciaka? - zapytał nagle.
– Od września. Był szykanowany w parku - uśmiechnąłem się i odwróciłem, żeby na niego spojrzeć. - Nieźle ich pobił. William ma czarny pas w Tae Kwon Do.
– Huh - syknął i wybrał gwiazdę na czubek choinki. - Podoba ci się?
– Taaa, jest ładna - odpowiedziałem i umieściłem ją w koszyku. - Skończyłem.
Kolejka do kasy nie była długa, więc skończyliśmy naprawdę szybko. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na gryza i na zakupy. Miło było spędzić czas z Emmettem. Tęskniłem za tym, tylko my dwoje, zabawa przy robieniu zwykłych rzeczy. Wiedziałem, że nie byłem osobą, na którą zasłużył, bratem, za którym tęsknił. Nie mogłem wrócić i być tą osobą, ale przynajmniej postaram się naprawić siebie.
– Dzieciak miał takie same oczy jak ty – powiedział, gdy parkował samochód.
– O co ci chodzi? - zapytałem zmieszany.
– Chodzi mi, że macie takie same oczy: kolor i kształt.
– Serio, Emmett – zaśmiałem się.
– Edwardzie, wiem, co widziałem. Kiedy gapił się na swojego kolegę, myślałem, że patrzę na ciebie, kiedy byłeś w jego wieku i patrzyłeś na Newtona.
– Myślę, że powinieneś pójść do domu i trochę odpocząć starszy bracie - poklepałem jego plecy.
– Może masz rację - westchnął. - Pozwól, że pomogę ci z torbami.
– To tylko trzy torby. Nie jestem całkowicie niepełnosprawny - uśmiechnąłem się.
– Okej – powiedział, a ja wysiadłem z auta. Zacząłem iść w kierunku wejścia do budynki, kiedy zostałem zatrzymany przez Emmetta. - Czekaj!
Odwróciłem się, a on podbiegł do mnie. – Chciałem, żebyś wiedział, że ta cała sprawa z terapią nie będzie łatwa, ale będę cię wspierał. Nawet pójdę na sesje z tobą, jeśli chcesz. Wszystko, czego potrzebujesz.
– Wiem, Em. Dzięki.
– Kocham cię, Edwardzie - dał mi braterski uścisk.
Ciasno go przytuliłem. – Też cię kocham, Emmett. Naprawę się, obiecuję - wyszeptałem. Jeśli ten skurczysyn nie przestanie, zacznę płakać, jak pieprzone dziecko. – Teraz idź do Rosalie. Powiedz jej, że powiedziałem ci o terapii.
– Wiedziała? - zapytał.
– Od pierwszego dnia. Teraz idź, a kysz! Mam drzewko do ustrojenia. - Uśmiechnąłem się. Zaczął iść do swojego samochodu. - Oh i Emmett - krzyknąłem, zanim wsiadł. - Jestem szczęśliwy za was oboje. - Byłem dość pewien, że kiedy Rose usłyszy o terapii, powie mu o dziecku. Chodziło mi o nie, kiedy mówiłem, że jestem szczęśliwy. Będę rozpieszczał to dziecko. Będę starał się być najlepszym wujkiem na świecie.
Kolejna godzina minęła naprawdę szybko. Podczas gdy dekorowałem drzewko, otrzymałem szalony telefon od Emmetta dający mi znać, że będę wujkiem. Wznosił się do księżyca śpiewając: 'Będę kogoś tatą' i 'Oh, mój Boże'. Śmiałem się i byłem taki szczęśliwy. Ulżyło mi, że w końcu znalazł coś, co sprawia, że jest taki beztroski. Emmett nie był taki, jak ten płaz, który nas stworzył albo Carlisle. Będzie najlepszym ojcem, jakie dziecko może mieć. Miał duszę dziecka...
Kiedy położyłem ostatnie ozdoby na drzewku, zadzwonił dzwonek do drzwi. Tak szybko jak to możliwe, otworzyłem je i chciałbym tego nie robić. Bella stała przede mną.
– Witaj Edwardzie - powiedziała ledwo słyszalnym głosem.
– Czego chcesz? - zapytałem zimno.
– Słuchaj, wiem, że dopiero przyjechałeś, ale muszę sprawdzić twoje ramię. Nie zajmie to długo.
– Przeszłaś całą drogę tylko po to, żeby sprawdzić moje ramię? - pieprzyła się ze mną.
– Walter, znaczy dr Garcia, jest poza miastem. Myślał, że przyjdziesz tak, jak ci zalecił, ale nigdy się nie pojawiłeś. Chciał się upewnić, że ramię dobrze się goi - powiedziała.
– Na wypadek, gdybyś zapomniała jestem teraz w idealnej kondycji, żeby wiedzieć, kiedy ktoś kłamie - powiedziałem. - Dr Swan.
Westchnęła i przejechała rękoma przez swoje długie włosy. – Dobrze, Edwardzie, to ja byłam tą, która chciała sprawdzić. Więc, proszę. Przysięgam, nie będzie mnie za pięć minut.
W tej chwili słowa Charliego powróciły do moich myśli.
Edwardzie, proszę zrób mi przysługę, synu. Wsłuchaj jej. Wiem, że przez wiele przeszedłeś, ale ona również. Jeśli, kiedykolwiek do ciebie przyjdzie, proszę wysłuchaj jej. Możesz być zaskoczony przez to, co ma do powiedzenia.
– Wejdź. - Powiedziałam.
Położyła swoją torbę na stoliku do kawy i otworzyła ją, gdy ja ściągałem koszulę. Kiedy jej dłonie dotknęły mojej skóry, paliło nawet przez rękawiczki, które miała. Jej ręka trzęsła się trochę, kiedy lekko naciskała na moją ranę.
– Kiedy miałeś usunięte szwy? - zapytała, kiedy zaczęła oczyszczać obszar.
– Trzy dni temu. Yorkie to zrobił – odpowiedziałem.
– Eric Yorkie?
– Jeden i jedyny.
Po nałożeniu jodyny na ranę, przykryła ją małym kawałkiem gazy. – Nie ma żadnych wskazań, że rana jest zainfekowana. Leczy się pięknie. Wciąż bierzesz leki przeciwbólowe, jak zalecił Walter?
– Nie. Już tak bardzo nie boli. Biorę jedną, co dwa albo trzy dni, jeśli trzeba.
– Okej. Musisz skontaktować się ze m... um, znaczy ze szpitalem po świętach i umówić się na spotkanie, aby zacząć fizjoterapię. Mięsień musi dużo pracować, zanim wrócisz do pracy.
– Zrobi się. – Rzekłem, gdy ona zamknęła swoją torbę.
Pod innymi warunkami, mógłbym żyć z jej obecnością. Możliwość rozmowy z Charliem o niej kilka razy pomogła mi się trochę wyciszyć i zaakceptować, że mogą być okazje, kiedy ponownie ją zobaczę. Oczywiście to nie znaczyło, że zapomniałem o sprawach, jakie zdarzyły się między nami. Nie sądzę, że kiedykolwiek będę w stanie o nich zapomnieć, ale przynajmniej postaram być się cywilizowany wokół niej.
Kilka razy otworzyła i zamknęła usta. Wiedziałem, że więcej stało za tą wizytą, ale z jakiegoś powodu powstrzymywała się. Co mogłaby mi powiedzieć?
– Edwardzie, musimy porozmawiać - wypaliła.
No i jest!
– Bella, jak możesz zobaczyć, naprawdę staram się być tu cywilizowany. Nie sądzę, że jestem w stanie porozmawiać. Przynajmniej nie teraz - odparłem prawdomównie.
– Wiem, że to trudne, ale proszę, naprawdę muszę z tobą porozmawiać. Są rzeczy o których nie wiesz i …
– Bella nie teraz, proszę.
– To ważne. Po prostu wysłuchaj tego, co mam do powiedzenia i obiecuję, że więcej nigdy nie będę cię niepokoić.
Chciałem z nią porozmawiać. Byłem ciekaw, co ma do powiedzenia, ale nie byłem na to gotowy. Wiedziałem, że rzeczy, które usłyszę, rozwścieczą mnie i naprawdę ponownie nie chciałem się zatracić. Chciałem być w stanie z nią porozmawiać, po tym jak zacznę terapię, ponieważ miałem nadzieję, że pozwoli mi to działać inaczej – zaakceptować rzeczy trochę łatwiej, niż zrobiłbym to teraz.
– Obiecuję, że porozmawiamy, ale nie teraz. Jeśli zrobilibyśmy to teraz, powiedziałbym straszne rzeczy, które gwarantuję – nie spodobałyby się tobie. Muszę przygotować się fizycznie i psychicznie, a w tej chwili taki nie jestem.
– Dobrze. - Wyszeptała i zwróciła się w kierunku drzwi. - Dobranoc, Edwardzie. – powiedziała, wychodząc.
Nie mam pojęcia, jak długo wciąż stałem, patrząc na zamknięte drzwi.
-Ж-
Następnego dnia, po wyjściu z komisariatu, byłem już spóźniony na spotkanie z Williamem. Wysłałem mu wiadomość, ale nie podobało mi się to. Wyjeżdżał dzisiaj i wiedziałem, że nie zobaczę go do stycznia. Miałem dla niego dobrą niespodziankę. Przynajmniej miałem nadzieję, że będzie, kiedy nadejdzie czas.
Gdy poprzedniego dnia słuchałem wiadomości, dostałem telefon od pani Winston, nauczycielki Willa. Poinformowała mnie, że szkoła zorganizuje małe zebranie w styczniu z rodzicami, aby wysłuchać trzech najlepszych prac i być świadkami wręczenia nagród. Zaprosiła mnie również, dlatego, że myślała, iż to będzie miłe, jeśli wręczę nagrody dzieciom. Byłem dumny, ponieważ wiedziałem, że William będzie zwycięzcą i to będzie dla niego wiele znaczyło.
Gdy wkroczyłem do parku, zobaczyłem go siedzącego na ławce, podczas gdy przyglądał Sandlerowi, który biegał po śniegu. Zagwizdałem i pies wpadł na mnie, szczekając. Siła była tak wielka, że przewrócił mnie na ziemię.
– San, zejdź z niego! - krzyknął William, biegnąc w moim kierunku.
– W porządku. - Zaśmiałem się, drapiąc Sandlera za uchem.
– Głupi pies. – Karał go. - Jesteś ranny. Wiem, że twoje rany są poważne i potrzebują czasu na wyleczenie.
– Ze mną dobrze Will, nie martw się. – Posłałem mu uśmiech i wstałem. Podeszliśmy do ławki, na której usiedliśmy.
– Jadę na Florydę. Spotykam się tam z dziadkami. - Powiedział smutno.
– Coś jest nie tak? - zapytałem.
– Nic nie jest źle. To tylko... miałem nadzieję, że nie będę musiał. Moja mama nie jedzie z nami i nie chcę zostawić jej samej. Musi pracować - zmarszczył brwi.
– Dorośli mają zobowiązania, a twoja mama musi pracować, aby mogła zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz - odparłem spokojnie. - Masz jeszcze sporo świąt, aby z nią spędzić.
– Wiem - powiedział i spojrzał na swój telefon. - Nie mam wiele czasu. Muszę być w domu za godzinę, żebyśmy mogli pojechać na lotnisko.
Kurwa! Myślałem, że będę miał z nim przynajmniej dwie godziny, zanim wyjedzie.
– Proszę - powiedział, wręczając mi kartkę. - To mój esej. Chciałbym, żebyś go przeczytał i powiedział, co o nim myślisz.
– Może ty mi go przeczytasz?
– Nie wiem… – szepnął, lekko się rumieniąc.
– Proszę?
Wziął głęboki oddech i zaczął czytać. – Przestrzeganie prawa jest określeniem dla profesjonalistów, którzy zdecydowali się przestrzegać prawa i bieżącego statusu w życiu w danej jurysdykcji. Niektórzy stróże prawa skupiają się na lokalnych ustawieniach, podczas gdy inni koncentrują się bardziej na przestrzeganiu i egzekwowaniu prawa narodowego. W dodatki prawa narodowe oraz funkcja egzekwowania prawa obejmuje również zarządzanie karami procesów dla ludzi, którzy zostali posądzeni o przestępstwo, do i w tym zarządzanie procesem więziennictwa...
Był dobry, William wspomniał powody, dzięki którym mamy prawo i jak ważne jest ona dla nas, dlaczego musimy je przestrzegać i co się stanie, kiedy zostanie ono złamane. Co jakiś czas wahał się, ale zachęcałem go do kontynuowania. Byłem pewien, że wygra. Tak bardzo tego chciał i będą szczerym nawet, jeśli nie wiedziałem, co napisały inne dzieci, wiedziałem, że on będzie najlepszy. Nagle zatrzymał się i złożył kartkę.
– Williamie, proszę dokończ esej. Nie sądzę, że kończy się tak nagle. - Potrząsnął głową. - Dalej, to jest takie dobre i chcę wiedzieć jak się kończy - powiedziałem w słabej próbie zachęcenia go.
Wziął głęboki oddech i kontynuował. – Oficerowie jak pan Cullen sprawiają, że dzieci takie jak ja, myślą, jak cenne jest życie. Dlaczego? Ponieważ jego codzienne starania, sprawiają, że nasze życie jest łatwiejsze, przez łapanie kryminalistów i chronienie nas, przed staniem się jednym z nich. Ludzie tacy jak on, sprawiają, że patrzymy na naszych ojców, ponieważ oni bardzo się starają, abyśmy byli dobrymi i uczciwymi ludźmi.
– Mój tato jest taki podobny do oficera Cullena. Nie miałem szczęścia w moim życiu: los i złe decyzje uniemożliwiły mi poznanie mojego ojca. Wiem, kim on jest i co znaczył dla mojej mamy. Wiem, co znaczyłby dla mnie. Jeśli miałbym szansę spojrzeć mu teraz w oczy - czytał, podnosząc swoją głowę i popatrzył na mnie. - Powiedziałbym mu, że był, jest i zawsze będzie moim bohaterem. - Dokończył, schylił swoją głowę i pociągnął nosem.
Moje serce dziko biło. Nigdy nie doszło do mnie, że tak bardzo na mnie patrzy. Tysiące emocji walczyło, aby wyjść, a ja jeszcze byłem zamrożony, jak cholerna statua. Tylko siedziałem i gapiłem się na czubek jego głowy.
– Proszę, powiedz coś - wyszeptał.
– Will – zacząłem i podniosłem jego brodę, aby spojrzał na mnie. - To była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem.
Posłał mi mokry uśmiech i uścisnął mnie w pasie. – Naprawdę?
– Taak, naprawdę. Inne dzieci mają przerąbane - powiedziałem i skrzywiłem się na mój dobór słów.
Zachichotał. – Wiesz, że możesz przeklinać. Ja robię to często... kiedy mamy nie ma w pobliżu. Jeśli kiedykolwiek usłyszałaby mnie, uziemiła by mnie na wieczność.
– Więc to będzie nasz kolejny sekret - uśmiechnąłem się.
– Um, mam coś jeszcze dla ciebie - powiedział i schylił się, aby wyciągnąć małe srebrne pudełeczko. - Szukałem prezentu dla dziadków i kiedy to zobaczyłem, przypomniała mi o tobie, więc proszę.
– Williamie, nie musiałeś na mnie wydawać pieniędzy. Nie powinieneś. - Skarciłem go.
– Tak, powinienem. W ten sposób, będziesz o mnie pamiętaj i o naszej rozmowie, przez długi czas - powiedział równym głosem. - Otwórz i powiedz mi, co myślisz. - Uśmiechnął się.
Westchnąłem i otworzyłem torebkę. Rozerwałem papier i zobaczyłem, że to była mała srebrna plakietka z napisem.
Dum spiro, spero.
– Póki żyję, wierzę - wyszeptałem. Poczułem, jak moje oczy palą, a moje ręce zaczęły się lekko trząść, gdy patrzyłem na plakietkę. Jak dwunastolatek mógł być taki mądry w tym wieku?
– Podoba Ci się? – zapytał, więc skupiłem swój wzrok na nim.
– Uwielbiam to - powiedziałem ochrypłym głosem i oczyściłem gardło. - Dziękuje ci bardzo, Williamie.
– Dobrze! Nadzieja sprawia, że nasze marzenia i życzenia stają się prawdziwe – stwierdził dumnie.
– I skąd ty to wiesz? - zapytałem i uniosłem na niego brew.
– Ponieważ jedno z moich marzeń się ziściło. Dostałem jedną rzecz, której pragnąłem, nawet, jeśli wiem, że jest to tylko na krótko.
Był taki niewinny. Natychmiast poczułem się jak gówno, ponieważ nic dla niego nie miałem. Wcześniej tego ranka planowałem doładować mu telefon, ale zostałem zatrzymany na stacji. To nie było wystarczające. Chciałem dać mu coś, co mógłby zatrzymać na zawsze. Podrapałem się w tył głowy przez moją głupotę i poczułem łańcuszek na mojej szyi. Uśmiechnąłem się do siebie i uświadomiłem sobie, że miałem jego prezent przez cały czas... na sobie. Kiedy byłem na komisariacie, otworzyłem moją szafkę, aby zabrać mundur i znalazłem coś, co dostałem w dniu ukończenia akademii policyjnej. Umieściłem plakietkę z powrotem w pudełku i ściągnąłem talizman z siebie.
– Chcę, żebyś to miał - odparłem, gdy wziąłem jego dłoń i umieściłem w talizman. - Dostałem to na zakończenie. Jest na nim wygrawerowany święty patron policjantów.
– Święty Michał – powiedział. Byłem zaskoczony, że to wiedział. Potrząsnął głową. - Nie mogę tego wziąć. Jest dla ciebie ważne.
– Tak jak ty, Williamie. W tak krótkim czasie, udało ci się zmienić aspekty mnie, który moich najbliżsi przyjaciele i rodzina nie mogła. To sprawia, że jesteś wyjątkowy.
Nowa fala łez uformowała się w jego oczach, ale wiedziałem, że nie były to smutne łzy. Przejechał palcami po wisiorku, pocałował go i założył wokół szyi. – Obiecuję, że nigdy go nie ściągnę.
– Dobrze. Będzie Cię chronił - powiedziałem. Spojrzałem na zegarek. Musiał iść i nawet jeśli chciałem go zatrzymać, wiedziałem, że nie powinienem. Wstałem i wyprostowałem moje jeansy. - Przegapisz swój samolot, jeśli teraz nie pójdziesz.
– Wiem - pociągnął nosem. Założył obrożę Sandlerowi i spojrzał na mnie. - Wesołych Świąt. – Wyszeptał.
– Tobie również Wesołych Świąt, Will - odpowiedziałem i przytuliłem go. - Bądź dobry.
– Będę – potwierdził, zaciskając swoje dłonie wokół mojej tali. - Edwardzie?
– Tak?
– Kocham cię...
Ścisnąłem go, zanim poczułem ukłucie w ramieniu. – Uczucie jest odwzajemnione, dzieciaku.
-Ж-
Dni mijały naprawdę wolno. Ma i Carlisle przylecieli do Chicago, ponieważ Emmett chciał im powiedzieć wiadomości o dziecku osobiście. Mama była niezwykle podekscytowana i natychmiast zaczęła rzucać pomysłami o pokoju dla dziecka oraz o rzeczach, jakie muszą kupić i inne takie gówna.
Bella dzwoniła do mnie cztery razy, błagając mnie o rozmowę. Ostatni telefon był jeszcze bardziej szalony niż reszta...
Edwardzie, wiem, że jesteś zmęczony wysłuchiwaniem moich wiadomości, ale proszę muszę z tobą porozmawiać. Wyjeżdżam na misje do Południowej Afryki dziewiątego stycznia. Nie będzie mnie przez dwa miesiące i naprawdę muszę z tobą porozmawiać przed wyjazdem. Proszę...
Dzisiaj był dziewiąty i nie rozmawialiśmy. Gdzieś pomiędzy. Zostawiłem wiadomość na jej telefonie, mówiąc, że nie jestem gotowy i powinna to uszanować.
Po wyznaniu Williama, wiedziałem, że miałem jeszcze jeden powód do pracy z terapeutą. Czasami rozmawialiśmy przez telefon, kiedy był na Florydzie i dzień, gdy ponownie go zobaczę właśnie nadszedł. Siedemnaście pieprzonych dni, było wystarczająco długie bez oglądania go.
Wykąpałem się, ogoliłem i założyłem świeżo wyprasowany strój formalny. Moje serce stało w gardle i nie wiedziałem, dlaczego. Może, dlatego, że zobaczę go ponownie po tak długim czasie. Z ostatnim spojrzeniem w lustro, wyszedłem z domu i podjechałem do szkoły. Jego nauczycielka ciepło mnie przywitała i podziękowała za uczestnictwo. Dzieci wraz z rodzicami zaczęli się pojawiać, a ja przeszukiwałem tłum, aby go znaleźć. Jeśli będę miał szczęście, poznam dzisiaj jego matkę i matkę chrzestną. Miałem nadzieję, że nie będą zadawać pytań o naszą przyjaźń.
– William! - usłyszałem krzyk znajomego chłopięcego głosu.
Uśmiechnąłem się i podszedłem do nich. Kobieta z krótkimi czarnymi włosami stała obok nich, rozmawiając z matką kolegi Williama. Oczyściłem gardło, aby dać znać o mojej obecności. William natychmiast się odwrócił, a kolor odpłynął z jego twarzy. Usłyszałem mały jęk i zwróciłem się, aby spojrzeć na kobietę obok niego. Nigdy nie spodziewałem się, że ją zobaczę.
– Alice? - zapytałem zdziwiony.
– Co ty tutaj robisz? - zapytał zły William.
Byłem zaskoczony agresją w jego głosie. Nie spodziewałem się takiej reakcji. – Zostałem zaproszony tutaj przez twoją nauczycielkę. Będę wręczał nagrody wygranym - odpowiedziałem spokojnie. - Alice jest twoją matką chrzestną?
– To nie twój interes! Odejdź! Nie chcę cię tutaj! - warczał i odpychał mnie.
– William? - tylko to wyszło z moich ust, zdumiony przez sposób, w jaki dalej do mnie mówił. Co było z nim nie tak? Co ja, do cholery, zrobiłem? Moje myśli biegły milion mil na godzinę, żeby zobaczyć czy zrobiłeś mu coś.
– Panie i panowie, mogę prosić o uwagę? - oznajmiła pani Winston.
William spojrzał na mnie surowo po raz ostatni i mruknął, aby odszedł. Nie było szansy, żebym kiedykolwiek odszedł. Chciałem wiedzieć, co mu się stało i co takiego zrobiłem.
Will wraz z dwiema dziewczynami wszedł na małą scenę i stali za swoją nauczycielką, jego wzrok nigdy nie opuścił moich oczu. Okazjonalnie patrzyłem na Alice i przysięgam na Boga, że prawie dostała ataku paniki. Później się nią zajmę.
– Korzystając z okazji, chciałabym podziękować oficerowi Cullenowi i poprosić go, aby przyłączył się do nas - rzekła pani Winston. - Był jednym z mężczyzn, z którym dzieci prowadziły wywiad. Bardzo miło mieć go tutaj z nami. - Ściągnąłem moją czapkę i potrząsnąłem dłonią nauczycielki. Twarz Williama była blada.
– Trzecie miejsce, Karen Ann Johnson - wszyscy zaczęli klaskać, a ja wręczyłem jej symboliczny prezent wraz z jakąś nagrodą.
Nauczycielka wręczyła mi kolejną torbę i powiedziała imię kolejnej dziewczyny. – Gratulacje, panno Elliot - powiedziała nauczycielka.
– I pierwsza nagroda dla naszego bardzo dobrego ucznia. Który został tu przeniesiony z Jacksonville's Public Junior High - zaczęła i uśmiechnęła się do Williama. - Jestem bardzo szczęśliwa, że jest moim uczniem i wiem na pewno, że ten młody mężczyzna będzie miał powodzenie w życiu - kontynuowała.
Policzki Williama zaczęły się trząść i zgarbił ramiona w pokonaniu. Wyglądało tak, jakby było coś, o czym nie chciał, żebym wiedział. Coś ważnego. Jego oczy wypełniły się łzami.
„Przykro mi" mruczał. „Tak przykro."
Co do cholery się działo? Za co było mu przykro?
– Pierwsza nagroda wędruje do Williama Anthonego Swan...
