Rozdział dziesiąty: Wola życia


Clarissa obróciła się pod pierzyną, uśmiechając się nieznacznie.

Tyle godzin snu… i nic mi się nie śniło. Dzięki Bogu.

Dziewczyna powoli usiadła na łóżku i przeciągnęła się. Tak jak chciała, nic jej się nie śniło. Nic a nic. Tego właśnie Clarissa potrzebowała – porządnego odpoczynku.

- Czy już się wyspałaś?

Clarissa krzyknęła głośno, odsuwając się gwałtownie w bok, tak że niemalże spadła z łóżka. W porę jednak zdołała złapać się stojącej tuż obok szafki nocnej. Wolną rękę podniosła do klatki piersiowej i dotknęła miejsca, w którym najmocniej odczuwała gwałtowne łomotanie swojego serca.

- Czy ty jesteś normalny? – syknęła, przenosząc spojrzenie na Edwarda. Mężczyzna nagle speszył się, widząc jej zdenerwowanie. – Co tu robisz, do ciężkiego licha?

- Ja… ja czekałem, aż się nie obudzisz. – przyznał, wyraźnie zażenowany. – Naprawdę cię przepraszam. – dodał, wstając z fotela, na którym dotychczas siedział. Powoli skierował się w stronę wyjścia, wciąż jednak zerkając co chwila na Clarissę. – Moje zachowanie jest niewybaczalne. To było nie na miejscu. Ja… naprawdę przepraszam.

Clarissa powoli rozbudziła się na tyle, aby pojąć, jak bardzo zażenowany i zawstydzony Mordrake był. Naprawdę miał na myśli to, co teraz mówił. Naprawdę było mu przykro.

Naprawdę nie mam siły na to. – pomyślała, wzdychając ciężko. – Mogłabym mu zarzucić jeszcze kilka rzeczy, ale nie ma najmniejszego sensu robienie tego. Siedzimy w tym razem. Powinniśmy już w końcu zacząć ze sobą współpracować. Inaczej nigdy się stąd nie wydostaniemy.

- W porządku, nic takiego się w sumie nie stało. – powiedziała Clarissa delikatnym, łagodnym tonem głosu. Zaskoczyła tym Mordrake'a, który spojrzał się na nią z niedowierzaniem, zatrzymując się w połowie drogi do drzwi. – Proszę, usiądź. – dodała, wskazując na fotel, z którego przed chwilą mężczyzna wstał. – Nie ma sensu kłócić się o takie drobnostki.

Edward usiadł posłusznie w fotelu. Przez chwilę oboje milczeli, niepewni, co powinni teraz powiedzieć. Pomimo najszczerszych chęci ich interakcje wciąż były niezręczne i niekiedy wymuszone.

- Dlaczego tu przyszedłeś? – spytała się w końcu Clarissa. – Czy coś się stało?

- W sumie to… tak. – dziewczyna podniosła na mężczyznę zaskoczone spojrzenie, słysząc to. – Jestem pewien, że ktoś kręcił się w okolicach tej chatki. I jestem pewien, że to nie był Thomas.

- Kto to był? – Clarissa już poderwała się, aby wyjść na zewnątrz i skonfrontować się z tym człowiekiem. Mordrake zatrzymał ją jednak, nim choćby zdążyła wyjść z pokoju.

- Już zniknął. – odpowiedział Edward. – Niestety, nie zdążyłem mu się dobrze przyjrzeć. Ale bardzo możliwe, że jest to ktoś taki jak my czy Thomas. Osoba uwięziona tutaj do czasu, dopóki nie skonfrontuje się ze swoim zabójcą.

Clarissa przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy, godząc się bez cienia protestu na to, co Mordrake właśnie jej powiedział. Nie było sensu szukać tego nieznajomego – nawet jeśli był to ktoś ważny, to i tak żadne z nich by go nie rozpoznało. Jeśli ta osoba miała ich jeszcze raz spotkać, to prędzej czy później tak się stanie. Los już tak działał.

- Co teraz zatem robimy? – spytała się po chwili milczenia.

- To znaczy? – odpowiedział jej pytaniem na pytanie Mordrake, marszcząc nieznacznie brwi.

- Sądzę, że powinniśmy udać się na ten drugi koniec wyspy. – zaczęła Clarissa spokojnym, opanowanym głosem. Niepewnie spojrzała się prosto w oczy Edwarda, doszukując się w nich potwierdzenia tego, że i on był gotów na to. – Im szybciej zajmiemy się twoim demonem, tym lepiej dla nas obojga. Każda chwila, którą tu spędzamy, to kolejny dzień, podczas którego Stanley wprowadza swój plan coraz dalej i śmielej. Muszę ocalić przed nim moją siostrę, nim nie będzie na to za późno.

- Rozumiem cię doskonale. – odparł Mordrake. – Ale mimo to uważam, że powinniśmy jeszcze choć trochę zaczekać. Nie jesteśmy gotowi na to starcie.

- Mów za siebie. – odcięła się nagle Clarissa, w jednej chwili powracając do swojego oschłego podejścia do mężczyzny. – Jeśli już, to ty nie jesteś na to starcie gotowy.

- To prawda. – przyznał Edward. Clarissa uniosła brwi w zdumieniu. Nie spodziewała się, że mężczyzna tak łatwo się do tego przyzna. – Nie jestem gotowy do stawienia mu czoła. Panicznie się go boję. Nie mam pojęcia, czego się po nim spodziewać. Boję się też tego, że gdy go znów spotkamy, to ponownie mnie opęta. A wtedy znów stanę się jego kukiełką. I że po raz kolejny każe mi cię zabić. A tego nie chcę. Za żadne skarby na świecie nie chciałbym tego zrobić.

Clarissa była pod głębokim wrażeniem jego przemówienia. Naprawdę nie spodziewała się po nim czegoś takiego.

- Dobrze… przemyślę to jeszcze. – odpowiedziała w końcu, z wielką niechęcią. Sama była gotowa do stawienia czoła jeszcze gorszym demonom, ale skoro jej jedyny partner w tej sprawie był do tego niegotowy, to być może naprawdę nie było sensu tego wszystkiego przyspieszać. – Sprawdzę tylko, jak się ma moja siostra.

- Chciałbym pójść z tobą, jeśli to nie problem. – powiedział Mordrake. – Chciałbym móc w końcu zobaczyć moc tego źródła.

Clarissa nie zabroniła mu tego. Razem wyszli z chatki i udali się na brzeg źródła. Usiedli obok siebie, w małej odległości. Clarissa niepewnie dotknęła opuszkami palców tafli wody, modląc się w duchu o to, aby wizja, która zaraz się przed nimi pojawi, nie była jeszcze gorsza od poprzedniej.

Na samym początku zobaczyła Stanleya. Od razu skrzywiła się, widząc jego uśmiechniętą, zadowoloną twarz. Mężczyzna zdołał omotać Elsę wokół małego palca u swojej dłoni. Kobieta wierzyła we wszystko, co jej mówił. Ufała mu niemalże bezgranicznie.

- Podły palant. – mruknęła Clarissa, wpatrując się z nienawiścią w podobiznę mężczyzny, który teraz dla odmiany rozmawiał z innym cyrkowcem, siłaczem o imieniu Jimmy. – Ilu ludzi jeszcze wykorzysta w ten sposób?

Odpowiedź na to pytanie przyszła zaskakująco szybko. Z następnej wizji wyszło na to, że siłacz był szantażowany przez Stanleya. Mężczyzna dowiedział się o jego tajemnicach, i teraz wykorzystywał je przeciwko niemu. Zmusił mężczyznę, aby zabił jednego z „dziwaków" z obozu.

- Nie. – wyszeptał Edward, przerażony samą myślą o tym. – Ten człowiek nie może być aż tak podły.

- Och, jest jeszcze gorszy. – odparła Clarissa, nie patrząc się na Mordrake'a. – Nie znasz go tak jak ja. I ciesz się z tego. Takich ludzi nikt nie chciałby spotkać na swojej drodze.

Jimmy Darling przez kilka dni bił się z myślami, zastanawiając się, kogo mógłby zabić, aby Stanley się od niego odczepił. Próbował w pewnym momencie zamordować jedną z kobiet z trupy, niejaką Eve Amazonkę, ale ta zdołała go pobić i wyrzucić ze swojej przyczepy, nim do czegokolwiek doszło.

- Czas płynie tu inaczej. – zauważyła nagle Clarissa. – Te obrazy wyraźnie wskazują na to, że w świecie żywych minęło już dobrych kilka dni. Tutaj z kolei minął zaledwie jeden dzień.

W końcu jednak Jimmy podjął decyzję. Gdy tylko na tafli ukazała się sylwetka malutkiej, drobnej i niewinnie wyglądającej hinduskiej dziewczynki w różowym sari, Clarissa poczuła, jak nagle traci głos. Zdołała się tylko złapać za okolice gardła, czując przemożną chęć rozpłakania się.

Boże drogi, tylko nie to. – pomyślała, z trudem powstrzymując łzy, od jakich zaczynały ją już piec kąciki oczu. – Nie ta mała dziewczynka… każdy, tylko nie ta mała, biedna dziewczynka.

Clarissa nie mogła jednak zrobić nic. Mogła się tylko biernie przyglądać, jak wizja pokazuje im, jak siłacz zabiera małą Ma Petite na spacer, trzyma ją na rękach, przytula ją, aż w końcu nie decyduje się na finalny krok.

Gdy dziewczynka zaczęła się wyrywać, świadoma tego, co się dzieje, z ust Clarissy wydobył się zduszony jęk. Dotykiem wyczuła, że Mordrake ujął jej dłoń, chcąc ją wesprzeć w tej chwili. Ona jednak wiedziała, że nic nie będzie w stanie pocieszyć ją po tym, co zaraz przyjdzie jej zobaczyć.

W chwili, gdy rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie, Clarissa z trudem zdusiła w gardle krzyk, jaki się chciał z niej wydobyć. Zasłoniła zamiast tego usta dłonią, po czym odwróciła się gwałtownie od tego okropnego obrazu. Schronienie znalazła w ramionach Edwarda, który instynktownie obrócił się ku niej i objął ją, tuląc ją do siebie i próbując ją w ten sposób choć trochę uspokoić.

- Czy już się skończyło? – wyszeptała po długiej chwili, wciąż roztrzęsiona.

- Tak. Wizja już się zakończyła. – odpowiedział jej Mordrake. Dla pewności zerknął jeszcze raz na taflę. Nie mylił się. Wizja już zniknęła.

Clarissa niepewnie odsunęła się od niego. Wciąż oddychała płytko i nierówno. Bała się, że zaraz jak nic się rozpłacze. A wtedy będzie tylko gorzej.

W końcu jednak jakoś się opanowała. Wzięła kilka głębokich wdechów, zamykając przy tym oczy. Gdy je ponownie otworzyła, nie bił już od nich smutek czy strach. Teraz tliły się w nich iskry determinacji i siły.

- Nie mamy czasu na strach i obawy przed nieznanym. – powiedziała. Mordrake milczał, wiedząc już, do czego dziewczyna zmierza. I tym razem nie zamierzał jej przerywać ani twierdzić, że boi się demona. Po tym, co zobaczył, wiedział już, jaką decyzję powinien podjąć. – Chcę wrócić do świata żywych, i to już teraz, zaraz. Tylko ja mogę powstrzymać ten szaleńczy ciąg brutalnych wydarzeń, jaki rozpętał Stanley. I tylko ja mogę ocalić Maggie i wszystkich tych ludzi.

- Czyli pozostaje nam tylko jedno. – odparł Edward. Clarissa skinęła głową, doskonale wyczytując z jego spojrzenia, że tym razem stali po tej samej stronie barykady.

- Idziemy pokonać twojego demona.