Poobiednią przerwę w zajęciach Minerwa spędzała, jak zwykle, na uzupełnianiu szkolnej dokumentacji i korekcie prac uczniowskich. Odłożyła pióro na blat biurka i zasępiła się. Była przerażona. Czy może raczej zdegustowana. Skończyła właśnie oceniać sprawdziany czwartego roku i cóż, wyniki były beznadziejne. Jeden powyżej oczekiwań, kilka zadowalających, pozostałe negatywne. To samo zresztą dotyczyło pozostałych roczników, no, może poza owutemowymi, bo te bardziej się przykładały, mając w nie tak znów odległej perspektywie egzaminy końcowe. Reszta była tragiczna. Zajęcia praktyczne też nie napawały optymizmem. Na palcach jednej ręki mogła policzyć uczniów, którzy byli w stanie przeprowadzić poprawnie elementarne transmutacje, wymagane na danym poziomie. A na trzecim roku wystarczyłby jej do tego w zasadzie kciuk. Poczynania drużyny quidditcha przyprawiały ją prawie o zawał. Gryfoni wygrali wprawdzie ostatni mecz, ale w takim stylu, że najchętniej schowałaby się ze wstydu. Gdyby nie Błyskawica Pottera, już teraz mogliby się w zasadzie pożegnać z Pucharem. Jedyną pociechą było tylko to, że pozostałe drużyny nie grały wcale dużo lepiej. Postanowiła się rozmówić z uczniami swojego domu i wziąwszy pod pachę plik dokumentów, ruszyła w stronę wieży Gryfonów. Oczywiście, tak jak podejrzewała, wszyscy kłębili się wokół kominka. Spojrzała na napis, pobłyskujący w płomieniach.
— Co to ma znaczyć, Jordan? Przecież tu obok siedzi pół klasy, a ty zadajesz pytanie w kominku, co jest zadane z zaklęć?
Lee wzruszył ramionami. Ron parsknął śmiechem, a Harry spuścił głowę, żeby opiekunka nie zauważyła jego uśmiechu. Oczywiście bezskutecznie.
— A ty, Potter, o ile mnie pamięć nie myli, miałeś ćwiczyć transmutację. Twoje ostatnie dokonania na lekcjach były dość mizerne. To samo dotyczy pana, panie Weasley. Jak i was wszystkich, jeśli już o tym mowa. Z wyjątkiem panny Granger — dodała łaskawie, a twarz Hermiony pokryła się rumieńcem.
— Ale to profesor Snape…
— Profesor Snape nie jest jedynym nauczycielem, który odbiera wam punkty. To samo zauważyli wszyscy nauczyciele, że jesteście zdekoncentrowani, nie odrabiacie prac domowych, nie ćwiczycie poza lekcjami.
— No bo mamy jeden kominek, a wszyscy chcą odrobić prace… Gdybyśmy mieli kominek w każdym dormitorium…
— Po moim trupie. Właśnie widzę, jak wykorzystujecie kominek do prac domowych.
Gdy to mówiła, we wspomnianym kominku rozległo się jakby trzepotanie skrzydeł i pohukiwanie. McGonagall odwróciła się w jego stronę poirytowana.
— Na Merlina, co to za hukanie? Jakaś sowa wpadła wam do środka?
— To tylko Hootter, pani profesor.
— Hu co?
— Hootter. Taki program do wysyłania krótkich wiadomości. Wirtualne sowy.
— Wirtualne?
— Właściwie to sówki. Małe… sowy — dokończył niepewnie Seamus, widząc, jak brwi opiekunki domu ściągają się groźnie na jej czole.
— Wiem, co to sówka, panie Finnigan — odparła zimno Minerwa. — Ale przecież to ciągle hałasuje. Jak wy możecie się w ogóle skupić na nauce w tych warunkach? Do czego to w ogóle służy?
— No, dzięki temu inni wiedzą, co robimy. Albo co akurat myślimy.
— Na pana miejscu zastanowiłabym się najpierw, czy jest się czym chwalić — odparła McGonagall. Seamus mruknął coś i zamilkł.
— Ale wszyscy mają Hoottera, pani profesor — zaprotestowała Angelina. — Nie mieć Hoottera to tak jakby nie istnieć. Nie ma z kim pogadać.
— W tym domu jest co najmniej sto osób. W całym Hogwarcie cztery razy tyle i wy nie macie z kim porozmawiać?
— No bo to w końcu zamek, pani profesor — wtrąciła Alicja Spinnet. — Jesteśmy tu trochę jakby… zamknięci? A Hoottera ma cały świat, nawet Fatalne Jędze, i… — urwała pod wzrokiem opiekunki.
Minerwa wyglądała na wstrząśniętą. Nigdy nie przypuszczała, że tak to odbierają. Dla niej Hogwart był zawsze miejscem nawiązywania przyjaźni, zacieśniania więzi. A nawet zdobywania wrogów. W przypadku niektórych głównie wrogów, ale przynajmniej były ku temu jakieś realne i namacalne powody. Owszem, wiązały się z tym czasem fizyczne obrażenia, ale na ogół kończyło się na niegroźnych urazach. Solidarność domowa z kolei pozwalała skutecznie chronić nawet słabych uczniów przed agresją pozostałych. To rodziło więzi na całe życie. Reguły były notorycznie naruszane, ale naruszanie reguł jest ostatecznie również elementem życia i trzeba wiedzieć, że są tego konsekwencje. W każdym razie te siedem lat pozwalało całkiem skutecznie nauczyć ich wszystkich podstawowych do przeżycia w dorosłym czarodziejskim świecie umiejętności. Fakt, to nigdy nie było zbyt bezpieczne miejsce, kilkuset magicznie uzdolnionych nastolatków zgromadzonych w jednym miejscu przypominało zamknięty kociołek na palenisku, ale umiejętne otwieranie i zamykanie zaworów bezpieczeństwa przez doświadczoną kadrę jakoś pozwalało temu miejscu całkiem nieźle funkcjonować przez stulecia. A teraz to wszystko poszło w kominek, natomiast oni, nauczyciele, stracili nad tym jakąkolwiek kontrolę. Kominki rządziły się swoim własnymi prawami, a oni przestali mieć na to jakikolwiek wpływ.
Dochodziła pomału do siebie, gdy w kominku za nią znów coś zasyczało. Odwróciła się i ujrzała ruchomy odręczny rysunek przedstawiający postać w sukience i ozdobionym najwyraźniej martwym ptakiem kapeluszu na głowie. Severus Snape, czego raczej nietrudno było się domyślić, kroczył z wykrzywioną twarzą w stronę Minerwy. Odruchowo cofnęła głowę. Przez środek wił się napis: Czy odrobiłeś już eliksiry, Longbottom? Obrazek po chwili zniknął pozostawiając smużkę dymu i osłupiałą lekko McGonagall. Za jej plecami rozległy się zduszone chichoty. Kiedy opiekunka domu ponownie odwróciła się w stronę uczniów, wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego.
— Dziś jeszcze porozmawiam z profesorem Snape'em na temat waszego kominka. Od tej chwili będzie on dostępny tylko, powtarzam, tylko w celu wysłania waszych prac nauczycielom. Poza tym kominek będzie zablokowany. To się musi skończyć.
— Ale pani profesor… — usiłował interweniować Oliwer Wood.
— A co do pana, panie Wood, proszę pamiętać, że Pucharu Quidditcha nie zdobędziecie grając w kominku. Na następnym meczu chcę widzieć drużynę Gryfonów, a nie jakieś śnięte śledzie jak ostatnio.
Odwróciła się jeszcze w drzwiach i obrzuciła ich spojrzeniem, w którym było tyleż zawodu, co niepokoju.
— Na litość, skupcie się na własnej przyszłości. Nie zapominajcie, po co tu jesteście.

Wciąż wzburzona, wparowała do pokoju nauczycielskiego, czując, że musi to z siebie przed kimś wyrzucić. Mimo dość późnej pory kilkoro z nich siedziało przy popołudniowej herbacie. Flitwick z Septimą Vector grali w szachy, a reszta oddawała się lekturze bądź luźnej rozmowie. Minerwa rzuciła sprawdziany na stół z hukiem.
— To już naprawdę przechodzi wszelkie pojęcie — wciąż lekko trzęsącym się z oburzenia głosem. — Zajrzałam do moich, a tam kolejka do kominka, jakieś śmichy-chichy, te ich hukające wiadomości, głupie obrazki…
— A tak, widziałam ten ich cały snapechat — parsknęła śmiechem Rolanda.
— Co takiego?
— Snapechat. Wysyłasz obrazek z komentarzem, a on zaraz znika. No wiesz, żeby Snape nie zdążył przechwycić. Nie ma śladu, nie ma winnych.
— Severus wie o tym?
— O, tak — wtrąciła Sinistra z lekkim uśmieszkiem. — Zapowiedział, że zbanuje każdego, kogo złapie na wrzucaniu tego do sieci. A tego, kto to wymyślił, wypatroszy osobiście.
Z jej tonu wynikało jasno, z kim sympatyzuje.
— Chcesz powiedzieć, że to wymyślił ktoś z uczniów?
— Prawdopodobnie. Wszelkie ślady prowadzą do Krukonów. I tu się kończą, a Severus jak na razie nie jest w stanie nikomu niczego udowodnić.
— Zdolne dzieciaki — z wyczuwalną dumą wtrącił Flitwick, strącając jednocześnie wieżę Vector. Ta skrzywiła się, odgarnęła resztki figury z szachownicy i odpowiedziała atakiem gońcem. Minerwa z dezaprobatą spojrzała na Filiusa.
— Nie sądziłam, że pochwalasz takie zachowania.
— Nie pochwalam. Ale musisz przyznać, że są zdolni. I szybko łapią te wszystkie nowinki. Aż trudno sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał czarodziejski świat, gdy oni dorosną.
Minerwa, jeśli nawet miała jakieś wyobrażenia na ten temat, to nie były one zbyt optymistyczne, przynajmniej na podstawie ostatnich obserwacji.
— Boję się, że to zaszło jednak już trochę za daleko — podzieliła się swoimi obawami. — Dwa przypadki niedoszłych samobójstw, bo ktoś tam zmienił status na Fiuubooku na wolny albo w związku. Pierwszaki zaryczane, bo jacyś trzecioroczni skrytykowali im coś tam na jakimś Tumagblrze… na Merlina, tego się nawet wymówić nie da. W pokoju wspólnym zamiast ćwiczyć zaklęcia siedzą wokół kominka i czatują. Ciągle jakieś pohukiwania z kominka. Przecież w tych warunkach nie da się niczego nauczyć! Nie wspominając o tym, że na sam proszek Fiuu wydaliśmy w ciągu ostatniego miesiąca tyle, ile dawniej przez trzy lata.
— Cena nowoczesności — mruknęła Vector.
— Ceną nowoczesności będzie niedouczone pokolenie, które świetnie się komunikuje na odległość i potrafi wszystko zrobić w kominku. I tylko w kominku. A co będzie, jak wyjdą z domu?
— Ale eseje piszą coraz sprawniej — zauważyła Pomona Sprout.
— Severus twierdzi, że dziewięćdziesiąt procent z nich to plagiaty. Porządny esej z zaklęć ponoć chodzi w sieci za trzy galeony — podzieliła się informacją nauczycielka numerologii.
— Faktycznie, ciągle mam wrażenie, jakbym już gdzieś to czytał — zauważył Flitwick.
— Na brodę Merlina, ale jak oni zdadzą egzaminy? Przecież nie będziemy ich egzaminować w kominkach. Nie będziemy, prawda? — Tu Minerwę naszły wątpliwości. Przy prezentowanym przez Albusa entuzjastycznym podejściu do nowych technologii i wymysłach Departamentu Edukacji wszystko było możliwe.
— Myślę, że to chwilowa moda — zbagatelizowała sprawę Sinistra. — Tymczasowy zachwyt nad nową zabawką. Przejdzie im.

***

Wszystkie te problemy wydały się nagle błahe i nieistotne wobec wydarzeń, które miały miejsce niedługo potem. W pokoju nauczycielskim wrzało, co jak na niedzielny poranek nie było raczej typowe dla tego miejsca. Filius Flitwick intensywnie gestykulował, gorączkowo przekonując o czymś Vector. Minerwa, z lekkim rumieńcem na twarzy, dyskutowała o czymś zażarcie z Severusem Snape'em. Sybilla Trelawney wieszczyła rychły koniec wszystkiego, czego jednakże nikt z zebranych nie słuchał. Dopiero wejście Dumbledore'a przerwało burzliwą wymianę zdań.
— Usiądźcie.
Dyrektor objął uważnym spojrzeniem swoich podwładnych.
— Jak wiecie, skończyliśmy przeszukiwanie zamku. Wygląda na to, że Syriusza Blacka nie ma już na terenie szkoły. Niemniej — podniósł głos dyrektor, bo wśród personelu znów zrobiło się gwarno — niemniej oczywiście musimy nadal być czujni. Dlatego wszyscy nauczyciele będą w dalszym ciągu patrolowali teren Hogwartu.
— Na co nam wszelkie środki ostrożności, skoro dzięki głupocie niektórych uczniów każdy może bez problemu zdobyć dowolne hasło — wycedził Snape, mierząc wzrokiem Minerwę.
Opiekunka domu Gryffindora lekko poczerwieniała. Wina Neville'a była oczywista, ale przed Severusem była gotowa bronić chłopca do upadłego.
— Longbottom został już ukarany, Severusie, za ten postępek.
— Naprawdę sądzisz, że szlaban czy odjęcie paru punktów nauczy czegoś któregokolwiek z twoich uczniów? Nie zauważyłem tego.
— Bo ty odejmujesz im tyle punktów, że sto mniej czy więcej nie robi już żadnej różnicy. Zresztą, co proponujesz w zamian, Severusie? Publiczną chłostę?
— Skądże. Za kogo mnie masz? Wystarczyłoby pozbyć się ze szkoły najbardziej kłopotliwych jednostek. Dla przykładu. Gwarantuję, że to podziałałoby pozytywnie na resztę.
— Proszę, uspokójcie się — ostudził ich Albus. — Nikogo nie będziemy usuwać. To na nas spoczywa obowiązek zapewnienia uczniom bezpieczeństwa. W sytuacji, kiedy nie wiemy, przynajmniej na razie, w jaki sposób Blackowi udało się przedostać na teren zamku, pozostaje nam tylko zwiększyć czujność.
— Swoją drogą, Longbottom zaklina się, że nie udostępniał tej listy kominkiem, tylko zgubił ją na terenie zamku i wyjątkowo w tej kwestii jestem skłonny mu uwierzyć — wtrącił Snape. — Co by znaczyło, że w szkole ktoś…
— Rozmawialiśmy już na ten temat, Severusie — uciął ostro dyrektor. — I powtórzę, nie wierzę, że ktokolwiek w zamku pomaga Syriuszowi Blackowi.
— Ignoruje pan fakty, dyrektorze.
— Możesz być pewien, że niczego nie ignoruję — odparł Dumbledore stanowczo tonem, który wskazywał, że dyskusję na ten temat uważa za zakończoną.
Snape miał minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Minerwa, która go obserwowała, widziała, że nie jest przekonany.

Cała ta sprawa z Blackiem oczywiście nie dawała Minerwie spokoju. Sprawa była poważna, co wyczuwała, wnioskując choćby ze wzrostu poirytowania Severusa. Nigdy nie wyglądał zbyt dobrze, ale teraz sprawiał wrażenie, jakby nie spał wcale. Choć nie dałaby głowy, czy bardziej zależy mu na zapobieżeniu ponownemu wtargnięciu Syriusza do szkoły, czy na złapaniu Remusa Lupina na konszachtach z Blackiem.
— Masz jakieś podejrzenia, Severusie? — spytała go podczas któregoś z wieczornych patroli, kiedy spotkała go w korytarzu, obserwującego przez okno granicę lasu w zapadającym zmroku.
— Dobrze wiesz, jakie są moje podejrzenia. A jak chcesz wiedzieć więcej, przepytaj swojego Pottera. — Minerwa miała widać powątpiewającą minę, więc uznał za stosowne wyjaśnić. — Nie dalej, jak parę dni temu, nakryłem go na posiadaniu pewnych przedmiotów, których pochodzenie pan Potter dość mętnie tłumaczył.
— Pewnie je kupił w szkole. Od kiedy mamy te sklepy kominkowe…
— Masz mnie za głupca? — Snape warknął, rozzłoszczony. — Doskonale wiem, że Potter nie kupił tego w sklepie przez Fiuu. Wiem o każdym zaklęciu rzuconym w którymkolwiek kominku w Hogwarcie. Włączając w to kominek Dumbledore'a.
— Szpiegujesz nas wszystkich? Na Merlina, Severusie! Nie nadużywasz przypadkiem swoich kompetencji?
— Nie musiałbym tego robić, gdyby wasz, twój i Albusa pupilek tak skrzętnie nie ukrywał przede mną swoich nielegalnych postępków.
— Nielegalnych postępków? Nie przesadzaj, Severusie.
— Minerwo, wiem, że Potter przebywał nielegalnie poza zamkiem. Malfoy widział go w Hogsmeade w zeszły weekend.
— Zapewniam cię…
— Twoje zapewnienia są niewiele warte, Minerwo. Ty sama nie masz pojęcia, co wyprawia twój uczeń w tak zwanym wolnym czasie, więc bądź łaskawa nie pouczać mnie, jak JA mam wykonywać swoje obowiązki. Potter nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś mógłby mu zabronić czegokolwiek, choćby wyskoku do Hogsmeade po kilka cukierków. Wszyscy wokół trzęsą się nad nim i robią wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo, ale pan Potter przecież musi się przede wszystkim dobrze bawić. Na dodatek ma czelność kłamać mi w oczy. Jest tak samo zarozumiały i nieodpowiedzialny jak jego ojciec…
— Dość, Severusie! — Minerwa doskonale wiedziała, jaki będzie dalszy tok wywodów Severusa. — Myślę, że Harry nieco lepiej zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa niż ci się zdaje.
— Tym gorzej. Bo to oznacza, że jest głupszy i bardziej lekkomyślny niż podejrzewałem.
Nauczyciel eliksirów odwrócił się i odszedł, pozostawiając Minerwę z jej rozterkami. Oczywiście, że zdawała sobie sprawę z tego, że jej podopieczni wszelkimi siłami starają się nagiąć regulamin. Nic się w tej materii nie zmieniło od wielu lat, jeśli nie od początku istnienia tej szkoły. Wierzyła jednak, że w obliczu niebezpieczeństwa wykażą się odrobiną rozsądku. A przynajmniej wierzyła w rozsądek panny Granger. Z drugiej strony, zważywszy na wydarzenia z poprzednich dwóch lat, czy miała podstawy do takiej wiary?
Odpędziła od siebie myśl, że Severus Snape zna i rejestruje w swojej pamięci nie tylko uczniowskie poczynania w kominku. Postanowiła od tej chwili ograniczyć korzystanie z niego wyłącznie do spraw służbowych. Inaczej z pewnością nie będzie mogła Severusowi normalnie spojrzeć w oczy przy stole w Wielkiej Sali.

Snape tymczasem w istocie miał poważny problem. Ten kawałek pergaminu, który skonfiskował Potterowi, a który wystarczająco wyraźnie sugerował jego pochodzenie od tej bandy… co to było? Ciąg poleceń, hasła dostępu, mapa? Niestety tego się nie dowie, bo dość nieopatrznie oddał go w łapy wilkołaka. Oczywiście, że zauważył niepokój na twarzy Lupina na widok tego pergaminu, choć ten tak bardzo starał się to ukryć. Teraz miał już pewność, że ten przeklęty zwierzak maczał w tym swoje brudne pazury. Będzie go musiał lepiej pilnować.
Pocierając w zamyśleniu pięść o podbródek ponownie przyjrzał się obrazom, migającym w kominku. Jego programy szpiegowskie podawały coraz bardziej niepokojące dane. Nie wykrył wprawdzie żadnych otwartych przejść kominkowych, ale nie oznaczało to, że takie nie istnieją, a dwukrotne wtargnięcie Blacka do zamku zdawało się to potwierdzać. Jednocześnie coś, czego nie rozumiał, poruszało się po Hogwarcie nie zostawiając prawie śladów. Czasem miał poczucie, że goni za jakimś duchem. I wiedział, że kluczem do tego jest Potter. Smarkacz ewidentnie coś ukrywał, choć Severus oczywiście nie podejrzewał chłopaka o udział w tym wszystkim. Raczej przypuszczał, że z właściwą sobie głupotą i lekceważeniem niebezpieczeństwa wpakuje się w łapy Blacka i zginie śmiercią bohaterską (w końcu do trzech razy sztuka), a jemu się oberwie, jako temu, który nie potrafił go upilnować.
Przymknął oczy. Wielki czerwony wykrzyknik na środku kominka zniknął na chwilę sprzed jego oczu, ale nie zmniejszyło to jego niepokoju.

***

Wieści o złapaniu Syriusza Blacka rozniosły się szybko po zamku, głównie dzięki duchom i wrzaskom Irytka. Minerwa zdążyła się tylko dowiedzieć, że stało się głównie za sprawą Severusa Snape'e, Flilius użyczył do przetrzymania więźnia swojego gabinetu, opatrzywszy go wszelkimi możliwymi zaklęciami zabezpieczającymi, a Remus Lupin grasuje aktualnie po Zakazanym Lesie. No i że oczywiście zamieszana była w to trójka uczniów. Nie musiała pytać, których. Myśl jednak, że choćby przez chwilę groziło im bliskie spotkanie z dementorami, zmroziła jej serce. Nim jednak dotarła do skrzydła szpitalnego, żeby dowiedzieć się o stan swoich podopiecznych, ryk Severusa na korytarzu uświadomił jej, że te informacje przestały być, przynajmniej częściowo, aktualne.
— JESTEM PEWIEN, ŻE TO BYŁ POTTER. MUSIAŁ COŚ ZROBIĆ…
— Niby co, Severusie? — W oczach Dumbledore'a czaiły się ogniki rozbawienia, co doprowadzało Snape'a do jeszcze większej furii.
— Mógł wykorzystać… nie wiem, jakiś program kominkowy do delokalizacji…
— Sam powiedziałeś, że w zamku nie można się teleportować.
— To do duplikacji, bo ja wiem?
— Severusie, istnieją takie programy?
— Skąd mam wiedzieć?!
— Myślałem, ze kontrolujesz sieć w szkole.
— BO KONTROLUJĘ! TU NIE TRZEBA KONTROLOWAĆ KOMINKÓW. WYSTARCZY KONTROLOWAĆ POTTERA, CZEGO TY NIE CHCESZ PRZYJĄĆ DO WIADOMOŚCI!
— Severusie, to tylko trzynastoletni chłopiec...
Snape zgrzytnął zębami. Niczym chmura gradowa przemknął w stronę lochów. Wszystko, co żywe i martwe, rozstępowało się przed nim.

Minerwa po drodze spotkała Sinistrę.
— Widziałaś Severusa?
— Nie wchodziłabym mu teraz w drogę, Minerwo — uznała za stosowne ją ostrzec nauczycielka astronomii. — Ostatnio, jak go widziałam, rozbierał kominek w skrzydle szpitalnym, cegła po cegle. Poppy mówi, że nie widziała go jeszcze w takim stanie.
Opiekunka Gryffindoru wsunęła głowę do sali chorych. Na łóżkach przy najbardziej kontuzjowanym najwyraźniej Weasleyu siedzieli Harry i Hermiona, a wokół uwijała się dość chaotycznie Poppy Pomfrey, usiłując zredukować jakoś tabuny kurzu i sadzy ze zdemolowanego kominka, po którym pozostała tylko kupka cegieł.
— Czemu to zawsze musicie być wy — westchnęła opiekunka Gryfonów. — Jak się czujecie? — dodała łagodniejszym już tonem.
— W porządku, pani profesor.
Czy Minerwie się wydawało, czy w głosie Pottera słyszała nutkę tryumfu?
Poppy machnęła tylko ręką zrezygnowana.
— Sama widzisz. Skaranie z tym Severusem. Kompletnie mu odbiło.

McGonagall nie była pewna, czy konfrontacja ze Snape'em w tym stanie to rozsądne rozwiązanie, ale uznała, że ktoś powinien przynajmniej zobaczyć, co się z nim dzieje. Z tego, co zdążyła zaobserwować, Albus niespecjalnie się tym przejął. Ba, wydawał się nawet całą tą sytuacją… rozbawiony? Nie uważała tego za rozsądne, przynajmniej nie w tym przypadku. Ktoś, kto żyje tak długo jak Albus, miewa tendencje do traktowania ludzkich emocji jak uciążliwy, acz przejściowy katar, z którym każdy dorosły i racjonalny umysł powinien być w stanie sobie poradzić. Cóż, Severus Snape niewątpliwie był dorosły. I był do bólu logiczny. O ile nie dotyczyło to jego przeszłości. Jeśli w obecności samego Remusa jego racjonalność spadała do wartości bliskiej zeru, to przy Blacku mogło zabraknąć skali ujemnej.
Kiedy Minerwa weszła do jego gabinetu, oktofoniczny zestaw głośników leżał potrzaskany na posadzce, podobnie jak specjalnie sprowadzane fałszoskopy i reszta szpiegowskich gadżetów. Czarownica lekko wstrząśnięta patrzyła na to pobojowisko. Snape spojrzał na nią. W jego oczach było coś na kształt szaleństwa. I jakaś przeraźliwa determinacja.
— Co ty wyrabiasz, Severusie?
— Wiem, że to Potter. To on uwolnił Blacka.
— Niby jak miałby to zrobić? Albus twierdzi…
— Albus go kryje i dobrze o tym wiesz. Nie wiem, jak to zrobił. Ale się dowiem. I ten gówniarz gorzko tego pożałuje. I nie tylko on.
W głosie Severusa było coś takiego, że Minerwa uznała za stosowane wycofać się. Wątpiła, czy szkolne ubezpieczenie pracownicze obejmuje atak niepoczytalnego kolegi.

***

Następnego ranka przy śniadaniu wchodzącego do Wielkiej Sali opiekuna domu Slytherina obstąpili jego podopieczni.
— Panie profesorze, od rana nie działa sieć.
— I nie będzie — odparł krótko Snape.
— Ale… jak to?
— Tak to. Podziękujcie profesorowi Lupinowi. Okazało się, że sieć Fiuu nie jest kompatybilna z wilkołakiem po transformacji.
— Co? Z czym?
Snape odszedł w stronę stołu nauczycielskiego, powiewając peleryną.

***
Tego samego popołudnia Minerwa siedziała w swoim gabinecie, usiłując jakoś zgrabnie sformułować pismo do Departamentu Edukacji.
Dyrekcja Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart składa rezygnację z udziału w projekcie „Fiuu dla szkół". Powodem rezygnacji jest…
Tu Minerwa zamyśliła się. Przed oczami przemknął jej Snape machający mieczem w kominku, drugoroczny Creevey z poparzeniami drugiego stopnia od severusowego firewalla, dwugłowy błotoryj zatykający kominek w pokoju nauczycielskim, ezoteryczny czat Sybilli, ruchome zdjęcia Albusa na Fiuubooku, wyskakujące z kominka znienacka w środku lekcji reklamy bielizny damskiej, króliki w kominku Pomony, strzelająca z bicza czarownica kot i wreszcie widok Severusa, w szale rozbijającego swój oktofoniczny mega zestaw do inwigilacji Hogwartu w n wymiarach.
Czarownica zanurzyła pióro w kałamarzu i ponownie pochyliła się nad kartką papieru.
… brak możliwości dostosowania szkolnej sieci kominków do wymagań magotechnicznych projektu.

KONIEC