- Hej, księciuniu! – telefon komórkowy przemówił do niego głosem Wandy Silesii – Pomóż!
- A konkretnie jaką pomocą mogę służyć komuś, kto siedzi w Berlinie, podczas gdy ja jestem na lotnisku w Brukseli? – odpowiedział spokojnie Roderich.
- Ten wasz białas oszalał.
- To nie jest potwierdzone przez lekarza-specjalistę, więc wstrzymaj się z wygłaszaniem podobnych opinii.
Dobiegło go ciężkie westchnięcie.
- Dobra, dzwonię do Ludwiga.
- Ani mi się waż – przystopował ją – Ludwig jest już w drodze do Seulu. I tak nie mógłby odebrać telefonu podczas lotu.
- Zachowujesz się jak niańka...
- Wolę określenie „opiekun".
- ... albo jak żoneczka.
Roderich wysupłał z kieszeni nieskazitelnie czystą chusteczkę i zaczął przecierać okulary.
- Konkrety, albo z tobą nie rozmawiam.
- Znęcał się nad Marią!
- Pobił ją? A może rzucił w nią czymś ciężkim? To doprawdy byłby wyczyn biorąc pod uwagę, że sam mu jeszcze dziś rano zakładałem pieluchę.
- Znęcał się psychicznie, w porządku? Powiedział dużo przykrych rzeczy. Ale naprawdę przykrych. O wojnie i w ogóle... – Silesia straciła całą energię.
- Jest obłożnie chory. Spodziewałaś się, że będzie ciągle spał i uśmiechał się do was słodko jak królewna Śnieżka? Nie każdy pacjent jest taki miły i łagodny dla otoczenia. Pogódź się z tym i rób swoje.
- Chwycił ją za rękę i nie puszczał – dalej wyjaśniała – Maryśka zaczęła płakać. No to znalazłam w apteczce jakiś zastrzyk ze środkiem uspokajającym. Tylko że jak już mu ten zastrzyk dałam, zaczął się śmiać jak maniak, a Maryśka zamknęła mi drzwi przed nosem.
- Zamknęła ci drzwi – powtórzył – Ale mam nadzieję, że została z nim.
- Tak, do cholery! On ją zje!
- Bzdury. Jak poczuje się zagrożona, to ucieknie.
- Ale co ja mam teraz robić?
- W kuchni w szafce z alkoholem jest wiśniówka, to się poczęstuj. Ale madery mi pod żadnym pozorem nie ruszaj. Jeśli zobaczę, że ubyła choć kropelka, będziesz uciekać aż do Krakowa, zrozumiano?
- Snob!
Silesia nie chciała z nim dłużej rozmawiać. On z nią też nie. Rozejrzał się wokół. Na lotnisku robiło się coraz bardziej tłoczno. Właśnie ogłoszono, że jego samolot będzie miał dwugodzinne opóźnienie z powodu śnieżycy. W rozmowach ludzi przewijał się temat pogody, jakby to był ogólnoświatowy kataklizm zagrażający cywilizacji.
A to tylko śnieg. Taki sam śnieg jak 50 czy 100 lat temu. Tylko chronić się przed zimą umiano teraz lepiej.
Roderich poszukał wolnego krzesła. Nieco dalej pięć młodych kobiet, prawdopodobnie studentek, zebrało w jednym miejscu swoje bagaże. Ustawiły się w szeregu i zaczęły podśpiewywać dla zabicia czasu. Wkrótce zebrało się wokół nich więcej ludzi, także czekających na spóźnione samoloty. Kobiety śpiewały piosenki na wybitnie świąteczną nutę, choć nie idealnie czysto. Ze słów w szwedzkim języku rozumiał niewiele, ale była to ciesząca ucho odmiana przy monotonnych odgłosach lotniska.
Kątem oka zauważył, jak Berwald wychodzi z baru niosąc kubek kawy. Szwed też go zauważył i podszedł bliżej.
- Jeszcze tu jesteś? Wiedeń odleciał kwadrans temu – zauważył zdziwiony.
- Czekam na Frankfurt. Mam jeszcze dwie godziny – wyjaśnił Roderich.
Blondyn pokiwał głową do własnych myśli.
- Mój lot odwołali. Zastanawiam się, czy nie szybciej uda mi się dopłynąć promem.
Chwilę obaj milczeli szukając tematu do rozmowy.
- Święta znowu w Berlinie?
- Tak.
- Nie zapraszasz przyjaciół do Wiednia od kilku lat.
- Zapraszam wszystkich na koncert noworoczny – powiedział dobrodusznie Roderich.
Szwed cofnął się o pół kroku. Zdecydowana większość znajomych z Europy reagowała tak samo, gdy wspominał o tych zaproszeniach. 1 stycznia do Wiednia przyjeżdżali tylko ci, których zaciągnął tam siłą. Czasem zjawiała się Lili Zwingli lub Yao Wang z kuzynami, ale reszta wolała spać po sylwestrowych imprezach lub leczyć kaca.
- W tym roku nie mam czasu – Berwald zaczął się tłumaczyć.
Roderich uniósł dłoń uciszając go.
- Wiem, że Tino zawsze o tej porze wyciąga was w góry.
Berwald lekko poczerwieniał z zażenowania.
- To ja będę się zbierał... Zapytam te kobiety, czy nie zechcą wracać razem.
- Pozbawiasz mnie jednej kulturalnej rozrywki, jaką mogło mi zapewnić to lotnisko.
- Ja tylko...
- Dbasz o swoich, rozumiem.
Potrząsnął głową.
- Roderich, to nie tak... A co do dzisiejszego zebrania, to przesadziłeś.
Austriak spokojnie popatrzył w chłodne oczy kolegi.
- Nie musiałeś mówić takich rzeczy. Oni wiedzą, że nie jest dobrze, a wypominanie im tego tak ostro pogarsza sprawę. Mogą naprawdę zacząć myśleć, że północ chce wycofać się ze wspólnej waluty. A od tego krok do anarchii.
- Dzisiaj już żaden z nas nie poradzi sobie sam – powiedział cicho Roderich – A znam tylko taki sposób, by zmobilizować ich do działania. Dopóki nie muszę przepraszać, nikogo nie przeproszę.
Berwald uśmiechnął się cierpko. Dokończył kawę i uścisnął mu rękę.
- Wesołych Świąt, Edelstein.
- Tobie też. Może w przyszłym roku będę miał więcej czasu i przygotuję wigilię w Wiedniu.
Szwed zabrał dziewczyny. Pozostał nieskoordynowany szum ludzkich głosów i czas marnowany na czekanie.

Stała przy oknie i starała się opanować przebiegające przez jej ciało dreszcze. Objęła się rękoma całą uwagę skupiając na wróblach odskakujących wesoło na nagich gałęziach.
Ten straszny śmiech mroził jej krew w żyłach. Przywoływał najgorsze wspomnienia. Należał do jej wroga, burzyciela porządku i mordercy narodów.
Racjonalna część jej duszy podpowiadała, że Gilbert Beilschmidt nie jest wyłącznie tym. Że są ludzie równie źli, którzy nigdy nie odpokutują swoich grzechów. Śmieją się do słońca i chodzą po ziemi zadowoleni ze swych czynów.
Czy Alfred Jones był lepszy pchając się z czołgami do Wietnamu? Czy Iwan Bragiński był bardziej miłosierny rozdmuchując rewolucję i morząc Ukrainę głodem? Czy Kiku Honda powstrzymywał swych żołnierzy przed rzezią, jakiej dokonali w Chinach? A czy Arthur Kirkland był sprawiedliwy, gdy pod swym butem trzymał pół świata?
Gilbert Beilschmidt przynajmniej cierpiał. Przynajmniej teraz rozumiał, czym jest umieranie, choć zapewne nie pojmował tego w kategoriach winy i odkupienia.
- Naiwne! – powiedział przeciągle – Naprawdę myślałyście, że taka mała dawka na mnie podziała?
Maria zacisnęła dłonie w pięści, by powstrzymać ich drżenie. Skupić się na widoku za oknem. Zignorować jego głos.
- Spójrz na mnie, dziewczynko!
Odezwało się w niej wytrenowane wieki temu posłuszeństwo. Choć paraliżował ją strach, spojrzała przez ramię na chorego. Odkąd przyszły do jego domu, wydawał się jakby silniejszy. Zerknęła na postawioną na oknie doniczkę. Czyżby odrobina ziemi miała aż takie działanie? Co dopiero może się stać, gdy on wróci na swe dawne włości?
- Obie jesteście żałosne – stwierdził Prusak.
- Nawet nie liczyłam na to, że przyniesie efekt – przyznała cicho Maria – Po tym, co pan brał na froncie wschodnim, wszystkie środki uspokajające przestają działać.
Na jego twarzy rozlał się pełen wewnętrznego zadowolenia uśmiech. Jednak w niczym nie złagodził rysów, wprost przeciwnie. Gilbert był drapieżnikiem i ta cecha charakteru zawsze odbijała się w jego wyglądzie.
- Podejdź bliżej.
Pomerania zacisnęła powieki i potrząsnęła głową. Nie. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej było zachować dystans.
- Aż tak źle cię traktowałem, dziewczynko? – zapytał złośliwie – Źle ci było w moim domu? Przecież miałaś tylko wypełniać polecenia domowników, a do gości zwracać się po niemiecku.
Kiedyś była zaledwie jedną z wielu służących w domu pruskim. Potem wybuchły wojny, straszne wojny, przerażające ogromem zniszczeń nawet tych, co je wzniecili.
Maria czuła kręcące się w oczach łzy.
- Pan zabił Juliana...
Usłyszała jak gwałtownie wciągnął powietrze.
- A przecież pan pomógł... Pomógł, a potem zabił... – zakończyła szeptem.
- Oboje tak samo głupi... – chory zawiesił głos, by chwilę potem krzyknąć – Cholerny Warszawiak!
Maria miała ochotę zaszyć się w najdalszym kącie pokoju. Gilbert wyglądał tak, jakby chciał na nią skoczyć i rozerwać na strzępy.
- Co on sobie myślał? Że może bezkarnie rozpowiadać, jak to Niemiec wyciągnął zasranego Polaczka z Szucha? – powiedział już ciszej.
Zapewne nie chciał, by Wanda usłyszała cokolwiek, choć zapewne w tej chwili siedziała na dole w salonie i dzwoniła do Ludwiga.
- W czterdziestym czwartym nie mogło być dobrych Niemców. Dostał to, na co zasłużył. A ty, dziewczynko, powinnaś codziennie dziękować Bogu i historii, że nie skończyłaś jak on. Łukasiewicz, Silesia i wasz kochany Julek Mazowiecki, zgraja patriotycznych bandytów, którzy zastanawiają się, za co ginąć, a nie jak żyć. Twój szef nawet teraz uważa, że poświęca się dla narodu.
- Feliks jest dobry...
- Nikt nie jest dobry – odparł gorzko – Nikt. Łukasiewicz nie poświęca siebie, ale swój naród. To najgorsza zdrada, jakiej możemy się dopuścić.
- My tylko chcemy żyć!
Gorące łzy potoczyły się po policzkach Marii. Nie mogła ich już dłużej powstrzymywać.
- Julek też chciał żyć!
- Czemu mnie to wypominasz? I tak nie potrafisz się mścić. Chcesz sprawiedliwości, to idź szukać tego, kto pociągnął za spust – Gilbert był już zirytowany rozmową – Jeśli jeszcze żyje, to pewnie jest na emeryturze.
- Ale... – Pomerania kilkakrotnie otworzyła i zamknęła usta.
Czyżby Prusak sugerował, że to nie on?
- Nie było żadnego rozkazu – odburknął splatając ręce na piersiach – Mógł siedzieć w kanałach Warszawy, a nie wplątywać się w to nikomu niepotrzebne powstanie.
Zapadła między nimi niezręczna cisza. Maria poczuła ulgę, jednak znów racjonalna część duszy podpowiadała jej, by nie wierzyła bezgranicznie we wszystko, co usłyszała.
- Nie stercz przy tym oknie jak za 3 Euro. Przynieś mi kroplówkę.
- Już!
Pomerania poderwała się i zakrzątnęła wokół obszernej apteczki.
- A w ogóle to co to za zielsko przyniosłaś? – Gilbert wskazał na parapet.
- Sz... szałwia, melisa i majeranek.
- I?...
Oblała się rumieńcem wstydu spuszczając wzrok ku podłodze.
- Ziemia spod Malborka – wyszeptała.
Skinął jej łaskawie głową. Gilbert Beilschmidt rzadko dziękował, i to wyłącznie wtedy, gdy miał w tym jakiś interes.
- Otworzyłabyś te drzwi. Silesia jest ciekawszą towarzyszką od ciebie.
- Nie... – ostrożnie podłączyła woreczek kroplówki z igłą tkwiącą na wierzchu dłoni chorego – Jeszcze nie. Wy się zawsze kłócicie.
Nie odezwał się do niej więcej. Odwrócił twarz w stronę okna i pogrążył się w świecie własnych myśli. Sądząc po skupionym wyrazie twarzy i pionowej zmarszczce na czole, nie należały do najweselszych.