Twierdza

Dwie godziny wcześniej…

Templariusz zszedł z pokładu i zatrzymał się nad zatoką zapominając o ostrożności. Stał tam przez chwilę i odwrócił się dopiero, gdy usłyszał wiatr w rozwiniętych żaglach.

- Będą bezpieczni.- pomyślała. Miała jeszcze teorię czasu, więc schowała się przy brzegu który wciąż otulała gęsta mgła. Merrill zrobiła kawał dobrej roboty. Niezauważona przez nikogo ruszyła, gdy tylko mgła zaczęła się przerzedzać. W zbroi Sebastiana bez przeszkód dotarła do Górnego Miasta. Templariuszy nie było już przed jej domem. Weszła cicho, ale nagle usłyszała ruch.

- Ser…?

- Sebastian.- usłyszała swój męski głos.

- Po co chodzisz w ciągu dnia w tym garnku?- zapytał templariusz patrząc na jego hełm i rozkładając się na powrót w jej fotelu- Komtur cię przysłała? Wątpię żeby ta apostatka tu wróciła po tym, co zrobiła…

- Jesteś sam?

- Nie na górze jest jeszcze Hanor i Dredd, znaleźli tam jakiś bimber.

- Białe wino.- powiedziała zbierając energię.

- Skąd wiesz?

Templariusz znieruchomiał trafiony uderzeniem umysłu. Cały czas nasłuchując związała go i zakneblowała, po czym ruszyła na górę.

- Nie za dobrze wam?- rzuciła opierając się o drzwi, gdy templariusze zerwali się na jej widok.

- Cholera Vael, ale nas wystraszyłeś. Patrz- podał mu butelkę- nawet ci cholerni apostaci piją lepsze trunki od nas.

- Rzeczywiście.- powiedziała odkładając wino na bok.

- Co nie pijesz z nami? Zawsze wiedziałem, że z ciebie sztywniak.

- Nie masz racji.- powiedział podchodząc i zerkając za okno. Na ulicy byli tylko zwykli przechodnie- Co się właściwe stało z Thraskiem?- zapytała.

- A cholera go wie. Komtur mówiła, że zdradził i na tym się skończyło. A wydawało mi się, że jest porządku.

- Bo jest.- odpowiedziała a z jej dłoni wystrzeliła energia. Templariusz zachwiał się.

- Co ty…- zaczął drugi, ale walnęła go kosturem. Energia spłynęła z jej dłoni oszałamiając również jego. Związała ich i zakneblowała zamykając wszystkich trzech w podziemnym przejściu pod jej domem prowadzącym do Mrokowiska.

Wyciągnęła z szafy płaszcz i rozejrzała się po pokoju. To był jej dom. Jej sypialnia ale nigdy już nie mogła tu wrócić. Nigdy tu już nie wróci. Jak to się stało? Tak szybko jej świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Wyjrzała za okno, słońce zbliżało się do zenitu.

Co było najpierw? Revenge? Nie. Magowie. Potem Anders. Potem pod wpływem emocji, jednego impulsu powstał Revenge. Nigdy go nie planowała. Choć może w głębi duszy podejrzewała, że postępowanie templariuszy w końcu zmusi ją do działania. Wicehrabia chciał ją pojmać. Niemal uśmiechnęła się na sam pomysł. Nie zamierzała się tam pojawiać. Nie wierzyła, że zrezygnowałby z podpisania ustawy, bez względu na to, co mówił Thrask. Bez względy na to gdzie teraz był on sam.

Chciałaby odejść pozostawiając wszystko. Mury Katowni, nadal, gdy o nich myślała pokrywały się krwią. A więc dobrze- zginie tam. Ale najpierw musi to zrobić. Z pomocą Justica znajdzie maga i powstrzyma go. To nie była tylko walka o Andersa. To była walka o wszystkich magów w Kirkwall. O to, w co wierzyła. Varric miał racje, to miasto jej nie obchodziło. Zawsze liczyła się tylko twierdza. A teraz Revenge wyjdzie z jej cienia i stanie w blasku dnia. W samo południe. Revenge, ale też i Hawk. Pokona strach i spojrzy śmierci w oczy. Ale zrobi to sama. Nie narazi na niebezpieczeństwo nikogo innego. Revenge uderzy… po raz ostatni.

Thrask. Czy wiedział o wszystkim? A jeśli tak czy pojawi się dzisiaj? Nie, nie mogła tak myśleć. Nie mogła liczyć na nikogo. Pogodziła się z tym. Uśmiechnęła się, złowróżbna przepowiednia już nie pojawiała się w jej umyśle. A więc wybrała dobrze. Już za tą świadomość była gotowa zginać. Komtur i mag krwi walczący zielonym płomieniem. To oni byli jej wrogami. Pójdzie tam i na Stwórcę i odbierze im życie tak jak robiła to z każdym bandytą i mordercą w mieście, a potem… Nie, nie będzie już potem.

Zarzuciła płaszcz na zbroję i ruszyła do Katowni. Zatrzymała się przed nią. Strażnik przy bramie spojrzał na nią obojętnie. Zawróciła do bocznej uliczki.

- Już tam są..- usłyszała głos w swojej głowie, ale nie odpowiedziała mu. To było dziwne uczucie mieć w takiej chwili przy sobie właśnie Justica.

- Templariusze.- powiedział- Jest ich mnóstwo. Wicehrabia stoi na środku. Liczy że przyjdziesz.

Zrzuciła pancerz i przebrała się w swoje szaty. Nakryła się płaszczem i już machinalnie rzuciła zaklęcia. Założyła kostur na plecy.

- Revenge- pomyślała- Nigdy nie wychodziła za dnia, a teraz…

- Boisz się?- zapytał Justice.

- Andersa też o to pytałeś?

Nie, nieczuła już strachu. Gniew. Nie pozwoli by komtur zabiła ich wszystkich tylko, dlatego że magia w jej oczach zawsze była zagrożeniem. Bez względu na to czy dzierżył ją apostata czy mag krwi.

- Tak.- odpowiedział duch - To jedyna rzecz, za którą jestem ci wdzięcznym. Odkąd cię poznał zaczął częściej mówić, nie.

Uśmiechnęła się.

- Widzisz go? Tego maga krwi?

- Tak stoi obok wicehrabiego. Jesteś gotowa?

- Justice jak wrócisz, powiedz Andersowi, że go przepraszam. I powiedz by przekazał Fenrisowi…- zawahała się i w jednej chwili w oczach Revenge pojawiło się zagubienie- Nie, nie mów nic.

Spojrzała na bramę prowadzącą do twierdzy. Dziś to zakończy. Zabije ich za to, że swoim odejściem zrani elfa. Za to, że niemal zabili uzdrowiciela. I pomści dziś każdego maga w tym mieście. Poczuła aprobatę ze strony Justica.

- Miej oczy i uszy otwarte.- powiedziała- Nie będzie drugiej szansy.- i wyszła z cienia.

Strażnik patrzył na nią zdziwiony aż w jego oczach pojawiło się zrozumienie. Złapał za miecz, rzuciła na niego uderzenie umysły i minęła nie patrząc nawet czy zadziałało. Na placu było dużo rycerzy. Stali pod kolumnami patrząc w stronę podium gdzie był wicehrabia. Obok sniego stał kolejny rycerz.

- To on.- usłyszała głos Justica.

Ruszyła idąc przez sam środek. Prosto do wicehrabiego. Rycerze spojrzeli na nią zaskoczeni i zaczęli się odsuwać powtarzając jej imię.

- Revenge!

- To Revenge…- rozległy się głosy.

Spojrzała na nich idąc dalej. Wielu złapało za miecz, ale nie zrobiło nic. Czuła ich wzrok na sobie. Szła, jako zabójca templariuszy przez środek Katowni, a oni z nieznanych powodów schodzili jej z drogi. Część z nich być może ją popierała. Cześć wciąż się bała. Słońce świeciło odbijając się w ich zbrojach i… wyciągniętych ostrzach.

- Tak zejdźcie nam z drogi!- usłyszała pełny nienawiści głos Justica i pozwoliła mu się potrwać.

- Tak, ten jeden ostatni raz Revenge wygra..- pomyślała.

Wicehrabia przerwał w pół zdania widząc jak środkiem placu idzie do niego zakapturzona postać. Zamrugał.

Zatrzymała się przed nimi i spojrzała na templariusza stojącego obok niego.

- Jednak przyszedłeś Revenge.- powiedział Hrabia, a jego spojrzenie błyskało groźnie- Nie sądziłem, że to zrobisz. Nie po tym jak zabiłeś mojego syna. Nie wierzyłem że naprawdę tak zależy ci na tym świstku.

Skinął głowa na templariuszy dwóch z nich ruszyło na nią z dwóch stron. Wyciągnęła dłonie, w ich stronę buchnął ogień i rycerze zatrzymali się. Popatrzyli na wicehrabiego.

- Jeśli nie przyszłaś tu by dać się pojmać to, po co?- powiedział Hrabia ze złością.

- Głupcze zginiesz dziś!- powiedziała- To komtur jest twoim wrogiem. A on- ogień buchnął w stronę templariusza, jest plugawcem, który chce cię zabić.

Wicehrabia spojrzał na templariusza stojącego obok. Magiczna strzała odrzuciła nagle rycerza do tyłu zwalając z nóg.

- Brać go!- krzyknął wicehrabia wskazując ją.

Rycerze rzucili się na nią. Wywołała białą barierę i ostrza zatrzymały się na zasłonie. Nie mogła utrzymać jej długo.

- Broń wicehrabiego!- usłyszała głos i spojrzała na podium. Stał na niej templariusz i właśnie zrzucał hełm i napierśnik. W świetle słońca błysnęli przeszywana złotymi nićmi czerwona szata. W reku maga krwi pojawił się nóż, którym przejechał sobie po piersi. Wicehrabia cofnął się zszokowany widząc to.

Posłała ogień na rycerzy, podbiegła do wicehrabiego. Złapała go za szatę i pociągła brutalnie schodząc ze schodów. Niemal upadł gdy to robiła.

- Jesteś głupcem.- syknęła i pchnęła go w grupkę templariuszy którzy widząc nowego przeciwnika zawahali się.

- Nie zdołasz mnie już powstrzymać.- powiedział mag krwi. Wokół niego błyszczała biała aura z czerwonymi drobinkami. Dwóch templariuszy ruszyło do niego, ale zabił ich jednym podmuchem zielonego ognia.

- Justice...

- To moc potężnego demona. To już nie jest mag.

Katownia zadrżała. Mag krwi zapłonął zielonym ogniem iskrzącym się czerwonymi drobinkami. Poczuła jak Justice niemal wycofał się, gdy ogień pomknął w ich stronę.

Mało brakowało a upadłaby, gdy zielone oślepiające światło zderzyło się z jej białą barierą. Nic nie chroniło rycerzy stojących obok, gdy fala uderzyła w nich ich sylwetki rozproszyły się w powietrzu spalając się. Wiedziała że chce dostać wicehrabiego który wciąż chował się za nią z grupka templariuszy.

- Na Andrastę- szepnęła zdając sobie sprawę co się dzieję. Templariusze, którzy jeszcze przed chwilą lecieli na nią z mieczami stali z tyłu chroniąc się za jej magia. Zieleń zderzyła się czerwienią. Cofnęła się nie mogąc sprostać jego sile.

- Stać się na więcej!- szepnął Justice.

Bariera zaczęła pękać. Za wcześnie, musiała go dostać. Tylko wtedy Anders przeżyje. Tylko wtedy komtur nie wygra. Nic nie miała już do stracenia.

Powoli, bez pośpiechu przywołała inna magię. Pozwoliłaby by zaklęcie opadło na nią spokojnie niemal leniwie, zapełniając jednak każdą lukę i tworząc wokół niej szczelny pancerz. Przed nią wyrosła fioletowa ściana. Zieleń zderzyła się z fioletem krzesząc iskry. Była słabsza ale wciąż groźna. Wszędzie tam gdzie spadały iskry bruk topniał pod wpływem ich magii. Kamień pod jej nogami zaczął się kruszyć. Demon cofnął się.

- Idź.- powiedział Justice.

Ruszyła do przodu odpierając jego siłę.

- Za Andersa!- pomyślała i jej bariera sama powiększyła się. Fioletowa ściana zgęstniała i zaczęła iskrzyć krusząc balustrady dziedzińca. Pomnik na środku placu rozsypał się w pył pod wpływem fali jaką generowali.

- Stać się na więcej.-powiedział Justice.

- Wiem.- pomyślała czując w sobie źródło mocy jakie odnalazła już kiedyś.

Fiolet zamienił się w błyszczące drobinki i zaczął pochłaniać zielony płomień. Niemal upadła pod wpływem energii, jaką wchłaniał jej bariera.

- Nie zatrzymuj się!

Ruszyła do przodu nie widząc jak ściany budynków się kruszą. Mury pękały spadając kawałkami na dziedziniec.

Mag krwi zwiększył płomień.

- To już resztki jego sił.- powiedział Justice i w jego głosie pojawiła się duma- Nie pokona cię.

- Wytrzymam- pomyślała ale nagle obok niej spadł fragment muru roztrzaskując się z hukiem. Rozejrzała się, wokół nie było jednego całego budynku. Plac przypominał ruinę.- Wytrzymam.- powiedziała sama do siebie, ale jej spojrzenie stało się nagle zdeterminowane- ale twierdza nie… Nikt tego nie przeżyje.

Obok niej spadały fragmenty murów Katowni rozbijając się o popękany bruk.

Oderwała jedną dłoń od bariery i zebrała w niej energię. Fioletowa bariera zafalowała tracąc stabilność.

- Co ty wyprawiasz!- przeraził się duch.

Kilka sekund przed tym jak bariera rozpłynęła się rzuciła kulę, skrzącego fioletowego ognia na maga krwi. Spodziewała się wybuchu, ale nic takiego nie było. Wściekle płonący płomień rozgonił zieleń i przeleciał przez maga zostawiając ogromną dziurę w jego piersi. Uderzył w siedzibę komtur roztrzaskując front budynku. Ściany zaczęły się kruszyć. Fioletowy płomień nie gasł, pożerał go rozprzestrzeniając się błyskawicznie, nie gasnąc w ogóle. Budynek zawalił się. Płomień spalał nawet ruinę jaka z niego pozostała, wypalając gruz do końca. Fioletowe drobinki zajaśniały jaśniejszym blaskiem i zgasły.

Patrzyła na to zszokowana.

- To stało by się w Pustce, gdybyś tak zrobiła.- powiedział Justice.

Odwróciła się. Wokół walały się gruzy a za nią stała grupka ocalały templariuszy. Wicehrabia leżał nieprzytomny na środku nich. Zza ruin Katowni zaczęli wychodzić inni.

Ruszyła do nich a rycerze odsunęli się gwałtownie.

- Może mi się uda.-pomysłała. Wicehrabia przeżył, mag krwi został pokonany. Zrobiła to po co to przyszła. Może miała jeszcze szansę. Brama była już tak blisko…

Zatrzymała się, gdy stanęła w nich komtur ze swoim oddziałem.

- Jest ich więcej.- usłyszała głos ducha.

- To już nie ma znaczenia- powiedziała. Tak miało być. Przecież wiedziała o tym.

- Coś… ty zrobił?- powiedział komtur patrząc na runie, jaka stała za nią.

- Hrabia widział wszystko.- powiedziała- Nie zdołasz powołać się na Prawo Likwidacji. Nie pozbędziesz się nas tak łatwo.

- Głupcze, wykorzystam ten pretekst i to co zrobiłeś będzie równie dobrym powodem! Nawet ten demoniczny mag nie będzie mi już potrzebny!

Templariusze zaszemrali i komtur zdała sobie sprawę ze swoich słów. Revenge usmiehcnęła się przebiegle.

- Nie zniszczysz mnie jak zniszczyłeś moich ludzi. Brać ją!

Oddział komtur rzucił się do przodu, odsunęła się chcąc przyzwać barierę, ale w bramie pojawili się nowi templariusze i ku zaskoczeniu Meredith zaatakowali jej oddział.

- Jest twoja Revenge!- usłyszała głos Thraska i uśmiech pojawił się na jej twarzy. Czyli jednak zdołała się dowiedzieć.

Spojrzała na komtur, która patrzyła wściekła na templariusza, a potem jej wzrok przeniósł się na nią.

- Za tobą!- usłyszała Justica i zrobiła unik. Miecz przeciął powietrze zaledwie kila centymetrów od niej. Rzuciła błyskawicę w komtur ale ta odskoczyła unikając jej.

- Nie dadzą rady.- pomyślała widząc, że oddział Thraska przegrywa. Komtur zaczęła iść z uśmiechem na ustach w jej stronę. Powoli.

Cofnęła się, widząc jak Thrask upada raniony na ziemię i chciała rzucić tam ogień, ale na jej dłoni nie pojawiła się nawet iskra. Zaklęła.

- Co się stało apostato?- zapytała komtur.

Cofnęła się i nagle zatrzymała. Nie. Wciąż mogła walczyć. Magia nie była wszystkim, co posiadała. Czuła jak zaklęcia jakie chroniły Revenge słabną. Czarna mgła otaczająca jej twarz zaczęła się powoli rozpływać.

- Nie każdy chowa głowę w piasek przed tobą komtur.- powiedziała i zrzuciła kaptur

- To ty…- powiedziała komtur a w jej oczach znów zabłysła nienawiść, przejechała dłonią po szramie na swoim policzku- To zawsze byłaś ty!

Jej dłonie zacisnęły się mocniej na mieczu.

Uskoczyła, gdy komtur ruszyła w jej stronę. Kolejny atak zablokowała kosturem i kopnęła komtur w brzuch. Meredith zatrzymała się na chwile, ale ruszyła zaraz za nią.

- Myślisz, że ze mną wygrasz? Teraz, kiedy nie możesz rzucić nawet paru iskier!

- Nie niedoceniaj mnie.- powiedział magiczka- Tak łatwo mnie nie dostaniesz.- dodała w myślach.

Komtur roześmiała się idąc za nią, a Hawk powoli się cofała utrzymując bezpieczną odległość. Nagle odbiegła chowając się pod uszkodzona balustradą.

- Tak uciekaj.- rzuciła komtur idąc za nią- Każdy w końcu ucieka, a potem błaga o litość. Ale nie otrzyma jej, jak i ty.

Stanęła przy uszkodzonej kolumnie zasłaniając się kosturem przed potężnym uderzeniem i w ostatniej chwili zrobiła unik rzucając się na ziemie. Przeturlała się po ostrych odłamkach i wstała szybko patrząc na kolumnę. Jak się spodziewała uderzenie komtur rozwaliło kolumnę balustrada zaczęła pękać i zwaliła się na nią.

Uśmiechnęła się przebiegle, ale jej uśmiech szybko zgasł. Czuła ból całego ciała i miejscami pojawiała się już krew.

Komtur zrzuciła z siebie kilka większych odłamków. Pokrywał ją pył, a z jej głowy spływała krew.

- Nie pokonasz mnie!- warknęła przez zęby i ruszyła za nią. Magiczka zablokowała kolejny atak, ale był zbyt mocny i zwalił ją nóg. Kostur upadł kilka metrów od niej. Chciała iść w jego stronę, ale odskoczyła, gdy miecz przeciął powietrze zaledwie kilka centymetrów od jej skóry. Komtur podeszła tam i złapała jej kostur odrzucając go.

Zignorowała dźwięk. Jak i wydał, gdy uderzył o ostry fragment muru, nie puszczając z oczu komtur.

- Tak wygląda twoja magia apostato.- powiedziała komtur z ironią- Zwróć się teraz do demonów! Pokaż, jacy jesteście naprawdę!

- Niedoczekanie twoje- rzuciła i cofnęła się pod ścianę. Nie miała już nawet, czym się bronić. Nie, nie wygra tej walki. Skoczyła do ruin by się za nimi ukryć, ale tym razem komtur przewidziała jej ruch. Poczuła uderzenie i piekący ból zwalił ją z nóg.

- Tak, na kolanach… Tylko tak powinien wyglądać mag.- powiedziała Meredith stając nad nią.

Zacisnęła i rozluźniła dłonie czując jak opada z sił. Z jej boku płynęła krew. Wzięła z trudem głęboki oddech czując jak zaczyna go jej brakować.

Pod nią kałuża krwi powiększała się. Opierała o nią dłonie. Czuła jak pulsuje w niej energia. Magia krwi. Wystarczyło tylko przyjąć ją w siebie. Poczuła jak Justice niemal podejmuje decyzję za nią i ostatnimi siłami odrzuciła jego wolę.

- Niech mu powie….- pomyślała zwracając się do ducha.

- Zabije cię, a potem znajdę tego twojego plugawca i jemu poświęceń więcej czasu.- powiedziała komtur z satysfakcją.

Zacisnęła dłonie i zamknęła oczy.

- Tak, błagaj o litość –powiedziała komtur źle odczytując jej drżenie.

- Nie- powiedziała Hawk nie podnosząc głowę- Na to nigdy ci nie pozwolę!

Rzuciła w komtur wszystko, co jeszcze w niej było, złość, gniew, nienawiść, jaką w sobie nosiła do całej twierdzy. Kilka fioletowych iskier niemal leniwie odłączyło się z jej dłoni zataczając kręgi w powietrzu.

Komtur śmiejąc się nie zauważyła tego. Jedna z nich dotknęła jej szaty, która zaczęła się rozsypywać. Hawk upadła bez siły na kałużę własnej krwi.

- A teraz zginiesz- powiedziała Meredith. Podniosła miecz i nagle zmarła. Fioletowe drobinki spalały jej pancerz przedostając się do jej skóry. Płonąc coraz większym płomieniem. Komtur krzyknęła. Puściła miecz i zaczęła strzepywać je z siebie, na próżno. Teraz świeciły już na jej dłoni a ona krzyczała wściekle.

Ostatkami siłami spojrzała w jej stronę widząc jak ciało komtur spala się fioletowym ogniem. Jakiś templariusz szedł w jej stronę. Spojrzał na komtur i zrzucił chełm. Podniósł miecz. Uśmiechnęła się smutnie. Znała go. Miała go zabić w tą noc, gdy pojawił się Thrask ze swoimi ludźmi. Uderzenie wyrwało jej powietrze z piersi. Otworzyła oczy po raz ostatni i zobaczyła swój kostur przełamany na pół. Poczuła jak Justice się wycofuje w chwili, gdy w ustach pojawił się smak krwi. Ciemność zabrała ból.

Syrena dobiła do brzegu po południu. W dokach wciąż było wiele zniszczeń. Spalone magazyny i osmalone fronty budynków. Tyle pozostało po ataku żywiołaków które szalały tu zeszłej nocy tak, jakby ktoś urządził specjalnie dla nich święto i pozbawił wszelkich ograniczeń w rzeczywistym świecie do którego przecież nie należały. Demony zawsze były tutaj ograniczane. Tylko w Pustce mogły wykorzystywać pełnię swojej siły. Tej jednej nocy granice zniknęły, aż wypaliły się do końca.

- Rozejrzyjcie się.- powiedział Sebastian schodząc na ląd- Ja pójdę do Katowni. Spotkamy się tutaj nad zatoką za godzinę.

Fenris ruszył za nim.

- Powiedźcie mu coś!- zaczął templariusz.- Zabije i siebie i mnie idąc ze mną!

Izabela zastawiła mu drogę.

- Fenris ja też chce ją znaleźć. Jeśli przeżyła znajdziemy ją. Nie pomożesz jej dając się zabić.

- Zejdź mi z drogi.- zagroził.

- Posłuchaj jej elfie.- dodał szybko Varric widząc jego spojrzenie- Jeśli Hawk zrezygnowała z tego, tylko wpadniecie w kłopoty.

- Nie zrezygnowała.- powiedział uzdrowiciel podchodząc do nich.

- Anders, nic ci nie jest?

- Nie, to wszystko samo zniknęło.- spojrzał na swoją dłoń- To było aż zbyt proste. Magia lecznicza po prostu zaczęła działać… To była Avannath.

- Skąd wiesz?- zapytał Fenris.

- Justice był z nią, nim jeszcze przekroczyła bramę Katowni.- powiedział nie patrząc na nich.

- Co się z nią stało?

- Nie pokazuje mi wszystkiego.- powiedział a w jego głosie słychać było rezygnację- Walka. Zielony płomień, dużo guzów, krew… Zostawił ją… bo nie mógł już nic zrobić.

- Co to znaczy?- spytała Izabela.

- Idź- powiedział do Sebastiana- Justice się myli. Musi się mylić. Fenris stój! Jeśli… Odbijemy ją. Ale najpierw musimy wiedzieć, co się stało...

Izabela skrzywiła się, gdy elf poszedł za templariuszem.

- Cholera zabiją nas przez ciebie!- powiedział Sebastian przyspieszając.

- Musze tam pójść. Ona może…

- Co? Potrzebować twojej pomocy, cholera elfie cokolwiek się stało już jej tam nie ma. Jeśli przeżyła zamknęli ją w lochach i sam nic nie zrobisz! Poza tym każdy wie, że jesteś w jej drużynie, jak cię zobaczą…

- Nie zobaczą. Będę czekał na ciebie przed Katownią.- powiedział.

Zatrzymali się jednak, gdy tylko weszli na uliczkę prowadzącą do twierdzy. Z bramy pozostał tylko fragment łuku, reszta leżała rozkruszona walając się na ulicy.

- Co… tu się stało?- zaczął Sebastian i ruszył naprzód zapominając o Fenrisie.

Elf zmienił kierunek i wszedł w inną uliczkę tak by widzieć, co znajduje się po drugiej stronie bramy. Zamrugał. Leżało tam dużo ciał w srebrnych zbrojach. Twierdza nie była już taka jak widział ją ostatnio. Dziedzińce przypominał gruzowisko i wszystkie fronty budynków wokół głównego placu były popękane. Główny budynek należący do komtur po prostu zniknął. Rycerze kręcili się po placu sprzątając gruzy i wynosząc poległych.

W jednej chwili zamrugał, bo wydawało mu się, że widział coś znajomego. Kostur Hawk.. Grupka templariuszów usunęła się z widoku i elf zamknął oczy, wiedząc że się nie pomylił. Linie lyrium zalśniły na niebiesko.

Wiec jednak poszła tam. Do tej pory miał nadzieję… głupio wierzył ze było inaczej. Przed bramą stanęła rudowłosa strażniczka. Wymieniła kika słów z wartownikiem i zatrzymała wzrok na nim. Nawet tego nie zauważył. Patrząc jedynie na kamienny bruk pod nogami. Odłamki twierdzy leżały nawet tutaj.

- Fenris- powiedziała Avelina patrząc na niego badawczo- Gdzie byliście?

- Nie tutaj.- rzucił cicho.

- Gdzie pozostali?

- W dokach. Czy ona...?

- Nie wiem. Próbowałam się dowiedzieć ale nikt mi nic nie powiedział. Spisek… jak to mogło się stać? Komtur nie żyje- dodała, gdy nie odpowiedział- Nie wiem, co tu się stało.- powiedziała Avelina patrząc na zniszczenia- ale…

- Hawk tu była.

Skinęła głową.

- Widziałam Sebastiana, na pewno dowie się wszystkiego. Chodźmy z stąd.

- Idź.- powiedział tłumiąc pragnienie by ruszyć wprost do Katowni.

Na placu zobaczył Sebastiana, który rozmywał z innym templariuszem. Ten spojrzał na niego, ale szybko odwrócił wzrok.

- Fenris zwracasz na siebie za dużo uwagi.- powiedziała- To nie jest teraz bezpieczne. Dopiero teraz zauważył że od jego skóry bije błękitny blask. Spojrzał na twierdzę.

- Fenris, proszę. Tak jej nie pomożesz.

Zamknął oczy na chwilę i ruszył za nią.

Na niebie pojawiły się grube ciężkie chmury. Kirkwall ogarnął cień. Doki były ciche, jak nigdy o tej porze. Fenris patrzył na twierdzę, wiedząc, że to miejsce zawsze należało do niej. A ona może… Nie, na pewno gdzieś tam była.

Nawet z takiej odległości widać było braki w budynkach ścianach twierdzy. Wszyscy byli tu teraz. Każdy z nich stał cicho nie odzywając się. Minuty mijały, a Sebastian nie nadchodził. Anders schowany pod kapturem wyciągnął dłonie przyjmują na nie pierwsze krople deszczu. Niebo rozdarł grzmot. Zakrył twarz dłonią.

- Powinienem tam iść.- powiedział uzdrowiciel- Jeśli jest ranna…

- Zamkną cię w lochach i tyle z tego zyskasz.- usłyszeli nagle głos Sebastiana.

Krople deszczu lśniły już na jego zbroi.

- Hawk?- zapytała Izabela i wszystkie spojrzenia spoczęły na nim.

- Nie dopuszczą mnie do niej.

- Wiec żyje!- powiedział Anders

- Chyba tak.

- Jak to chyba?- powiedziała Avelina.

Sebastian wziął głęboki oddech i spojrzał na drugą stronę. Deszcz padał tworząc kręgi na wodzie. Twierdza nadal tam stała, niewzruszenie.

- Mów dalej.- powiedział elf ku zaskoczeniu wszystkich spokojnym głosem. Z jego białych kosmyków zaczęła już powoli spływać woda. Deszcz padał, ale wydawało się że dziś nikt z nich tego nie zauważa.

- Gdy ją zabierali była ciężko ranna. Potem posłano do niej maga, ale nie wiem czy dał sobie radę.

- Muszę tam iść!- powiedział Anders ruszając szybko w stronę Katowni.

- Stój.- zatrzymał go Sebastian zagradzając mu drogę- Nie znajdziesz jej! Nawet mnie do niej nie dopuszczają. Cholera zrozumcie! Na szybko nic nie zrobimy. Potrzebuje więcej czasu.

- Co takiego?- zapytał elf.

- Dowiem się gdzie jest i odbijemy ją, ale nie możemy działać na ślepo. Jeśli wysłali do niej maga to znaczy, że jeszcze żyje. Hawk jest silna wytrzyma.

Anders stał w miejscu nawet się nie ruszając. Elf zacisnął dłonie przypominając sobie, jaka była słaba w nocy, gdy do niego przyszła. Ta noc była dla niej stokroć gorsza a, on mógł jedynie czekać. Spojrzał znów na twierdzę czując, że gdyby nie powstrzymał go logika poszedłby tam sam bez względu na to, co stało by się potem.

- Pokonała maga krwi, to przez pojedynek z nim powstały te zniszczenia

- Musiał być potężny- powiedział Merrill

- Nie- zaprzeczył Sebastian- To nie on. To znaczy jego magia też pomogła ale…- spojrzał na tonącą w deszczu twierdzę- To w większości była Hawk.

- To, dlatego Justice przestraszył się jej w Pustce.- powiedział uzdrowiciel po raz pierwszy czując myśli, Justica które przedtem przed nim ukrywał.

- Uratowała wicehrabiego, broniła nawet templariuszy- powiedział po chwili rycerz- ale potem…

- Zwrócili się przeciwko niej- powiedział elf ze złością.

- Nie wszyscy- zaprzeczył Sebastian- Thrask tam był. Chyba chciał jej pomóc, zginął walcząc z oddziałem komtur. Komtur…

- Co z nią?

- Gdy się pojawiła Hawk już nie rzucała zaklęć.- powiedział cisze- Jakby…

Fenris i Anders popatrzyli po sobie.

- Stwórco…- jęknął uzdrowiciel zakrywając twarz. Elf znów spojrzał na twierdzę. Balustrada, na której zacisnął dłonie zatrzeszczała.

- Broniła się ale ta w końcu ją dopadła. Komtur chciała ją zabić, ale wtedy stało się coś dziwnego. Zaczęła wrzeszczeć jak opętana i spaliła się w fioletowym ogniu. Jeden z jej ludzi chciał zabić Hawk, ale jakiś rycerz zdołał go powstrzymać. Wtedy obudził się Hrabia i kazał ją zabrać.

- Jaki mamy plan?- zapytała Avelina gdy nastała cisza.

- Musze wiedzieć gdzie ją trzymają, pod twierdzą jest kilka poziomów lochów. Sami nigdy jej nie znajdziemy.

- Ile czasu potrzebujesz?

- Nie wiem, myślę, że jutro uda mi się czegoś dowiedzieć. Dziś każdy miał pełne ręce roboty jak zacznę węszyć zorientują się.

- Jutro- powiedział po chwili Anders- Do tej pory…

- Może już nie żyć.- dokończył elf.

- Nie rozumiecie- powiedział Sebastian- Mogę już dziś na własną rękę przeszukać lochy, ale na pewno mnie złapią, a wtedy zostaniemy z niczym. To nie jest dziedziniec, nigdy nie byliście nawet w wewnętrznej części, a lochy są pod nim. Chcecie próbować dziś, w porządku Pojdę nawet z wami, ale…

- Damy się tylko zabić.-powiedziała cicho Merrill- A Avannath tam zostanie.

Twierdza była tak blisko a jednocześnie była dla niego nieosiągalna. Na samą myśl o tym, że mógłby jej już nigdy nie zobaczyć w jego piersi pojawiała się czarna dziura. Ruszył przed siebie w mroki miasta.

- Fenris- usłyszał głos uzdrowiciela, woda spływała mu po twarzy. Padał deszcz?- Sam nie dasz rady i wiesz o tym. Tylko razem mamy szanse. Ciebie tez będziemy potrzebować.

- Zmuszę Justica by do niej poszedł!- dodał widząc że to nie działa. Elf zatrzymał się.

- Możesz to zrobić?- zapytał patrząc mu w oczy.

- Myślę, że tak, ale później za kilka godzin. Nawet on nie może tak często przenosić swojej świadomości.

- Wracajmy na statek.- powiedziała Izabela słysząc hałas w głębi doków- Anders idź przodem.

Uzdrowiciel patrzył w oczy elfa i poszedł dopiero, gdy ten skinął głową.

Ból. Czuła jak rozchodzi się po jej ciele. Czuła też na sobie obca magię. Otworzyła oczy i zaraz je zamknęła. Zacisnęła dłonie. Nie, nie mogła przeżyć! Nie otwierała ich modląc się by to nie była prawda. Odgłosy zaczęły dopływać do niej powoli. Szczęk łańcucha zza drzwi, kroki. Cisza. Kropla wody upadająca na mokry beton. Nie. Zginęła a to, to tylko…

Cisza. Pod palcami poczuła mokry bruk. Leżała na ziemi wciąż czując w ustach smak krwi. Krew. Musiała przeżyć.

Nie, to nieprawda… Otworzyła oczy i podniosła głowę. Znajdowała się w małej celi bez okien. Wokół panował półmrok. Słabe światło sączyło się jedynie przez mały zakratowany otwór w drzwiach. Położyła się powrotem na mokrym kamieniu. Spojrzała na swoją dłoń leżącą przed jej oczyma. Powoli lekko złożyła palce i rozprostowała je. Nie, nie było w niej nawet kropli energii. Jakby jakąś nieznana siła wysysała z niej każdy jej przejaw.

Cisza. Kropla rozbijająca się o zimny kamień. Zadrżała, ale nie podniosła się. Jakim cudem mogła przeżyć? Łza stoczyła się po jej twarzy. Nie tak miało być. Przecież było tam wystarczająco dużo templariuszy. Dlaczego żadne z nich jej nie zabił? Stłumiła jęk, jaki chciał wyrwać jej się z gardła, gdy fala bólu uderzała ją niemal pozbawiając przytomności.

Nie poddawaj się Avannath. Przyjdziemy po ciebie.

Musiało się jej to śnić. Ale w jakiś dziwnym wymiarze usłyszała głos elfa. Zacisnęła oczy by potrzymać łzy. Była w lochach Kręgu. Tam gdzie kiedyś był Anders.

Anders…

Nie nie mogła się poddać. On z tego wyszedł.

Nie, nie jestem nim…

Tym razem kropla spadła na je policzek.

Zobaczyła uśmiech uzdrowiciela, Merrill. Zrobiła to również dla nich. Podniosła się, ale znów upadła. Ból w boku niemal rozrywał jej umysł.

- Niech to cholera.- zaklęła.

Nie, nie podda się. Podniosła się z trudem i usiadła opierając o morką ścianę.

Spojrzała na czarne drzwi i słabe światło z nich wychodzące. Usłyszała kroki i znów poczuła gniew. Nie. Nie podda się.

Zamknęła oczy i oddychała spokojnie starając się skupić jedynie na tym. Nie ma nic więcej. Jestem tylko ja. Spokój i cisza jaką mogę mieć tylko w sobie. Magia rozbłysła słabo w niej. Otworzyła oczy. Była w Katowni. Jej najgorszy koszmar się spełnił, ale… strach nagle zniknął w chwili, gdy zaczęła z nim walczyć. Twierdza mogła pokonać jej ciało, ale nie ducha.

Odsunęła część swoje szaty patrząc na nieudolnie wyleczone cięcie na jej boku. Położyła na nim rękę i skupiła się. Powietrze pod jej dłonią zadrżało.

- To za mało.- pomyślała na jej czole pojawiały się krople potu.

Mgiełka zmieniła kolor na jasno zielony. Niemal krzyknęła, gdy magia lecznicza zaczynała działać. Ból zmalał. To wszystko co mogła teraz zrobić. Ogień. Przywołała go, ale na jej dłoni pojawił się zaledwie mały płomyk, tlili się prze chwile i zgasł.

Spojrzała na drzwi. Nie zdoła stąd uciec. Na myśl, że mogliby tu być wszyscy poczuła ulgę większą niż jakby nagle ściana się przed nią rozstąpiła ukazując ulice. Dotknęła swojej dłoni przypominając sobie dotyk elfa. Tak bardzo chciałaby wiedzieć, że są daleko stąd. Że nie udało im się wrócić. Nie wierzyła w to. Sebastian na pewno zdołał ich jedynie zatrzymać na kilka godzin. Na myśl o tym, że mogą być teraz w Katowni próbując ją uwolnić poczuła znów, że opada z sił. Nie, nie tak miało być. Miała tam zginąć. Justice ty cholerny kłamco!

- Anders- szepnęła sama do siebie- Powiedz im jak jest w Kręgu, powstrzymaj ich by tu nie przychodzili…! Fenris, proszę zostaw mnie…

Cisza i twarde mury. Tyle razy patrzyła na twierdzę wznoszącą się po drugiej stronie zatoki a teraz była tu. Kolejna kropla rozbiła się o mokry kamień.

Kroki stawały się coraz głośniejsze. Pomyślała o magii. Nie, była zbyt słaba. Usłyszała przekręcany klucz w zamku i w drzwiach stanął wicehrabia.

- Zostawcie nas.- rzucił do stojącego obok templariusza.

- Serah Hawk.- powiedział- Już po raz drugi uratowałaś mi życie.

- Dlatego zamykasz mnie w lochach?- powiedziała słabym głosem.

- Mój syn…

- Nie zabiłam twojego syna.

- Wiem. Nie sadzę żebyś to był ty. Nie teraz, gdy wiem, że to ty byłaś Revenge. Kilku templariuszy słyszało, co mówiła komtur. Czy właśnie to tam się stało?

- Współpracowała z magiem krwi.- powiedziała- Chciała na nas zrzucić winę za twoją śmierć.

Hrabia pokręcił głową.

- Ufałem jej.

- Bo bałeś się nas.

- Może.- przyznał- Sama widziałaś, co zrobił ten mag krwi. Poza tym w twojej drużynie był opętany apostata i wiedziałaś o tym.

- Nie znasz go.- powiedziała cicho.

- Nie mogę cię wypuścić- powiedział- Zabiłaś wiele osób… to nie była obrona własna. Nie możesz na własną rękę wymierzać sprawiedliwości.

- Zemsty.- poprawiła- A co robią oni?- powiedziała patrząc w stronę drzewo- Ich nikt nie kontroluje, choć nie wymierzają sprawiedliwości. Zaspokajają jedynie własną nienawiść.

- To się zmieni. Ustawa została podpisana. Krąg będzie kontrolowany.

- Zamknąłeś tych z listy Thraska?

- Nie, nie na wszystkich mam dowody. Thrask nie żyje. Próbował ci pomóc…

- Pomógł mi. Gdyby nie on komtur nadal by żyła.

- Przesłuchiwanie świadków może zając jakieś dwa tygodnie. Masz na swoim koncie winy, ale też uratowałaś wielu. Trzeba będzie to udowodnić.

- Przed kim?

- Nie mogę cię wypuścić. Za mną też jest rada, Zakon a ja musze przestrzegać prawa. Przyjdę tu za dwa dni.

Roześmiała się i skrzywiła czując znów ból..

- Za dwa dni będę już martwa. Mam tu wielu wrogów. Revenge-pamiętasz?

- Wiem. Dam ci dobra ochronę. Porządnych rycerzy.

- Nie rób tego. Zginą wraz ze mną.

- Hawk źle oceniasz Katownie, tu też przestrzega się prawa.

Westchnęła.

- Żegnaj.- powiedziała i odwróciła głowę.

Hrabia wstał.

- Zobaczymy się za dwa dni.- zapewnił.

Usłyszała klucz w zamku i kroki. Dopiero, gdy ucichły spojrzała znów na drzwi.

- Nie- powiedziała cicho- Nigdy się już nie zobaczymy.

Przyszli po nią późno w nocy. Nie opierała się nawet, gdy ja zabierali. Strażnicy, którzy byli wcześniej na warcie zniknęli. Nie powinna była się leczyć.- pomyślała, gdy jeden z templariuszy ją uderzył. Wtedy skończyliby szybciej. Zamknęła oczy.

Merrill poszła posłusznie za nimi na Syrenę. Niewiele udzielała się podczas całej rozmowy. Stała tam z opuszczonym spojrzeniem starając się ocenić, co było najlepszym wyjściem. Wiedziała, że musieli czekać. Pamiętała jeszcze jak elf zaciskał dłonie na poręczy. Spojrzenie uzdrowiciela, który umysłem już był w twierdzy. Opanowane odpowiedzi Aveliny, choć wiedziała, że rodzina była dla niej najważniejsza, a po śmierci Weasleya, nikt nie był jej bliższy niż Hawk.

Deszcz. Dziękowała za deszcz. Nikt nie zobaczył łez spływających po jej twarzy. Nie patrzyła na twierdzę. I choć wzrok każdego zatrzymywał się na niej, ona nie mogła tam spojrzeć. Tylko ona mogła temu zapobiec. Czas. Gdyby tylko mogła go cofnąć…

Noc była nienaturalnie cicha. Siedziała na łóżku wpatrując się w lustro niedające odbicia. Avannath nigdy nie chciała jej pomóc. Przecież widziała to w jej oczach a mimo to poszła do uzdrowiciela. I pomogłaby jej gdyby nie Fenris. Wbrew sobie. Tylko dla niej. Tylko z Avannath tak naprawdę się zaprzyjaźniła. Hawk była jedynym gościem w jej domu, który pojawiał się tam o tak, bez powodu. Po prostu porozmawiać.

Pomimo że walczyła z magia krwi potrafiła ją zaakceptować, polubić tak bardzo, że gotowa była asystować jej przy przywoływaniu potężnego demona. Tylko dla tego, że jej, Merrill na tym zależało. A teraz była w twierdzy. Miejscu, który pojawiał się w koszmarach każdego apostaty.

Wstała.

Gdyby nie to lustro… Gdyby nie spędzała przy nim tyle czasu… Gdyby nie zabierało każdej jej myśli… Hawk nie poszłaby tam sama.

Nie zauważyła jednak niczego. Nawet wtedy, gdy templariusz, którego przecież widziała tylko kilka razy pomachał do niej po przyjacielsku tak, jak robiła to tylko Avannath.

Nawet wtedy myślała o lustrze.

Podniosła ciężki wazon i zaklinając w nim całą swoją magię rzuciła nią w tafle szła.

Brzęk przerwał niemal śmiertelną cisze, jaka panowała na statku. Odłamki szła spadały powoli na miękki dywan.

Upadła na kolana. Obłoki pchane wiatrem odsłoniły bladą tarczę księżyca. Jego blask odbijał się w szklanych kawałkach lśniąc w półmroku jak czysta magia. Pozornie.

To był koniec eluvian. Lustro zabrało jej nie tylko jej własny lud, całe jej życie odkąd je znalazła. A jeśli jutro się spóźnią… zabierze jeszcze więcej.

Cokolwiek się stanie, da z siebie wszystko.- postanowiła i przesunęła dłonią po kawałku szkła rozcinając dłoń. Krople krwi spadły na połyskujący fragment lustra pieczętując obietnicę.

- Hawk nie poddawaj się, przyjdziemy po ciebie!- szepnął elf. Siedział sam w kajucie. Tej nocy nie byli w mesie wspólnie rozmawiając. Każdy szukał dziś samotności pogrążony w własny niewesołych myślach.

Zamknął oczy. Świnka zajrzała do pokoju i zapiszczał cicho a on czuł, że mu serce pęka.

- Chodź tu.- powiedział w końcu i zapał ją kładąc na kolanach. Świnka ułożyła się na nich jak wcześniej na magiczce.

- Avannath, jak mogłaś pójść tam sama!- pomyślał.

Czas płynął. Pogładził brązowe futerko. Świnka zapiszczała i po chwili spała już na jego kolanach. Przeniósł ją ostrożnie kładąc na łóżku. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej wiadomość do niego, która znalazł w jej sypialni.

cokolwiek się stanie, ty jesteś moim niebem"

Patrzył przez chwile na kartkę.

- Jak mogłaś mnie zostawić?

Chciał wyjść na zewnątrz ale wiedział, że widok na twierdze złamie mu serce. Rozległ się dźwięk rozbijanego szkła. Świnka zamruczała. Wstał i zaczął krążyć po pokoju nie mogąc znieść tego czekania.

- Venhedis! Fasta vass!- zaklął i uderzył ręką w ścianę przebijając ja na wylot. Wyciągnął dłoń, na podłogę posypywały się kawałki drewna. Świnka spojrzała na niego, on tez spojrzał na nią.

W drzwiach stanęła Izabela. Po jej wzroku poznał, że jest trzeźwa jak jeszcze nigdy. Popatrzała obojętnie na dziurę w ścianie i usiadła na łóżku.

- Merrill rozbiła lustro.- powiedziała cicho.

- TO lustro?

Skinęła głową.Usiadł obok niej.

- Fenris...

- Nie mówi mi, że nic jej nie będzie! Jest w środku cholernej Katowni, wśród templariuszy, na których polowała!

- Nie to chciałam powiedzieć. – rzuciła cicho- Ale ty tylko sprawiłeś, że… czuje się jeszcze gorzej.

- Oddałbym wszystko, aby być tam zamiast niej.

- Wyciągniemy ją. Nie wyobrażam sobie żeby mogło być inaczej. Niech tylko ten Sebastian dowie się gdzie ją trzymają a wtedy… wejdziemy do twierdzy. Przebijemy się przez templariuszy i znajdziemy ją. Fenris… Znajdziemy ją?

- Nie zostawię jej tam.- w jego głosie było tyle pewności, że przestała pytać.

Do pokoju wszedł Anders był jeszcze bledszy niż zwykle.

- Justice był u niej.- powiedział a jego dłonie wciąż drżały- Jeśli jutro wieczorem nie pójdziemy po nią… cokolwiek zrobimy nie będzie miało już znaczenia.

- Hawk otwórz oczy.

Znów to czuła smak krwi w ustach, tym razem bolało ją całe ciało. Rana na boku znów się otworzyła. Przypomniała sobie, co się stało. Jak to dobrze, że tak szybko straciła przytomność. Kaszlnęła czując, że bolą ja wszystkie wnętrzności. Dlaczego wciąż żyła? Nie było chyba miejsca na jej ciele, które nie płonęło by paraliżującym bólem. Zacisnęła zęby czując obezwładniająca ja słabość.

- Hawk otwórz oczy, jak stracisz przytomność nie zdołam ci pomóc.

- Justice?- pomyślała- Co ty tu robisz?

- Anders mnie przysalał. Jest w Kirkwall.

- Anders.. wiec udało się. Jest zdrowy… Powiedz mu, że nieżyje. Niech ucieka.

- Otwórz oczy Hawk.

Otworzyła oczy i spojrzała na swoja dłoń. Cała była we krwi. Uśmiechnęła się. Jutro na pewno im się uda. Nie zdołają ją utrzymać tak długo przy życiu. Krew. Czerwień jest taka piękna…

- Nie zasypiaj!

Otworzyła znów oczy przemagając słabość.

- Czego chcesz?

- Mogę ci pomóc. Użyje na tobie mocy Andersa, ale musze przenieść na ciebie więcej niż tylko niewielką cząstkę mojej świadomości. Musisz wyrazić na to zgodę.

- Od kiedy demon potrzebuje zgody?- pomyślała czując, że zaraz zemdleje z bólu.

- Od zawsze. Mam ją Hawk?

- Wynoś się.

- Oni tu przyjdą głupia apostatoko, bez względu na to czy będziesz żyć czy nie. Nie zostawią cię. Anders cię nie zostawi!

- Niech się nie zbliża do Katowni.

- Nie zrobi tego, jeśli będzie wiedział, że żyjesz, że nie potrzebujesz jego magii leczniczej.

- Nieprawda.

- Wierz w to, jeśli chcesz. Przyjdzie tu i zginie, bo ja nie będzie znów patrzył jak templariusze traktują magów.

- Niech cię szlag Justice!

- Więc?

- Masz moją zgodę.

Poczuła jak w jej umyśle pojawia się świetlista istota. Niemal wypierając jej świadomość. Instynktownie próbowała go odepchnąć ale nie pozwolił jej już na to. Poczuła jak z jego obecności wypływa energia i zwinęła się w kłębek, czując wszech ogarniający ból leczniczej magii. To była magia Andersa, ale kierowana przez ducha pustki.

Gdy ustała poczuła, że znów wróciły jej siły. Ból zniknął. Justice odszedł, ale zostawił jej coś więcej. Tak, to mógł zrobić tylko Anders. Wyciągnęła dłoń i przywołała chłód. Igiełki mrozu zalśniły na jej skórze.

Uzdrowiciel wrócił do swojej kabiny kabinie. Znów czuł w sobie pełną obecność Justca. Chciałby by przy niej został, ale duch pustki się nie zgodził. Odrzucała go za każdym razem, gdy się pojawiał. Justice zabrał nie tylko jego magie leczniczą, ale też energię. Hawk potrzebowała jej dużo bardziej. Dzieląc świadomości Justica czuł to, co on. Była słaba, na granicy przytomności, gdy się pojawił. Po magii leczniczej, jaką użył duch wiedział, że musiała być ciężko ranna. Ledwie zdołała otworzyć oczy, gdy przyszedł. Justice przyniósł z sobą też cześć jej świadomości. Wchodząc do twierdzy nie sądziła, że przeżyje. Nigdy nie miała przeżyć. Dlatego teraz nie zależało już jej na życiu. Jedynie iskra strachu o nich sprawiła że pozwoliła się wyleczyć. Bała się, że spróbują ją uwolnić.

Pomyślał o nich. Sam nie mógł pokazywać się w twierdzy. Varric atakował tylko na odległość. Elf walczył jak demon w bliskim starciu, ale czy teraz, gdy Avannath była w twierdzy zdoła powściągnąć swój żal i działać racjonalnie?

Avelina nigdy się nie cofała torując swoją tarcza drogę przez największe szeregi wroga. Czy porzuci wszystko, co zdołała do tej pory osiągnąć i ruszy z nimi na beznadziejną misję?

I Merrill, Której największy potencjał tkwił w magii krwi, której Hawk zakazała jej używać. Czy mieli jakąś szanse…?

Pomyślał o niej. Wchodząc tam nie miała jej wcale. A zdołała nie tylko powstrzymać zamach, ale też pokonać znienawidzoną przez wszystkich magów komtur. I przeżyła.

Nie. Jeśli Avannath sama potrafiła zmienić losy twierdzy i życie magów w Kręgu to oni wszyscy… musieli być w stanie, choć ją z tego wyciągnąć.

Przypomniał sobie dzień, w którym dowiedział się, kim była. W tej samej chwili powinien jej zabronić działać w przebraniu. Powiedzieć o tym pozostałym. Nie… to by nic nie zmieniło. To nie Revenge był winien. To przez niego nie mogła pokazać się w twierdzy, jako Hawk. Justice słysząc jego myśli milczał.

- Czy ona…?- pomyślał.

- Pogodziła się z tym, że jest w twierdzy. Że jej nie opuści. Teraz nie boi się już niczego.

- Jak mogłeś pozwolić jej iść do tam samej?

- Nie mogłem pozwolić by zabili wszystkich magów, jeśli ona mogła to powstrzymać. Wiesz o tym. Poza tym i tak nie wzięła by nikogo.

Anders nie odpowiedział. Wiedział jak było w kręgu. Sam to przeszedł i zdołał uciec. Bunt magów krwi. To tylko dzięki temu był teraz wolny. A teraz ona tam była.

- Justice…

- Jest silna. Może jej się udać.

Obudziła się rano, a przynajmniej myślała, że już świta. Przez kratkę w drzwiach wciąż przebijało się niezmienne słabe światło, bez względu na to czy był dzień czy noc. W lochach zawsze było tak samo. Usłyszała krzyk i podeszła do drzwi. Justice wyleczył nie tylko jej wczorajsze rany, ale też te, które otrzymała na dziedzińcu w walce z komtur. Znów krzyk. Zobaczyła jak dwóch templariuszy wlecze po ziemi maga w długiej szacie. Mag krwi? Zwykły apostata? To jest twoja sprawiedliwość wicehrabio?- pomyślała. Przechodzili obok niej nie zauważając, że stoi w ciemności za drzwiami. Gdy ją minęli wyciągnęła dłoń przez kratkę zbierając energię. W ostatniej chwili magia rozpłynęła sie nieszkodliwie. Usiadła opierając się o drzwi.

Nie mieli chełmów. To nie był nikt z pozostałych templariuszy, jakich zaznaczył jej Sebastian. To mógł być mag krwi. Mógł, ale nie musiał.

Westchnęła. Nie mogła przyznać, że Revenge nie zmieniła niczego. Ustawa zostanie wprowadzona, ale ile to potrwa? Tydzień? Dwa tygodnie? A w tym czasie…

Gdy Justice odszedł słyszała, że przyszli po kogoś jeszcze. To Był Jurgen. A dziś znów przyjdzie po nią. Ilu ich zostało? Wszystkie zgnite jabłka w jednym koszyku. Pięciu.- przypomniała sobie. Gdyby tylko nie dała obietnicy tej nocy, Revenge dopełniłaby swojego dzieła. A teraz Thrask nie żył. Jurgen. „Najgorszy sukinsyny w całym kręgu" jak kiedyś powiedział templariusz.

Siedziała w ciemności czując jak wraca jej wola walki. Nie. To jeszcze nie był koniec. Wciąż żyła i teraz nie miała już nic do stracenia. Nie musiała się już ukrywać. Nie miała się czego bać, bo najgorsze już się stało. Zgnite jabłka. Nie musiała nawet ich szukać. Byli gdzieś tu w środku katowni i ona też tu była.

Czas mijał. Kropla. Kolejna kropla rozbijała się o kamień. Rzuciła lód i kamień, z którego kapała woda pokrył się lodem. Dziś tez przyjdą po nią ale tym razem, to ona będzie na nich czekać.

Zbliżał się wieczór. Sebastian zatrzymał się w bramie. Jego zbroja zalśniła czerwono w świetle zachodzącego słońca. Plotki. Głupie plotki, jakie rozsnuwał Varric Wisielcu sprawiły, że dziedziniec już pustoszał. Hawk bohaterka Kirkwall i Revenge, na której liście była niemal połowa templariuszy. Lochy nie mogły ją długo zatrzymać. Ucieknie nocą i przyjdzie po każdego z nich. Tak przynajmniej mówił Varric. Templariusz nie uśmiechnął się, gdy jeden z rycerzy przeszedł szybko przez dziedziniec unikając cienia, jaki ogarniał już zachodnią część Katowni. Chciał by miał rację.

Jakkolwiek jednak mroczna była prawda słowa krasnoluda sprawią, że tej nocy żaden templariusz nie będzie samotnie spacerował nocą a wartownik dwa razy się zastanowi nim ruszy za postacią w cieniu. Wszystko było gotowe. Stojąc na brzegu zobaczył jak na stojącej po drugiej stronie Syrenie zostają spuszczone żagle. Stał nad zatoka czekając aż słońce skryje się za horyzontem. Obserwując po raz ostatni zachód słońca z przystani. Po tym, co dziś zrobią, nie będzie już powrotu do Kirkwall.

Żagle spadały z szelestem przyjmując powiewy ciepłego wiatru. Słońce tonęło już w morzu malując je ognistymi smugami. Izabela znała ten krajobraz na pamieć. Choć jej dłoń była pewna, przesunęła nią powoli ster, zaledwie kilka centymetrów, kierując okręt na twierdzę. Spojrzała w górę na żagle oceniając siłę wiatru. Słońce zachodziło i półmrok ogarniął zatokę. Anders stał obok niej. Widziała że wciąż bije się z myslami. Patrzył na powoli zbliżającą się do nich twierdzę.

- Dadzą sobie rady.- powiedziała piratka. Teraz już wierzyła. Uda im się, bo nie mieli innego wyboru.

- Chciałbym pójść z nimi.

- Tak będzie lepiej.- powiedziała patrząc na niego. Justice mógł być przyjacielem ale w Katowni był obosieczną bronią. Słońce skryło się za horyzontem.

Przyszli wieczorem, ale tym razem czekała na nich. Było ich tylko dwóch. Pozwoliła wziąć się pod ręce jak wczoraj, udając wyczerpaną. Na korytarzu nie było nikogo. Rozprostowała dłonie zbierając w nich energię. Jeden z templariuszy zatrzymał się nagle. Lód spłynął na jego pierś szybciej niż zdołał krzyknąć. Drugi osunął się na ziemie otoczony przeźroczystą taflą zamarzniętej wody.

Wyprostowała się i wzięła płaszcz jednego z nich. Spojrzała na ciała ma ziemi i Revenge ruszył korytarzem w głąb Katowni.

Szczęk łańcucha. Zmieniła kierunek kryjąc się w cieniu. Rycerz minął ją niczego nie zauważając. Wróciła na ścieżkę idąc dokładnie tam gdzie zaprowadzili ją wczoraj. Wiedziała, że będzie tam na nich czekał. Aż ją przyprowadzą. Zatrzymała się przed drzwiami, zza których biło światło. Otworzyła je cicho. Przy drewnianym stole stał templariusz. Zamknęła drzwi i rzuciła na pomieszczenie zaklęcie wyciszające.

- Wreszcie…-powiedział Jurgen odwracając się. Na podłodze wciąż lśniła jej krew- Co…

Magiczna strzała uderzyła go o ścianę. Zerwał się szybko łapiąc za miecz. Osunęła się, gdy skoczył na nią i stanęła po drugiej stronie pokoju. Jurgen wstał a w jego oczach zobaczyła nienawiść ale też już cień strachu.

- Już nie chcesz mnie widzieć?- zapytała i przywołała płomień- Zobaczymy jak ci pójdzie dzisiaj.

Wspomnienia wczorajszego wieczoru sprawiły, że kula ognia stężała, rzuciła ją w jego stronę. Za mocno. Templariusz zbyt późno zrobił unik i został odrzucony do tyłu na korytarz wraz z drzwiami, które wypadły z zawiasów. Usłyszała kroki dobiegające z boku. Chciał złapać na miecz, ale stanęła na jego dłoni i kopnęła go, gdy się podnosił. Nóż zalśnił w jego dłoni szybciej niż zdążyła się odsunąć. Osłoniła się ręka przyjmując cięcie a drugą wyprowadziła kolejny promień lodu, który przygwoździł go do ziemi.

- Już nigdy nie dotkniesz żadnego maga.- powiedziała. Z jej lewej ręki płynęła krew. Złapała nóż, który zastygł w zamarzniętej dłoni i przejechała mu nim po gardle, chociaż templariusz już dawno nie żył.

Odsunęła się. Na końcu korytarza pojawiło się trzech templariuszy. Rzuciła tam kule ognia i pobiegła w przeciwnym kierunku. Schowała się w cieniu i gdy przebiegli obok, wychyliła się by ruszyć dalej. Wiedziała, że zrobiła błąd nim jeszcze usłyszała świst powietrza. Odskoczyła wiedząc, że nie zdoła już uniknąć ciosu. Upadła przywołując magie. Przed nią stał templariusz z podniesionym mieczem a z jego piersi wystawało ostrze. Rycerz stający za nim wyciągnął je i ciało upadło na bruk. Podszedł do niej. Kula ognia wciąż nie zniknęła z jej dłoni. Templariusz schował miecz i wyciągnął rękę w jej stronę.

- Nie wszyscy jesteśmy tacy sami Revenge.- powiedział.

Patrzyła na niego zaskoczona. Kula ognia na jej dłoni zgasła. Złapała jego rękę i wstała.

- Musisz iść do końca tego korytarza- powiedział- jest tam dwóch strażników, ale powinnaś sobie z nimi poradzić. Potem schodami…

- Nie zamierzam uciekać.- powiedziała. Templariusz zamilkł. Patrzył na nia przez chwile, po czym skinął głową.

Jurgen nie żył. Wymieniła pozostałe nazwiska, ale on tylko zaprzeczył głowa.

- Dwóch z nich zginęło wczoraj na placu podczas zamachu. Jednemu wicehrabia kazał wytoczyć proces. Już jest w lochach Górnego Miasta.

- Pozostało tylko jeden.- powiedziała przyglądając się mu.

Templariusz nie odpowiedział.

- Wiesz gdzie on jest?

- Wiem- odpowiedział po chwili i zdjął chełm- Stoi przed tobą.

Odsunęła się przywołując znów magię.

- Dlaczego mi pomogłeś?- zapytała czując rosnący w sobie gniew.

- Robiłem to, czego mnie nauczono. Magowie to słabe istoty, które tak łatwo wpadają w sidła demonów. Przyciśnij ich to sam zobaczysz. I tak było, widziałem to setki razy. Nie wierzyłem, że może być inaczej, ale… stałem tam na placu, obok Jurga gdy leżałaś we krwi. Czułem jak magia krwi pulsuje w twojej dłoni i wiedziałem już, że Jurgen padnie martwy, zabity, prze demona który przyjdzie z chwila, gdy przyjmiesz tą magie. Stało się inaczej i teraz wiem, że wszystko, co robiłem do tej pory… to był błąd.

- To cię nie usprawiedliwia!- podniosła głos zapominając o ostrożności- Nie zostawiałeś im wyjścia, byli przerażeni na krawędzi śmierci i jedyne co, im pozostawało to dać się zabić lub przyjąć magie krwi!

- Ty tego nie zrobiłaś.

- To cię nie usprawiedliwia.- powtórzyła.

- Więc przyjmę twoją zemstę.- powiedział- Zabiłem więcej magów niż możesz sobie wyobrazić.

- Dlaczego mi to mówisz? Chcesz zginąć?

- Myliłem się. Nie wszyscy jesteście tacy sami. Szkoda, że nie przekonałem się o tym wcześniej. Zbyt wielu poszło moim śladem.

- Jesteś wszystkim, z czym walczę.- powiedziała.

Templariusz patrzył na nią spokojnie jak by czekając na decyzję. Widziała to zło w jego oczach, które błyszczało u każdego oprawcy magów. Które widziała też w oczach Jurga. Ale było już słabsze. Jakby zakrywane zupełnie nowym uczuciem. Nigdy nie wahała się bardziej niż teraz.

- To ty…- powiedziała nagle przypominając sobie niemal śmiertelne cięcie, jakie Jurgen jej wymierzył na placu. Nie było drugiego, inaczej nie było by jej tutaj- Stałeś obok niego. Ty go powstrzymałeś…

- Czy to ma jakieś znaczenie?

- Uratowałeś mi życie. Uratowałeś maga- .powiedziała zdając sobie sprawę co to oznacza. Zawdzięczała życie przypadkowi. Templariuszowi z jej listy.

- Nie wszyscy jesteście słabi. Szedłem dziś do ciebie by o tym pomówić. Ale… gdy dotarłem na miejsce już cię nie było. I teraz czekam na twoją decyzję Revenge.

- Nie mogłeś się zmienić tak w ciągu jednej nocy.

Nie odpowiedział.

- Co chciałeś mi powiedzieć?

- Wszystko. A potem- wyciągnął miecz a ona się odsunęła, ale templariusz tylko złapał je za ostrze i podał jej.

- Chciałeś… przebaczenia?

Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.

- Nie.- zaprzeczył patrząc na bok- Jesteś przecież zemstą. A moje winy są aż zbyt wyraźne.

Wzięła jego miecz i przystawiła mu ostrze do szyi. Templariusz nie drgnął. Zamknął tylko oczy. To było takie proste. Zbyt proste.

- Nie wszyscy jesteśmy tacy sami.- przypomniała sobie jego słowa.

- Daj mi słowo, że nie podniesiesz już reki na żadnego maga.

Otworzył oczy i już wiedziała, że tego właśnie chciał przebaczenia. Od maga, których przecież zabijał i zmuszał do paktów z demonami. Od niej, która, pomimo że była zemstą osądzała już przecież innych.

- Myliłem się.- powiedział- Nie mogę już tego cofnąć.

Patrzyła na niego.

- Masz moje słowo Revenge, że nigdy nie podniosę już reki na żadnego maga. Będę tępił to.. co wcześnie j było i moim udziałem.

Odsunęła miecz chcąc odejść, ale on wyciągnął dłoń w jej stronę. Po namyśle wyciągnęła nóż i wycięła na niej krwawy znak.

- Zostałeś naznaczony.- powiedziała znana formułę- będę cię obserwować, jeśli złamiesz dane słowo, znów się spotkamy i już nie będziemy rozmawiać.

Templariusz patrzył na swój znak jak na rozgrzeszenie dane grzesznikowi. Revenge znikła w głębi korytarza.

- Już się nie spotkamy.- powiedział.

Ruszyła dalej korytarzem zdając siebie sprawę, że templariusz był ostatni na jej liście. Nigdy nie miała zamiaru polować na kogoś więcej. Revenge zakończyła swoją misję. Nie była już potrzebna. Teraz została tylko Avannath, która mogła spróbować ucieczki.

Rzuciła uderzenie umysłu na dwóch strażników i pomknęła w górę schodów. Nagle twierdzę rozdarł huk. Zatrzymała się. Odłamki kamienia posypały się z góry. Pobiegła wyżej wychodząc na wewnętrzny dziedziniec. Templariusze biegli omijając ją ukrytą w cieniu i znikli w wąskiej uliczce. Dopiero teraz zauważyła, że bije z tamtą łuna ognia. Ruszyła cicho dalej, ale ze schodów usłyszała kilka głosów. Musieli dowiedzieć się, że uciekła. Kilka templariuszy pojawiło się na placu i zaczęło biec w jej stronę. Zaklęła. Chciała rzucić na siebie czarną mgłę, ale było już za późno. Rycerze ruszyli na nią. Przywołała płomień, który zatrzymał ich i odsunęła się pod ścianę nie mając gdzie uciekać. Powietrze rozdarł kolejny huk, cały plac zatrząsł się, gdy kula armatni uderzyła w fasadę budynku, pod którą stali. Korzystając z ich zaskoczenia rzuciła się między nich i przeturlała biegnąc dalej. Odwróciła się posyłając lód, ale nie trafiła. Twierdza zadrżała pod kolejny uderzeniem.

- Jak daleko jeszcze było do zewnętrznego dziedzińca?- pomyślała robiąc unik, gdy nagle strzała świsnęła zaczepiając jej ramie. Z drugiej strony ulicy też pojawili się templariusze. Była potrzasku. Wyciągnęła dłonie chcąc przywołać ogień, lewa reka była cała we krwi i ledwie mogła nią ruszyć. Rzuciła ogień tylko jedną, za siebie starając się szybko przywołać lód. Za wolno… Odsunęła się pod ścianę, gdy templariusze zaczęli ją otaczać. Nie miała, dokąd uciekać. Za nimi zrobiło się zamieszanie. Pierwszego, który podszedł do niej przebiła strzała.

Nie spojrzała w stronę skąd nadleciała i przywołała lód.

- Nie!- pomyślała przerażona. Żadnego lodu. Nawet szronu. Wykorzystała właśnie energie, jaką zostawił jej Justice. Jej własna jeszcze nie powróciła. Templariusze utworzyli już łuk wokół niej. Jeden wyszedł z wyciągniętym mieczem. Nie miała nawet kostura by się bronić. Za plecami poczuła twardy mur. Przecież i tak miało się to tak skończyć. Zamknęła oczy. Rozległ się kolejny huk. A gdy je otworzyła zobaczyła przed sobą elfa z ogromnym mieczem.

- Fenris…- szepnęła przez chwile myślach, że to musi być sen.

- Trzymaj się za mną Avannath!- powiedział i ciął rycerza, który właśnie atakował przez pas.

- Za dużo ich elfie.- Varric pojawił się obok niej, celując z kuszy.

- Co tu robicie!- zapytała przerażona- Trzeba było uciekać!

- Tych z lewej.- rzucił do krasnoluda Fenris i jego miecz ściął kolejnego rycerza.

- Chyba nie myślałaś, że cię zostawimy.- powiedział Varric nie nadążając z zabijaniem rycerzy.

- Dlaczego byli tak głupi by tu przyjść.- pomyślała nie mogła wykrzesać nawet szczypty magii, nic. Nie mogła nic zrobić. A rycerzy było coraz więcej. Nie poradzą sobie.

- Pozostawali?- zapytała próbując wbrew zdrowemu rozsądkowi przywołać barierę.

- Avelina i Sebastian odpychają ich przy bramie, musimy się tam dostać. Izabela robi ostrzał z powietrza. A Merrill…- głos krasnoluda urwał się na chwilę- rozdzielili nas… nie mogliśmy się już do niej przebić.

Złapała krasnoluda i przesunęła, strzała wbiła się tam gdzie jeszcze przed sekundą było jego ramię.

- Tutaj!- krzyknęła do efla cofając się z Varrickiem do rogu.

- Nie wyjdziemy stąd.- powiedziała- Nie damy rady. Myśleliście, że, po co was zostawiłam! Żebyście się nie narażali, durnie!

Elf wycofał się do nich. Przeciwników było za dużo. Varric strzelał raz za razem, ale to nie pomagało. Napierali na nich ze wszystkich stron. To był koniec.

Około dwuch lat temu…

- Nie możesz używać magii krwi, jeśli chcesz dołączyć do mojej drużyny.

- Ona nie jest zła. Wszystko zależy od tego, w jakim celu jej używasz.

- Nie. Demony powstają tylko w jednym celu. Jak długo zdołasz nad nimi zapanować?

- Tak długo jak będzie trzeba.

- Nie. Magia krwi jest zła. Nie wolno ci jej używać na misjach z nami!

- Dobrze, będę, więc walczyć tylko magią ziemi, ale ona jest o wiele słabsza.

- Dziękuje, o nic i więcej nie proszę.

- Dziękuje, że przyszłaś i przepraszam za bałagan nie miałam czasu posprzątać.

- Nie przejmuj się. U mnie jest podobnie.

- Na pewno nie!

- Merrill kiedyś powiedziałam ci żebyś nie używała magii krwi na misjach, ale…

- Wiem. Pamiętam.

- Wtedy cię jeszcze nie znałam. Nie używaj magii krwi, chyba, że twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie.

- Och dziękuje, Myślę, że magia ziemi mi wystarczy, jestem w niej coraz lepsza.

Krasnolud zaklął. Bianca- niezacinająca się kusza Varrica zacięła się.

- Już po nas. – rzucił.

Ziemia pod ich nogami rozbłysła ogniem tak jasnym, że musieli osłonić oczy. Rycerze zatrzymali się. Przed nimi wyrosły demony ognia odgradzając ich od templariuszy. Ruszyły na rycerzy niczym kierowane nieznaną silą się.

Twierdza zadrżała, gdy kolejna kula armatnia zdmuchnęła piętro wieży strażniczej.

W zatoce Izabela uśmiechnęła się szeroko.

- Niegdyś nie sądziłam, że będę zdobywać Kirkwall. Ładuj!

- Mamy jeszcze te bomby zapalające?- zapytał uzdrowiciel.

- Mamy, ale nie wiem czy twierdza to wytrzyma.

- Celuj wysoko. Jak tylko Justice powie, że minęli bramę, wal w sam środek!

- Aj!

Elf złapał za miecz by zabić cienia, który właśnie wyszedł obok Avannath ze ściany, ale powstrzymała go.

- Nie… coś tu jest nie tak.- powiedziała.

Kusza Varrica szczeknęła nastawiając się. Uśmiechnął się, ale nagle jego szczeka opadła patrząc na plac przed nimi. Pojawiła się na nim zielony stwór niemal dorównująca trzem dorosłym mężczyzną. Machnął dłonią rozwalając dach pobliskiego budynku.

- Hawk…?- zapytał Fenris patrząc na nią niepewnie.

- To nie ja.- zaprzeczyła. Huk zatrząsł katownia, gdy okręt wznowił natarcie.

Demony ognia odsunęły od nich rycerzy, którzy teraz rzucili się na zjawę.

- Jest ich coraz więcej- powiedział Varric patrząc na wyłażące z ziemi demony.

- Ktokolwiek to zrobił jest w tym naprawdę dobry.- powiedziała magiczka z podziwem.

Teraz cały plac roił się już od ognistych zjaw i cieni, a na środku szalał kilkunastometrowy demon rozwalając budynki i depcząc wszystko, co stanęło mu na drodze. Cała trójka wpatrywała się w to jak urzeczona.

Nagle z pomiędzy walczących wybiegła Merrill złapała Avannath ciągnąc ją za sobą.

- Szybko szybko!- rzuciła zdyszana- Musimy się pospieszyć. Wezwałam ich za dużo i za chwilę nie zdołam już nad nimi panować!

Demon zaryczał.

Biegli we trojkę gdzie przy bramie Avelina i Sebastian wciąż odpierali ataki. Cała trójka rzuciła się na ziemie, gdy kula armatnia przemknęła nad ich głowami roztrzaskując gmach za nimi.

- Wyżej wyżej!- chcesz ich zabić!

- To może ty chcesz celować!- rozzłościła się Izabela.

- Mówiłem, że dopóki nie wyjdą…- uzdrowiciel przerwał nagle- Już minęli bramę!

- Musimy osłonic ich odwrót, Ion ognia z wszystkich dział!

- Stwórco, co ona robi!- powiedział Varric, gdy huk znów rozdarł powietrze.

- Chyba chce nam pomóc w ucieczce.- rzuciła Merrill.

Cała piatka biegła teraz w stronę siejącego zniszczenie statku.

- Prędzej Hawk.- powiedział Avelina, gdy magiczka zatrzymała się i spojrzała na twierdze.

Niebo błyskało od wystrzałów a z twierdzy buchał ogień. Elf złapał ja za ramię i pchnął do szalupy. Łudka zakołysała się i odbili od brzegu. Powietrze co chwilę rozrywał huk wsytrzałów armatnich.

- Podziwiaj Hawk- powiedział krasnolud mylnie interpretując jej spojrzenie, gdy płynęli do statku- Myślisz, że łatwo jest w Kirkwall zdobyć kule armatnie? Musieliśmy splądrować kilka statków dopóki Rivaini powiedziała, że ma dość…

- Wszyscy są cali?- zapytała Merrill- Avannath twoja ręką.

- Później.- rzuciła. Patrząc na Katownie, nie czuła nawet jak zielona mgiełka pływa na jej ramie z dłoni elfki.

Z twierdzy unosił się dym i nawet stąd widać było, że wciąż szaleje w niej ogień.

- Nie martw się.- powiedziała Merrill- Izabela wie gdzie celować. Anders pilnuje by nie trafiła w część gdzie mieszkają magowie.

- Anders…- powiedziała.

Wszyscy tu byli. Izabela przerwała ostrzał. Elf podsadził ją do drabinki i po chwili wszyscy znaleźli się na pokładzie. Nim jeszcze znalazła się na pokładzie czuła jak ktoś bierze ją w ramiona.

- Avannath tak się o ciebie bałem!- powiedział uzdrowiciel przyciskając ją do siebie.

Przytuliła do niego. Wciąż nie wierzyła, że to wszystko jest prawdą.

- Odpływamy.- usłyszała okrzyk Izabeli.

Elf patrzyli na nich przez chwile i odszedł.

- Avannath- powiedziała Merrill.

Puściła uzdrowiciela i objęła elfkę.

- Merrill, uratowałaś nas wszystkich!- powiedziała z dumą.

- To tylko trochę magii krwi.- powiedziała skromnie uśmiechając się, a w jej oczach błyszczały łzy.

- Cieszę się, że ci się, że na nas poczekałaś Hawk.- powiedział krasnolud pochodząc do niej i ściskając ją w pasie, bo wyżej nie dostał. Avelina uśmiechnęła się po chwili również objęła magiczne.

- Nie rób tego więcej.- powiedziała jej do ucha.

- Sebastian.- powiedziała widząc uśmiech templariusza- Dziękuje, przez to, że mi pomogłeś, teraz nie możesz tam już wrócić..

- Wcale nie zamierzałem.- powiedział uciskając ja i patrząc na dymiącą twierdzę.

Rozejrzała się. Elfa nigdzie nie było. Podskoczyła, gdy piratka uścisnęła ja od tyłu.

- Avannath napędziłaś nam takiego stracha! Od dwóch dni nie wypiłam ani kropli!
- Przepraszam.- wydukała uśmiechając się do niej, ale jej uśmiech znikł.

- Jest po drugiej stronie statku.- powiedziała piratka cicho.

Przypomniała sobie jak zasłonił ją w twierdzy przed rycerzami. Spojrzała na błyski ognia gdzie daleko w ciemności widniała jeszcze twierdza. Lochy. Templariusze. Krew. A teraz była już tak daleko od niej. Bezpieczna i z każda chwilą dalej od niej. Krąg nigdy nie będzie już taki sam.

Fenris. Nie wiedziała jak mogłaby go przeprosić. Czy w ogóle istniały takie słowa? I pomimo całego bólu i złych wspomnień wolałaby się tam znów znaleźć niż spojrzeć mu w oczy i usłyszeć, że nie zdoła jej wybaczyć. Spojrzała na piratkę po raz pierwszy zagubiona nie mając pojęcia, co zrobić.

Statek odpływał. Stał oparty o poręcz patrząc w niebo, a na jego zbroi wciąż zasychała krew templariuszy. Księżyc wyszedł zza chmur oświetlając jego białe włosy. Podeszła cicho, ale stanęła z boku patrząc na jego postać. Chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła odpowiednich słów. Co mógł myśleć? Zostawiła ich wszystkich. Oszukała. A kiedyś powiedziała mu, że nie straci jej nigdy, choć już wtedy wiedziała ze skończy się inaczej. A jednak była tu, i nie mogła znaleźć żadnych słów na swoje usprawiedliwienie. Zawsze postępowała pod wpływem emocji. Teraz też tak zrobiła. Jak oceniać mógł jej uczucie do niego, jeśli nie potrafiła mu zaufać i powiedzieć prawdy? Zawsze chroniła swoją drużynę, ale gdy pomyślała, że mogłoby być na odwrót, że ktoś mógłby się tak poświęcić dla niej… Nie, chyba nie zniosłaby takiego poświecenia.

Nie poruszył się ani nie powiedział nic. Wszystko zniszczyła. Czuła, że powinna odejść i zostawić go samego. Jeśli był by w stanie jej wybaczyć zrobiłby coś, a nawet na nią nie spojrzał. Nie. Musiała coś zrobić. Pomimo tego jak bardzo go zraniła musiała walczyć. Zbyt wiele dla niej znaczył.

- Fenris…- zaczęła- Przepraszam za to, co zrobiłam. Wiem, że nie istnieją słowa, którymi mogłabym cię przeprosić, ale...- patrzyła na niego. Nie mogła widzieć jego twarzy.- Jeśli mogłabym to cofnąć… zmienić…- jej głos zadrżał.

Nie, to nie prawda. Nie zrobiłaby tego. Nie zmieniłaby nawet tego, że go okłamała. Nie chciała by znalazł się w niebezpieczeństwie przez nią. Ale ostatecznie przecież i tak do tego doszło. I teraz zdała sobie sprawę, że przez to nie mogła zrobić już nic.

- Cieszę się, że nic ci nie jest.- powiedział i spojrzał na nią po raz pierwszy. Jego wzrok był poważny i obojętny jak zwykle.

Odwróciła się nie mogąc znieść tego jak teraz na nią patrzył. Łzy same przyszły. Zawsze chroniła innych. Poświęcała wszystko, ale nigdy nie potrafiła się podzielić tym brzemieniem. Nie podszedł do niej. To był koniec. Ruszyła pod pokład do swojej kabiny. Zaprzeczyła głową na pytające spojrzenie Izabeli, wciąż mając łzy w oczach.

Revenge odszedł. Twierdza została pokonana a los kręgu się zmienił. To wszystko działo się w śnie, który już minął. A teraz, gdy się obudziła jedyne, co pozostało to ból w sercu, jaki ledwie mogła znieść.

Anders wszedł cicho.

- Avannath dobrze się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej.

- Nie powinniście po mnie przychodzić.- powiedziała.

- Jak możesz tak mówić?

- Nie po to zostawiłam tu Sebastiana.

- Avannath, cokolwiek się stało między wami… nie myślisz racjonalnie. Byłaś w twierdzy, przeżyłaś ciężkie chwile. Musisz odpocząć.

- Nie powinniście po mnie przychodzić.- pomyślała i podniosła dłoń. Nie pojawiły się naniej nawet najmniejsze płomienie. Przypomniała sobie noc, gdy też straciła moc, ale on był wtedy przy niej. Z jej oczu popłynęły łzy. Anders usiadł obok niej i objął ją.

- Ciii..- mówił- Dziś po prostu jest zły dzień. Zobaczysz, jutro wszystko będzie lepiej.

Czuła ciepło jego skóry. Wiedziała, że Anders zawsze był i będzie jej przyjacielem bez względu na to, co się stanie. Ale dziś, nawet jego obecności nie pomagała.

- Andres- powiedziała i poczekała aż ją puści- Chce być sama.

- Jesteś pewna? Dopiero, co cię odzyskałem.

Skinęła jednak głową i poczekała aż wyjdzie. Półmrok otulał pokój.

Noc była cicha. Wsłuchiwała się w fale uderzające o burtę. Raz na jakiś czas słyszała kroki któregoś z piratów. Nie. Nie zmieniłaby nic z tego, co zrobiła. Ale teraz zdała sobie sprawę, że nie można mieć wszystkiego. Elf nigdy jej nie wybaczy a jeśli nawet, nigdy nie spojrzy już na nią tak jak wcześniej. Coś za coś. Revenge, Krąg. Ale w zamian za to straciła coś równie cennego. Templariusz. Zawdzięczła mu życie. To uczucie również nie pomagało. Nie chciała im nic zawdzięczać. Nigdy. Ból w sercu sprawiał że chciała by jednak templariusz się nie pojawił. Nie powstrzymał opadającego ostrza. To było by prostsze. A teraz nie mogła się zupełnie odnaleźć. Sama wybrała taką drogę. Nie zmieniła by jej ale to właśnie ona zaprowadziłą ją tutaj. Nie mogła nic już zrobić.

Fenris stał obok jej drzwi. Nie mógł spać. Bo jak mógłby? Ledwie zdołał uwierzyć ze ją odzyskał i teraz stał tu jakby bojąc się, że jeśli odejdzie ona zniknie. Izabela przeszła cicho patrząc na niego z dezaprobatą. Chciała coś powiedzieć, ale tylko rzucił z groźnym spojrzeniem.

- Odejdź!

Piratka patrzyła na niego a w jej spojrzeniu zaczęła pojawiać się już irytacja. W końcu jednak ruszyła dalej. Odprowadził ją wzrokiem i wrócił do swoich myśli.

Czy kiedykolwiek będzie potrafił ja przy sobie zatrzymać? Dlaczego zawsze rzucała się w wir walki patrząc na innych. Nigdy na siebie. Sama kiedyś powiedziała mu, że zginęłaby za każdego z nich. Dlaczego więc nie mogła zrozumieć, że oni również byli gotowi zginąć za nią, za to w co wierzyła? Dlaczego zawsze decydowała sama. I nie chodziło tu o misje. Z tego, co usłyszał nawet Anders dowiedział się prawdy jedynie przypadkiem przez własne dociekania. Nie powiedziała nawet przyjacielowi, choć wiedziała, że popiera każdy jej krok, który robi w przebraniu. Jak więc mogła więc powiedzieć mu skoro wiedziała, że zawsze krytykował jej działania?

Pójście do twierdzy było samobójstwem. Nadal, gdy o tym myślał ciarki przechodziły mu po plecach. Nie wzięła nikogo z nich. Nie chciała narażać nikogo dla własnej sprawy. Jak mógł tego nie zauważyć? Tak, jeśli ona popełniła błąd nie mówiąc im, to po jego stronie wina była jeszcze większa. Chciał ją chronić a nie zauważył nawet, co się dzieje w jej sercu. Gdy zapytał, zasłoniła się uzdrowicielem a on, tak łatwo jej uwierzył. Sebastian… była zbyt sprytna by coś odkryli. Co miał jednak zrobić by mu zaufała?

Statek kołysał się łagodnie na falach pchany wiatrem.

Przez bulaj wlewało się światło dnia. Została pod pokładem nie chcąc rozmawiać z nikim. Rana, którą wyleczyła Merrill zaczęła w nocy znów o sobie przypominać. Gdy wstała rozchodziły się już od niej czarne nieregularne linie. Patrzyła na to bez zainteresowania. Infekcja musiała postępować szybko, bo już przed południem linie dotarły do jej dłoni, a cała ręka zaczęła sztywnieć.

- Nóż Jorga. Musiał być zatruty.- pomyślała obojętnie i podeszła do lustra. Patrzyła na nie przez chwilę, jakby jej postać zmieniła się odkąd opuściła twierdzę. Odkąd zniknęła Revenge. Westchnęła i usiadła na fotelu, krzywiąc się, gdy zakażona ręka musnęła oparcie.

Ból, jaki zaczął się pojawiać tłumił ból w jej sercu. Nie pozwalał myśleć o tym, co bolało najbardziej. I to jej wystarczało.

Wyciągnęła dłoń i spojrzała na nią. Nic już nie mogła zmienić.

Drzwi się otwarły i stanęła w nich Merrill. Schowała szybko rękę.

- Avannath, wyjdź na pokład nie możesz cały dzien. tu siedzieć.

- Dziękuje za twoją troskę Merrill, ale musze odpocząć, bo tym, co się stało. Przemyśleć wszystko.

Elfka spojrzała na jej rękę, którą teraz chowała pod szatą.

- Musisz mu dać trochę czasu.- powiedziała cicho- Martwił się o ciebie. Jak my wszyscy.

Chciała cos jeszcze powiedzieć, ale zawahała się. Przez ułamek sekundy na twarzy magiczki pojawił się wyraz bólu.

- Wszystko w porządku?- zapytała- Ta rana, którą wczoraj wyleczyłam, może Anders powinien ją obejrzeć. Wiesz, że nie jestem w tym najlepsza.

- Nie. Wszystko w porządku.- powiedziała- To tylko zmęczenie. Nie spalam dobrze tej nocy. Chyba jeszcze się położę.

Dalijka skinęła głową i ruszyła do drzwi. Zatrzymała się jednak w nich jakby nie mogła postąpić dalej.

- Nie ma już lustra.- powiedziała do siebie. Odwróciła się i Avannath niemal zaklęła widząc jej spojrzenie- To przez to nie zauważyłam, że to ty opuszczasz pokład, nie Sebastian.

- Nie zadręczaj się tym….

Elfka patrzyła na jej rękę a potem spojrzała na nią.

- Wolałabym jednak zobaczyć to rozcięcie.- powiedziała.

- Mówiłam już, że to nic takiego.- odpowiedziała spokojnie.

Merrill patrzyła na nią przez chwilę.

- Idę po Andersa.- rzuciła i wyszła.

- Cholerni przyjaciele!- pomyślała zła. Do tego była na głupim statku gdzie nie miała, dokąd pójść żeby uniknąć spotkania z uzdrowicielem.

Jak się spodziewała Anders wparował do jej pokoju z gradową miną.

- Co ty wyprawiasz!- rzucił na wstępie.

- O co ci chodzi? - wstała cofając się.

- Może o to?- powiedział i nim zdążyła się odsunąć złapał ją mocno za chora rękę.

Ból sprawił, że niemal upadła.

- Siadaj!- rozkazał.

W drzwiach pojawiła się Merrill i Fenris.

Super- pomyślała- Jeszcze tego jej brakowało.

Usiadła na fotelu. Uzdrowiciel rozciął rękaw i aż sapnął, gdy jego oczom ukazały się czarne linie.

- Chciałaś poczekać aż moja magia nie wystarczy?- krzyknął tak, że musieli go słyszeć chyba wszyscy na pokładzie.

Położył dłonie nad jej rękę i zielona mgiełka zaczęła opadać na jej skóre. I… zatrzymała się na niej.

- Hawk.- powiedział Anders starając się opanować swój głos- Uznam, że zrobiłaś to przypadkiem.

- Zostaw to.- powiedziała patrząc mu w oczy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i musiała się skrzywić się, gdy Fenris położył ręce na jej przegubie tak, że rana znalazła się pośrodku.

- Spróbuj teraz.- powiedział.

Nie spojrzała na niego. Skąd mógł wiedzieć, że jej wola osłabła pod dotykiem jego dłoni.

Anders spojrzał na elfa i z jego dłoni znów spłynęła zielona mgła. Spojrzała w bok czując leczniczą magię, której nie chciała. Rana zasklepiła się a czarne linie zaczęły znikać.

Uzdrowiciel odetchnął i spojrzał z wdzięcznością na Merrill.

- Wyjdźcie wszyscy.- powiedział stanowczo Fenris.

Patrzyła nieszczęśliwie jak uzdrowiciel i dalijka wychodzą

- Co ja mam z tobą zrobić…?- powiedział elf zmęczonym głosem.

- Najlepiej też wyjdź.- mruknęła.

- Avannath- powiedział w końcu- Nie możesz robiąc więcej takich rzeczy. Jesteśmy drużyną. Wiele razy ryzykowałaś życiem w naszej sprawie i wiesz, że to samo zrobilibyśmy dla ciebie.

- To nie była wasza walką.- powiedziała i po chwili dodała.- Jeden z demonów, z którymi walczyliśmy powiedział mi coś.

Prawda- pomyślała- mimo wszystko nie powinna go już okłamywać.

- Demon? Co ci powiedział?

- Że nie zdołam was ochronić.

- Uwierzyłaś mu? Nawet, jeśli mówił prawdę, nie jesteś sama. To nie ty masz nas chronić Działamy razem. To było wtedy na statku Izabeli?

- Nie. Wtedy chciałam się tylko upewnić, ale mi przeszkodziłeś.

- Do tej pory nie wyobrażam sobie jak mogłem tego wszystkiego nie zauważyć…

- Ufałeś mi.- powiedziała cicho i dodała w myślach- A ja to wykorzystałam.

- Nie chce żebyś nigdy więcej robiła takich rzeczy. Od tej pory masz mi mówić o wszystkim.

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie widzę powodu…- zaczęła powoli.

- Avannath, nie mam zamiaru budzić się w środku nocy i zastanawiać, dlaczego nie ma cię u mojego boku.

Nie była zdolna powiedzieć słowa. Patrzył na nią tak jak dawniej. Jak wtedy, gdy byli razem. Skinęła głową nie mówiąc ani słowa.

Opuściła głowę i na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, a więc jednak było to możliwe, wyciągnęła dłoń w jego stronę. Zamknęła oczy, gdy ją złapał. Podszedł do niej i ukląkł obok niej. Musnął drugą dłonią rękę, którą uleczył Anders.

- Nie rób takich głupstw.- powiedział cicho i gdy podniosła wzrok powiedział powoli- Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

- Nie zrobie.- powiedziała i położyła dłonie na jego policzkach patrząc na niego poważnie.

Trochę zbyt poważnie.

- Avannath…?

- Od teraz- powiedziała- będziesz powiernikiem moich tajemnic. Nie zrobię nic bez twojej aprobaty, bo nie zamierzam cię już nigdy stracić.

- Nie stracisz mnie więc.- powiedział.

Patrzyła na niego przez chwilę. Jakim cudem zdołał jej przebaczyć i zaufać ponownie? Jak mogła go tak nisko oceniać? Nie, tym razem nie zrobi żadnej głupoty, bo nigdy nie przebaczyłaby sobie tego. Obijała go tak mocno, że oboje przewrócili się na podłogę. Zaczął ją całować a ona odwzajemniała pocałunki. Widziała, że chciał coś jeszcze powiedzieć, ale dodała szybko.

- Nie zrobię już żadnej głupoty! Nie zawiodę cię.

Elf uwolnił się od jej ust.

- Hawk…

- Tak?- zapytała zaniepokojona.

- Łóżko jest dwa metry od nas.

- Jakie łóżko? Aaaaa- powiedziała całując go, zerknęła w tamta stronę i rzuciła- Za daleko.

Roześmiał się przyjmując jej dotyk.

- I drzwi są otwarte...- dodała po namyśle, ale tym razem on jej nie puścił.

- Czekaj…- powiedział nagle i odetchnął- Varric!- rzucił- będziemy potrzebować trochę czasu.

- O..oczywiście.- dobiegł ich głos zza drzwi i małe szybkie kroczki.

- Wiedziałeś o tym?- zapytała zszokowana.

- Trochę mnie rozproszyłaś.- przyznał i znów zaczął ją całować- Hawk- dodał po chwili widząc, że nadal zerka w stronę drzwi- Jutro się nim zajmiesz, jesteśmy na statku, nie ucieknie.

- Masz rację.- zgodziła się i skupiła już na nim całą uwagę.

.

.

.

- To cudownie, że już się pogodzili!- powiedział ucieszona piratka i objęła pierwsza osobę, jaką miała pod ręką.

Anders spojrzał na nią rozkojarzony.

- Nie mogłam na nich patrzeć jak więdli bez siebie.- powiedziała i puściła go- Jesteś pewny?- zwróciła się do krasnoluda.

- Bardziej pewny już nie mogę być.- powiedział i pogładził nerwowo swoje włosy.

- Uważaj na nią.- powiedziała Avelina, gdy piratka odeszła.

- Co?- zapytał Varric.

- Nie ty.- powiedziała i spojrzała na Andersa.

- Ja?- spytał zdziwiony uzdrowiciel.

- Odkąd Sebastian ma chorobę morską jesteś jedynym mężczyzną na pokładzie, a Izabela nie lubi spać sama.

- Co…? Daj spokój, przecież ma cała swoja załogę.

Merrill pokręciła głową.

- Nie liczą się.- powiedziała- Ona z nimi nigdy… bo potem nie słuchaliby jej rozkazów.

- Ej ja też jestem facetem.- wtrącił się Varric.

- Na ciebie bym nie stawiała.- powiedziała Avelina.

Krasnolud spojrzał na elfkę, ale jej mina mówiła to samo. Potem spojrzał na Andersa, na którego twarzy malował się już istny szok, bo z drugiego końca statku Izabela właśnie przyglądała mu się ciekawie.

- Nie ma mowy!- powiedzał uzdrowiciel zasłaniając się rękami i zniknął pod pokładem.

Varric patrzył za nim zamyślony.

- Na kogo stawiacie?- zapytał.

Avelina wzruszyła ramionami.

- Gdzie właściwie płyniemy?- spytała Merrill.

- Izabela mówiła o Denerim.

- Nie liczyłbym na to.- powiedział pracujący obok pirat.

- Dlaczego?

- Trochę z nią pływałem i jeśli mówi, że płyniemy do Denerim to będzie to ostatnie miejsce gdzie się znajdziemy.

Avelina zmrużyła oczy i ruszyła za piratką.

- Izabela?

- Uhm?- powiedziała Rivaini pochylając się nad mapami.

- Mówiłaś, że płyniemy do Denerim.

- I tak jest. Jesteśmy już na kursie.

Strażniczka patrzyła na nią podejrzanie.

- O co ci chodzi? Mają tam najlepsze piwo, nie mogę doczekać się, kiedy znów znajdę się w Perle.

- Oby.- mruknęła strażniczka a Izabela popatrzyła za nią zdziwiona.

Księżyc wpadał przez otwarte okno oświetlając szczupłą sylwetkę. I znów powstrzymała się by przejechać dłonią po jego włosach. Nie chciała go obudzić. Był wszystkim, czego pragnęła. Nowy świat. Nowe życie. Wszystko, co się stało wcześniej nie miało już znaczenia. Patrzyła na niego przez chwilę. Nigdy nie zdoła odwdzięczyć mu się za to, że jej wybaczył. Pomimo wszystko znów jej zaufał. Wstała cicho i zatrzymała się niezdecydowana. Byli na statku, nie mogła odejść daleko. Nie chciała go też budzić, choć nigdy nie mogła mieć pewności czy śpi naprawdę.

- Idę na pokład, wrócę za dziesięć minut.- szepnęła dla pewności.

Nie poruszył się, wyszła więc na palcach.

Na niebie świeciły gwiazdy i wiał ciepły wiatr napierając na białe żagle. Oparła się o poręcz i patrzyła w bezkresne morze. Mirabel. Nazwał świnkę Mirabel. Uśmiechnęła się. Wzięła głęboki oddech rozkoszując się ciepłym wiatrem. Nie mogła być szczęśliwsza. Nie, nigdy go już nie okłamie. Nie zrobi nic, co mogłoby, choć naruszyć ich relacje. Będzie o niego dbać i sprawi, że z nikim innym nie był by szczęśliwszy. Usłyszała kroki i dźwięk jakby ktoś uderzył o coś. Po chwili na pokład wyszła Izabela rozcierając bok.

- Iz?- zapytała patrząc na jej chwiejny krok. W jej dłoni była oprózniona do połowy butelka.

- Chyba za dużo wypiliśmy. - przyznała piratka

- Wypiliście?- zapytała, ale Rivaini tylko uśmiechnęła się szeroko.

- Te pierzaste naramienniki nie są takie złe.- rzuciła z szelmowskim uśmiechem.

- Nie chce wiedzieć.- powiedziała magiczka ale Izabela tylko zachichotała po czy czknęła.

Stały tak prze chwilę patrząc w morze. Fale muskające burty statku uspokajały stwarzając niemal senny nastrój.

- Ale pić nie umie.- powiedziała cicho Rivaini i pociągnęła łyk z butelki.

Magiczka chciała coś odpowiedzieć, ale nagle spod pokładu rozległ się ostrzegawczy głos elfa.

- Twój czas się kończy.

Avannath roześmiała się i uszczęśliwiona ruszyła pod pokład.

- O co chodzi?- spytała Izabela, ale ta tylko pomachała jej na pożeganie.

Piratka westchnęła i ruszyła do steru. Sprawdziła kurs przecierając oczy i westchnęła patrząc zdegustowana na pokład, niezadowolona że musi pić sama. Pociągnęła jeszcze kilka łyków czując, że lepiej już wrócić do łóżka. Zrobiła chwiejny krok w stronę burty, ale potknęła się o zwój lin i upadła zahaczając o koło okrętowe. Butelka upadła na ziemie i trunek powoli się wylewał. Poruszony ster przesunęła się terkocząc cicho. Statek zakołysał się lekko gwałtownie zmieniając kurs.

- Cholera.- zaklęła i spojrzała w stronę steru zamglonym wzrokiem czując, że ogarnia ją sen. Nie. Musi to jeszcze zrobić nim zaśnie. Po prostu musi... Ostatkiem siły woli wyciągnęła rękę, która stawała się coraz cięższa naciągając się jak najdalej w stronę steru- jeszcze kilka centymetrów, już prawie- i… złapała z ulgą leżącą przed nim butelkę.

The End