Tymczasem Rycerz Feniksa Ikki, posłany na misję przez Atenę, śledził Kriazora i Sillę aż do stolicy Królestwa Posejdona i przekradł się niepostrzeżenie do lochów świątynnych. Wszystko to udało mu się, ponieważ był najtwardszym z rycerzy i umiał rzeczy, których nikt inny nie umiał. Tak więc, stał się niewidzialny, kiedy tego potrzebował i odnalazł celę Jody. Tu jednak skończyło się jego szczęście, ponieważ akcja przeniosła się w to miejsce i wrócił pod kontrole narratora.

Ikki bezskutecznie próbował sforsować drzwi do celi Jody: były zaczarowane tak, że nie dało się ich otworzyć w żaden inny sposób, jak tylko mając klucz. Nie zastanawiał się więc dłużej i pociskiem Ognia Feniksa wypalił dziurę w ścianie tuż obok drzwi.

Jakież było jego zdziwienie, kiedy nie znalazł swojego kolegi w środku, choć szkielet, który z przerażeniem obejrzał, przynajmniej nie należał do Jody. W chwili, gdy Feniks strącał z nogawek kraby, korytarzem nadeszła Titis z Jodą.

– Feniks? Ty tutaj? Przyszedłeś mnie uratować? – zdziwił się Rycerz Łabędzia.

– Nie ruszaj się! Ja się tym zajmę! – zawołał Ikki, po czym skoczył ku nim i bez dalszego słowa wymierzył Titis ogłuszający cios w podbródek. Syrena coś wymamrotała i osunęła się na ziemię.

– Ej! Pogięło cię?! – Joda spojrzał na nią bezradnie. – Właśnie załatwiłeś moją randkę.

–Dziękuj mi. Ratuję cię z łap sługusów Posejdona – odwarknął twardzielowato Ikki, przestępując ponad Titis, nawet się nie oglądając i wskazał wyjście. – Idziemy.

Łabędź założył ręce.

– Niby jak? Wiesz ile tam jest na górze ich wojska? Jesteśmy w piwnicach pod salą tronową samego Posejdona. Nie możemy sobie tak po prostu wyjść. A właśnie ogłuszyłeś moją jedyną przepustkę – pożalił się, wskazując na Titis. Zapomniał niemniej o próbach cucenia jej.

Ikki znieruchomiał.

– To co teraz?

Joda podrapał się po czole.

– Chyba mam jeden pomysł.

Posejdon wciąż czekał na powrót Titis, z którą miał omawiać dalsze postępowanie z więźniem. Minęła godzina, a ona nie wróciła z lochów, gdzie miała go tylko odprowadzić… zaczynało się to robić co najmniej dwuznaczne! Sorrento zgłosił się na bohatera, który wpadnie do lochów i ją odnajdzie. I rzeczywiście, chwilę potem powrócił z Titis na rękach. Plecy miała umazane brudem posadzki, przez co skalała jego milion-dolarową marynarkę na rękawach, ale czego się nie robi dla damy!

– Czemu jesteś nieprzytomna? – spytał Posejdon, ale z jasnych powodów musiał powtórzyć pytanie w czasie przeszłym, gdy już się obudziła i zeskoczyła czym prędzej na podłogę.[1]

– Wchodziłam tam, po czym coś nagle na mnie naskoczyło… – zaczęła wyjaśniać, ale nie skończyła, gdyż do sali tronowej wbiegł Izaak.

– Posejdonie! – krzyknął. – Więzień uciekł, a na domiar złego Atena przygotowuje się do użycia swojej broni. Jest już niedaleko!

– Do obrony! Wszyscy na pozycje! – rozkazał w nagłej panice Posejdon, nastało zamieszanie i po chwili wszyscy wybiegli przed Świątynię.

Poza Izaakiem.

– I co żeś tym razem narobił?– Generał Krakena wyrósł przed przyczajonymi w cieniu lochów Jodą i Ikkim.

– Braciszku! – Joda rozłożył na jego widok ręce, Izaak odpowiedział krzywym grymasem. – Wcale nie chcieliśmy znokautować Titis ...ałała-ła-ała!

Izaak już ciągnął go za ucho do wyjścia.

– Akurat przeciw temu nic nie mam. A teraz idziecie ze mną. Zachciało się zatapiać całe nasze Królestwo? Policzymy się.

Ikki miał już kilka pomysłów na ciętą ripostę, ale kalkulując jeszcze raz swoje szanse wyjścia na powierzchnię cało bez jakichkolwiek sojuszników, powstrzymał się i potruchtał za tamtymi.

– Nie rozumiem, po co pomagasz tym nieudacznikom – powiedział Kraken, popijając ryżową herbatę z zielonej filiżanki. Ogromy kalmar „siedział" w głębokim fotelu, a osiem jego wolnych macek, które nie trzymały filiżanki ani spodeczka, spływało po podłodze w śluzowatych, wilgotnych zawijasach. Jego wielkie oczy przypominały dwa żółte melony.

– Wiem, że to intelektualny plankton, ale nawet Rycerze Zodiaku miewają swoje przebłyski – odrzekł Izaak, podając po kubku z herbatą rycerzom, których nie pytał, czy chcą cokolwiek do picia. Ikki czułby się obrażony, gdyby nie był zmarznięty, a Joda czułby się tak, gdyby słuchał, co się mówi. Wolał trącać nogą mackę Krakena, żeby sprawdzić, czy ten poczuje. – Joda – podjął Izaak patrząc prosto na niego. – Nie może dojść do użycia tej broni. Jeśli jedyną gwarancją, że Atena jej nie wykorzysta jest twoje siedzenie w pace, nigdy się nie wydostaniesz. Zrobimy tak: teraz uciekniesz, pokażesz się Atenie i powiesz jej, że musi koniecznie zaatakować w tym miejscu, gdzie wszyscy stoją, żeby jej się nie udało.

– Jak nas wypuścisz, nie masz żadnej gwarancji, że tak zrobimy – wtrącił się Ikki.

– Nikt nie wspominał o wypuszczaniu ciebie – odparł Generał, po czym wrócił do Jody – Jeśli mnie oszukasz, nie tylko zginiemy razem z twoim kolesiem, ale wtedy Kryształek powie, że JEST TOBĄ ROZCZAROWANY.[2]

– Nieee! Tylko nie to!

Krew zmroziła się w żyłach Jody na tę perspektywę, lecz wtedy dało się słyszeć pukanie do drzwi.

Rycerze schowali się czym prędzej, jeden za kanapę, drugi za bujnego fikusa. Kraken utrzymywał niewzruszoną minę i dolał sobie herbatki. Izaak otworzył, po drugiej stronie stali Dian i Pajęczyca.

– Szukamy Krakena – podjął Dian. – To bardzo ważne. Musimy niezwłocznie obstawić cały teren Oceanu Arktycznego.

Ikki kichnął za fikusem, który łaskotał go liśćmi w nos.

– A co to? – najeżyła się Pajęczyca. – Chowasz tu innych facetów?! Jak śmiesz, zaraz powiem Kasarowi!

– Co? – zdziwił się Dian, i było już za późno na „ups!" Louny.

Nie wiadomo jak, zza mebli ogrodowych tuż obok nich wyskoczył nagle Kriazor, jak w teatrze, wołając:

– Ha, wiedziałem! – przywiedziony niezawodnym zewem plotki.

Izaak nic nie powiedział, zrobił się czerwony i zatrzasnął im drzwi przed nosem.

Na próżno Dian dobijał się do środka.

– Heeej! Dajcie mi tylko pogadać z Krakenem!

– To jak to było, kiedy się zaczęło? – pytał Kriazor, Pajęczyca odpowiedziała:

– Nie wiem dokładnie. Ale pamiętasz, graliśmy sesje RPG z Morskim Smokiem i Riną? Ich postacie zostały parą. Pewnego razu woleliśmy ich zostawić samych. Wtedy to już było ewidentne…

– Halo! – zawołał Dian. – Czy tylko mnie jednego martwi wielka bomba, która unicestwi kraj?

Dość długo szarpał już za klamkę, kiedy w końcu drzwi odpuściły. Wypełniła je całkowicie postać Krakena.

– Młody człowieku – powiedział spokojnie (Jodę chwilę przedtem spuścił tylnym oknem po macce) – wyruszę po tę waszą bombę, ale nikt nie będzie mnie pospieszał. Ani uszkadzał drzwi mojego domu.[3]

Kraken majestatycznie ociągał się na tyle, żeby Joda zdążył dobiec do Ateny i zmienić plan Rycerzy. W końcu nie mógł narazić się Mistrzowi Kryształu!

W ostatecznym rozrachunku Atena posłała z wielką bronią najgorszego z uczniaków na rycerza, który w połowie drogi do właściwego miejsca upuścił ją gdzieś pomiędzy koralowce. I tak dotąd może ciągnie się ta wojna i nikt nie ma przewagi.


[1] Przy czym jeszcze nastąpiła na lakierowanego buta Sorrento.

[2] Mistrz Kryształu, zwany przez wszystkich „Kryształkiem", był ich najstarszym bratem i przez to vice-mistrzem, zaraz po Mistrzu Camusie.

[3] Zazwyczaj to ludzie mają zwierzątka domowe, natomiast w tym wypadku Kraken miał swojego Izaaka.