Hej! :)
Oto kolejny rozdział - do dogonienia oryginału pozostały trzy, po umieszczeni 13 będzie trzeba czekać na anielski oryginał.
Przyjaźń Harry'ego z odłamkiem duszy w dzienniku pogłębiła się, wraz z mijającymi miesiącami. Co noc, długo po tym jak inni ślizgoni zasnęli, spędzał godziny na rozmowach z Tomem.
Tom lubił słuchać o wróżkach, ale uwielbiał też słuchać o szkole i zaklęciach i magii czarodziejów. Czasem, gdy Tom pisał o rzeczach, które lubił najbardziej – jak oprawione w safian książki w Hogwarckiej bibliotece, echo kroków w dawno zapominanych korytarzach zamku, czy zapach kwitnienia dzikich jabłoni przy jeziorze na wiosnę – Harry niemal czuł, że Tom staje się odrobinę wyraźniejszy i bardziej widoczny. Czasem, kiedy słowa Toma pojawiające się na stronach stawały się tęskne, Harry zaczynał wyobrażać sobie słaby zarys chłopca w zacienionym dormitorium.
Chłopiec wyglądał ślicznie, z ciemnymi jak noc lokami i oczami barwy księżyca na wodzie. Harry wstrzymywał oddech, kiedy tylko chłopiec migotał przed jego oczami, mając nadzieję, że zostanie i stanie się bardziej prawdziwy. Jednak widmo chłopca nigdy nie pojawiało się na dłużej niż na kilka chwil, później rozpływając się w mroku.
Jednak innymi nocami, on pisał o dziwnych, mrocznych myślach wypełniających jego umysł i wtedy Harry zupełnie go nie widział. Podejrzewał, że biedny, piękny chłopiec z dziennika został zraniony podczas odrywania od duszy, do której należał, bo zdarzały się chwile, kiedy mówił rzeczy, które brzmiały trochę szalenie.
Tom miewał dziwne pomysły o krwi, na przykład. Czasem mówił Harry'emu o niej i o tym jak były różne rodzaje krwi na świecie. Niektórzy czarodzieje, jak wyjaśniał Harry'emu, byli czystej krwi, podczas gdy inni byli jedynie pół krwi, a jeszcze inni mieli szlamowatą krew. Harry czytał słowa Toma z coraz większym niepokojem. W odłamku duszy Toma musiała być ogromna rana, która sprawiała, że wierzył w tak dziwne rzeczy? Harry widział kiedyś krew, to jasne, wiedział więc, że każda jest taka sama – o ile nie jesteś jednorożcem, wtedy jest srebrna, albo bardzo starym smokiem, wtedy może mieć lekki, złoty połysk. Ale szlam we krwi? Pewnie byłoby się od tego straszliwie chorym? I jak ktokolwiek mógłby być jedynie półkrwi? Harry kręcił wolno głową, czytając rozgorączkowaną paplaninę Toma. Przesuwał palcami po literach mówiących o jego szaleństwie, wysyłając w kartki delikatne ładunki wróżkowej magii, dopóki Tom nie przestawał pisać o tak szalonych rzeczach i w zamian nie przypominał sobie dotyku trawy pod stopami.
Wiosenne miesiące minęły Harry'emu i jego przyjaciołom szybko i niedługo wszyscy uczniowie byli zajęci czymś zwanymi egzaminami. Harry bardzo lubił egzaminy. Zamiast nieustannych rozmów nauczycieli z uczniami, jak to było przez resztę roku (co czasem mogło cię trochę usypiać), nauczycieli zapisywali na kartkach pytania o rzeczy, o których chcieliby się więcej dowiedzieć i uczniowie pisali, co oni o nich wiedzą. Harry upewnił się, że zawarł wszystkie interesujące informacje o roślinach dla profesora Snape'a (zaskoczy go pewnie to, że liście malin czynią cię rozkosznie czułym na łaskotki, a jagody jałowca dają czysty, śpiewny głos?) oraz prawdziwą historię stojącą za Rebelią Goblinów dla profesora Binnsa. Na pewno się uśmieje, gdy odkryje, że cała ta sprawa zaczęła się od wróżkowego psikusa, który zagubił się w tłumaczeniach!
I wreszcie nastał o wiele za szybki koniec roku, pożegnalna uczta i podróż powrotna do domu na lato. Harry tęsknił za swoimi nowymi przyjaciółmi całe wakacje, to oczywiste, ale miał przynajmniej Odłamka i Toma. Chciał zabrać Rona i Draco do domu w lesie na lato, ale Liść dał mu delikatnie do zrozumienia, że inne wyklęte wróżki nie są jeszcze gotowe na trzech ludzkich czarodziejów na raz, zwłaszcza skoro dwójka z nich jest wciąż nowicjuszami w magii.
"Twoi przyjaciele będą chyba mogli nas odwiedzić jak podrosną" napisał Liść w liście do Harry'ego. "Jak już całkiem opanują swoją magię i nie wydłubią komuś przypadkiem oka. Zbyt wiele chybionych zaklęć w lesie, a ściągniemy na siebie uwagę Królowej Wróżek i jej popleczników, a jestem pewien, że nikt tego nie chce!"
Więc Harry i Hedwiga wrócili do domu sami i spędzili cudowne lato w lesie, otoczeni wszystkimi starymi wróżkowymi i zwierzęcymi przyjaciółmi. Liść i Rózg nie mogli nasłuchać się opowieści o szkole i jego nowych przyjaciołach, a Hedwiga stała się gwiazdą jodły, na której żyły sowy. Wilk też był zachwycony widząc Harry'ego, jasne, ale niestety nie wydawał się zbytnio martwić Tomem. Właściwie, to Wilk próbował rozszarpać dziennik na kawałki, gdy tylko Harry wrócił, jednak ten wyczuł cierpienie Toma i zdołał wyrwać dziennik Wilkowi w ostatniej chwili. Szczęśliwie Tom nie był ranny, chociaż całkiem roztrzęsiony. Za pomocą swej najlepszej wróżkowej magii Harry włożył z powrotem wyrwane strony i pismo Toma pojawiło się na nim równie wyraźnie, co wcześniej. Trzeba jednak przyznać, że Wilk napędził Harry'emu i Tomowi stracha, od tamtej Harry trzymał więc dziennik cały czas przy sobie.
- Słyszałeś, Harry? – powiedział Ton, gdy wszyscy zebrali się znów jesienią na powitalnej uczcie w Wielkiej Sali. – Znów jest nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią i ten jest strasznie sławny. Moja mama przeczytała każdą z jego książek.
Harry zerknął na stół nauczycielski z zainteresowaniem. Ku jego rozczarowaniu, nowy profesor zupełnie różnił się od Quirrella. Nie miał sekretnego odłamka duszy, czy ciekawego turbanu, tylko mnóstwo brylantyny i lśniące zęby. I tak jak biedny Quirrell zawsze wydawał się trwać w lekkiej melancholii, tak nowy nauczyciel wydawał się permanentnie szczęśliwy; jego uśmiech ogarniał pomieszczenie jak bezlitośnie jasne światło lampy.
Draco również spoglądał w zamyśleniu na nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
- Najwyraźniej profesor Lockhart wie dużo o banshee i wampirach. Mamy przeczytać na zajęcia wszystkie jego książki o jego potyczkach z nimi. – Zmarszczył lekko nos. – Według tego, co mówił mój ojciec, niektóre ze Starych Wampirów są dość cywilizowane, ale nie wiem czemu ktokolwiek chciałby w ogóle mieć do czynienia z banshee.
- Faktycznie, banshee są strasznie nerwowe – przytaknął Harry. – Ale czym jest wampir? Nigdy o nich nie słyszałem.
Ron wzdrygnął się lekko.
- Są jak ludzcy czarodzieje, Harry, ale są nieśmiertelni i lubią pić ludzką krew… Mogą nawet wgryźć ci się w szyję i wpić swoją krew, jak są bardzo spragnieni.
- Och. – Harry przetrawiał przez chwilę te informacje. Wampiry piły ludzką krew? Och, nie! Pewnie to tak niektórzy czarodzieje stawali się półkrwi? Cóż za dziwna i straszna myśl!
Gdy tylko uczta się skończyła, profesor Lockhart podleciał do Harry'ego jak jakiś wielki ptak rzucający się na zdobycz.
- Harry, Harry, Harry!
Zacmokał, traktując Harry'ego z wyrazem delikatnego rozdrażnienia.
- Co? – Harry uniósł na niego wzrok, zakłopotany.
- Słyszałem, że chodzić i rozpowiadasz ludziom o tym, że wychowały się wróżki! – Lockhart pokręcił lekko lśniącą, złotą głową. – Czy to przez czytanie moich książek, Harry? Oczywiście, widywałem to wcześniej: wrażliwe dziecko łapie jedno z moich dzieł i - nim się zorientuje - zaczyna wyobrażać sobie, że sam przeżywa własne, wielkie przygody… - Lockhart westchnął. – To wszystko jest zrozumiałe, oczywiście, ale chodzenie i rozpowiadanie swych wyobrażonych przygód jako prawdziwych już nie jest, Harry! Zwłaszcza jeśli nawet dzieci wiedzą, że wróżek nie ma! Wiesz, gdybyś powiedział o wychowaniu przez druzgotki, może parę osób by ci uwierzyło. Ale wróżki! Mój drogi chłopcze, nie możesz oczekiwać, że ktokolwiek w to uwierzy! – Pogłaskał Harry'ego po głowie. – Och, nie patrz z takim niepokojem! Nic się nie stało, Harry – rozumiem jak łatwo dać się porwać moim książkom, gdy czyta się je po raz pierwszy. To dobrze marzyć o byciu takim jak ja, oczywiście, ale w przyszłości powinieneś raczej zachować te fantazje dla siebie! I na Merlina, próbuj zachować nieco realizmu, Harry! Naprawdę, wróżki!
Przez chwilę wszyscy ślizgoni wpatrywali się w Lockharta w milczeniu.
- Em… Harry lata, proszę pana – powiedziało słabo Draco Malfoy.
- Chodzi przez drzwi – mruknął Blaise Zabini.
Uśmiech Lockharta stał się nawet znakomitszy.
- Och, proszę was, chłopcy! Latanie i chodzenie przez drzwi? Zwykłe fantazje zainspirowane pewnym fragmentem ze 139 strony "Podróży z wampirami"! Naprawdę powinieneś trzymać swoją wyobraźnię na wodzy, Harry! Widzimy się wszyscy na porannych zajęciach Obrony Przez Czarną Magią, mam dla was kilka ekscytujących historii o prawdziwych przygodach!
Olśnił ich wspaniałym uśmiechem i odszedł z jaskrawo turkusowymi szatami powiewającymi za nim. Harry słyszał jak mruczy do siebie pod nosem: "Chęć bycia gwiazdą uderzyła mu do głowy zupełnie, biedne dziecko!"*
Harry powiódł za nim wzrokiem.
- Myśli, że uderzyła mnie gwiazda? Wiecie, z biednym profesorem Lockhartem chyba jest coś nie tak; wydawał się strasznie zagubiony.
Blaise Zabini wzruszył ramionami.
- Och, szybko wyprowadzimy go z błędu, Harry! – Prychnął kpiąco. – "Podróże z wampirami", też coś! Tak jakby którykolwiek czysto krwisty wampir miał poświęcić jemu cały dzień!
W odpowiedzi na pytając spojrzenie Draco, wymamrotał:
- Mój wżeniony wujek był ze starej wampirzej rodziny. Ciotka rozwiodła się z nim przez… em… jego problem z piciem.
- Ach – mruknął Draco ze współczuciem.
Obrona Przed Czarną Magią z profesorem Lockhartem okazała się rzeczywiście ciekawym doświadczeniem. Z jakiegoś powodu, wszystkie podręczniki miały zdjęcia uśmiechającego się Lockharta na okładce.
- Ja! – wyjaśnił Lockhart, unosząc dwie uśmiechnięte książki do swojej własnej, uśmiechniętej twarzy. Harry spojrzał na trzy identyczne uśmiechy i przed oczami pojawił mu się nagle obraz trójgłowego Puszka.
- Gilderoy Lockhart, pięciokrotny laureat Nagrody Najbardziej Czarującego Uśmiechu Tygodniku Czarownica, ale nie o tym będę mówił. Nie powstrzymałem Banshee z Bandon śmiejąc się do niej! – powiedział Lockhart radośnie.
- Ale pech! – pisnął cienki głosik w Choliczym gdzieś niedaleko. – Założę się, że to by podziałało! – Za słowami podążyły histeryczne śmiechy Chochlików.
Uch och. Chochliki! Harry rozejrzał się szybko. Tak! Były tam, pod płachtami materiału trzepoczącymi podejrzanie na biurku Lockharta. Harry zamarł. Przynoszenie chochlików do pokoju pełnego dzieci nie było dla niego zbyt dobrym pomysłem. Chochliki były przepiękne, prawda, ze swym ślicznym błękitnym kolorem i delikatnymi, przejrzystymi skrzydełkami, a ich paplanina mogła wydawać się całkiem zabawna, ale Harry wiedział, że chochliki były strasznie psotne. Zawsze myślały, że to będzie przezabawne złapać jakieś nielotne stworzenie i zostawić je na wysokościach, obserwując jak męczy się z zejściem na dół.
Niestety profesor Lockhart nie wydawał się znać chochlików tak dobrze ja znał ghule, trolle, banshee i wampiry, bo zerwał płachtę z klatek pełnych chochlików i otworzył ich małe drzwiczki z rozmachem:
- Chochliki kornwalijskie! Zobaczymy, jak sobie poradzicie klaso!
Chwilę później sala pełna była szumu małych błękitnych stworzeń, sięgających do krzyczących uczniów i śmiejących się radośnie.
Lockhart zatoczył się do tyłu.
- Pe-peskipiksi pesternomi – wybełkotał absurdalnie.
Chochliki zaśmiały się na to nawet głośniej i zaczęły unosić Neville'a w powietrze, trzymając za uszy. Biedny Neville wrzasnął w panice, gdy jego stopy oderwały się od ziemi. Wydawał się bać wysokości nawet bardziej niż Trevor.
- Przepraszam! – rzucił Harry surowo w swym najlepszym Chochliczym, lecąc za Neville'em i chochlikami. – Nie będziemy się w to dziś bawić. Puśćcie go, proszę. – Posłał deszcz swej najsilniejszej wróżkowej magii w kierunku Neville'a i wróżki, które go trzymały pozwoliły mu go wziąć, zaskoczone. Harry opuścił go delikatnie na ziemie.
- Och! – wykrzyknął mały chochlik, który przymierzał się do pociągnięcia go za włosy. Szybko wycofał ręce. – Wybaczy nam pan, nie wiedzieliśmy, że jest tu inna latająca istota. Nic złego nie mieliśmy na myśli, zapewniam. Chcieliśmy się tylko pobawić trochę z nielotnymi. Tylko trochę niegroźnej zabawy. Chciałby pan dołączyć? Jeśli nam pan pomoże, pewnie zdołamy unieść tego wielkiego, lśniącego tymi wszystkimi zębami. Myśli pan, że żyrandol go utrzyma? – Jego wysoki głosik był czysty jak srebrne dzwonki.
- Nie – powiedział Harry ostro. – Nie będziemy nikogo unosić. To moi przyjaciele i chcę, żebyście zostawili ich w spokoju.
Chochlik znieruchomiał.
- Oni wszyscy są pana? Och, żeby to, nie wiedzieliśmy, że są już zajęci. Moglibyśmy pobawić się jednym lub dwoma? Nie? Hej! Ostrożnie z ta magią, proszę pana – chce pan wypalić nam skrzydełka? Już dobrze, już dobrze, proszę pana, tylko bez nerwów! Już sobie idziemy.
Chochliki, który teraz zerkały na Harry'ego nerwowo, szybko skierowały się do otwartego okna. Wkrótce wszystkie zniknęły w ciepłym, wrześniowym powietrzu, mamrocząc różne brzydkie słowa cienkimi głosikami podczas lotu.
Lockhart, który kulił się z biurkiem, zerknął na Harry'ego, który wciąż unosił się pod sufitem.
-Ha-Harry? – Jego oszałamiający uśmiech zniknął, a Lockhart wyglądał wyraźnie nieswojo. – Czemu… czemu jesteś tam w górze? – Jego głos drżał, a po jego czole spływał pot. – Ty nie możesz być tam w górze! Och, Merlinie, mam zwidy! Wybaczcie mi, dzieci, czuję się niebyt dobrze… będę w gabinecie. – Dopadł drzwi klasy, opuszczając ją i zostawiając uśmiechające się szeroko książki za sobą, na biurku.
Harry czuł się źle z powodu Lockharta, który faktycznie wyglądał na nieco chorego, więc po uspokojeniu Neville'a postanowił zajrzeć do gabinetu profesora i zobaczyć jak ten się czuje. Jednak gdy się do niego zbliżał, nagle usłyszał głos skądś spomiędzy ścian, mówiący w Wężym:
*Chodź. Chodź do mnie… Chce rozerwać … chcę rozszarpać … chodź do mnie!*
Wąż! Wyszeptał radośnie Odłamek w tyle głowy Harry'ego. Wążwążwąż!
Harry zatrzymał się i zasłuchał. Tak, w pobliżu z pewnością był wąż, sądząc po dźwięku dośc wielki. Brzmiał jednak dość markotnie. Co właściwie chciał rozrywać? Harry zawahał się. Normalnie byłby zachwycony rozmowa z jakimkolwiek zwierzęciem, ale coś w tonie tego konkretnego węża nie brzmiało wcale przyjaźnie.
Samotny wąż? Zasugerował Odłamek i Harry zdał sobie sprawę, że może on mieć rację. Pewnie biedny wąż jest zwyczajnie nieszczęśliwy, bo jest zupełnie sam?
*Cześć!* Zawołał Harry w Wężym. *Gdzie jesteś? Słyszę cię, ale nie widzę.*
Przez chwilę trwała cisza, nim niski syk nie dobiegł z wnętrze ściany:
*Chodź. Chodź do mnie. Idź za mym głosem… Idź za mną…*
*Dobrze!* odpowiedział Harry. *Tylko nie przestawaj mówić, to zaraz cię znajdę* - Przeszedł szybko wzdłuż starego korytarza, podążając za słabym dźwiękiem Węża mruczącego w ścianach. Czuł jak Odłamek kręci się niecierpliwie w tyle jego głowy, nie mogąc się doczekać, aż ujrzy wspaniałego węża.
Ale co to było? Coś wierciło się w kieszeni jego szat i dźgało czymś ostrym w biodro. Mineła chwila nim Harry zdał sobie sprawę, że to był dziennik. To dziwne – nie wiedział, że może się on poruszać z własnej woli!
"Tom?" – Harry zatrzymał się i wyjął dziennik z kieszeni. "Co robisz, Tom? – Otworzył go.
Nie możesz podążać za bazyliszkiem, Harry, napisał dziennik. Nie chcę, żebyś ty otworzył komnatę. Lepiej ktoś inny. Ale nie ty. Chcę, żebyś tu został i opowiedział mi historyjki, dobrze?
Harry spojrzał niepewnie na eleganckie pismo na stronie.
*Chodź!* ponaglił Wąż. *Chodź do mnie!*
Harry sięgnął do kieszeni po pióro, by odpisać Tomowi, ale nie miał żadnego.
*Samotny wąż* szepnął Odłamek. *Naszwąż, naszwąż.*
Harry zawahał się przez chwilę, potem szepcząc do dziennika:
"Będzie dobrze, Tom. Opowiem ci historie jak tylko wrócę. Nie zajmie mi to długo. – Zamknął dziennik delikatnie i schował go do kieszeni. To była jego wyobraźnia, czy ten wciąż się wiercił nawet, gdy go zamknął?
*Chodź!* powiedział głos w ścianie. Wąż brzmiał już na lekko poirytowanego. Musiał być bardzo samotny w tych ścianach, biedactwo.
*Dobrze!* powiedział Harry kojąco. *Nie martw się! Idę!*
*Dla ciekawskich: w oryginale było "star-struck", co z grubsza oznacza osobę, która w obecności celebryty traci głowę, fantazjuje, zachwyca się nim. Dosłownie natomiast oznacza "uderzenie gwiazdą", do czego nawiązywał Lockhart - mam nadzieję, że choć trochę oddałam grę słowną. :)
