Rozdział Dziewiąty - Pokątna

[...] życie to taki dziwny prezent.

Na początku się je przecenia: sądzi

się, że dostało się życie wieczne.

Potem się go nie docenia, uważa się,

że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby

się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się,

że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka.

I próbuje się na nie zasłużyć.

Éric-Emmanuel Schmitt — Oskar i pani Róża

x x x x

Punkt widzenia Lucjusza

Koła powozu delikatnie terkotały na piaszczystej powierzchni. Przez uchylone okienko, wpadły delikatne powiewy wiatru. Opierając się o skórzaną kanapę, po raz trzeci przerzucał rozłożone na kolanach papiery. Nie mógł się w ogóle skupić.

- Cholera.- syknął wściekły, odrzucając wszystko na bok. Przymknął oczy, starając się opanować nerwy. Stukając palcami w nogę, zastanawiał się, co ma zrobić.

W jaki sposób mam ich ochronić? – westchnął.

Wiedział, że w tym momencie obaj zapewne są już na Pokątnej. Nie martwił się o to, że coś mogłoby im się tam stać. Obaj nieświadomie zażyli stosowne eliksiry, wysłał również za nimi skrzata, który w razie problemów, powiadomi go. Zresztą nie sądził, by ktokolwiek zaatakował ich w miejscu publicznym.

Tak miał pewność, że na chwilę obecną nie grozi im żadne niebezpieczeństwo, jednak miał pewność, że Dumbledore szybko dojdzie do tego, kto wtedy pomógł Harry'emu. Gdy to wyjdzie na jaw, to nie tylko on, ale i Draco będzie zagrożony. Był o tym przekonany. Przez te lata zdążył już wystarczająco poznać się na nienormalnej psychice tego starego idioty.

Cholera Albus! Nie oddam ci żadnego z nich! Nigdy… Najpierw musiałbyś mnie zabić.

Żałował, że nie może go od tak ukatrupić. – Wtedy obaj byliby bezpieczni. – Niestety wiedział, że to nie będzie takie proste. Dumbledore za bardzo się chroni.

Trzeba to zrobić powoli…

Wspominając chwilę, gdy tamtej nocy Harry zorientował się wreszcie, kto go uratował i odskoczył od niego, zacisnął pięść, szepcząc:

- Prawie zniszczyłeś mi syna, ale ja sprawię, że znów zacznie się uśmiechać, a wtedy ty pójdziesz na dno. - Uśmiechnął się na myśl o ciele dyrektora Hogwartu porąbanym na drobne kawałeczki.

A może lepiej go spalić? Na popiół? Żeby nikt więcej nie musiał oglądać jego zakichanej gęby?

Nie ważne jak, byle skutecznie…

- Nie będziesz krzywdził moich dzieci.

Wciąż widział drobne ciało zwinięte na łóżku. Chociaż eliksir powinien zniwelować wszystkie zaklęcia w ciągu godziny, minęło dwanaście, nim chłopak się wreszcie przebudził, a i wtedy widać było, że cierpi.

Coś ty do cholery na niego rzucił? Nawet Severusowi nie udało się do tego dojść…

- Mam nadzieję, że nie dowiemy się tego dopiero, gdy coś mu się stanie.

Odsuwając od siebie te myśli, sięgnął po rozsypane papiery. W tym momencie najważniejsze było znalezienie skutecznej ochrony. I to jak najszybciej.

Sam eliksir nie wystarczy. A bez skutecznego sposobu obrony przed Dumbledore'm, nie mogą wrócić do Hogwartu.

x x x x

Punkt widzenia Harry'ego

Gdy dotarli do drzwi wyjściowych, wyjrzał na zewnątrz i aż stanął w miejscu, zaskoczony oglądając się na wszystkie strony.

- To jest ogród?!

- A czego się spodziewałeś? Mugolskiego trawniczka?

Gdyby ktoś mu teraz powiedział, że znalazł się w parku, uwierzyłby.

Olbrzymie, rozłożyste drzewa, ustawione rzędem, przy krętej, piaszczystej ścieżce, oraz majaczące nieco dalej, po lewej, niewielkie jeziorko, w niczym nie przypominało ogrodu ciotki Petuni.

To wszystko należy do nich?

- Nie stój tak, wyjście z ogrodu zajmuje przynajmniej z dziesięć minut, a z takim ślamazarą jak ty, pewnie znacznie dłużej.

Orientując się, że Draco jest już dobre kilkanaście metrów przed nim, oderwał wzrok od obserwowania łąki usianej dziwnymi, srebrnymi kwiatami, wyciągnął w jego stronę rękę, rzucając przy tym:

- To może byś tak łaskawie, pomógł?

Draco zbliżył się do niego, ale zamiast go złapać, nachylił się nad nim i wyszeptał mu do ucha:

- Poproś. Jak zrobisz to wystarczająco ładnie, to ci pomogę… kochanie.

Zamarł.

Kochanie?! Czy on właśnie…

Dopiero głośny śmiech pomógł mu dojść do siebie.

- Szkoda, że nie widzisz własnej twarzy!

- Ty! – zamachnął się, ten jednak zrobił zgrabny unik i zaraz potem chwycił go za ramię.

- Chodź, bo naprawdę dojdziemy na Pokątną dopiero o północy.

Nie mogąc znaleźć stosownej riposty, pozwolił sprowadzić się ze schodów i pociągnąć na wijącą się drogę.

Po głowie kołatała mu się tylko jedna myśl.

Moje życie jest nienormalne.

x x x x

Rozglądając się po dobrze znanej ulicy, nie był pewien czy czuje się szczęśliwy, czy też zwyczajnie przerażony.

Może wszystko po trochu?

Od zeszłego roku Pokątna praktycznie się nie zmieniła, a mimo to miał wrażenie jakby, było to dla niego całkowicie obce miejsce.

Czy to ja się tak bardzo zmieniłem?

Wodząc wzrokiem po, rozstawionych straganach, kolorowych szyldach i rozgadanym tłumie spieszących się czarodziei i czarownic, nagle uśmiechnął się, w jednej chwili rozumiejąc, na czym polega różnica.

Nikt nie zwraca na mnie uwagi…

Nigdy tak naprawdę nie wiedziałem jak to jest być jedną osobą z wielu. Zawsze byłem tym innym… Nie tylko w Hogwarcie, ale i jeszcze przed nim… jak tylko sięgam pamięcią…

Tak. Wuj Vernon znakomicie o to zadbał. Bez względu na to czy byłem w szkole, czy w domu wujostwa, zawsze pozostawałem wyrzutkiem.

- Czy tobie na prawdę potrzebne jest specjalne zaproszenie?

Brutalnie wyrwany z zamyślenia, na wpół przytomnie spojrzał na stojącego teraz przed nim Malfoy'a.

- Przepraszam, zamyśliłem się. – szepnął i zaraz skarcił sam siebie. – Dlaczego go przeprosiłem?

Sam staję się dziwny.

- Chodź.

Pociągnięty niespodziewanie do przodu, zachwiał się, nie wywracając tylko dzięki temu, że ten go trzymał.

Zgrzytając zębami wyrwał mu się i sarknął:

- Dokąd ci tak śpieszono!?

- Nie wiedziałem, że ciebie to bawi, ale tak czy siak, ja nie mam ochoty spędzić całego wolnego czasu na środku tej durnej ulicy.

Słysząc to już nie zaprotestował, gdy ponownie schwycił go za ramię, wprawnie manewrując między napierającym tłumem. Przez kilka minut szli w milczeniu, jednak nagle dostrzegając, że kierują się wprost na ulicę Śmiertelnego Nokturnu, zatrzymał się ponownie.

- Czego szukasz na Nokturnie?

- A co, Zloty Chłopiec ma opory przed wejściem na niego?

- Nie, nazywaj, mnie Złotym Chłopcem!

- To się tak nie zachowuj!

Miał ochotę dosadnie mu odpowiedzieć, lecz widząc jak ten ponownie śmieje się pod nosem, zrezygnował.

Czy to na pewno ten Draco Malfoy, z którym użerałem się przez ostatnie lata, a może po prostu zaczynam wariować?

Zagłębiając się w kolejne obskurne uliczki, raz za razem łapał się na tym, że wciąż o tym myśli, jednak nic nie mógł na to poradzić, że to wszystko wydawało mu się zupełnie nierealne. Zresztą, jak na razie, sama myśl, że nie jest i nigdy nie był Harrym Potter'em, a jego prawdziwą rodziną są właśnie Malfoy'owie, ludzie, których jeszcze niedawno uważał za wrogów, była poza jego skalą pojmowania.

Za dużo tego wszystkiego. Czy życie nie mogłoby być trochę prostsze? Nieco bardziej normalne? – wiedział, że może wykrzyczeć to na głos, a i tak nie uzyska odpowiedzi.

- Jesteśmy – po raz kolejny przywrócony przez jego słowa do rzeczywistości, z zaskoczeniem odczytał szyld sklepu, przed którym się zatrzymali.

- Księgarnia?

- Chyba nie sądziłeś, że wybrałem się tu po kilka trucizn?

Zupełnie ignorując wypowiedź Malfoy'a, pchnął go lekko w stronę drzwi, jak gdyby nigdy nic mówiąc:

- Właź i z łaski swojej powiedz wreszcie, co masz tu takiego, czego nie dostaniesz w Esach i Floresach?

- Zapewne wiele, ale ja szukam książek o animagii.

- Animagii? Przecież to nie jest magia zakazana, więc czemu tu…

- Jeżeli kupiłbym tę książkę na Pokątnej, zaraz dowiedziałoby się o tym ministerstwo, a nie mam ochoty tłumaczyć się im z tego, czemu zdecydowałem się zacząć tego uczyć.

Nie mówiąc nic więcej, pchnął ciężkie drzwiczki.

Weszli.

Rozglądając się po niewielkiej sali, gdzie leżące na stosach książki przykrywały niemal całą podłogę, musiał przyznać, że to miejsce w niczym nie przypomina jakiejkolwiek znanej mu księgarni. Właściwie jedyną znajomą rzeczą, był ten charakterystyczny zapach, jaki zawsze można wyczuć od starych ksiąg.

Czy w takim bałaganie można w ogóle cokolwiek znaleźć?

- Witam. W czym mogę pomóc?

Podskoczył, gdy niespodziewanie pojawił się przy nich korpulentny mężczyzna, ubrany w brunatną, lekko wyświechtaną szatę. Na przemian zaplatał i rozprostowywał palce, zupełnie jakby robił to nerwowo, jednak, wystarczyło przez kilka sekund popatrzyć mu w oczy, by mieć pewność, że nie należy on do osób znerwicowanych.

W takim razie czy to trik? A może robi to umyślnie, by w ten sposób wywoływać odpowiednie wrażenie?

Odsuwając to na bok, zaczął przysłuchiwać się jego rozmowie z Malfoy'em, z zaciekawieniem spoglądając przy tym, na co rusz wyciągane przez sprzedawcę książki i nawet nie zorientował się kiedy sam włączył się do dyskusji. A gdy blisko pół godziny później wychodzili stamtąd z naręczem książek, był tak samo pochłonięty tym tematem jak Draco.

- Sądzę, że możemy zacząć już dziś wieczorem.

- My?

- A co nie masz ochoty? - Słysząc to nie odpowiedział, ale był pewien, że Draco nawet tego nie oczekuje. Zresztą uśmiech, który przemknął przez jego twarz tylko go w tym upewnił.

- Mamy jeszcze jakąś godzinę do spotkania z Lucjuszem. Możemy pójść jeszcze do jakiegoś sklepu, a potem wstąpimy do lodziarni. Czy jest coś co chcesz kupić?

- Ja... nie mam pieniędzy, więc i tak nic bym sobie nie kupił. - powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język.

Malfoy nagle stanął przed nim i zmuszając do spojrzenia sobie w oczy, odezwał się cicho:

- Wiem, że to wszystko jest dla ciebie nowe, ale nie możesz myśleć o tym w taki sposób. Skoro wybraliśmy sie na zakupy i ja mam pieniądze, jak ty możesz ich nie mieć? Jesteśmy braćmi, postaraj się to w końcu przyjąć do wiadomości.

Gdy mu nie odpowiedział, nie wiedząc jak na to zareagować, ten zapytał ponownie:

- Dobra, czy więc jest coś co chciałbyś sobie kupić teraz? Jak pojawi się Lucjusz, udamy się uzupełnić twoją garderobę i na nic innego raczej nie będzie już czasu.

Czy chciałbym coś sobie kupić? Nie wiem... prawdę mówiąc poza zakupami do szkoły, raczej nie robiłem na Pokatnej innych...

- Skoro jesteś taki niezdecydowany, to ja wybiorę sklep. Jestem pewien, że coś ci sie tam spodoba. - Po raz kolejny tego dnia schwytany za rękę i niespodziewanie pociągnięty, mógł tylko podążyć za Draco.

x x x x

Gdy blisko dziesięć minut później znaleźli się w niedużym sklepie, zaskoczony rozglądał się po pułkach.

Sprzęt elektryczny?

- Myślałem, że takie urządzenia nie działają ze względu na magię...

- To nie są mugolskie urządzenia.

Zbliżając się do jednej z wystaw, zaciekawiony oglądał telefony, odtwarzacze mp3, dyktafony, oraz starodawne walkmany.

To naprawdę działa za pomocą magii?

- Jak ci się ta podoba? Ja mam podobną.

Gdy Draco wręczył mu niewielką, białą mp3, uśmiechnął się i mu przytaknął, decydując sie na zakup.

Opuszczając sklep, jak nigdy dotąd był zadowolony z zakupu. Sprzęt bardzo mu się podobał, poza tym był pierwszą wartościową rzeczą, którą kupił sobie nie z potrzeby, ale dla kaprysu...

Dotąd poza głupimi gadżetami u Zonka, kupowałem tylko to co było potrzebne do szkoły...

- Dobra, pospiesz się. Zostało nam niecałe pół godziny, a ja mam zamiar jeszcze zjeść porcję lodów.

Znów pozwalając mu decydować, zastanawiał się, dlaczego nie protestuje, więcej, dlaczego nawet nie czuje potrzeby by zaprotestować.

Czy naprawdę przestało mi jego towarzystwo przeszkadzać? Dlaczego jego ciągłe docinki nie wyprowadzają mnie z równowagi? Czemu to wszystko wydaje mi się takie… naturalne? Jakby właśnie miało być tak a nie inaczej?

Może rzeczywiście coś ze mną jest nie tak?

Tylko…

Czy to ja zaczynam wariować, czy świat wokół mnie robi się nienormalny?

Chyba jednak nie chcę znać odpowiedzi.

x x x x

Koniec Rozdziału 9