27 czerwca

Ciemny korytarz oświetlała tylko jedna pochodnia. Jej płomień zamigotał, gdy mężczyzna go minął. Wyłożone drewnem ściany odbijały światło niczym woda.

„Jak powinien się za to zabrać?" Już rok się nad tym zastanawiał, ale każda próba, którą podejmował, kończyła się fiaskiem. Jego człowiek był zbyt słaby, od początku zdawał sobie z tego sprawę. Tuż po zrekrutowaniu szpiega miał nadzieję, że okaże się on podobny do swoich przyjaciół, że dzieli ich odwagę i da się to wykorzystać na rzecz sprawy. Lord Voldemort wierzył, że kiedy będzie miał szpiega w szeregach wroga, nic nie stanie mu na drodze. I udało się, jego człowiek przyjaźnił się z Potterami. Miał dziecko na wyciągnięcie ręki, ale musiał postępować ostrożnie. Było jeszcze coś co wymagało uwagi zanim będzie mógł zatriumfować. A chciał podjąć tylko jedną prawdziwą próbę. Jeśli było coś w czym był naprawdę dobry to właśnie wybieranie odpowiedniej chwili. Rozumiał jak działała magia.

Taki właśnie postawił sobie cel, kiedy był dzieckiem i Dumbledore podpalił jego szafę. Postanowił zgłębić tajniki najpotężniejszej magii. Ale w przypadku starej magii, magii śmierci i nieśmiertelności, pewne czynności, symbolizm i wyczucie czasu miały ogromne znaczenie. Szczerze wierzył, że nie było nikogo kto wiedziałby więcej niż on. Kiedy już podejmie decyzję o ataku, chłopiec zniknie na zawsze, nie było co do tego cienia wątpliwości. Voldemort wiedział, że mu się uda i wtedy już nic mu nie przeszkodzi. Przejmie całkowitą władzę nad światem. Ale to właśnie decyzji mu jeszcze brakowało. Cały czas miał wrażenie, że właściwy czas jeszcze nie nadszedł. Coś miało się wkrótce wydarzyć, tego był pewien. I to coś miało mu dać sygnał do ataku.

- Mój panie. - odezwał się cichy głos. W jego stronę szła kobieta, a na jej ustach igrał ledwo widoczny uśmiech.

- Jakie wieści, Bello? - spytał.

- Przybył Lucjusz, mój panie. Przynosi dobre wieści. On i pozostali złamali czary ochronne rzucone na dom Bonesów. Dorwiemy ich dzisiejszej nocy.


27 czerwca

- Czy twój dziadek już się odezwał? - spytała Hermiona.

- Jeszcze nie. - odparł Syriusz. - Ale to nic dziwnego. Będzie musiał tygodniami przekonywać matkę, żeby pozwoliła mi przekroczyć próg tego domu.

- Ale myślisz, że się zgodzi? – dopytywała się odrobinę zmartwiona Hermiona.

- Na pewno. Kiedy dziadek się uprze, potrafi przekonać każdego do wszystkiego, co mu tylko przyjdzie do głowy.

Siedzieli przy stoliku w pokoju hotelowym Hermiony, pijąc herbatę i racząc się bułeczkami, które Lily dała Syriuszowi, kiedy wychodził rano od Potterów. Zbliżała się pora lunchu, a letnie słońce wpadało do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe. Hermiona oczywiście nie miała żadnych planów na weekend, tak samo jak z resztą na pozostałe dni tygodnia. Nic więc dziwnego, że bardzo ucieszyła się, kiedy Syriusz pojawił się u niej po drodze od Potterów, przynosząc bułeczki i zdjęcie Harry'ego.

Dziecko na fotografii siedziało na krzesełku, a dłonie miało pełne zielonej papki, która rozpaćkała się między pulchnymi paluszkami zaciśniętej pięści. Potem pojawiał się James i pochylał się nad Harrym, natychmiast dostając zieloną breją prosto w pierś, na co potargane dziecko reagowało bezgłośnym śmiechem.

- Myślisz, że mogłabym ich poznać? - spytała Hermiona napatrzywszy się na zdjęcie.

- Hmm... Cieszę się, że pytasz, bo już im powiedziałem, że któregoś dnia przyprowadzę cię na obiad. - oznajmił z zakłopotaniem Syriusz.

- Czekaj. Myślą, że jestem sobą czy dziedziczką Fehrów? Naprawdę nie chcę im kłamać bardziej niż to konieczne.

- Spokojnie, powiedziałem im co robimy.

- Co? Ty... - zaczęła Hermiona, która natychmiast się zdenerwowała.

- Nie martw się. - powiedział uspakajająco Syriusz. - Powiedziałem, że Dumbledore chce zdobyć informacje. Tylko tyle, resztę zostawiłem tak samo. Udajemy parę dla mojej kochanej mamusi, Lady Fehr to twoja udawana matka i jesteś mugolaczką. Ale powiedziałem im też, że chodziłaś do szkoły w Ameryce, bo przecież nikt cię nie zna... Ale twoi rodzice są Brytyjczykami. W porządku?

- Cóż, tak... nie ma problemu. - wymamrotała Hermiona.

- Tak w ogóle to chciałem cię spytać, czy chciałabyś oficjalnie poznać Lunatyka. Plotkował z Rogaczem na temat mojej sekretnej dziewczyny. Trochę mi głupio, bo uznał, że go oszukuję, kiedy ostatnio się spotkaliście

- Pewnie. - odparła wesoło, uśmiechając się. - Profesor Lupin. Miło będzie znów z nim porozmawiać.

- Merlinie, nie mów mu, że kiedyś zostanie profesorem, bo będzie śpiewał całymi godzinami. - powiedział z szerokim uśmiechem Syriusz. - To jego największe marzenie.

Hermiona uśmiechnęła się. Jeśli im się uda i Riddle zginie... pozycja nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią nie będzie przeklęta i Remus zachowa pracę. A może nawet wcześniej ją dostanie. O tym nigdy wcześniej nie myślała. Ależ miło, kiedy wszystko się układało.

- Zaprosił mnie na dzisiejsze popołudnie. Jesteś bardzo zajęta?

Hermiona roześmiała się.

- Poczekaj, spytam innych ludzi, których tutaj znam, a którzy mogą chcieć się ze mną spotkać.

- Często ci się nudzi? - Syriusz uśmiechnął się. - Nie wyobrażam sobie nic gorszego niż nie znać nikogo, nic nie robić całe dnie... Chyba, że chodzi o pójście do Ministerstwa i użeranie się z niekompetentnymi palantami pięć dni w tygodniu. - dodał po chwili zastanowienia.

- Czasem to trochę męczące. - odparła. - Ale mam książki. Dumbledore dał mi kilka bardzo interesujących tomów na temat czarodziei w Szwajcarii. Wiedziałeś, że...

- Dobra, dobra! - zawołał Syriusz, unosząc ręce. - Rozumiem. To koszmar złożony z nudy i dziwacznych książek o czystości krwi. Bardzo ci współczuję.

Hermiona prychnęła z udawaną złością.

- Szykuję się na spotkanie ze smoczycą, którą nazywasz matką. Musze wszystko wiedzieć.

- Naprawdę nie musisz być taka niemiła. - odparł poważnie Syriusz. Hermiona zmarszczyła brwi. Syriusz cały czas wyzywał swoją matkę od najgorszych, zazwyczaj używając znacznie ciekawszych i bardziej wulgarnych określeń niż „smoczyca".

- Cóż... - zaczęła.

- Znaczy, smoki to tak interesujące stworzenia. Nie zasługują, by ktoś je porównywał do kogoś takiego jak ona. - zaśmiał się Syriusz. - Wolę określenie „bigoteryjna suka". Albo może... - zamyślił się. – „Owrzodziała stara wiedźma".

- Syriuszu! – skarciła go Hermiona.

- Co? To obraźliwe tylko jeśli to nieprawda. Jeśli to trafny opis, a tak jest, to co ci nie pasuje?

Hermiona pomyślała o portrecie wiszącym w przedpokoju na Grimmauld Place. O ślinie pryskającej z ust namalowanej kobiety, o wywrzaskiwanych obelgach i przekleństwach. Może Syriusz miał rację?

- Tak, cóż... - mruknęła. - Kiedy spotykasz się z Remusem?

- Za kilka godzin. Najpierw wpadnę do siebie się zdrzemnąć. Spałem na kanapie u Rogacza, a nie jest najwygodniejsza. Wpadnę po ciebie po drodze. Remus mieszka na kompletnym pustkowiu i czeka nas krótki spacerek przez las, więc załóż wygodne buty.

- Wszystkie buty, które zabrałam są wygodne. - Hermiona spojrzała na niego groźnie.

- Świetnie. - Syriusz uśmiechnął się szeroko i poczęstował się ostatnią bułeczką. Potem wstał i przeciągnął się. - No to widzimy się później. – z tymi słowami wyszedł na balkon i w mgnieniu oka już go nie było.


- Krótki spacerek? - powtórzyła z niedowierzaniem Hermiona, kiedy wędrowali razem przed las, który spokojnie można było określić jako megalityczny. Jeśli Syriusz zauważył jej sarkazm, to nie dał tego po sobie poznać.

- Tak. - potwierdził radośnie. - Jest wilkołakiem i to paranoicznym. Rzucił zaklęcia ochronne na obszarze trzykrotnie większym niż zwykle. Jeszcze tylko jakieś piętnaście minut. Lubi mieć poczucie bezpieczeństwa. A co, myślałaś, że mieszka w bliźniaku w Norfolk, czy co?

- Nie wiem. - przyznała Hermiona. - Czemu nie mieszka w Londynie? Jest o tym cała piosenka.

Na to Syriusz stracił nad sobą wszelką kontrolę. Śmiał się tak, że aż musiał pochylić się do przodu i oprzeć dłonie na kolanach.

- Ałuuuuuuuu - zawył pomiędzy atakami śmiechu. Hermiona też zachichotała, chociaż nie tak szaleńczo jak on, bo nie mogła zrozumieć, dlaczego tak zareagował na w jej mniemaniu słaby żart.

- Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś! To mój tekst! – powiedział, zaśmiewając się dalej. - Setki razy skarżyłem się Lunatykowi na tę jego absurdalne odcięcie od cywilizacji. A ta piosenka to mój główny argument. - wytarł łzy z policzków. - A on na to, że jestem samolubny. Ale ty się ze mną zgadzasz! - tu uniósł pięść w triumfalnym geście.

- Jak zauważyłeś, - odezwała się Hermiona, dalej chichocząc z wyrazu jego twarzy. - tylko żartowałam. Mieszkanie tutaj to mądra decyzja.

- Nie! Powiedziałaś! Nie możesz tego cofnąć, za późno. - zawył Syriusz. - Chodź, musimy się pospieszyć. Chcę jak najszybciej powiedzieć mu, że jego żeńska wersja też uważa, że powinien się przenieść do miasta. Już nie może się ze mną kłócić.

- Jego żeńska wersja? - powtórzyła Hermiona, dalej się śmiejąc. - Nie wiem czy to najlepszy sposób na podbicie jego serca.

- Koniec kłótni! - zakomenderował Syriusz, zwiększając tempo. Przemierzał gęstwinę znacznie szybciej na długich nogach.

- Hej! - zawołała. - Poczekaj! - podbiegła, by go do gonić, ale Syriusz nagle zniknął, a w jego miejscu pojawił się ogromny, kudłaty pies zwany Łapą. Pobiegł lekko, cały czas wąchając ziemię i wtykając nos w interesujące pniaki i powalone drzewa. Hermiona miała problem, by za nim nadążyć. Podbiegła, trzymając się za bok i żałując sześciu tygodni spędzonych na czytaniu i dwóch lat pracy za biurkiem.

Wreszcie dotarli do polany, która była tak niewielka, że ledwo zasługiwała na to miano. Hermiona zobaczyła przerwę między drzewami, a za nią chatkę, która wyglądała na opuszczoną. Otaczały ją rozłożyste dęby, a zarośla wspinały się nawet po jednej ze ścian maleńkiego budynku. Teren miał może dziesięć metrów kwadratowych.

Nagle Syriusz pojawił się z powrotem.

- Idziesz? - zawołał przez ramię, zbliżając się do zrujnowanego domu. Hermiona podążyła za nim. Nie mogła uwierzyć, że Remus zdecydował się mieszkać w miejscu takim jak to. Na ścianach rósł mech, szyby były popękane. Wiedziała, że mu się nie przelewało, ale ta sytuacja wydawała jej się dziwna, biorąc pod uwagę, że zarówno James jak i Syriusz byli dość bogaci, by się z nim podzielić. Może nie pozwalał sobie pomóc? Bo na pewno to zaproponowali, żeby tylko nie mieszkał w miejscu takim jak to.

Syriusz zapukał do porysowanych drzwi.

- Lunatyku? - zawołał. - To ja!

Hermiona dołączyła do niego dość szybko, by usłyszeć, jak Remus pyta:

- Szósty rok. Co powiedziała profesor McGonagall, kiedy złapała nas jak wychodziliśmy z kuchni taszcząc to ogromne ciasto urodzinowe dla Jamesa ozdobione liliami?

Syriusz wyszczerzył zęby.

- Powiedziała: „Wygląda przepysznie" i puściła nas wolno. - zaśmiał się. - A godzinę potem dostałeś od niej notkę z poleceniem, że jeśli nie przyniesiesz jej kawałka to da mi szlaban.

Remus śmiał się, ale Syriusz z jakiegoś powodu wyglądał na wściekłego.

- Ale na tym etapie ciasto już się skończyło i dostałem ten szlaban, a ty nie. Byłeś jej ulubieńcem! - dokończył ponuro Syriusz.

- To jedno z moich ulubionych wspomnień. - odparł Remus przez drzwi. Na widok miny Syriusza Hermiona parsknęła śmiechem.

- Koniec czwartego roku. Kogo wolałbyś przelecieć, żeby tylko nie spędzić choćby minuty więcej na wróżbiarstwie? - spytał Syriusz przez gnijące drzwi. Remus znów się zaśmiał.

- Filcha. I pozostaję przy tej opinii, wróżbiarstwo to cholerna strata czasu.

Hermiona roześmiała się jeszcze głośniej. Syriusz spojrzał na nią.

- Rany, to nie aż takie śmieszne.

- Szczerze nienawidziłam wróżbiarstwa. - wyjaśniła, chichocząc. - Chyba też przespałabym się z Filchem, żeby tylko jej uniknąć. Inna sprawa, że rzuciłam ja w połowie trzeciego roku. Głupi urojony przedmiot.

Drzwi otworzyły się i Syriusz rzucił się Remusowi na szyję.

- Ugh, puszczaj Łapo. - mruknął Remus, ostro dźgając ciemnowłosego przyjaciela w bok. Syriusz posłuchał.

- Pamiętasz Hermionę, prawda Lunatyku?

- Cześć, Remusie. - Hermiona uśmiechnęła się. Remus odgarnął z twarzy jasne włosy i poprawił sweter po szamotaninie z Syriuszem.

- Cześć, - przywitał się z uśmiechem. - miło cię znowu widzieć. Wejdźcie. - przepuścił ich w drzwiach.

Hermiona przekroczyła próg i poczuła, jak opada jej szczęka. To co z zewnątrz wyglądało jak rozwalająca się rudera, w środku było przytulną chatką o drewnianej podłodze, dość wysokim suficie i ogromnych oknach, przez które świeciło letnie słońce. Były czyste i niepopękane, czego można by się spodziewać biorąc pod uwagę ich wygląd z zewnątrz. Po jednej stronie pokoju, do którego weszli znajdował się duży, otwarty kominek, po drugiej, kuchnia. Z salonu wychodziły tylko dwie pary drzwi. Hermiona podejrzewała, że jedne prowadziły do łazienki, a drugie do sypialni.

- Jeju. - mruknęła Hermiona. - Remusie, to miejsce jest niesamowite.

Uśmiechnął się.

- Ta, dobrze, że magia jest darmowa.

- Świetnie je ukryłeś. - dodała nieco smutno, magicznie czyszcząc swoje brudne trampki i nogawki spodni.

- Tak, cóż. Niebezpieczne czasy. - odparł Remus, idąc do kuchni, by nastawić wodę na herbatę i wyciągnąć kubki z szafki nad zlewem.

- Święta prawda - zgodziła się Hermiona, dalej chłonąc przyjemną atmosferę chatki. Na ścianach wisiały liczne obrazy, a nad kanapą naprzeciwko okna dojrzała kolaż wspomnień. Obrazki w ramkach, albo bez nich, strony z gazet, zdjęcia przyjaciół, koperty od płyt winylowych, malunki, a nawet reklamy. Wszystko to idealnie do siebie pasowało, tworząc sztukę.

- Wczoraj widziałem się z Lily i Rogaczem. - oznajmił Syriusz, padając na fotel przy kominku.

- Co u nich? - spytał Remus, ustawiając trzy kubki w chwiejącą się wieżę, by zanieść je na stolik do kawy razem z metalowym dzbankiem, który dzierżył w drugiej ręce. - Rogacz dalej nie może wytrzymać w domu?

- Trochę. Ale wiesz, przecież to nie na zawsze. Jestem pewien, że wkrótce załatwimy Starego Wężowatego.

Remus zaśmiał się.

- Proszę, obiecaj mi, że jeśli kiedykolwiek staniesz z nim twarzą w twarz, nie nazwiesz go Starym Wężowatym.

- Uroczyście przysięgam. - powiedział Syriusz, szczerząc się do przyjaciela.


Dwie godziny później Hermiona dalej siedziała na kanapie, z nogami podciągniętymi pod siebie, trzymając trzeci kubek herbaty i uśmiechając się głupkowato. Mężczyźni zdawali się zapomnieć o jej obecności. Żartowali i dogryzali sobie tak zapamiętale, że ledwo mogła zrozumieć co mówią przez ciągły śmiech i chichoty. Przypominało jej to ich starsze wcielenia. Jak bez względu na powagę sytuacji zawsze mieli czas na śmiech. Niezmiernie cieszyło ją to, że nawet w obliczu potwornej przyszłości, dalej mieli siebie. Na jakiś czas, w każdym razie.

Nagle, nie wiedziała, dlaczego akurat wtedy, gdy patrzyła na tych dwóch szczęśliwym mężczyzn, coś do niej dotarło i uśmiech spełzł jej z twarzy. Pomyślała o ich czwórce. Najlepsi przyjaciele, tak jak ona, Harry i Ron, którzy bez względu na wszystkie różnice umarli z tego samego powodu. Żeby uratować Harry'ego. Nawet Peter. Zastanowiła się, czy Harry też tak to postrzegał. Wiedziała, że dalej obwiniał się o śmierć Syriusza i to nie bez powodu. Ale co z pozostałymi? Byłby do tego zdolny. Myśleć, że powinien był wcześniej zaatakować, by zapobiec śmierci Remusa, że powinien był... cóż, nie miała pojęcia jak mógłby uratować swoich rodziców, ale nie zdziwiłaby się, gdyby Harry uważał, że powinien był to zrobić.

- Zanudzamy cię, Hermiono? - spytał nagle Syriusz.

- Co? Nie, w porządku. - powiedziała, próbując pozbyć się mrocznych myśli i znów się uśmiechnąć. - Wybaczcie, o czym mówiliście?

- O starych dobrych czasach. - wyjaśnił Remus. - Gdzie chodziłaś do szkoły, Hermiono?

- Do Instytutu Salem w Massachussetts, w Stanach.

- Jak to? Twoim rodzicom nie odpowiadał Hogwart?

- Nie, to nie dlatego. Jak miałam dziesięć lat przeprowadziliśmy się do Ameryki. Moi rodzice są mugolami, więc niczego się nie spodziewali. Pracują jako dentyści i Mama dostała propozycję pracy jako wykładowca na uniwersytecie. Trochę mi przykro, że nie poszłam do Hogwartu. Z opowieści brzmi wspaniale.

- Jak jest w Salem?

- Cóż... - zaczęła. - to dość nowoczesna szkoła, chociaż żeńska. Ale założono ją dopiero w XVII wieku i budynki z epoki są zbyt małe, więc wiele dobudowano od tamtego czasu. Z tego co mówi Syriusz, zajęcia mamy takie same jak w Hogwarcie. Chociaż uczyliśmy się tylko historii amerykańskiej społeczności magicznej, a nie tak jak wy, szerszej wersji. O Europę musiałam pytać rodziców, a historię magii zgłębiałam w wolnych chwilach. Ale mnie to nie przeszkadza, uwielbiam historię.

Remus spojrzał na nią dziwnie.

- Jaja sobie robisz?

- Um... nie. - odparła zdumiona Hermiona. Ona i starszy Remus przegadali wiele obiadów na Grimmauld Place właśnie na temat przeszłości czarodziejów, podczas gdy pozostali zajmowali się czym innym. Czy wybierał ten temat przez wzgląd na nią?

Syriusz śmiał się pod nosem.

- Co? - oboje odwrócili się do niego.

- Mówiłem ci, Hermiono. Jesteś jego żeńską wersją.

Remus zaśmiał się.

- Moją żeńską wersją? Po co się z nim męczysz? - spytał patrząc na Hermionę. - Tak cię obraża... Merlinie, Łapo nic dziwnego, że nie możesz zatrzymać żadnej dziewczyny.

- A właśnie. - odezwał się Syriusz. - Dlaczego powiedziałeś Rogaczowi, że mam sekretną dziewczynę? Ja i Hermiona po prostu wykonujemy razem zadanie dla Dumbledore'a.

- Więc wy nie... - spytał z zażenowaniem Remus.

- Nie - odparła Hermiona - tak ja mówiłeś, po co bym się z nim męczyła? Chociaż - tu spojrzała na Syriusza - będziemy udawać przed rodziną Syriusza. Dumbledorowi zależy na informacjach i uważa, że najlepszym sposobem na ich zdobycie jest przekonanie ich, że Syriusz się... uspokoił.

Remus parsknął śmiechem.

- To będzie wymagało nie byle jakich umiejętności aktorskich!

Hermiona uśmiechnęła się sztucznie.

- Cóż, czego się nie robi dla Królowej i Ojczyzny.


N/A: Przepraszam za bardzo oklepane nawiązanie. Było zbyt piękne by go nie wykorzystać. Dzięki, Warren Zevon.