Skradałam się powoli z paralizatorem tkwiącym sztywno w mojej łapce w charakterze najlepszej broni. Pistolet leżał sobie chwilowo skonfiskowany w gabinecie Bogo, jakby ten nieistotny fakt mógł powstrzymać jakąkolwiek z moich szaleńczych eskapad. Co prawda, czułabym się znacznie bezpieczniej z potężnym gnatem na podorędziu, ale nie zamierzałam narzekać. Zawsze mogłam skorzystać z gazu na lisy, który wciąż wisiał u mojego pasa. Wielkiej krzywdy nikomu bym nie zrobiła, ale zaaplikowany prosto w oczy mógł chociaż na parę chwil oślepić potencjalnego przeciwnika, dając mi bezcenny czas na ucieczkę. Dotarłam do magazynu, który był stary już wtedy, kiedy dziadkowie naszego komendanta przyszli na świat. Część szyb, które się jeszcze uchowały, pokrywała gruba warstwa kurzu, a pozostałe wybrakowane okna ktoś zabił spróchniałymi deskami. Całą najbliższą ścianę blaszanej konstrukcji pokrywała rdza i wszechobecne pnącza. Bałam się, że budynek rozleci się w drobny mak, jeśli postanowię się choćby o niego oprzeć. Ostrożnie poświeciłam telefonem przez szczeliny, próbując dostrzec cokolwiek. Wokół zapadał już półmrok, który jedynie utrudniał mi to zadanie. Ustaliłam, że w środku jest kilka niezidentyfikowanych przedmiotów, w większości przykrytych jakimiś brudnymi szmatami, ale liczyłam na więcej danych. Okrążyłam magazyn, poszukując drzwi albo jakiegokolwiek przejścia do wewnątrz. Były jedne, ku mojemu zaskoczeniu, wyglądając znacznie solidniej niż całokształt; nie były może całkiem nowe, ale ząb czasu nie zdążył ich jeszcze nadgryźć. Przeklęłam pod nosem ogromną kłódkę zawieszoną centralnie naprzeciwko mojej twarzy. Gmerałam przy niej, licząc na cud, bo moje zdolności włamywacza plasowały się bardzo nisko. Nastawiłam uszu, kiedy usłyszałam jakiś podejrzany chrzęst dochodzący zza lewej ściany. Zamarłam, rozważając ucieczkę i powrót tutaj w ciągu dnia. W końcu zaryzykowałam krótki rekonesans, podążając za źródłem dźwięku.
- Fennick?! Co ty tu robisz? - Mój przenikliwy głos poniósł się echem po okolicy, aż sama się zlękłam.
- Nie drzyj się tak, kobieto - powiedział gardłowo, po czym nastąpiła wartka wiązanka siarczystych przekleństw dotyczących "zasranego śniegu" oraz "zapchlonej okolicy". Dawny kumpel Nicka miał w tym zakresie naprawdę bogate słownictwo, niektórych z użytych przez niego wyrazów w życiu nawet nie słyszałam. - Cholera wie kto się napatoczy.
- Śledziłeś mnie? - zapytałam podejrzliwie, nie opuszczając swojej prowizorycznej broni.
- Niee, skądże - zironizował. Czułam się nieswojo ze świadomością, że w starciu z kijem bejsbolowym, który przerzucił sobie przez ramię, miałabym marne szanse na wygraną. - Spacerowałem.
- Tutaj?
- Nie udawaj głupiej, błagam. To przecież oczywiste, że mam cię na oku.
- Oszalałeś? - Odsunęłam się o krok, a potem o jeszcze jeden, tak dla pewności. - Praktycznie się nie znamy. Gadaj czego chcesz albo wynoś się!
- Pilnuję cię, mała - wyjaśnił w końcu z westchnieniem. - Nick martwi się, że wdepnęłaś w jakieś bagno.
- A więc to Bajer cię tu wysłał? - Wściekłam się natychmiastowo. Traktował mnie ostatnio jak zło konieczne, a śmiał wysłać za mną swojego przydupasa? Jakie prawo go do tego upoważniało?! - Obydwaj upadliście na te wasze puste głowy! Nie potrzebuję niańki. I nie jestem mała!
- Jesteś mała w porównaniu do większości mieszkańców Zwierzogrodu - zauważył błyskawicznie.
- Tak, ale nie dla kogoś kto sięga mi do pasa - odgryzłam się.
- Nie prosiłem się o tą fuchę, dobra? Wisiałem mu przysługę i on wybrał taki a nie inny sposób zapłaty. Czysty biznes, nic osobistego. - Zupełnie zignorował mój wysmakowany przytyk, niewdzięczny. Nie mam zielonego pojęcia co powoduje niezrównoważone, irracjonalne, a dla mnie całkiem wręcz niepojętne zachowanie męskich osobników znajdujących się w obrębie mojego otoczenia. Jeden nagle dostał zaniku pamięci i zwątpił w moje kompetencje, trzymając mnie na dystans. Drugi zachowywał się wrednie, uprzykrzając mi życie, po czym nagle wyraził swoje domniemane zmartwienie, śledząc mnie za pośrednictwem dawnego przyjaciela. A ten z kolei wtyka swój nos w czyjeś sprawy, choć wcale o to nie prosiłam. I to ze mną było ponoć coś nie tak.
- Dobra, rób co chcesz. Spadaj albo zostań. Wszystko mi jedno. - Naburmuszyłam się, odwracając uwagę od niespodziewanego towarzystwa. Zastanawiałam się jakim cudem otworzyć felerną kłódkę. Przez chwilę szarpałam się z nią, mając nadzieję, że nadludzką siłą uda mi się zerwać łańcuch. Dobra, przesadziłam. To było niewykonalne. Moje bogate wyposażenie nie obejmowało niestety czegokolwiek chociaż zbliżonego do wytrycha. Miałam znacznie większe szanse na głodową śmierć pod tymi drzwiami niż dostanie się do środka. Przebierałam nogami by przynajmniej w małym stopniu rozgrzać skostniałe z zimna ciało. Znacznie trudniej się myśli, kiedy mózg zamienia się w lodową kostkę. Obeszłam budynek ponownie, chcąc odkryć jego słabe punkty. Fennick podążał za mną w milczeniu, a ja ignorowałam go jak tylko mogłam.
- Nie możesz być poważna. - Nie wytrzymał w końcu, patrząc z naganą na moje usilne próby zerwania jednej z nadgniłych desek przybitych w miejscu wybitego okna.
- Idź wkurzać kogoś innego - warknęłam na niego, będąc porządnie zziajana i spocona. - Ha!
W końcu oporny kawałek drewna ustąpił, tworząc wystarczającą lukę bym mogła się przez nią przecisnąć. Byłam dumna ze swojej zaradności, a jednocześnie zaniepokojona własną skłonnością do korzystania z okien w charakterze drzwi. Wdrapałam się na parapet, przechodząc do środka magazynu. Pomieszczenie było naprawdę stare, zalatywało stęchlizną, a warstwa unoszącego się kurzu łaskotała mnie w nos. Skrzywiłam się z niesmakiem, lustrując wszystko w świetle latarki. Na pierwszy rzut oka nikogo tu od dawna nie było, a jednak dostrzegałam pewne ślady świadczące o czyjejś obecności.
- Lepiej stąd chodźmy - powiedział Fennick, przerywając moje staranne oględziny.
- Niby czemu? - zapytałam, podchodząc do niego i patrząc we wskazanym kierunku. Ktoś tu nocował, świadczyło o tym prowizoryczne legowisko umoszczone pod ścianą.
- Ktokolwiek tu nocuje nie będzie zachwycony naszą wizytą. - Wycofał się ostrożnie, a ja podążyłam za nim. Ostatecznie mógł mieć trochę racji zważywszy na nieciekawą okolicę. Słyszałam naprawdę nieciekawe historie o tej dzielnicy. Nikt się tutaj nie zapuszczał, żaden policjant, ponieważ lepiej było zostawić w spokoju mieszkańców. Byli wrogo nastawieni wobec wszystkich spoza ich odizolowanej, zaściankowej społeczności. Mieli wolną rękę dopóki trzymali się granic własnego, zapuszczonego terytorium. Tak było znacznie lepiej, wiedziałam o tym, choć nie miałam dotąd bezpośredniego kontaktu. Szczerze mówiąc, myślałam, że te historie są mocno przesadzone i podkoloryzowane, ale chyba się myliłam.
- Ja wracam, a ty? - zapytałam, będąc już pod samochodem.
- Zakładając, że wrócisz prosto do domu... - Patrzył na mnie z wyraźną irytacją. Zupełnie jakby to była moja wina, że utkwił ze mną na cały wieczór.
- Właściwie to jak długo mnie śledzisz? - spytałam. Uśmiechnął się pod nosem w sposób, który sugerował, że wolałam nie wiedzieć. Jak ktoś kto cieszył się, że jego brzydka tajemnica nie została całkiem odkryta. Odwrócił się i odszedł, pogwizdując, szybko znikając mi z oczu.
Stanęłam przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Nicka. W pierwszej chwili chciałam krzyczeć i walić pięścią dopóki by nie otworzył, ale... nie miałam siły na awanturę. Nie w najbliższym czasie, a już z pewnością nie dzisiaj. Musiałam wreszcie wytłumaczyć tą chorą sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Byłam zmęczona usprawiedliwianiem go na siłę przed samą sobą. Oby tylko miał dobre wytłumaczenie swojego zachowania, bo mogłam jedynie dać mu szansę wyjaśnić to wszystko ze względu na naszą przeszłość. Przypomniałam sobie te wszystkie wspólne chwile, przeżyte przygody, świetną współpracę. To uczucie szczęścia, kiedy zgodził się wypełnić papiery, dzięki którym miał przystąpić do policji by ze mną pracować. To jak mi wybaczył, a reszta spraw się ułożyła. Nie chciałam tego zaprzepaścić. Nacisnęłam klamkę, nie podejrzewając nawet, że ustąpi. Nick powinien dbać o swoje bezpieczeństwo i zamykać drzwi na klucz. Weszłam do środka powoli, wzdychając cicho, nie wiedziałam czego konkretnie mam się spodziewać.
- Nick? - rzuciłam w przestrzeń. W mieszkaniu panowały egipskie ciemności, a światło z korytarza leniwie sączyło się przez wciąż uchylone drzwi. Podskoczyłam nerwowo, kiedy lis zatrzasnął je znienacka lekkim pchnięciem i zapalił światło. Lustrował mnie uważnie wzrokiem z góry na dół. Pozwoliłam na to, ponieważ jego twarz wykrzywiała się w znajomy zmartwiony wyraz. Uznawszy, że nic mi nie jest, przyciągnął mnie do siebie mocno. Wpadłam w otwarte ramiona, z głową przyciśniętą do jego piersi, słuchając serca bijącego nienaturalnie szybko.
- Judy... moja Judy... Tak bardzo się bałem, że coś ci się stało - szeptał prosto do mojego ucha, zacieśniając uchwyt. Skrywała się w tym geście tak... rozpaczliwa desperacja, że zamarłam bez ruchu. Niewypowiedziane słowa zastygły na moich ustach, kiedy analizowałam jego wypowiedź. Byłam do reszty zagubiona. Brakowało mi mojego Nicka. Troskliwego, dobrego, uroczego, za którym wskoczyłabym w ogień. Nie chciałam pamiętać tej jego obcej wersji, drażliwej, nieprzyjemnej i zamkniętej w sobie. Wciąż jednak czekała nas poważna rozmowa.
- Nick, ja...
- Nie teraz - uciął, opierając rozgrzany policzek na czubku mojej głowy. - Jeszcze nie zdecydowałem czy mam zamiar krzyczeć. Musisz koniecznie przestać doprowadzać mnie do szaleństwa.
- Nie rozumiem cię - wyznałam, odsuwając się nieco, żeby móc spojrzeć mu w twarz. - Najpierw mnie odrzucasz, obrażasz, ranisz... a teraz śmiesz się martwić?
Patrzył mi z powagą prosto w oczy. Przez krótki moment ważył swoje słowa zanim postanowił się odezwać. Jakby nie do końca wiedział, co chce mi przekazać.
- Przepraszam, Karotka. Miałem ciężki czas ostatnio. Byłem chory, a wszystko pozostałe się pogmatwało. Nie powinienem wyładowywać na tobie swojej frustracji spowodowanej bezradnością. Naprawdę... naprawdę mi przykro.
- A Fennick?! Co to za pomysł ze śledzeniem mnie? - Podparłam łapki na biodrach. Nie zamierzałam łatwo mu odpuścić, nawet jeśli w głębi ducha strasznie mi ulżyło.
- Przecież to oczywiste. Po twojej ostatniej akcji... tak, słyszałem jak brawurowo rzuciłaś się w pogoń za uzbrojonym przestępcą, prawie dostałem zawału. Nie możesz wiecznie stawiać na szali swojego życia! To było głupie i nieodpowiedzialne. - Podniósł głos, wyraźnie podenerwowany, co nieco zbiło mnie z pantałyku. - Czy ty chociaż przez chwilę pomyślałaś o innych? O tych, którzy załamaliby się gdyby coś się tobie stało? Jak ja bym się czuł, wiedząc, że to z mojej winy jakiś idiota zrobił ci krzywdę?!
- Ja... To nie... - Język mi się plątał, byłam naprawdę poruszona jego płomienną przemową. Nie chciałam sprawiać kłopotu ani przysparzać zmartwień. Tak naprawdę to nie brałam pod uwagę możliwości, że komukolwiek, poza rodziną, mogłoby na mnie zależeć. - Sama byłabym sobie winna.
- Nie - zaprzeczył gwałtownie, przykucnąwszy przy mnie tak, że spoglądałam na niego z góry. Zamrugałam, ponieważ oczy mi się szkliły. - Gdybym nie zachował się jak ostatni kretyn to byłabyś tu ze mną wtedy. Tu, a nie na ulicy, w samym centrum niefortunnych zdarzeń. Zwierzogród już nie jest bezpiecznym miejscem, Judy. Nie mogę pozwolić byś radziła sobie sama. Powinienem być przy tobie, chronić cię. Dopóki nie będę w stanie tego robić, Fennick zapewni ci towarzystwo. Jeśli wolisz może zachować dyskrecję i trzymać się na dystans, jednocześnie mając cię na oku. Pozostawię ci wolną rękę przy wyborze.
- Nick, nie musisz się mną kłopotać. Dam sobie radę - powiedziałam, starając się zabrzmieć przekonująco. Chwycił mnie za łapkę i delikatnie splótł nasze palce.
- Umarłbym, gdyby coś ci się stało.
