Rozdział 10

Po powrocie z kawiarni, ku swojemu zdumieniu, zastaje w domu Sherlocka. Detektyw leży na sofie i wpatruje się w przestrzeń, obracając w palcach telefon. John rejestruje z ulgą, że Sherlock jest ubrany w spodnie i koszulę; po ostatnich dwóch tygodniach prawie się spodziewał, że spotka Sherlocka chodzącego po Londynie w szlafroku.

John uświadamia sobie, że właściwie nie spodziewał się zastać Sherlocka w mieszkaniu, przez co zupełnie nie ma pojęcia, co zrobić.

- Ee... cześć – mówi wreszcie. Ma wrażenie, jakby jego głos odbił się echem. Sherlock ignoruje go.

- No cóż... - Wpatruje się w czubek głowy Sherlocka. Gdyby sam był szalonym geniuszem, co mogłoby sprowokować go do rozmowy?

- Och! Och, hej! – Obraca się na pięcie i zaczyna wbiegać po schodach do swojej sypialni. Kątem oka widzi jeszcze, jak Sherlock odwraca głowę, żeby na niego spojrzeć. To jedyne chwile, kiedy Johnowi udaje się naprawdę go zaskoczyć: kiedy natychmiast rzuca się do zrobienia czegoś, co właśnie przyszło mu do głowy.

Podchodzi prosto do szafy i nurkuje w niej ręką, dopóki nie natrafia palcami na gładki papier. Uśmiecha się do siebie, wyciągając prezent. Pudełko jest trochę zgniecione na rogu (spadło na podłogę, kiedy John rzucił plecak na sofę zaraz po powrocie), ale nadal wygląda w porządku.

- Kompletnie wyleciało mi z głowy – mówi Sherlockowi chwilę później, podsuwając mu pod nos opakowane w papier pudełko. Sherlock nie zaszczyca Johna spojrzeniem, ale jego wzrok wędruje w stronę prezentu. – Ale ty nie zapomniałeś, co?

- Z jakiego powodu tak uważasz? – Jego głos ocieka pogardą – Niby czemu miałbym pamiętać o czymś takim? – ale John tylko się śmieje.

- Bo jesteś jak słoń. Nigdy niczego nie zapominasz. I zajmujesz tyle samo miejsca, suń się. – Zaczyna siadać na kanapie, a Sherlock unosi pospiesznie nogi i zmienia pozycję na siedzącą. – Przepraszam, że zapomniałem, to pewnie przez wstrząśnienie mózgu. Ale, no wiesz, wszystkiego najlepszego. Spóźnione. Otwórz.

Sherlock wygląda, jakby był rozdarty między chęcią zignorowania prezentu, a otwarcia go tylko po to, żeby móc wygłosić jakiś pogardliwy komentarz. John wzdycha w duchu. Nie chodzi o to, że Sherlockowi może się nie spodobać jego prezent – chodzi o to, że Sherlock z góry chce, żeby mu się nie spodobał. Kiedyś było to takie proste, teraz nie jest; a John nie ma pojęcia, co zrobić.

Randkowanie było łatwe, nawet jeśli czasem kłopotliwe i nie zawsze przyjemne. Kiedy coś szło nie tak (a zdarzało się to często – częściej, odkąd zamieszkał z Sherlockiem, aczkolwiek wcześniej nie było dużo lepiej), kobiety z którymi się spotykał zawsze zdawały się wiedzieć, w czym tkwi problem i jak można go rozwiązać. Ostatecznie i tak nic z tego nie wychodziło, ale całkiem pocieszająca była świadomość, że któraś ze stron rozumie sytuację. A John mógłby założyć się o swój ulubiony sweter (który, tak nawiasem mówiąc, wcale nie spłonął), że aktualnie żadna ze stron nie ma bladego pojęcia, co się dzieje, dlaczego się dzieje ani – tym bardziej – jak to naprawić.

I, słodki Jezu, kiedy zaczął porównywać przyjaźń z Sherlockiem do swoich związków?

- No otwórz – powtarza. Ma ochotę szturchnąć Sherlocka, ale powstrzymuje się w ostatniej chwili – kolejny przykład na to, jak kiepskie są ostatnio ich stosunki.

- Po co? – cedzi Sherlock. Mruży oczy, próbując zgadnąć, co jest w środku.

- Bo wtedy będziemy mogli tego użyć – mówi mu John. Sherlock unosi głowę i patrzy na niego, a John myśli tylko: nareszcie.

Sherlock zrywa papier bez słowa.

- To nie jest książka – odzywa się po dłuższej chwili. Wygląda na skonsternowanego.

- Ee... no nie – zgadza się John. – To nie jest książka. – Przez chwilę ma ochotę podroczyć się z Sherlockiem i pogratulować mu doskonałych zdolności detektywistycznych, ale słowa zamierają mu na języku. Kolejny dowód na to, jak wszystko się między nimi pozmieniało. I nawet, jeśli pozornie wydaje się milsze, w rzeczywistości jest wręcz odwrotnie.

Sherlock przeszywa go spojrzeniem. John czuje tak absurdalną ulgę, że najchętniej kupowałby mu prezenty codziennie, jeśli tylko byłby to skuteczny sposób na zwrócenie na siebie uwagi.

- Nie jesteśmy rodziną. Kupiłeś mi prezent. I nie jest to książka.

- Tak – potwierdza John. Ma nadzieję, że Sherlock nie zauważy, jak bardzo ucieszył go ten okruch uwagi. Albo w sumie mógłby zauważyć. Albo nie, lepiej nie.

Postanawia przestać myśleć i ograniczyć się do nadziei, że niedługo uda mu się wziąć w garść.

Sherlock unosi pokrywkę pudełka i wpatruje się bez wyrazu w jego zawartość.

- Monopoly?

Każdy stół w mieszkaniu jest zawalony książkami albo eksperymentami, więc lądują z planszą na podłodze. Nie rozmawiają zbyt wiele, chociaż John co chwilę musi wyjaśniać reguły gry – za każdym razem, kiedy zaczyna mówić, Sherlock wpatruje się w jego usta, więc Johnowi cały czas mieszają się słowa.

Kupują nieruchomości, rzucają kostką, Sherlock notorycznie podkrada pieniądze z banku i bawią się razem lepiej, niż przez kilka ostatnich miesięcy.

- Nie wolno ci być przestępcą, Sherlock – powtarza cierpliwie John. Sherlock wyjmuje z podkładki papierową setkę i posyła mu pogardliwe spojrzenie. – To niezgodne z regułami gry.

- Mam gdzieś ich reguły – prycha Sherlock. – Moje są lepsze.

- Może i tak, ale ja ich nie znam.

Sherlock przelicza plik ukradzionych pieniędzy.

- Nie chcesz ich znać. Poza tym i tak byś się nie stosował. Zawsze przestrzegasz tych samych nudnych zasad, co wszystko wkoło. – Wyrzuca kostkę, ląduje pionkiem na nieruchomości Johna, płaci mu, po czym natychmiast kradnie pięćdziesiątkę z pliku pieniędzy Johna. – Ale też możesz być przestępcą – oferuje łaskawie.

John powstrzymuje uśmiech.

- Nie, dzięki – odpowiada, chociaż odzyskuje swoją pięćdziesiątkę. – Nie nadążyłbym za tobą. Będę się trzymał moich nudnych zasad.

Sherlock pochyla się do przodu i patrzy ponuro na plik papierowych pieniędzy.

- Nie do końca rozumiem twoje zasady – mówi nagle przygaszonym głosem. – Chcę przestać grać.

- Ooj, no dalej – przekonuje go John. – Zobacz, jest fajnie. Nawet pozwalam ci być przestępcą.

Sherlock podrywa głowę, patrząc na niego ze złością.

- Serdeczne dzięki za twoją wielkoduszność – cedzi najbardziej uszczypliwym tonem, na jaki potrafi się zdobyć. John nie ma pojęcia, co się właśnie stało.

- Ja... Co? Sherlock, to jest tylko...

- Tylko co? – prycha Sherlock. – Tylko gra?

I John nie ma pojęcia, co odpowiedzieć: bo to kolejny z tych momentów, w których on widzi jeden sens rozmowy, a Sherlock drugi – ten słuszny – i tym razem Sherlock na pewno mu tego nie wyjaśni. A John zaczyna być cholernie zmęczony tym, że nie pojmuje rzeczy, które wszyscy wkoło uważają za oczywiste.

To znaczy, że pozostało mu tylko jedno.

Sherlock sapie z zaskoczenia, kiedy John pospiesznie pokonuje dzielącą ich przestrzeń i przyciska go do podłogi. Przytrzymuje go za ramiona, z kolanami po obu stronach jego bioder.

- Co ty wyprawiasz? – pyta ostro Sherlock. Ma rozszerzone oczy i przyspieszony oddech; na zmianę spogląda na Johna i odwraca wzrok.

- Przestań. Po prostu przestań, dobra? Nie mam pojęcia, co się do cholery dzieje, ale ignorujesz mnie od tygodni.

Sherlock przewraca oczami i splata ramiona na piersi. Dłonie Johna ześlizgują się z jego ramion i opadają na podłogę.

- Nie muszę cały czas cię zabawiać. Masz od tego innych przyjaciół. A nawet gdybyś nie miał, i tak bym tego nie robił.

John przewraca oczami i prycha.

- Zabawiasz mnie bardziej, niż bym chciał, jeśli uznamy traumy za rozrywkę. A Emma nie jest moją przyjaciółką. Nie naprawdę. Tylko... kimś, kto mówił mi to, co chciałem usłyszeć.

Sherlock rzuca mu gniewne spojrzenie, ale po chwili jego twarz przybiera zamyślony wyraz. Odchyla głowę, żeby przyjrzeć się Johnowi uważniej, a John uświadamia sobie nagle, że nawet jeśli przestali się dotykać, nadal dzieli ich od siebie tylko kilkanaście centymetrów.

- A co chciałeś usłyszeć? – pyta powoli Sherlock. Jego wzrok złagodniał, a mina przestała wydawać się Johnowi groźna – przeciwnie, raczej łagodna. Nagle ma ochotę dotknąć twarzy Sherlocka i zobaczyć, jak skończy się przesunięcie mu dłonią po policzku – popsuje wszystko do reszty, czy przeciwnie – naprawi?

Unosi rękę, która zamiera w powietrzu tuż przy twarzy Sherlocka. Sherlock nadal się w niego wpatruje, nie poruszając się. John przełyka ślinę.

- Ja...

Drzwi otwierają się z hukiem i w mieszkaniu rozlega się głos Lestrade'a.

- Sherlock! Znaleźliśmy tego brodatego faceta, nadal ma nóż! Musimy... – Przerywa. – Och. Ja, ee...

John zrywa się z podłogi o wiele za szybko.

- Sherlock cholernie kiepsko gra w Monopoly – mówi, jakby było to dobre wytłumaczenie. Czuje, że oblewa się rumieńcem i ma nadzieję, że nie widać tego aż tak bardzo. Nie patrzy na Lestrade'a, zamiast tego wbijając wzrok w nadal leżącego na podłodze Sherlocka. Słyszy, jak Lestrade chrząka i szura butami po posadzce.

- John upiera się przy zasadach, których nie chcę przestrzegać – odzywa się Sherlock, a jego głos brzmi... smutno? Mruga i odwraca wzrok, po czym podpiera się na ręku i wstaje.

- Dokąd idziemy? – pyta Lestrade'a, a jego głos jest tylko odrobinę napięty i cichszy niż zwykle.

I, niech to diabli, John widzi jak Sherlock chwyta płaszcz i rusza w stronę drzwi, nie zabierając go ze sobą. To, zdaje się, było naprawdę kiepskie posunięcie.