44 #09
Dni płynęły. Po nich tygodnie, a następnie miesiące. Martwi zostali pogrzebani, a ślad po ich śmierci pracowicie uprzątnięty. Tylko gdzieniegdzie jeszcze, wżarte w drewno plamy krwi dawały świadectwo rzezi, która nie tak dawno miała miejsce. Żywi natomiast próbowali zapomnieć. Próbowali pracowicie, pogrążając się w chaosie codziennych obowiązków, próbowali przez cały czas. Nie patrzyli już nawet w stronę okolonej murem dzielnicy, stanowiącej jeszcze nie tak dawno niemalże oddzielne miasto, a dzisiaj cichej niczym grobowiec.
Były jednak osoby, nieliczne co prawda, które nie chciały zapomnieć. I nie dlatego, że jak pewien chłopiec rozpamiętywały dokonaną zbrodnię, czy jak inny chłopiec budziły się, mając wrażenie, że ręce ociekają krwią. Ich motywy były znacznie bardziej brudne, znacznie bardziej przyziemne. I zwyczajnie znacznie bardziej konieczne.
Dlatego też jeden starzec siedział przy biurku, otoczony ze wszystkich stron zwałami papieru i stertami zwojów, wypełniając pilnie szybkim, ostrym pismem kolejne karty, a drugi stał przed nim, opierając się na lasce.
- Mogę zadać pytanie?
- Już to zrobiłeś - prychnął Hiruzen. - Co zrobisz, jeżeli ci zabronię?
- I tak je zadam - wzruszyłby ramionami, gdyby nie pokrywające go bandaże i kula, na której się opierał.
- Więc przestań w głupi sposób nawiązywać rozmowę - westchnął Hokage. - Nie mam całego dnia na wymianę grzeczności.
- Więc ich zaprzestanę- stwierdził lekkim tonem Danzo, po czym zaraz spoważniał. - Dlaczego poinformowałeś o wszystkim Kazekage? On nie ma z tym nic wspólnego.
- To mój sojusznik, drogi przyjacielu - uśmiechnął się lekko Hiruzen. - Zdaje mi się nawet, że znacznie pewniejszy od ciebie.
- To go nie dotyczy- syknął Danzo. - Obnażanie naszych słabości przed innymi...
- Ukrywanie się z utratą piątej części populacji do niczego dobrego nie doprowadzi - mruknął Hokage. - Inne wioski z całą pewnością mają już wszystkie dostępne informacje na ten temat, więc udawanie, że nic się nie stało nie da nam jakichkolwiek zysków. Za to osłabi naszą pozycję w oczach innych.
- Teraz mówisz w moim języku. Niemniej jednak nie rozumiem, czemu był pierwszą osobą, jaka przyszła na myśl...
- Sojusz z Suną od dłuższego czasu rośnie w siłę, dzięki wspólnym staraniom - uśmiechnął się lekko Hokage. - Więc Kazekage ma pełne prawo aby wiedzieć, że gdzieś na świecie za kilkanaście lat mogą pojawić się nowi Uchiha.
- A co Suna może zaoferować w zamian za tę informację? - podchwycił Danzo. - Bo nie zauważyłem, żeby inni Kage otrzymali te informacje.
- Jeżeli znajdzie miejsce, w którym jest sporo osób o charakterystycznym typie urody, to postara się, żeby ta informacja dotarła i do mnie - uśmiechnął się lekko Hiruzen.
- Ufasz mu aż tak bardzo?
- Nie ufam mu wcale, bo wiem, że jest równie podstępny, jak ty, drogi przyjacielu - powiedział łagodnie Hokage. - Właśnie dlatego jest doskonałym sojusznikiem. Nie stracę czujności.
- Ciekawe podejście - zaśmiał się cicho Danzo. - Chociaż byłbym ostrożny. Ryoshi to bardzo niebezpieczna osoba.
- Oh? A czym zasłużył sobie na uznanie z twojej strony?
- Przetrwał - powiedział spokojnie Danzo.
Mówił w pełni zgodnie z własnym sumieniem. W jego oczach jedynie ludzie, którzy byli w stanie przekroczyć własne możliwości, którzy wykorzystywali każde sposobności i nie chowali głowy w piasek, kiedy chodziło o podejmowanie trudnych decyzji, byli w pełni godni noszenia tytułu Kage. Tylko oni. Ci o łagodniejszym sercu, zwolennicy pokoju… oni byli słabi, a wraz z nimi słabły i Wioski Shinobi. A czasy pokoju były czasami słabych ludzi.
Kazekage do takich nie należał, bo do władzy doszedł wśród panującego chaosu i pożogi. Potrafił wydawać bezlitosne polecenia, potrafił wysyłać ludzi na śmierć.
A nade wszystko, potrafił poświęcić wszystko dla dobra osady, w taki sam sposób, w jaki zrobiłby to Danzo. W imię mocy przemienił swojego najmłodszego syna w Jinchuriki, umacniając przy użyciu potęgi demona pozycję Suny.
O tak, Sabaku no Ryoshi był człowiekiem, którego Danzo potrafił szanować. Którego powinno strzec się niczym węża, niczym samego Orochimaru, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ukąsi.
- Mnie się czasami wydaje, że ty masz jednak nasrane we łbie - ocenił Jiraiya, przyglądając się krytycznie Kazekage.
Ryoshi wykrzywił się paskudnie i pewnie spróbowałby przywalić pustelnikowi za ten komentarz, gdyby nie to, że w chwili obecnej niespecjalnie mógł się ruszać.
- Potrafię zrozumieć różne rzeczy - kontynuował niczego nieświadomy Sannin - Ale ty zdecydowanie przekraczasz granice zdrowego rozsądku.
- A co niby innego mam zrobić? - prychnął młodszy mężczyzna. - Lepiej powiedz, jak ma się sytuacja na świecie.
- Nie jestem twoim szpiegiem - burknął Jiraiya.
- Ale zależy ci na życiu i zdrowiu jednego z moich synów, a to zależy od sytuacji na świecie, którą pilnie śledzisz - uśmiechnął się złośliwie Kazekage.
- Ty jesteś za cwany dla własnego dobra - westchnął pustelnik i obsłużył się sam zawartością barku Kage. To nie tak, żeby Ryoshi w tej chwili mógł się za bardzo ruszać samodzielnie jeżeli tylko mógł temu pomóc, więc pustelnik czuł się w pełni usprawiedliwiony.
Istniało wiele sposobów na zwiększanie możliwości bojowych shinobi. Od zwyczajnego treningu, długotrwałego, męczącego i którego efekty pojawiały się bardzo powoli, poprzez wprowadzanie udoskonaleń we własnym ciele. Podczas swoich wędrówek Jiraiya widział shinobi, którzy wymieniali swoje kończyny na mechaniczne odpowiedniki, skrywając w ich wnętrzu różnoraką śmiercionośną broń, widział ludzi, którzy wszczepiali sobie części ciał przeciwników lub modyfikowali własny kod genetyczny, żeby uzyskać właściwości podobne do kekkei genkai. Widział też efekty takich prób; szczególnie w wykonaniu Orochimaru, który eksperymentował na biednych frajerach żądnych władzy i potęgi.
Ryoshi nie był aż tak drastyczny, ale nie był też normalny. Normalne osoby co najwyżej umieszczają na swoim ciele pieczęci umożliwiające szybsze przywołanie zwierzęcych sojuszników. Ryoshi poszedł kilka kroków dalej i dobitnie odczuwał konsekwencje.
Umieszczenie na skórze pieczęci znacznie różniło się od zwykłych tatuaży. zdecydowanie się różniło. Zwykłe tatuaże nie doprowadzały do zmian w sposobie ,w jaki przepływała chakra, nie były też wykonywane tuszem wzmacnianym chakrą. Poza tym...
- Boli jak sam skurwysyn, co? - wyszczerzył się złośliwie Jiraiya, nalewając również swojemu rozmówcy.
Ten ponuro spojrzał na kubek.
- Gdyby to chociaż nadal działało - westchnął.
Pustelnik zamrugał, po czym powoli skierował wzrok na twarz mężczyzny. W pierwszej chwili nie zrozumiał, w drugiej miał nadzieję, że jednak zrozumiał źle. Potem jednak wyciągnął jedyne wnioski, które przy Ryoshim mogłyby być słuszne.
- Ty jesteś jednak równo popierdolony - stwierdził, krzywiąc się. - Kto normalny z własnej woli żre truciznę?
- Nie mam pojęcia - Kage wzruszył ramionami. - Ale to ma swoje plusy, niewielu się tego spodziewa. No i to dzięki temu nie padłem trupem.
Kolejna porcja informacji, bez których Jiraiya czułby się znacznie lepiej niż w ich towarzystwie. Wyrobienie sobie odporności na truciznę oznaczało nic innego, jak przyjmowanie małych porcji specyfiku przez długi czas, stopniowo zwiększając dawki, aż do momentu, w którym potencjalnie śmiertelna dawka co najwyżej przerzyna człowieka tragicznie, ale nie zabije.
Przy odpowiednim sterowaniu taką „terapią" można było wykluczyć naprawdę potężny arsenał trucizn, doprowadzając ciało do stanu, w którym ignorowało praktycznie wszystkie nieszczególnie pożyteczne substancje wprowadzone do organizmu.
Miało to swoje plusy, pozwalało na element zaskoczenia w walce i zdecydowaną przewagę w brudnej grze politycznej, ale jednocześnie ciągnęło za sobą całe stada wad, takich jak odporność na leki. I alkohol. To też w pewnym sensie były trucizny, przynajmniej to zdarzało się powtarzać Tsunade, kiedy była na rauszu.
W przypadku ninja prowadziło też zwiększenie tolerancji na obcą chakrę wprowadzoną do organizmu – poprzez różne jutsu, czy pieczęcie. Ciało, o w pełni wykształconym systemie jednak można było nagiąć jedynie do pewnego momentu. Potem zaczynały się kłopoty.
- Zatrucie chakrą - pustelnik roztarł sobie skronie. - Ryoshi, ciebie za debilizm powinni cofnąć do Akademii.
- Co innego twoim zdaniem miałem zrobić? - uśmiechnął się krzywo Kage. - Nie mam zbyt wielu momentów świętego spokoju, więc pieczęci musiały zostać nałożone jednym rzutem, wtedy, kiedy w Sunie jest wystarczająca ilość joninów i ANBU na odwalenie brudnej roboty za mnie, jeżeli będzie taka potrzeba.
- Ja tam to nazywam skłonnościami samobójczymi - prychnął pustelnik.
- Jiraiya, mam na karku dwójkę Jinchuriki - westchnął Ryoshi. - Jeżeli kiedykolwiek któryś z nich straci kontrolę nad bijuu, to będzie trzeba go powstrzymać. Mogą to zrobić nawet jednocześnie, a ja muszę być na tę ewentualność przygotowany.
- Wcześniej tak bardzo się tym nie przejmowałeś - prychnął pustelnik. - Co się stało, że zmieniłeś podejście?
- Ktoś wpadł do odwiedziny, niedawno po twojej poprzedniej wizycie - uśmiechnął się krzywo Ryoshi. - Przelazł mi przez straże, ANBU i paradował po mieście, jakby nigdy nic.
- Mówisz o... - spojrzenie Jiraiyi wyostrzyło się, a twarz w jednej chwili spoważniała.
- Orochimaru - Kage skinął głową. - Złożył mi całkiem intrygującą propozycję i przy okazji prawie doprowadził do stanu przedzawałowego. Wolę nie powtarzać tego doświadczenia jeszcze raz.
- Czego od ciebie chciał?
- Konohy - odpowiedział Ryoshi nonszalanckim tonem.
Jiraiya odetchnął z ulgą, po czym przeciągnął się.
Drogę z Suny do Konohy, po tym jak uzyskał informacje na temat Orochimaru, przebył w tempie ekspresowym.
Później też nie miał czasu na jakikolwiek odpoczynek. Gdy tylko przekroczył bramę wioski, dopadł wieży Hokage i zdał relację z tego, co usłyszał.
Przez kilka następnych godzin wraz z Sarutobim dyskutowali i myśleli nad aktualną sytuacją.
W połączeniu z masakrą, do której niedawno doszło i zaginięciem pewnych elementów ciał, przyszłość prezentowała się w naprawdę ponurych barwach.
W ręce Orochimaru najprawdopodobniej trafiły nie tylko oczy Uchiha. Skoro Danzo zdołał zagospodarować zagarnięte surowce i wymusić na jednej ze swoich podwładnych urodzenie potomka Shisui Uchihy - matka z dzieckiem aktualnie przebywały w ukryciu, objęte tajemnicą jak ta dotycząca Naruto - to Orochimaru z całą pewnością produkował w tej chwili armię.
- Nasze szczęście, że Ryoshi postanowił współpracować z Konohą, a nie z tym draniem - mruknął jiraiya, krzywiąc się na myśl o tym, co może ich czekać już za kilka lat.
- Tak, to zdecydowanie sprzyjająca okoliczność - pokiwał głową Hiruzen. - Chociaż nie do końca rozumiem, co planował Orochimaru, próbując w to wmieszać Sunę.
- Na arenie politycznej sytuacja pomiędzy Konohą a Suną nadal jest dosyć... napięta - uśmiechnął się krzywo Jiraiya. - A Ryoshi ma opinię strasznej świni i materialisty. Drań pewnie próbował zaprezentować mu możliwe zyski i przejęcie wpływów Konohy.
- I się na tym przejechał - podsumował Sarutobi.
- Prawdopodobnie tylko dzięki temu, że Kazekage wcześniej wszedł w kontakt ze mną - mruknął pustelnik. - Więc zdawał sobie sprawę z tego, czym ryzykowałby wchodząc w sojusz z Orochimaru.
- Wygląda więc na to, że sytuacja, w jakiej znalazł się Naruto przyniosła nowe i całkowicie niespodziewane korzyści - zaśmiał się cicho Hokage. - Inaczej w życiu twoja noga by nie dotknęła tamtej ziemi.
- Przeznaczenie kroczy zaskakującymi ścieżkami - podsumował Jiraiya. - Aż boję się wyobrażać sobie, co mogłoby się stać, gdyby ten pustyny baran nie miał pełnych informacji i łyknął haczyk.
- Prawdopodobnie byłby martwy - stwierdził Hiruzen.
i nie tylko on, ale tego nie dodał już na głos.
Mimo wszystko, wiadomość o tym, że Orochimaru coś planował i szukał sojuszników w taki sposób oznaczała tylko jedno. Coś planował i nie było to nic małego.
Szczególnie teraz, kiedy Konoha utraciła wiele ze swojej siły i musiała walczyć o utrzymanie swojej pozycji wśród Wielkiej Piątki, Oznaczało to, że w w mieście pozostawało mniej shinobi niż do tej pory, bo musieli utrzymać ilość wypełnianych misji poza jej granicami.
Hiruzen zgrzytnął zębami.
- Będzie trzeba zwiększyć ochronę Konohy, a to nie wszystkim może się spodobać - mruknął. - Ale nie chcę, żeby historia Itachiego się powtórzyła.
- Nie on jeden ukończył akademię bardzo wcześnie - mruknął Jiraiya.
- Owszem - westchnął ciężko Hokage. - Lata temu coś takiego wydawało się konieczne, ale teraz, kiedy widzę skutki takiego postępowania...
- Coś jest ci solą w oku?
- Kakashi - powiedział krótko.
Jiraiya uniósł brwi, zerkając na mężczyznę z ciekawością i pewną obawą. Przeczuwał, że za moment na jego barkach wyląduje ciężar kolejnego zadania.
- Byłem zmuszony przywrócić go do aktywnej służby - kontynuował Sarutobi. - Ale on nadal nie doszedł do siebie po Minato.
- Rzekoma śmierć Naruto tylko go dobiła, hm?
- Owszem. Od tej pory nie był sobą - pokręcił głową z rezygnacją. - Jest za dobrym shinobi, żeby ot tak pozwolić mu przyjąc samobójczą misję.
- Więc trzymałeś go na smyczy, w domu - Jiraiya wzruszył ramionami. - A teraz, kiedy jest ci potrzebny, oczekujesz ode mnie, że pójdę, pogadam z nim i dokonam cudu?
- Mniej więcej - przytaknął Hokage.
Pustelnik westchnął ciężko.
jak zwykle ludzie chcieli od niego niemożliwego, a on jak zwykle po prostu poszedł to zrobić.
Znalezienie Kakashiego nie było wcale takie trudne. Po prostu szukał osoby, z którą ten najczęściej się zadawał. Maito Gai mógł pochwalić się osobowością głośną i rzucającą się w oczy, więc odnalezienie go nawet na słuch było banalne.
Poza tym ten głupawo wyglądający shinobi stanowił osobę naprawdę godną zaufania, chociaż może nadmiernie entuzjastyczną.
- Dawno się nie widzieliśmy - przywitał ich, błyskawicznie dołączając do dwójki ninja zajętych treningiem.
Na jego szczęście, znajdowali się na jednym z bardziej odosobnionych pól treningowych.
- Czego chcesz? - burknął Kakashi.
- Pogadać - zaśmiał się Jiraiya. - tak dawno was nie widziałem, czas wymienić plotki ze starym człowiekiem!
- Jakoś nie mam na to ochoty - stwierdził obojętnym tonem Kakashi, po czym odwrócił się, wpakował ręce do kieszeni i przymierzył się do oddalenia.
- Hej, to było niegrzeczne! - skarcił go Gai. - Ci, w których rozkwita świetlana młodość powinni korzystać z rad starszych, którzy zechcieli podzielić się wiedzą!
- Jakoś nie jestem zainteresowany...
Jiraiya przewrócił oczami i przyskoczył do Hatake jednym susem.
Ten łypnął na niego wrogo, ale został całkowicie zignorowany.
- Przyzwanie! - powiedział pustelnik, uderzając otwartą dłonią w ziemię pomiędzy nimi.
Grunt zadrżał, po czym w błyskawicznym tempie otoczyło ich coś tętniącego, barwy świeżego mięsa, odcinając od świata zewnętrznego.
- Co do licha? - jęknął Gai, zachwiawszy się lekko, kiedy i grunt pod jego nogami zmienił się w czerwonawą masę.
- Też mnie to ciekawi - widoczne oko Kakashiego zwęziło się wyraźnie i zalśniła w nim wrogość. - Nie wiem, czego od nas chcesz, ale to zdecydowanie jest przesada.
- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytał gai, marszcząc gniewnie brwi. - Specjalna metoda treningu?
- Chciałbym zapytać o to samo - mruknął chłodno Kakashi. - Co ty knujesz?
- Po prostu nie chciałem, żeby nikt nas nie podsłuchał - rozłożył ręce, uśmiechając się krzywo. - To najlepszy sposób.
- Podejrzewasz, że w wiosce znajdują się jacyś szpiedzy?! - wykrzyknął Gai, momentalnie przyjmując bojową postawę.
- Nie, podejrzewam, że jak powiem, co mam do powiedzenia, to usłyszy o tym pół dzielnicy - skrzywił się Jiraiya, - A do tego jakoś nie mam zamiaru dopuścić.
- Brzmi rozsądnie - Maito skinął głową z uznaniem.
- To o co chodzi? - burknął Kakashi, zakładając ręce na piersi. On z kolei był nieprzekonany i podejrzliwy.
- Chodzi o Naruto - powiedział pustelnik.
To jedno słowo wystarczyło, żeby w Joninie zawrzało. Kakashi rzucił się do przodu z furią, przygwożdżając starszego mężczyznę do ściany. uderzeniu towarzyszyło mlaśnięcie.
- Jak śmiesz o nim mówić!? - warknął. - Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebował?!
Jego pięść spotkała się z twarzą pustelnika, zanim Gai zdążył chwycić go za rękę.
Jiraiya zatoczył się do tyłu. Kakashi nie cackał się, pod wpływem uderzenia prawie że nim obróciło. Chyba tylko wrodzonemu szczęściu zawdzięczał to, że uderzenie nie połamało mu szczęki albo nosa.
Jonin chciał wyrwać w jego stronę i przyłożyć mu raz jeszcze, ale tym razem refleks Maito zaskoczył i został schwycony w pół kroku, a następnie uwięziony w zapaśniczej dźwigni.
- No, skoro już się uspokoiłeś - mruknął Jiraiya, rozcierając obolałą twarz - to mogę dokończyć zdanie, które zacząłem.
- Co tu jest do kończenia? - prychnął Hatake. Gai, dla pewności nadal go trzymał w żelaznym uścisku. - Naruto jest martwy! I to była twoja wina, nie było cię przy nim, kiedy powinieneś...!
- Owszem, też mi przykro z tego powodu, że nie poszedłem po rozum do głowy i nie przygarnąłem dzieciaka - mruknął pustelnik. - Ale z drugiej strony, siebie w roli ojca kompletnie nie widzę, nie to, co innych...
- Możesz łaskawie dojść do sedna sprawy? - warknął Hatake. - Nie mam całego dnia na twoje bzdury.
- Naruto żyje i ma się dobrze - uśmiechnął się krzywo Jiraiya.
- Co? - Kakashi i Gai wlepili w niego zaskoczone skojarzenia. Hatake wysunął się z ramiona przyjaciela, którego uścisk nagle rozluźnił się.
- To, co powiedziałem - pustelnik wzruszył ramionami. - Wieść o jego śmierci powstała po to, żeby dzieciak miał szansę żyć względnie normalnie w innym miejscu, zanim będzie w stanie sam się obronić.
- Teraz rozumiem, po co ta bariera - mruknął Maito, po raz kolejny kiwając głową z mądrą miną. - Nikt wrogo nastawiony do chłopca w ten sposób się nie dowie, o co chodzi.
- Gdzie jest? - zapytał Kakashi.
- Nie wiem, czy obiło wam się o uszy, że Kazekage ma od jakiegoś czasu czwórkę dzieci, nie trójkę.
- A jednak. Do reszty ci odbiło - prychnął Kakashi. - Ze wszystkich ludzi, akurat ten człowiek...
- Tutaj muszę go poprzeć - mruknął Gai. – Lord Kazekage nie należy do osób, które cieszyłyby się najlepszą reputacją...
- Na początku też miałem takie obawy - stwierdził Jiraiya, uśmiechając się krzywo. - Ale Naruto to szczególny dzieciak.
- Co przez to rozumiesz?
- Potrafi... zmieniać ludzi - podrapał się po głowie. - Ciężko to wyjaśnić, ale intuicyjnie wyciąga z ludzi to, co najlepsze.
- Czyli... wszystko z nim w porządku?
- Jak trudno to ogarnąć umysłem, Ryoshi naprawdę traktuje go jak własnego dzieciaka - mruknął Jiraiya. - Nie ma tendencji do rozpieszczania ani niczego w tym stylu, ale dałby się zarżnąć jeżeli dzięki temu jego dzieciaki miałyby być bezpieczne.
- Ciężko to połączyć akurat z nim - wymamrotał Gai. - Ale jeżeli jesteś pewien swoich słów...
- Nie byłbym, jakbym nie widział na własne oczy.
- Od jakiego czasu o tym wiesz? - zapytał Gai, marszcząc brwi.
- Od jakichś dwóch lat regularnie zahaczam o Sunę - mruknął pustelnik. - Sprawdzić, czy pieczęć Naruto i Gaary trzyma się kupy i takie tam.
- Gaara to drugi Jinchuriki? - zapytał Kakashi.
- Ano - potwierdził skinieniem głowy. - Całkiem przyjemny dzieciak, drańsko inteligentny, tylko nie chciałbyś mierzyć się z nim na spojrzenia. Przez pewien czas miał drobny problem z kodeksem moralnym, ale jak już mówiłem, Naruto ma zbawienny wpływ na ludzi.
- Swoją drogą - mruknął Gai. - Ryoshi? Jesteście po imieniu?
- Znam drania odkąd był pryszczatym kurduplem, nie będę mu lordował! - burknął Jiraiya zakładając ręce na piersi. - mam jeszcze swoją godność!
- Z ciekawości, nie powiedziałeś o tym nikomu, bo...?
- Hokage wie i tyle wystarczy - uciął Jiraiya. - Z całą pewnością w Radzie jest kilka osób, które wykorzystałyby sytuację dla własnych korzyści, a tego chcemy uniknąć.
- Czy Kazekage przypadkiem nie użyje go do swoich własnych celów? - zapytał sceptycznym tonem Kakashi.
- Na początku też miałem takie obawy – pustelnik uśmiechnął się krzywo. – Prawdę mówiąc jak tylko dotarła do mnie plotka, to pognałem w te pędy do Suny, rzucić okiem.
- I?
- No, skoro nadal tam jest, to znaczy, że nie było tak źle, jak się obawiałem, nie?
- Nadal – mruknął Kakashi, wcale nie przekonany. – Raz w życiu spotkałem Kazekage, to było jeszcze za czasów, kiedy byłem Chuninem pod dowództwem Czwartego i nie sprawiał najlepszego wrażenia.
- Och, tak, ten wredny gnojek uwielbia demonstrować ludziom, jak podłą bestią nie jest – skrzywił się Jiraiya. – Podejrzewam, że to takie jego małe hobby jest.
- Wolałbym, żeby trzymał swoje małe hobby, tak samo jak ręce z dala od syna Czwartego – stwierdził Gai. – Nieprzyjemne osoby nie powinny zajmować się dziećmi, jeżeli tylko nie jest to konieczne. A mały Naruto z całą pewnością znalazłby tutaj jakieś troskliwe oko, które uważnie śledziłoby rozkwit jego młodzieńczych sił…
- Ale nie śledziło, a wieść o śmierci dzieciaka była wystarczająco wiarygodna, żebyście łyknęli to obaj – burknął pustelnik. – Gdyby nie durne szczęście tego drania, to być może nie skończyłoby się jedynie na wieści. Tutaj Naruto był doszczętnie ignorowany i odrzucony przez wszystkich.
- Chcesz powiedzieć, że przy kimś takim, jak Kazekage jest lepiej?
- Ryoshi znalazł swoje człowieczeństwo gdzieś po drodze – Jiraiya wzruszył ramionami. – Ugryzło go w dupę.
- I co w związku z tym? – Kakashi uniósł brwi.
- Zaskakująco dobrze się sprawdza w roli ojca – podrapał się po głowie. – Surowy z niego drań, ale wyprułby flaki każdemu, kto spróbowałby zagrozić jego dzieciakom.
- Swoim – mruknął Kakashi. – A co z Naruto?
- Wątpię, żeby widział różnicę – prychnął Jiraiya. – te durne kawały o shinobi z Suny i sierocińcach to najczystsza prawda. Przygarniają wszystko, co się nawinie. Raz mi nawet drzewo genealogiczne pokazał dla przykładu. W życiu czegoś tak pokręconego nie widziałem, nawet harlequiny zbudowane z sag nie mają takich zwrotów akcji i plątaniny.
- Czyli… - powiedział powoli i z namysłem Gai. – Naruto ma się dobrze?
- Cóż – Jiraiya podrapał się po głowie. – Ma rodzinę, masę dzieciaków do wspólnej zabawy, a ludzie generalnie go lubią. Więc powiedziałbym, że ma się nawet lepiej, niż mógłbym przypuszczać.
Potem dorzucił jeszcze kilka historyjek o tym, co zdarzyło mu się przeskrobać, o jego polowaniach na ANBU w pierwszych miesiącach pobytu w nowym domu, o postępach w treningu. I paru innych rzeczach, za które Ryoshi najprawdopodobniej urwałby mu głowę przy samym tyłku.
W końcu musiał go jakoś uczłowieczyć w oczach tej dwójki, żeby przypadkiem nie wpadli na jakiś głupi pomysł i nie polecieli odbijać dzieciaka rzekomo porwanego. Sytuacja polityczna po takim incydencie byłaby naprawdę koszmarna, a szczątki Joninów byłoby trzeba zbierać chyba z całego obszaru Kraju Wiatru.
Kazekage naprawdę nie znosił, kiedy ktoś nieproszony paradował mu po podwórku, a i Gaara demonstrował swoje uwagi w sposób niezwykle… obrazowy.
