X
Na Pasterkę znów wybrali się jednym powozem. Zabrali też Jacksonów i Cassie, bo mróz był srogi tej nocy. I chociaż byli stłoczeni w ciasnej przestrzeni, to na ich twarzach widniały uśmiechy. Nawet Charlie im towarzyszył, ponieważ uparł się jak mały osiołek. Nieważne, że nabożeństwo odbywało się o północy. Był zdeterminowany, by wziąć w nim udział i dowiedzieć się, czym różni się od tych coniedzielnych, na które uczęszczał dotąd.
- Jestem już duży! Nie będę spał!- argumentował zawzięcie i choć dorośli powątpiewali, to nie potrafili mu odmówić, kiedy tak błagalnie na nich patrzył.
- No dobrze…- łaskawie odparł Jack, a potem psotnie dodał:-… ale jak poczujesz, że jesteś senny, to przynajmniej nie chrap!- mrugnął.
- Ale, papo! Ja nie chrapię, za to ty, tak!- zaprotestował malec i Samantha zachichotała.
- Proszę nie chichotać, panno Carter!- zażądał pozornie poważnym tonem pułkownik, lecz bez trudu zrozumiała, że żartuje.- A ty, młody człowieku, naucz się rozróżniać drgania podniebienia od chrapania.- dodał, patrząc na rozbawionego synka.
- Obawiam się, sir, że Charlie jest trochę za mały, by opanować tę delikatną umiejętność.- stanęła w jego obronie blondynka, która w duszy śmiała się jak opętana.
- W istocie.- przytaknął O'Neill.- Zapomniałem, że to jeszcze mały pędraczek. Tym razem wybaczam.- stwierdził wyrozumiale.- Musisz się jednak jeszcze podszkolić w tym względzie.- rzucił żartobliwie do chłopca, a ten wyszczerzył się od ucha do ucha, wiedząc, że ojciec tak naprawdę nie jest zły, lecz się z nim zwyczajnie bawi.
- Tak, papo.- pokornie skinął głową i spontanicznie rzucił się, by go uścisnąć.
Jack bez namysłu chwycił synka w objęcia i odwzajemnił pieszczotę, a potem z wielką łatwością uniósł nad głowę i obrócił kilka razy, wywołując falę radosnego śmiechu u dziecka.
Samantha stała jak urzeczona. Rzadko widywała tak oddanych dzieciom ojców. W ich kręgach czułości zwykle tonowano, by zachować wymagane etykietą pozory, jednak pułkownik nigdy się nie hamował, jeśli chodzi o synka. Otwarcie okazywał mu swoją ojcowską miłość i poświęcał mu sporo czasu. Kiedy Charlie pragnął z nim pomówić, ojciec nigdy mu nie odmawiał, nawet, jeśli był zajęty czym innym. Syn zawsze był jego priorytetem.
W takich momentach jak ten, Samantha, obserwując pułkownika, zauważała, że ów tajemniczy mrok, który zwykle oficer ze sobą nosił, znikał. Zamiast niego, pojawiała się prawdziwa radość. Jej pracodawca promieniał, gdy był ze swym dzieckiem, a przez to w jej oczach stawał się jeszcze przystojniejszym i bardziej pociągającym.
- Jest cudownym ojcem…- pomyślała rozmarzona. Wiedziała, że gdyby pułkownik jeszcze kiedyś miał inne dzieci, wszystkie kochałby z tą samą mocą. On urodził się, by być rodzicem…
Nawet jeśli Jack zauważył jej spojrzenie, w całej swojej niepewności zinterpretował je dość opacznie, jako spojrzenie oddanej przyjaciółki. W końcu, tym właśnie byli, czyż nie? Przyjaciółmi. Nie śmiał marzyć, by stali się czymś więcej. Jego zachwiana wiara w siebie nie pozwalała mu na taki luksus. Lepiej mu było mieć tylko jej przyjaźń, niż odkrywszy przed nią swe serce dowiedzieć się, że uczucie, jakie do niej żywił, było nieodwzajemnione.
Pragnął jej miłości, lecz sięgnąć po nią… Nie, nie był na to wystarczająco silny, ani gotowy. Rany nadal jeszcze były zbyt świeże.
- Zasiądźmy zatem do posiłku.- powiedział tylko.- Do nabożeństwa jeszcze kilka godzin, spróbujmy więc zrobić wszystko, by nasz mały pędraczek nie zasnął przed czasem!- mrugnął do synka, a ten znowu się roześmiał.
Charlie kochał ojca ponad wszystko. Miał w końcu tylko jego i to przez większą część swego życia (przynajmniej do momentu, gdy nie pojawiła się panna Sammie) i zawsze czuł się przy nim szczęśliwy. Jego papa zawsze był blisko, zawsze go słuchał i często się z nim bawił. Które dziecko mogłoby pragnąć więcej od rodzica, ponad tę niezaprzeczalną miłość, która była udziałem chłopczyka? Do pełni szczęścia brakowało mu tylko, by ojciec poślubił jego ukochaną guwernantkę, czyniąc z niej mamę dla swego jedynaka. To było sekretne marzenie młodego dziedzica Błękitnego Zamku…
Z uwagi na święta, służba stanowiła dziś tylko dwie osoby, które miały pomóc Janet w przygotowaniu potraw, tak więc w domu, poza pułkownikiem, jego synem, panną Carter, Cassie i Jacksonami, była tylko kucharka i jedna służąca, która miała podawać do kolacji. Obie kobiety, po zakończeniu obowiązków, miały wrócić do swoich bliskich, by wraz z nimi świętować narodzenie Chrystusa. O'Neill uważał bowiem, że święta powinno się spędzać w rodzinnym gronie. Na dowód tego, on sam, panna Carter i Charlie wybierali się następnego dnia w odwiedziny do Dixonów.
Między innymi z tego powodu pułkownik wahał się, czy synek powinien im towarzyszyć na Pasterce. Droga do Vorash była bowiem dość ciężka o tej porze roku. Skoro jednak maluch się uparł, to nie było sensu zabraniać. Najwyżej prześpi drogę do domu ciotki i wuja, a potem będzie aktywny aż do nocy.
Pod nieobecność pracodawcy, Janet i Daniel wybierali się do mieszkających w okolicy rodziców Jacksona i zamierzali zabrać ze sobą Cassandrę, która nie miała rodziny i była im praktycznie niczym córka. Zarządca nawet zastanawiał się, czy nie byłoby warto jej adoptować i przysiągł sobie porozmawiać o tym z żoną. W sumie, Janet i tak już przecież matkowała dziewczynce. Adopcja tylko potwierdziłaby to na papierze…
Jako że Jack się uparł, dwójka jego przyjaciół (choć z oporami wynikającymi ze zwyczajów), ostatecznie dołączyła do niego przy stole, a kiedy tylko kolację podano i kucharka wraz ze służącą, Polly, poszły do domów, przywołano również Cassie, która nieśmiało przycupnęła obok pani Jackson. To było dla niej wielkie wyróżnienie, jeść przy stole pana!
Posiłek odbywał się w dość swobodnej atmosferze, jak na tak osobliwy zbór osób. Chyba żaden inny dziedzic nigdy nie dopuścił do swojego stołu pracowników, gdy tymczasem TEN szlachcic zrobił to bez mrugnięcia okiem!
Po jedzeniu Cassandra i Janet zajęły się brudnymi naczyniami, by niedługo później dołączyć do zebranych w salonie, gdzie Samantha właśnie zamierzała usiąść do fortepianu. Jak na wszechstronnie wykształconą pannę przystało, potrafiła doskonale grać i śpiewać, choć jak się potem okazało, nie ona jedna…
Pułkownik początkowo tylko słuchał, gdyż głos w istocie miała miękki i piękny (kolejny raz zachwyciła go swymi uzdolnieniami), lecz gdy zaintonowała jedną z jego ulubionych bożonarodzeniowych pieśni, ku zdumieniu dziewczyny, przyłączył się do niej, a wraz z nim, reszta zebranych. Baryton Jacka był niezwykle przyjemny dla ucha, zwłaszcza, że oficer najwyraźniej posiadał wyczucie muzyczne, w przeciwieństwie do Daniela, który nieco fałszował i Samantha z prawdziwą radością dzieliła z nim ten moment. Widać, ów doświadczony żołnierz posiadał więcej talentów, niż chciałby przyznać!
W każdym razie, towarzystwo bawiło się doskonale, na czele z najmłodszym świętującym, który rzeczywiście doczekał do Pasterki. Nieważne, że przysnął pod sam koniec nabożeństwa, wtulony w opiekuńcze ramiona panny Sammie. Grunt, że doczekał mszy!
Kiedy szóstka opuszczała wreszcie kościół, ojciec wziął Charlie'ego na ręce, lecz ten nie drgnął nawet, gdy pułkownik na chwilę zatrzymał się, żeby porozmawiać z księdzem O'Leary. Kapłan z uśmiechem życzył im wesołych świąt, ciesząc się w duszy, że jego młodszy przyjaciel zdawał się być o wiele spokojniejszy i radośniejszy niż zazwyczaj. Przyczyny bez trudu doszukał się w jego uroczej towarzyszce, którą bardzo polubił, odkąd się pierwszy raz spotkali. Panna Carter bez wątpienia miała dobry wpływ na właściciela Błękitnego Zamku i ojciec O'Leary pomyślał, że nie od rzeczy byłoby, gdyby ci dwoje się pobrali. Pasowali do siebie i było to widać gołym okiem.
Tuż przed opuszczeniem świątyni, Jack zrobił księdzu nieoczekiwany prezent w postaci hojnej darowizny.
- Na nowy dach, ojcze.- powiedział, wręczając mu sakiewkę.- Zauważyłem ostatnio, że jest już nieco sfatygowany.- dodał z nutką humoru.
- Dziękuję, synu!- ucieszył się ksiądz.- Istotnie należałoby go odnowić i z twoim wielkodusznym wsparciem, uda się to wcześniej, niż planowałem. Niech ci Bóg wynagrodzi twoją dobroć!- dokończył zadowolony.
O'Neill tylko się zaczerwienił.
- To nic takiego, proszę księdza.- powiedział skromnie.- Muszę dbać o miejsce, gdzie ochrzciłem syna.
- Z bożą pomocą, ochrzcisz tu jeszcze i inne dzieci!- mrugnął O'Leary, wymownie zerkając na pannę Carter, która nabrała barwy homara.
Pułkownik odkaszlnął niezręcznie.
- Do tego, ojcze, trzeba się jeszcze postarać o żonę.- przypomniał zakłopotany.
- Och, gdybyś tylko naprawdę chciał, Jack, z pewnością pojawiłaby się kandydatka. Nie pozwól, by przeszłość cię powstrzymywała przed ponownym znalezieniem szczęścia.- poradził.
- Prościej powiedzieć, niż zrobić…- wymamrotał oficer i pożegnawszy prędko kapłana, pociągnął Samanthę oraz nieopodal gawędzących z sąsiadami Jacksonów za sobą.
Dobrze, że w powozie było ciemno, to przynajmniej nie musiał się martwić o to, by przypadkiem podświadomie nie dać się przyłapać na gapieniu się w stronę równie spłonionej, co on sam guwernantki.
Aluzje ojca O'Leary były dość jasne i Jack obawiał się, że mogą niekorzystnie wpłynąć na jego znajomość z piękną córką generała. Bał się, że aby uniknąć plotek, Samantha się od niego odsunie…
Blondynka również o tym pomyślała, lecz w jej przypadku tok owych przemyśleń był mniej więcej taki…
- A co, jeśli pułkownik pomyśli, że mu się jakoś narzucam, że czegoś oczekuję? To prawda, że traktuje mnie jak równą sobie i bardzo mnie wspiera, ale tylko jak dobry przyjaciel. Nie zaprzeczam, że gdyby zechciał się do mnie zalecać, byłabym mu przychylna, lecz najwyraźniej nie ma na to ochoty. Właściwie, wygląda jak mężczyzna, który w ogóle nie zamierza się więcej żenić. Kandydatek przecież mu nie brak, sądząc po spojrzeniach, jakie przyciągał na balu, a jednak żadna z tych pań go nie zainteresowała. Śmierć żony musiała być dla niego wielkim ciosem…- dumała w mrokach nocy panna Carter.
Ku uldze obojga, droga do domu zleciała im szybko (na szczęście nie padało tej nocy, a i mróz był mniejszy) i za wyjątkiem momentu, kiedy we dwoje kładli Charlie'ego do łóżka (panna Sammie go przebrała i utuliła, a Jack ucałował na dobranoc), napięcie między nimi nieco zelżało.
To prawda, że minęła chwila, zanim wreszcie zasnęli. W końcu ksiądz dał im do myślenia. Tym nie mniej, zmusili się do odpoczynku, bo jutro, po śniadaniu, czekała ich długa jazda do Vorash Manor. Modlili się tylko, by pogoda dopisała…
-xox-
Poranek okazał się dość przyzwoity jak na tę porę roku. Mróz faktycznie nieco odpuścił, ale padało, tyle że nie była to zawieja uniemożliwiająca podróż. Po prostu prószyło sobie powoli, grubymi, pięknymi płatkami, które nadawały krajobrazowi magicznego wyrazu.
Po przygotowanym przez Janet obfitym śniadaniu, pułkownik, jego syn i ich towarzyszka zabrali swoje niewielkie bagaże, i z pomocą Daniela umieścili w powozie, wraz z kilkoma podarkami dla mieszkańców domostwa Dixonów.
Jack, jak siostra, nigdy nie wybierał się z dłuższą wizytą bez podarunku dla gospodarzy. Tak więc, dla szwagra wiózł baryłkę swego najlepszego Porto, dla Kate piękny szal na chłodne wieczory, który pomogła mu wybrać w miejscowym sklepie panna Carter (która od siebie wyhaftowała dla wszystkich śliczne chusteczki do nosa, uszyte z najlepszego płótna i koronki), zaś dla chłopców- różnej maści zabawki.
Gdy już wszyscy byli w środku, pani Jackson podała im kosz z prowiantem oraz napitkiem dla podróżników i dopiero wtedy woźnica uderzył batem, wprawiając konie w ruch.
Z uwagi na porę roku, podroż, która zazwyczaj trwała sześć godzin ciągłej jazdy, została podzielona na dwie tury. Po pierwszych trzech godzinach na zaśnieżonych drogach, grupa zatrzymała się w niedużej, ale solidnej tawernie, by zjeść gorący posiłek, ogrzać się trochę i pozwolić koniom odpocząć przed następnym etapem.
Jakieś dwie godziny potem, po sycącym obiedzie, posileni na ciele i duszy, ruszyli w dalszą drogę, z zainteresowaniem obserwując przez szyby powozu otaczające ich okolice.
Jack rzadko podróżował tędy zimą. W zasadzie, wolał wtedy siedzieć w domu, ale tym razem chciał, by Kathlenn poznała nową lokatorkę Zamku, na co usilnie nalegała w słanych do niego listach. Wiedział, że była zmartwiona jego decyzją o zatrudnieniu guwernantki i chciał ją uspokoić, więc w jednej z odpowiedzi opisał siostrze bohaterski czyn Samanthy i odkryte w niej z biegiem czasu zalety. Od tamtego momentu już nie miał spokoju. Kate uparła się, by przywiózł pannę Carter do Vorash i nic nie mogło jej przekonać, by poczekała z zawarciem znajomości do wiosny.
Zresztą, co się dziwić? Jakby nie patrzeć, była z O'Neillów, a ci upór mieli we krwi!
W każdym razie, pułkownik nie miał innego wyjścia, a poza tym, Charlie bardzo ucieszył się na wieść, że będzie miał okazję spotkać się z wujostwem i kuzynami, których bardzo lubił, i z którymi zawsze dobrze się bawił. Nie mógł odmówić synowi tej przyjemności. Po prostu nie mógł.
Pod koniec podróży, pogoda się pogorszyła, skutkiem czego było niemal ciemno i przerażająco zimno, kiedy dotarli nareszcie do dworu Dixonów.
W czasie, kiedy służba zajęła się bagażem, końmi i woźnicami, pan domu pośpiesznie wprowadził zmarzniętych O'Neillów oraz ich towarzyszkę do środka, gdzie wylewnie powitała ich Kate wraz z synami.
Jak tylko pułkownikowa ujrzała pannę Samanthę, wyszczerzyła się w duchu. Nie zajęło jej dużo czasu, by zrozumieć, że urocza blondynka miała wielki wpływ na jej brata i bratanka, którzy, nawet jeśli nie zamierzenie, wpatrywali się w nią jak w obrazek. Po krótkiej konwersacji z nią doszła również do wniosku, że panna owa rzeczywiście posiada wiele zalet, jak zapewniał ją wcześniej Jack i z pewnością jest równie oddana obu O'Neillom, co oni jej. Raz, czy dwa nawet przyłapała pannę Carter, jak ta, z rozmarzeniem w oczach, zerkała na nieświadomego niczego Jacka.
- Och, bracie!- pomyślała.- Gdybyś tylko otworzył szeroko oczy i rozejrzał się wokoło, pewna panna mogłaby cię uczynić bardzo szczęśliwym mężczyzną!
Na razie jednak wyglądało na to, że Jonathan nie dostrzegał subtelnych oznak uczucia dziewczyny, choć sam wyraźnie coś do niej czuł. Nie, żeby panna Carter o tym wiedziała…
Z jakiegoś powodu ci dwoje zabrnęli w ślepy zaułek i zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że Kupido przeszył ich serca tą samą strzałą miłości.
- Być może trzeba będzie im trochę dopomóc!- zdecydowała Kate, szykując się po udanej kolacji do snu.
- Znowu mówisz do siebie, najdroższa?- zachichotał jej mąż, obejmując ją od tyłu w pasie i spoglądając w to samo lustro, przy którym jego żona rozczesywała swoje długie, brązowe włosy.
- Bynajmniej, mój drogi.- odparła, wtulając się w niego.- Zastanawiałam się tylko, jakby tu oświecić mego kochanego brata.- dodała.
- Tylko mi nie mów, że chcesz go wyswatać z panną Carter!- roześmiał się wesoło Dave. Kate znana była ze swych zapędów do kojarzenia par i zapewne gdyby nie pochodziła z zamożnej, arystokratycznej rodziny i nie była mężatką, zrobiłaby karierę jako swatka.
- Są dla siebie stworzeni, Davidzie!- potwierdziła entuzjastycznie.- Tyle tylko, że tego nie widzą.- dodała z rezygnacją.- Biedny Charlie potrzebuje matki, a znając mojego drogiego braciszka, będzie czekał jeszcze bardzo długo!
- Kate, najdroższa…- westchnął pan Dixon- Chyba nie zapomniałaś, przez co przeszedł z Sarą? To naturalne, że ma swoje obawy przed kolejnym małżeństwem…
- I powinien…- przytaknęła- …jednak nie w przypadku, gdy właściwą kobietę zesłało mu Niebo! Samantha byłaby idealną bratową, żoną dla Jacka i matką dla jego syna, ale jak braciszek szybko nie zacznie zalotów, znajdzie się inny chętny, bo żadna dziewczyna nie chce czekać wiecznie. Cóż to byłaby za strata dla nich obu!- stwierdziła stanowczo.
- Nie twierdzę, że nie, żono.- odparł powoli.- Proszę cię jednak, byś nic nie robiła pochopnie, bo możesz tylko zaszkodzić. Pozwól, by sami zrozumieli swoje uczucia. Jeśli będziesz naciskać, gotowi się ich zupełnie wyprzeć.- dodał.
- Naciskać nie będę, mężu…- zgodziła się.- Nie oczekuj jednak, że od czasu do czasu nie szepnę słówka lub dwóch. Być może właśnie tego potrzebują…
- Obyś się nie myliła, Kate.- powiedział, zanim zaprowadził ją do łoża.
- Słodkich snów, pani Dixon…- szepnął, gdy już wymościła sobie gniazdko w zagłębieniu jego szyi.
- Wzajemnie, panie Dixon.- odpowiedziała i po krótkim buziaku, oboje zamknęli oczy.
TBC
