Edward
Kiedy wróciłem do swojego mieszkania, Belli już tam nie było. Właściwie nie oczekiwałem, że zostanie… A jednak byłem trochę zawiedziony. Wysłałem jej wiadomość.
„Bello, przepraszam za to, co zrobiłem… Przepraszam! Gdzie jesteś?"
Czekałem i czekałem. Po trzydziestu minutach wciąż nie dostałem odpowiedzi.
Chyba naprawdę się na mnie wkurzyła. Nie żebym ją za to winił. Westchnąłem i przeczesałem palcami włosy, sprawiając, że stały się jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle. Robiłem tak zawsze, gdy byłem czymś zaniepokojony. Może po prostu powinienem dać jej trochę więcej przestrzeni? Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czy jest to jedna z tych rzeczy, które robią faceci…
Bella
Usiadłam na łóżku, patrząc na pozostałości po moim biednym telefonie. Był poważnie zniszczony po zderzeniu ze ścianą.
Świetnie. Teraz muszę jeszcze kupić nową komórkę.
Jęknęłam i zrzuciłam buty z nóg.
Super. Zostawiłam u Edwarda wszystkie prezenty dla Adele. Coś jeszcze? Ach, tak. Miałam trzy koszulki, parę spodni i kurtkę - wszystko należało do niego. Muszę mu je zwrócić.
Okej, to już chyba wszystko. Poszłam do łazienki wziąć przyjemny, długi , ciepły prysznic.
Edward
Od godziny wpatrywałem się w sufit - jakie to żałosne! Powoli wstałem, słysząc, jak coś strzela mi w plecach.
To dawanie przestrzeni było o wiele trudniejsze niż myślałem.
Ona była całym moim życiem! Jak mógłbym żyć bez mojej miłości? I jak, do cholery, mogłem ją przeprosić za to wszystko? Może na początek dobre byłyby kwiaty… Zeskoczyłem z kanapy i wybiegłem z domu. Czy to przypadek, że za rogiem znajdowała się kwiaciarnia? Może. I tak w niedziele była nieczynna.
Gdy wracałem do mieszkania, zastanawiałem się, kiedy powinienem jej coś dać. Po jednym dniu? Dwóch? Trzech?
Nie wiedziałem, czy wytrzymam tak długo. Jutro poniedziałek. Mam lekcje o dziesiątej, pierwszej trzydzieści, czwartej i szóstej. Będę bardzo zajęty… Portier Rob obdarował mnie pełnym współczucia spojrzeniem, tak jakby dokładnie wiedział, dokąd idę. Wjeżdżając windą na dziewiąte piętro, układałem w głowie plan na jutrzejszy dzień. Wyszedłem z pomieszczenia i potrząsnąłem pękiem kluczy, szukając tego odpowiedniego. W końcu mi się udało.
Jeśli przetrwamy tę próbę, będę musiał dorobić jeszcze jeden dla Belli… Może zechce się do mnie wprowadzić - pomyślałem.
Może za bardzo się rozpędzałem, ale dzielnica, w której mieszkała, przyprawiała mnie o załamanie nerwowe. Mnie? Poradziłbym sobie z kilkoma podejrzanymi osobami krążącymi wokół jej bloku. A Bella? Nie ma szans. Na pewno wszczęłaby niezłą bójkę, ale…
Nawet nie chciałem o tym myśleć.
Mogłem dać jej więcej niż wolną przestrzeń. Miałem dwie dodatkowe sypialnie, jedną łazienkę… Nie, żebym czegoś oczekiwał.
Oczywiście nie mogłem decydować za nią, więc na razie postanowiłem skupi ć się na przeprosinach, zanim zrobię coś jeszcze głupszego.
Zobaczmy… Co lubi Bella? Książki. Moją grę na pianinie. Czekoladę. Kwiaty. Kawę - chociaż miała na nią naprawdę niską tolerancję. Moje ubrania. Zostawiłem klucze na małym stoliku, zdjąłem buty i powiesiłem kurtkę na jednym z pustych wieszaków. Wszedłem do pokoju, w którym odbywały się lekcje, i zacząłem sprzątać. Na biurku leżał notesik Belli; otworzyłem go i zacząłem czytać.
„Proszę? To moja ulubiona." Chciała, żebym zagrał jedną ze skomponowanych przeze mnie piosenek. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie o próbach napisania kawałkach specjalnie dla niej. Nie udało się. Nagle usłyszałem melodię w mojej głowie… Zamknąłem notes i usiadłem przy instrumencie. Zamknąłem oczy, wsłuchując się we wciąż brzmiące dźwięki i próbując znaleźć odpowiednie nuty. Mam - pomyślałem, kiedy moje palce dotknęły klawiszy.
Bella
Prysznic nie okazał się zbyt pomocny… Zrelaksowałam się, ale nie mogłam przestać myśleć o Edwardzie. Całkowicie się poddałam, gdy wyciągnęłam jego niebieską koszulkę i spodnie. Zajęłam miejsce na kanapie i włączyłam telewizor, próbując znaleźć coś porządnego na lokalnych kanałach. Wiadomości, wiadomości… Jeszcze więcej wiadomości… Westchnęłam i zdecydowałam się na ich oglądanie, w międzyczasie pałaszując miskę płatków. Była siódma trzydzieści, gdy usłyszałam pukanie do drzwi.
Podskoczyłam i szybko do nich podbiegłam, otwierając je gwałtownie… Ale to nie Edward. Po prostu Emmett przyszedł mnie odwiedzić.
- Cześć… Chciałem wiedzieć, czy jesteś w domu… Wysłałem ci pięć wiadomości. - Popatrzyłam na mojego brata stojącego na korytarzu.
Podeszłam bliżej i zarzuciłam na niego swoje ręce, przytulając twarz do jego klatki piersiowej.
- Hej, co się stało? - odparł zaskoczony i jednocześnie zaniepokojony. Mogłam poczuć siłę jego niedźwiedziego uścisku; wolną ręką głaskał mnie po głowie. Po chwili przeniósł mnie do wnętrza mieszkania, zamknął drzwi i usiadł obok mnie na kanapie.
- Co się stało? Coś cię boli? Mam cię zabrać do szpitala? Czy może powinienem załatwić to z Edwardem? - spytał, lekko spanikowany. Uśmiechnęłam się przez łzy. Emmett… Dałby sobie radę nawet z aligatorem, gdyby zaszła taka potrzeba. Bez odrywania głowy od jego piersi zaczęłam wymachiwać rękami w powietrzu.
- Mama wysłała mi dzisiaj zdjęcie Adele - pokazałam, wciąż płacząc. On tylko dalej gładził moje włosy swoją dużą dłonią.
- Okej… Tęsknisz za nią? Co u niej? - Jeśli to możliwe, zmartwił się jeszcze bardziej niż wcześniej. Uwielbiał być wujkiem, zwłaszcza takiej małej dziewczynki jak Adele, nawet, jeśli nienawidził jej ojca. Skinęłam głową.
- Wszystko dobrze. Tęsknię za nią… Ale nie o to chodzi. Edward widział wiadomość. Wie o niej… A kiedy mu wszystko wyjaśniłam, wyszedł! - Zaczęłam płakać jeszcze mocniej. Poczułam, jak jego klatka piersiowa się podnosi.
- Po prostu wyszedł? Jak to, do cholery? - Teraz był wściekły.
- I rozwaliłam mój telefon - pokazałam mu części leżące na łóżku. Wpatrywał się we mnie zszokowany.
- Niezły rzut, Bell - skomentował zachwyconym tonem. Ponownie wtuliłam w niego twarz, nadal płacząc. Nie robiłam tego całe popołudnie, więc teraz dobrze było wyrzucić swój gniew.
Więc… mój brat przytulał mnie, podczas gdy ja płakałam. Zanim skończyłam, dochodziła dziewiąta; w międzyczasie Rosalie nas sprawdzała. Poczułam się senna po tylu godzinach płaczu. Emmett położył mnie na łóżku i włączył ogrzewanie.
- Poradzisz sobie?
Pokiwałam ospale głową.
- Okej. Gdybyś czegoś potrzebowała, pamiętaj, że ja i Rose jesteśmy obok. Kocham cię, dzieciaku - powiedział. Pochylił się nade mną i pocałował w czoło. Wyłączył światło i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Nie męczyłam się zbyt długo z zaśnięciem. Kiedy już byłam na granicy snu, pomyślałam:
Żadnych snów o Edwardzie.
Tak, jasne.
Edward
Od dwóch godzin wpatrywałem się w ekran telewizora. Nawet nie wiem, co to był za program - przypuszczam, że jakiś meksykański teleturniej. Położyłem w kącie wszystkie rzeczy, które zostawiła Bella. Miałem nadzieję, że kiedy będę je oddawał, nie będzie to przypominało zerwania - dwoje ludzi wymienia się pudełkami. Zaskoczyło mnie, że ktoś walił pięściami w moje drzwi. Wstałem i przeszedłem przez korytarz, w międzyczasie przeglądając się w lustrze. A niech to! Muszę powiedzieć, że wyglądałem strasznie. Moje włosy były roztrzepane jeszcze bardziej niż zwykle, a blada skóra i przekrwione oczy na pewno nie wyglądały zachęcająco.
Stało się to zaledwie po paru godzinach bez niej. Otworzyłem drzwi nawet nie sprawdzając, kim był mój gość.
Nagle zostałem wepchnięty w głąb mieszkania, a dwie silne ręce przycisnęły mnie do ściany.
O Boże, już jestem martwy.
Emmett Swan patrzył na mnie pełnym nienawiści spojrzeniem.
- Masz jakiekolwiek pojęcie o tym, co robiłem w ciągu ostatnich dwóch godzin? - zawarczał na mnie. Chyba nie muszę mówić, że byłem przerażony? Naprawdę przerażony. Pokręciłem głową.
- Pocieszałem moją kochaną siostrzyczką wylewającą gorzkie łzy. Znowu.
Nie. Zapomniałem o wielkim facecie, który był gotów mnie udusić. Skrzywdziłem Bellę bardziej niż się tego spodziewałem.
- Puść mnie - powiedziałem, próbując się uwolnić. Już znałem odpowiedź. „Dawanie jej przestrzeni" było kompletną głupotą.
- Niby czemu? - spytał, wciąż brzmiąc groźnie, ale jednocześnie okazywał zaskoczenie.
- Bo jestem idiotą, który chciał dobrze. A kogoś, kto powiedział, że najlepszą rzeczą jest „dawanie więcej swobody", powinno się zrzucić z klifu - powiedziałem, ponownie się szarpiąc. Emmett nie odezwał się; pewnie rozważał, co najpierw ze mną zrobić.
- Proszę, Emmett. Możesz mnie zabić, gdy będzie po wszystkim, tylko proszę, pozwól mi zrobić to, co chcę - błagałem. Tak, błagałem. Emmett popatrzył na mnie tym samym wzrokiem, co Bella - od razu było widać, że są ze sobą spokrewnieni. Wpatrywał się dobrych kilka sekund. Dziesięć… Piętnaście… Trzydzieści…
- Dobra. Ale jeśli zobaczę, że znowu przez ciebie płacze, lepiej uciekaj i miej nadzieję, że jesteś szybszy ode mnie - puścił mnie, lecz wcześniej brutalnie uderzył moją głową w ścianę. Chwyciłem klucze, założyłem buty i kurtkę; czekałem, aż wyjdzie, niecierpliwiąc się. Użyłem nogi, aby przytrzymać drzwi. Niechętnie wyszedł, wkładając ręce do kieszeni. Szybko zamknąłem mieszkanie, odwróciłem się i biegiem rzuciłem się w stronę wyjścia z bloku. Nie było czasu na przejażdżkę windą. Te dziewięć pięter nie stanowiło w tym momencie żadnego problemu. Popchnąłem ciężkie drzwi i wbiegłem do holu; minąłem portiera i wyszedłem na ulicę.
Bella
Oczywiście, że śniłam o Edwardzie. Jak mogłabym tego nie robić? Nie chciałam, żeby sen się skończył, więc starałam się zatrzymać przed oczami jego obraz tak długo, jak to tylko możliwe; niestety, przerwało mi pukanie do drzwi. Która była godzina? Z pewnością nie był to jeszcze ranek. Proszę, niech to nie będzie rano. Zegarek wskazywał dwudziestą drugą. Wstałam z łóżka i założyłam kurtkę Edwarda; w mieszkaniu wciąż było zimno, a przecież Emmett włączył ogrzewanie. Śpiąca podążałam w stronę drzwi i otworzyłam je, przecierając oczy.
Nagle czyjeś ciepłe ręce otoczyły moją talię, a twarz została przyciśnięta do pachnącej klatki piersiowej.
Edward…
Poczułam, jak składa pocałunek na czubku mojej głowy, i westchnęłam.
Zdecydowanie nie chciałam się obudzić.
Edward
Ku mojemu zaskoczeniu, Bella poddała się uściskowi. Nie, właściwie to nie było nic dziwnego. Zasłużyłem na to. Zaskoczyło mnie coś zupełnie innego. Zobaczyłem, jak klepnęła się w policzek - można było usłyszeć charakterystyczny odgłos. Spodziewałbym się, że prędzej uderzy mnie. Podniosła dłoń, aby ponownie to zrobić, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Bella! - krzyknąłem, przytrzymując jej rękę. - Co ty robisz, do cholery? - spytałem, zamykając drzwi. Rozejrzałem się smutno dookoła. Kolejny powód, żeby Bella przeprowadziła się do mnie… Zasługiwała na więcej niż to. Ciarki przeszły mi po plecach. Było zimno. Bardzo zimno. Westchnęła i wzięła do ręki notesik i długopis. Pisała coś powoli, a później mi to podała.
- Musiałam się upewnić, że nie śpię… Przypuszczam, że kiedyś byś ze mną zerwał… Lepiej wcześniej niż później, co? - Mogłem sobie wyobrazić, jak mówi to smutnym tonem, starając się uczynić go bardziej radosnym, tak jakby nie miało to dla niej żadnego znaczenia; nie udało się. W jej oczach dało się dostrzec ból i smutek - czułem się tak, jakby ktoś wbił mi nóż w serce albo postrzelił, bo tym razem wszystkiemu byłem winien ja. Otoczyła ciasno swoje ciało własnymi ramionami, jakby za chwilę miało rozpaść się na kawałki. Podszedłem do niej i delikatnie wytarłem kciukiem łzy z jej policzków.
To wszystko moja wina…
- Bella… Nie, spójrz na mnie - powiedziałem spokojnie, gdy odsunęła się od mojej dłoni.
Bella
Stało się. Spróbuj się nie rozpłakać - powtarzałam w myślach, patrząc w te piękne, pełne życia, zielone oczy. Kochałam jego oczy… I włosy. Zagryzłam drżące usta.
- Bello, kocham cię - powiedział bardzo delikatnym głosem, brzmiąc jeszcze piękniej niż zwykle. Zamrugałam oczami. Nigdy… Nigdy wcześniej nie powiedział mi, że mnie kocha. Przycisnęłam ręce do klatki piersiowej, ukazując zaskoczenie. Pokazałam jedno z tych prostych słów, które znał.
- Co? - Otworzyłam szeroko oczy. Edward lekko się uśmiechnął i położył dłonie na moich ramionach, lekko je ściskając; nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości.
- Kocham cię, Isabello Marie Swan - powiedział ponownie. - Podaj mi notes… Długopis też. - To była dziwna prośba, ale zrobiłam, co chciał. Napisał kilka słów i podał mi kartkę.
„Edward Anthony Masen kocha Isabellę Marie Swan." Te słowa zapisane jego eleganckim pismem wyglądały naprawdę ślicznie. Nawet nasze imiona do siebie pasowały.
- Proszę. Czytaj to codziennie. Kocham cię. Spójrz na mnie! Jestem głupkiem! Nie widziałem cię tylko kilka godzin, a już czuję się okropnie! - Przeczesał włosy palcami powodując, że stały bardziej niż zwykle. Jestem pewna, że robił to milion razy podczas ostatnich paru godzin.
Przejęłam kartki i długopis, chcąc coś napisać.
- Co do Adele: może nie jestem najlepszą matką na świecie, ale jeśli jej nie lubisz, nie możesz mnie pokochać. - Podałam mu notes patrząc, jak śledzi tekst wzrokiem.
- Jeszcze nie wiem, czy ją lubię. Przecież nigdy jej nie spotkałem, prawda? Ale jestem pewien, że będzie dobrze… Zawsze kochałem dzieci - uśmiechnął się.
O mój Boże, on jest idealny. Wspięłam się na palce i pocałowałam go. Jego ręce oplotły się wokół mnie; odwzajemnił pocałunek, ale starał się go nie pogłębiać, aby nie posunąć się za daleko. Zawsze był wobec mnie bardzo ostrożny… Cudownie.
Nie mogłam mu jeszcze powiedzieć, że go kocham. To była po prostu… niebezpieczna strefa w mojej głowie. Ale chyba tego nie zauważył; i tak już mu to pokazałam mimo tego, że nie były to słowa ani pismo.
Pewnego dnia zdobędę się na to, aby powiedzieć te dwa słowa, ale nie dzisiejszego wieczoru. Za dużo zdarzeń jak na jeden dzień… Nie wiedziałam, jak wiele mogę jeszcze wytrzymać. Oderwałam się od Edwarda i poczułam, że nie mogę już dłużej zachowywać tego dla siebie. Ponownie sięgnęłam po notes. Zanim zaczęłam pisać, wzięłam głęboki wdech.
- Chciałbyś zostać na noc? Jest już dość późno… - Podałam mu kartkę. Przeczytał ją szybko.
- Jesteś… Jesteś pewna? Mogę wrócić do domu… Nie chciałbym, żebyś poczuła się niekomfortowo… - Próbował się wykręcić. Zabrałam mu notes i napisałam:
- Nic mi nie będzie. Pójdę się przebrać, żebyś mógł założyć swoje ubrania.
Uśmiechnął się.
- Okej, poczekam. Idź, a ja… podkręcę trochę ogrzewanie. - Odłożył notes na szafkę.
Odwzajemniłam uśmiech i przeszłam przez pokój. Otworzyłam szafę, znajdując flanelowe spodnie od piżamy i koszulkę. Usiadł na kanapie, by zaczekać, aż wrócę. Poszłam do łazienki i zmieniłam ubranie, po czym spojrzałam w lustro.
Kocha mnie…
Musiałam się uśmiechnąć.
Pozwoliłam Edwardowi się przebrać, a sama założyłam jego kurtkę, aby się ogrzać. Wrócił po kilku minutach ze starannie złożonymi ubraniami. Położył je na komodzie i podał mi swoją dłoń. Wyłączyłam światło i wślizgnęłam się do łóżka, robiąc miejsce obok siebie. Dołączył do mnie, przykrywając nas kołdrą. Przytulił mnie i podłożył ramię pod moją głowę.
Nie pojawiły się żadne wspomnienia o Brandonie, bo on nigdy nie był taki… zakochany. Traktował mnie jak nagrodę, przedmiot dla jego własnego użytku. Edward był jego zupełnym przeciwieństwem.
- Kocham cię – wyszeptał. Zaczął nucić dziwną, lecz piękną melodię brzmiącą jak kołysanka.
Cudownie. Wtuliłam się w niego i zasnęłam.
Od Autorki: Powoli wszystko zaczyna się między nimi układać... Nie mogłam już dłużej się powstrzymywać - oni tak bardzo chcą już być razem! Jeśli zrobiłam jakieś głupie błędy, przepraszam. Już późno...
Ode mnie: Mam nadzieję, że ja nie popełniłam żadnej głupiej pomyłki :P
