Carefull what you wish for.
Uważaj, czego sobie życzysz – tak po aborcji podsumował Snape niedawną zachciankę Lupina, żeby mieć dziecko. Oczywiście zachcianka pojawiła się, zanim jeszcze mężczyzna zdał sobie sprawę, że jest w ciąży. Gdy ciąża wyszła na jaw, od razu piał, żeby zrobić aborcję. Uch, któż zrozumie mężczyzn w ciąży.
Remus jakoś przeleżał do weekendu w łóżku. Praktycznie z niego nie wychodził, tak był osłabiony po zabiegu. Snape jak zwykle mu usługiwał, zanosił śniadania, obiady i kolacje, spełniał każdą gastronomiczną zachciankę kochanka (w tym przyrządzał mu zupki instant, choć są tak niezdrowe i odwadniają organizm). Masował stopy, czytał do snu bajeczki o wampirach i wilkołakach (Lupin bardzo upodobał sobie taką jedną o tytule Zmierzch), pokazywał śmieszne filmiki na laptopie.
Gdy nastała sobota, chory przypomniał sobie, że miał spotkać się tego dnia z żoną, żeby wręczyć jej sweterki artystyczne dla piesków. Na pożegnanie rzucił, że idzie spotkać się z Tonks. Snape wtedy, jak zwykle czepiając się bez powodu, zauważył, że Tonks już nie istnieje, że teraz to pani Lupinowa. Remus na to, że ale już jakoś tak się utarło, że to Tonks i nie mogę się odzwyczaić.
Wypił herbaty z cukrem dla kurażu i przebrał się w jakieś pierwsze lepsze ciuchy. Udał się... sam nie wiedział, gdzie ma się udać, więc poszedł do pierwszego lepszego sklepu z Mugolskimi ubraniami.
– Dzień dobry, potrzebowałbym sweterków artystycznych dla piesków, dostanę u was coś takiego?
– Sweterki artystyczne? Idź do Olivandera, on ma najlepsze!
Remus zamknął mocno powieki, spocił się.
– Co proszę?
– Mówię panu, żeby pan poszedł na bazar. Nigdzie indziej raczej pan czegoś takiego nie dostanie. To pan trenuje?
– Co proszę?
– Pan trenuje pieski? Do cyrku?
– Nie. Moja żona.
– A jakie triki przewiduje pani żona w repertuarze? Bo z tego co wiem, to w zależności od trików dobiera się odpowiedni model sweterka.
– Jakie triki...? – Lupin chwilę się zastanowił. – Gówno mnie to obchodzi.
Na bazarze oczywiście jakieś grube baby wychwalały jajka. Remus im podziękował, mówiąc: Dziękuję, mam swoje.
Błąkał się dobrą godzinę, zanim znalazł odpowiedniego kupca.
– Sweterki artystyczne? Służę uprzejmie, do wyboru do koloru!
Lupin podrapał się w brodę, przez chwilę przeszło mu przez myśl, żeby poudawać eksperta w dziedzinie sweterków, ale przegnał myśl wniwecz.
– Żona mówiła, żeby to było coś z wyższej półki.
– Z wyższej półki? Proszę bardzo, tutaj! To markowe sweterki artystyczne dla piesków, Gucci, lepszych pan nie dostaniesz!
– Dobra, biorę siedem sztuk, w różnych kolorach, proszę.
Zastał Tonks w parku, w którym niedawno spacerowali Snape ze Slughornem. Trenowała psy. Przekazał żonie pakunek. Jeden mały piesek zaczął ciągnąć Lupina za nogawkę. Miał ochotę sprzedać mu kopa tak, żeby przeleciał ponad pobliskim mostkiem i utopił się w rzece. Ale nie zrobił tego przez wzgląd na żonę. Ona cała w emocjach rozwinęła pakunek i od razu przywdziała swe pociechy w kolorowe ubranka.
– Nie mamy dzieci, ale te pieski mi je zastępują... – zwierzyła mu się. – Zresztą pieski są o wiele bardziej inteligentniejsze od dzieci. No i są słodsze.
– Ty mi o dzieciach nawet nie przypominaj... – Remusa wzięło na młodości. – Jaka to rasa?
– Yorkshire terrier. Prawda, że w sweterkach są jeszcze bardziej urocze?!
– Tia. Umieją już coś?
– Tylko patrz!
Nimfadora wydała z siebie kilka gwizdów. Wszystkie pieski jak jeden mąż stanęły na tylnich łapkach i posłusznie podskakiwały (Lupin dostrzegł w ich oczach tylko i wyłącznie żądzę pokarmu – nagrody za posłuszność). I istotnie, gdy ich treserka zagwizdała ponownie, tym razem trochę inaczej, znów stanęły na czterech nogach i dostały od razu psiego chrupka.
– Ty im ładujesz jakieś narkotyki do tych chrupków, że im tak smakuje?
– Kochanie, nie wkurwiaj mnie...
– Nie no, ja nie mam nic do psiej rasy, ale...
– A właśnie, że masz! Myślisz, że nie wiem, o czym myślałeś, kiedy Pimpek targał cię za nogawkę? Chciałeś go kopnąć!
Wow, to aż tak widać?! – przemknęło przez myśl mężczyźnie.
– Teraz uczę ich skakania przez obręcz. Dimpek łapie najszybciej.
Tonks podsunęła psu obręcz pod nos. Obwąchał ją, zapoznał się z nią. Nimfadora strzeliła biczem w powietrzu trzy razy.
– Nie zawsze słucha... – wyjaśniła, gdy nic się nie stało.
Wzięła pieska w rękę i przesunęła nim przez obręcz. Postukała go w główkę knykciem i spytała:
– Dotarło?
Lupin parsknął.
– Myślisz, że w ten sposób załapie o co chodzi?
– Ty nie ucz ojca dzieci robić! Ze stójką jakoś mi się udało, to i obręcz w nich wpoję.
– No, może. Dobra, ja się zwijam. Terapeuta przesunął nam na dziś spotkanie, za godzinę mam się tam spotkać z Sevem.
– Macie terapeutę? Severus musi czuć się z tobą jak kupka gnoju!
– Dlaczego tak mówisz?
– A tak nie jest?
Remus wiercił się na krześle, było niewygodne, w ciasnym gabinecie śmierdziało odświeżaczem-choinką do auta, raziło go Słońce, które wpadało tu przez niezasłonięte okna, a na dodatek miał przemożne wrażenie, że wszystkie ściany śmiały się z niego.
– Panie Lupin... – terapeuta próbował ściągnąć klienta z odmętów wyobraźni.
– Tak?
– Pytałem się właśnie pana, czy miał pan w przeszłości jakieś zaburzenia psychiczne, może skłonności do agresywnych zachowań?
– A co to pana obchodzi?
– Remusie... – Severus upomniał kochanka.
– No dobra, nie miałem. Chociaż... czasem miewałem, a i nadal miewam, myśli natrętne. Zwłaszcza taka jedna nie daje mi spokoju.
– Jaka to myśl?
– Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego każdy człowiek ma inne preferencje! Ten lubi sałatę, ten paprykę! Ten lubi na pieska, ten trójkąty! O co w tym chodzi? Zachodzę w głowę od niepamiętnych lat!
Terapeuta uśmiechnął się i mlasnął, nim rozerwał wargi, by odpowiedzieć – znać było, że powie coś, czym lubił się dzielić z klientami, a na co miał bardzo rzadko okazję.
– Tak się składa, panie Lupin, że znam odpowiedź na dręczące pana pytanie. To tak zwany syndrom Rozszczepienia Boga. Według jednej z teorii Bóg złożył się w ofierze lub też ktoś, lub coś spowodowało jego dezintegrację, aby stworzyć cały świat. Każdy człek jest inny, bowiem posiadł inny pierwiastek Boży, inny jego fragment. Można pokusić się o stwierdzenie, że zrodziliśmy się ze zwłok. Świętych i niepojętych, ale zwłok. Każdy z nas to inna cząstka szczątków Boga, jest tak niezmierzony, że starczyło mu ciała, aby wykreować z niego cały Wszechświat.
Severus kiwał głową, spijając słowa jak mantrę.
– Nigdy nie przyjmę takich bzdetów jako odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
Terapeuta westchnął. Wyraźnie czuł, że nie kontaktu z klientem, że nadają na innych falach.
– Bo ja – zaczął – zachodzę w głowę, dlaczego mając tak wspaniałego, oddanego mężczyznę, zdradza go pan na lewo i prawo? Może to kwestia dzieciństwa, ale... grzebaliśmy w nim od początku dzisiejszej sesji i nie wynikało, żeby odczuwał pan jakieś braki w miłości, czy żeby brakowało panu ciepłą rodzinnego. Jedyne, co wywnioskowałem, to że był pan nadpobudliwym, małym buntowniczkiem. Uciekał pan ze świąt na łyżwy, tłukł pan wazony w domu ze złości, sprzeniewierzał się rodzicom, płatając im czasem figle-migle.
Lupin prychnął. Figle-migle? Nikt już tak mówi! – pomyślał buntowniczo. Terapeuta kontynuował:
– Jednak coś sprawia, że nieustannie uprawia pan przygodne fiki-miki, może robi to pan na przekór Severusowi? Na złość? Tak jak rodzicom pan tłukł wazony? Nie wiem...
Lupin znów prychnął, gdy tylko terapeuta użył słowa fiki-miki. Ten typek nie mógł zrozumieć, że po prostu chuć Remusa jest tak niepojęta, że musi się wyżywać jak nikt inny.
– Hm, panie Lupin, wiem! Spróbujemy podejść pana od innej strony! Przeszłość do lamusa. Zostawmy ją. Ja myślę, że pan po prostu jest rozgoryczony, niespełniony. Na pewno pan coś w sobie tłumi! Jakieś ciągoty serca, głęboko skryte, które w pana ciele wybijają takt pragnienia razem z biciem serca. Może jakieś... osobiste, wstydliwe marzenie?
Remus zawstydził się jak dziecko, któremu prawi się komplementy. Pokręcił z zawstydzenia stopą, wsadził do palec ust i jął go ssać. On... zdziecinniał! – ucieszył się w myślach terapeuta. Mam go! Mam! Nareszcie widzę, że coś się dzieje w jego wnętrzu!
Lupin w końcu wyjął palec, wycierając go o marynarkę i rzekł:
– Polecieć...
– Tak, słucham, proszę, śmiało! – terapeuta się napalił.
– Polecieć na Księżyc – z oporami wydukał.
