Irma

Na początku sierpnia minął miesiąc od mojej koronacji. Niby nic się nie zmieniło, poza tym, że mój grafik prawie całkowicie uległ zmianie. Do południa rządziłam państwem, natomiast po obiedzie zmieniałam się w szaloną wojowniczkę i czarodziejkę, której nikt na polu bitwy nie dawał forów. W szczególności mój chłopak, który z każdą sesją treningową stawał się coraz ostrzejszy i musiałam coraz więcej kombinować.

Wieczorami jednak stawałam się z powrotem dawną Irmą, i wymykałam się z pałacu, by spotkać się z Danielem. Spacerowaliśmy zwykle po mieście, odwiedzaliśmy jego rodziców albo wyruszaliśmy na stały ląd, gdzie próbowaliśmy się nawzajem zaskakiwać. Zazwyczaj kończyło się to katastrofą, ale ważne było, że spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu.


Ten dzień też miał taki być. Z samego rana odbyło się zebranie Rady, w czasie którego omawialiśmy wraz z dowódcami drużyn ze Szkoły Wojowników propozycje otworzenia nowej sali treningowej, znajdującej się na powierzchni.

Nagle drzwi otworzyły się. Do środka wszedł Alister, będący wcześniej na patrolu. Podniosłam się i ruchem dłoni nakazałam wszystkim zamilknąć. Skoro jeden z głównych zwiadowców wszedł bez zapowiedzi, musiało to oznaczać coś ważnego.

-Co się stało?

Odpowiedzią był kamień rejestrujący.

-W kierunku naszej lądowej granicy zbliża się oddział Meridiańczyków, liczący około pięćdziesięciu osób. Przybyłem najszybciej, jak mogłem. Sądzę, że będziesz tym zainteresowana, Wasza Wysokość.

Z chwilą w której dotknęłam kryształu, w powietrzu zaczęły materializować się obrazy. Na początku nie było na nich nic ciekawego, dopiero po jakimś czasie zauważyłam dwie znajome twarze. Gwałtownie zatrzymałam projekcję.

-Znam ich! To Caleb i Matt!

-Czy to nie przypadkiem ci sami, o których mi tyle opowiadałaś?- spytał dla pewności Dan. Przytaknęłam.

-Od bardzo dawna w pobliżu granic nie było ich tak wielu. Nasi zwiadowcy poinformowali nas również, że ta dwójka rozmawiała na temat czterech czarodziejek, które miały się dokądś wybrać.

Zmarszczyłam brwi. Skoro byli tutaj, na patrolu, i mówili o dziewczynach, oznaczało to, że coś dziwnego musiało się stać. Przysunęłam się do Daniela, który delikatnie ścisnął moją dłoń. Poczułam się pewniej, jak zawsze, gdy był blisko.

-Chciałabym zająć się tym osobiście. Evereth, w jakim miejscu powinni się znajdować za mniej więcej godzinę?- chłopak wyciągnął mapę i naniósł na nią kilka danych.

-Biorąc pod uwagę ich nieznajomość terenu i prędkość, sądzę, że dotrą do Dębowego Kręgu.

-Bardzo dobrze. Wykorzystamy przewagę i przygotujemy na nich pułapkę. Alisterze, weź ze sobą swój pododdział. Za pół godziny dołączę do was wraz z pozostałymi.

-Tak jest!

Gdy wyszedł z sali, Larenne spojrzała się na mnie z niepokojem.

-Jesteś pewna? Dwa pododdziały to w sumie dwudziestu ludzi!

-Proszę pani, proszę nie zapominać, że choć tamtych jest więcej, to my jesteśmy lepiej zorganizowani i wyszkoleni. Wiem to, ponieważ jeszcze do niedawna obserwowałam z bliska ich ćwiczenia- uśmiechnęłam się, po czym skierowałam wraz z Danem ku moim komnatom. W jednym z pomieszczeń obydwoje przechowywaliśmy zbroje i broń.

Kiedy chłopak zaczął się przebierać, popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.

-Znowu to robisz.

-Ale co?- zrobił swoją słodką minę numer osiem. O mały włos nie wymiękłam.

-Za każdym razem, kiedy musimy walczyć, usilnie starasz się zaprezentować swoje muskuły!

-Ma chèrie, skądże!

Popchnęłam go delikatnie, a wtedy wpadł na kanapę. Zaczęliśmy się śmiać.

-Toś ty taka? Chodź tu!- krzyknął.

Podniósł się i potknął, najwyraźniej celowo, o swoje nogi, przewracając mnie. Przeturlaliśmy się na korytarz, próbując... zatulić drugą osobę na śmierć? W każdym bądź razie było nam bardzo przyjemnie i niechętnie przerwaliśmy naszą zabawę, gdy na horyzoncie pojawił się Mike.

Spojrzał na nas ze zdziwieniem i rozbawieniem. W końcu rzadko zdarzało się złapać jednego z najlepszego wojowników na wpół rozebranego i przygniatającego ciężarem królową... Na całe szczęście szybko się odwrócił.

-Nie chciałbym wam przeszkadzać, ale za piętnaście minut wszyscy będą gotowi- powiedział, po czym wyszedł. Mogliśmy usłyszeć jego trzęsący się ze śmiechu głos.

W kilka minut później byliśmy już gotowi i szliśmy pod portal. Wciąż czerwoni na twarzy złapaliśmy Mike'a i zagroziliśmy najłagodniej, jak potrafiliśmy, że jeśli cała sprawa się wyda, skończy marnie.

Dwudziestoosobowy oddział podniósł się i zasalutował.

-Oprócz zabijania i ciężkiego ranienia przeciwników, możecie robić wszystko. Liczę, że wywiążecie się z zadania i pokażecie, ile jesteście naprawdę warci.

-Tak jest!


Narrator

-Calebie, mam dziwne wrażenie, że ktoś nas obserwuje- powiedział Matt, rozglądając się wokoło.

Wojownik pokiwał głową. Według mapy znajdowali się w Dębowym Kręgu, lądowej części królestwa Atlantydy. Nikt nie przepadał za jego mieszkańcami, głównie z powodu Phobosa, który toczył z nimi ciągłe wojny. Kosztowały one życie wielu ludzi.

Nagle usłyszał coś na kształt kroków. Ruchem dłoni zatrzymał grupę.

-Jesteśmy otoczeni. Matt, w razie czego wykorzystaj swoje moce- dodał ciszej.

Powoli wyciągnął miecz, przygotowując się do ataku. W tym samym momencie dziesięciu z jego ludzi zawisło w powietrzu, schwytani w olbrzymie sieci. Zza drzew wyskoczyła grupa około dwudziestu osób. Wszyscy mieli zamaskowane twarze.

Widząc, że i tak miał przewagę, Caleb z uśmiechem rzucił się w wir walki, którą kochał prawie tak, jak swoją ukochaną. Przypominało mu to taniec, dziki i pierwotny, jednocześnie piękny w swej prostocie. Lśniące w promieniach słońca ostrze stało się przedłużeniem jego woli.

W pewnej chwili zauważył coś dziwnego. Choć przeciwników było mniej, atakowali szybciej i skuteczniej od jego podwładnych. W dodatku... ogłuszali ich? Co jest grane!? Skupił się z powrotem na walce, starając się ignorować zamaskowanych wojowników.

Po jakimś czasie (który wydawał mu się wiecznością) Caleb trafił na równego sobie przeciwnika. Dzierżący dwa długie miecze wojownik uśmiechnął się zza chustki zakrywającej mu twarz. Zaatakował.

-Więc to ty jesteś Caleb? Zobaczmy, czy jesteś tak dobrym szermierzem, jak mówią pogłoski!

Klingi zderzyły się, sypiąc fontannę iskier. Ruchy obu mężczyzn były tak płynne i szybkie, że przez moment wszyscy walczący zatrzymali się, by przyjrzeć się ich walce, a następnie wrócili do swoich przeciwników.

-Sądzę, że powinniście się wycofać. Wciąż mamy przewagę!- krzyknął do szarookiego.

-Nie na długo- Caleb wiedział, że miał rację. Musiał wykorzystać przewagę, którą dawała mu obecność Matta.

-Matt, tera... Co?!- przez ułamek sekundy sparaliżowało go.

Jego przyjaciel, bardzo zdolny szermierz był... ogrywany? Ubrana nieco inaczej niż pozostali postać zdawała się z nim bawić. Podpuszczała go i raz za razem uderzała w czułe miejsca płazami sztyletu lub siedemdziesięciocentymetrowego miecza, wykonanego z materii przypominającej kryształ. Odwrócił się i pobiegł, by mu pomóc. Ciął ostrzem wzdłuż linii szyi nieznajomego. Z przeciętego kaptura wysypała się kaskada kasztanowych loków.

No masz, kobieta!

Dziewczyna nic sobie nie zrobiła z próby poważnego zranienia jej, tylko odwróciła się i skoczyła na Caleba, uderzając go w przeponę. Całe powietrze uszło z niego niczym z lalki. Leżąc na ziemi i próbując złapać oddech mógł wyłącznie patrzeć, jak cały jego oddział zostaje pokonany i związany.

Szarooki wojownik podniósł zarówno jego jak i Matta do pozycji klęczącej.

-Myślałem, że będę miał więcej zabawy. Ma chèrie, nieźle ich załatwiłaś. Sam bym lepiej tego nie zrobił- skierował się do dziewczyny.

Niebieskie oczy wojowniczki zalśniły.

-Rozwiążcie i opatrzcie wszystkich rannych- rozkazała, patrząc na klęczących przed nią chłopców.

Caleb był zbyt wściekły, by zauważyć, że jej głos zdawał się być dziwnie znajomy. Zaczął szarpać się, by uwolnić z więzów. Zniknęły one jednak tak szybko, jak się pojawiły.

-Nie sądziłam, że tak szybko o mnie zapomnicie. Cóż, mogłam się tego spodziewać- mruknęła, zsuwając materiał z twarzy.

Zarówno Matt jak i Caleb wciągnęli głośno powietrze z niedowierzania. Musieli się z nią zgodzić - ich pamięć zawaliła.

-No co tak się patrzycie, chłopcy?- uśmiechnęła się Irma, przybijając piątkę ze swoim szarookim towarzyszem. -Myśleliście, że pozwolę wam tak po prostu wtargnąć na moje terytorium? Zobaczymy, jak się z tego wytłumaczycie!