Rozdział 10 „Hawke i Varrick"

Hawke weszła do Wisielca. Przywitała się z Norą. Tego dnia przypłynęło sporo statków więc lokal wypełniony był marynarzami. Panowało przyjemne ożywienie.

-I w tedy Hawke…- Varrick był w swoim żywiole. Opowiadanie historii miał we krwi. Zazwyczaj wcale mu nie przeszkadzało, że Lizi by słuchała co to znowu nawymyślał, ale tym razem przerwał opowiadanie, ku rozczarowaniu wielu słuchaczy.

-… i dokończymy innym razem. Hawke, właśnie chciałem z tobą pogadać. Chodź na górę- Przeszli do jego prywatnych apartamentów jak to nazywał. W kominku było napalone panowało więc miłe ciepełko. Coś bardzo potrzebnego w mieście w którym po za letnią porą zawsze padało.

-I jak się ma mój ulubiony krasnolud – Varrick wyglądał na nieco niepewnego- Podobno chciałeś o czymś pogadać?

-Ta no wiesz, ludzie gadają że ty i ten elf,… Ponurak z Tevinteru, że jesteście dość blisko. Więc, jak to jest Hawke?- Varrick starał się być taktowny. Na tyle na ile pozwalała mu ciekawość.

-No, no Varrick, nigdy nie myślałam, że jesteś taki zazdrośnik. To mi pochlebia.

-Oooo Hawke, wiem że jestem niesamowity, to pewnie przez tą owłosioną klatę, kobiety ją uwielbiają, ale jesteś dla mnie troszkę, ale podkreślam tylko troszkę, za wysoka…

-Akurat. Po prostu Bianka stoi mi na drodze.

-Co poradzę? To zazdrosny typ… Słuchaj, jako twój przyjaciel- Zaczął poważniej – Czuje, że powinienem coś powiedzieć. Wiesz, ten elf ma kolce, jest jak mocno wkurzony jeżowiec. Może, ale tylko może, to nie jest najlepszy pomysł by się do niego zbliżać. Możesz się bardzo poranić. No! Powiedziałem co miałem powiedzieć.

-Dzięki Varrick, doceniam, ja… nalej mi cydru- Mina jej zrzedła. Siadła przy wielkim stole krasnoluda i czekała, aż przyjaciel do niej dołączy.

-Gdybyśmy byli z Fenrisem normalną parą, nigdy nie byliśmy, no ale gdybyśmy byli, to on parę dni temu właśnie mnie rzucił- Opróżniła pół kufla. Nie mogła się tym upić, ale miło było poczuć ten smak.

-Jak to się stało?

-O Varrick… Właściwie nie wiem co się stało. Przyszedł mnie przeprosić, chyba. Wiesz czasami wydaje mi się, że co innego myśli, a co innego mówi i to nie z własnej woli. W każdym razie skończyliśmy w mojej sypialni.

-W twoim łóżku?

-Dokładnie tam. Ja się budzę naga, całkiem zadowolona, a on gotowy do wyjścia w pełnym rynsztunku…

-Z mieczem?

-Z mieczem. Sądziłam, myślałam że wiesz, jak mag jest podniecony to magia trochę ucieka z ciała. Ty to byś nawet nie poczuł, krasnalu jeden, ale pomyślałam że przez te znaki na jego ciele, to w końcu lyrium, mogło go boleć, ale zaprzeczył. Powiedział że coś sobie przypomniał, a potem te wspomnienia uleciał i że nie może zemną być i wyszedł z sypialni…

-Nie no Hawke, współczucia, żaden porządny facet by się tak nie zachował.

-Ale to nie wszystko. Wychodząc wpadł prosto na Andersa.

-Co Blondasek robił w środku nocy w twoim domu!?

-Pamiętasz przejście z Mrokowiska do mojego domu? Dałam mu klucz i pokazałam jak otwierać zamaskowane drzwi, na wypadek nalotu. Anders często u mnie też nocuje, mam dużo sypialni więc to żaden problem, że zajął jeden pokój, a no i się kąpie, wiesz trochę luksusu nikomu nie zaszkodzi. W każdym razie, ja siedzę nago na łóżku, Fenris otwiera drzwi sypialni i wpada na Andersa, który nie chcąc mnie budzić cichaczem przemyka się do pokoju gościnnego. Znasz ich, oni zawsze się kłócą, Anders był jednak w takim szoku, że nie zdążył ust otworzyć, a Fenris się… chyba speszył, więc tylko zaklął pod nosem i pobiegł do wyjścia. No i w ten sposób dowiedział się Anders o naszym… zerwaniu nazwijmy to.

-Nie no współczuje Hawke, musiało być bardzo niezręcznie.

-Ale to jeszcze nie koniec.

-Co jeszcze mogło się stać?!

-Kiedy zażenowany Fenris wypadł z mojej posiadłości, wpadł prosto na Izabelle, która akurat wracała z Kwitnącej Róży. Bella jest lotna w takich sprawach, więc od razu wszystko sobie dopowiedziała i następnego dnia na babskim spotkaniu opowiedziała wszystko Avelinie i Merrill. Zostałam zalana powodzią babskiego solidaryzmu i współczucia.

-O… O kurczę. Współczucie i babski solidaryzm w wykonaniu Aveliny musiał mrozić krew w żyłach.

-A i owszem, Ale to nadal nie wszystko. Podejrzewam, że Fenris nie najlepiej się czuł z tym jak mnie potraktował, więc wyżalił się Sebastianowi. Oczywiście Sebastian jest bardzo dyskretny i nigdy by nic nie powiedział, ale dzień później dostałam od niego kosz owoców, więc podejrzewam że nic nie mówiąc, starał się poprawić mi humor…. Tak więc drogi przyjacielu, jesteś ostatnią osobą, która się dowiaduje o tym co zaszło. Wybacz.

-Doleje ci- Wstał po dolewkę.

-Ojj dolej mi- Hawke pomasowała skronie – Najgorsze jest to, że jestem dokładnie taka jak mój ojciec. My kochamy tylko raz. To pięknie brzmi w książkach, ale w prawdziwym życiu oznacza to, że masz przesrane. Wystarczy, że najzwyczajniej w świecie obiekt twoich westchnień cię nie pokocha i do końca życia jesteś sam.

-… Wiesz, napije się razem z tobą, nie pogniewasz się jeśli naleje sobie Fereldeńskiej żytniówki?

-Śmiało, przepraszam, nie chciałam przywoływać wspomnień o Biance.

-Nic nie szkodzi Hawke, co poradzić że tacy fantastyczni bohaterowie jak my, są ulepieni z jednej gliny. Chodź napijemy się. – Chwile to trwało nim krasnolud znowu zaczął mówić.

-Co prawda to cię nie pocieszy, ale może odwróci uwagę od problemów natury osobistej. Właściwie po to cię wezwałem. Zgadnij czyi zdradziecki braciszek wrócił do miasta?- Varrick odstawił na bok napitki.

-Barthrand wrócił?! Co my tu jeszcze robimy?!

-Spokojnie Hawke, moi ludzie pilnują domu w którym się ukrył. Mam zamiar go odwiedzić dziś w środku nocy. Wchodzisz w to?

-No pewnie! Agrrr ten mały kurdupel. Bierzemy Izabelle i Fenrisa. Też mają z nim do pogadania.- Dopiła cydr odstawiając z trzaskiem kufel na stół.

-Jesteś pewna co do elfa?

-To wciąż mój przyjaciel Varrick. Nie sądzę by odmówił. Trzeba jakoś dalej żyć.

-Słuszna uwaga. Chodź zgarniemy z dołu Rivanke nim się zechla i będzie do niczego- Przystąpili do działania.


-Fenris jesteś tam?!- Jak zawsze darli się od samego wejścia do rezydencji. Pozbycie się Hadriany nie rozwiązywało całego problemu łowców dybiących na wytatuowanego elfa, a to oznaczało że Fenris wciąż był w pełnej gotowości do ataku.

-Jak jesteś pijany to krzyknij!

-A jak jesteś z kobietą to zagwizdaj!... No co?- Bella poczuła na sobie dość nieprzychylne spojrzenia Hawke i Varricka.

-Jak bym był pijany to byś już nie miała głowy- Fenris zaskoczył ich wszystkich wychodząc z bocznego pomieszczenia –Byłem w kuchni. Co tu robicie w środku nocy?

-Zgadnij kto wrócił do miasta, podpowiem ci, to wredna wersja Varricka, która ma brodę na właściwym miejscu- Skoro Fenris zachowywał się tak jak zwykle, Hawke miała zamiar zrobić dokładnie to samo.

-Wypraszam sobie, nie jesteśmy ani trochę podobni. Ja jestem dużo przystojniejszy. W każdym razie Ponuraku, chyba mamy z moim braciszkiem rachunki do wyrównania. Idziesz? – Varrick z czułością pogładził uchwyt Bianki.

-Jasne, tylko to wywalę.

-Co to jest?

-Zdechła mysz…. Zatruła się jedzeniem z kuchni – powiedział z niejakim wstydem.

-Widzisz, tak to jest jak nie ma w domu kobiety- Od razu wtrąciła się piratką.

-Bella błagam cię… po za tym ta mysz jeszcze żyje- Hawke przejęła gryzonia od Fenrisa. Uleczenie myszy nie było skomplikowane ze względu na jej minimalne rozmiary. Hawke wypuściła ją obok progu posiadłości.

-Idź tam- Ku zaskoczeniu wszystkich mysz pobiegła we wskazanym kierunku.

-Hej Hawke, gdzie ją wysłałaś?- Varrick już nieco przywykł do niezwykłych poczynań maginii, ale to zakrawało na jakąś schizofrenie.

-Do domu Merrill, ma dobre jedzenie i niema kota. Możemy już wrócić do konkretów? Varrick prowadź.

-Co tylko rozkażesz Hawke, co tylko rozkażesz.


Dom który zajmował Barthrand był wypełniony po brzegi gratami z Orzamaru. Całym rodowym majątkiem jaki krasnoludowi udało się zabrać nim Varrick i Hawke opuścili Głębokie Ścieżki. Po za tym było mnóstwo trupów. Niektórych świeżych, niektórych starych. Varrick znał większość z tych krasnoludów. Dalecy krewniacy, służba, przyjaciele, stali współpracownicy czy kontrahenci. Jatka coś mu przypominała.

-Hawke czy to może być magia krwi? Bo przecież po co ich zabijać?- Varrick westchnął ciężko. Nie był to dla niego przyjemny widok.

-Nie, z nich nie upuszczono krwi, po prostu ich zabito. Spójrz na te obrażenia, chyba wzięto ich z zaskoczenia, prawie nie mają ran obronnych… To się stało niedawno- W domu panował ponury nastrój. Zapach krwi wciąż unosił się w powietrzu. Było dość strasznie. Jedyną żywą osobę jaką spotkali, był osobisty służący Barthranda, któremu przestraszona Izabella zaserwowała kopniaka w głowę nim Varrick zdążył ją powstrzymać. Od pobijanego krasnoluda nie dowiedzieli się niczego więcej niż to iż brat Varricka oszalał i w ataku paranoi pozabijał współtowarzyszy. Gdy go w końcu odnaleźli, okazało się to prawdą. Sam jeden zaatakował ich wszystkich. Udało im się go w końcu obalić i obezwładnić, ale krasnolud w ogóle nie kontaktował. Raz zachowywał się jak wróg, w drugiej sekundzie prosił Varricka o pomoc w odnalezieniu figurki z czerwonego lyrium. Co chwila mówił że śpiewała do niego. Było to jedyne o czym mógł myśleć.

-Nie wiem co mu się stało. Spodziewałem się go zastać kpiącego z nas, śpiącego na stercie złota. Czy jaki kol wiek uzdrowiciel mu pomoże?- Krasnolud poczuł dłoń na ramieniu. Hawke podeszła do niego ostrożnie.

-Nie. To nie jest klątwa czy urok. Te zmiany są czysto fizyczne, jak by ktoś wyciął mu pół mózgu. Z tym już nigdy nie będzie można nic zrobić. Zabił wielu ludzi Varrick i już zawsze będzie niebezpieczny- Wzrok miała łagodny. Proponowała mu, że go wyręczy w tym co musi zostać zrobione. Już kiedyś oferowała swoją pomoc w takiej sytuacji. Nie było to łatwe, w tedy jednak Avelina zdecydowała się osobiście ukrócić męki męża. Varrick znał tę historie i postanowił postąpić podobnie. Zabicie brata nie jest czymś z czym można łatwo żyć, uznał jednak, że to jego obowiązek.

Wyszli z domu przygnębieni.

-Musze to ogarnąć. Sprawdzić od kogo wynajmował tą posiadłość. Zadbać o ciało. Zadbam też o tych, których Barthrand zabił. Echhh to wszystko nie powinno się zdarzyć.

- Co kol wiek zrobił ten posążek, sprawił że to już nie był twój brat. Nie miałeś wyboru. Gdybym mogła ci jakoś pomóc daj znać – Varrick tylko pokiwał głową i samotnie udał się do Wisielca.

-Izabella, idź za nim, tylko dyskretnie. Upewnij się że bezpiecznie dotrze do swojego lokum. Żeby mu do głowy nie wpadło nic głupiego, ja wpadnę do niego jutro- Szepnęła piratce. Ta pokiwała głową i udała się za nową głową rodu Tethras.

-A my do domu? – Spytał spokojnie Fenris.

-Tak, ty do swojego, a ja do swojego- Skomentowała cicho. Przeszli w milczeniu wspólnie część drogi. Fenris chciał ją odprowadzić, nie odważył się jednak tego zaproponować. Hawke nie miała już daleko, więc te parę kroków mogła wykonać sama. Już miała wchodzić do swojego domu gdy na progu zobaczyła mysz. „Niemożliwe". W tedy tak się tylko wygłupiała, by jakoś rozładować własne zawstydzenie słowami piratki. W Thedas raczej nie było magicznych myszy… Otworzyła drzwi a gryzoń wbiegł do środka i tyle go widziała. „Podobno myszy gnieżdżą się tylko w zdrowych domach… jeśli jutro przemknie po kuchni to Orana będzie piszczeć…" Weszła do domu zamykając za sobą drzwi.


Kolejny dzień minął nawet spokojnie. Hawke przelotnie dowiedziała się że Varrick pozałatwiał wszystkie sprawy związane z bratem i jego uczynkami. Lizi liczyła ze zajmie mu to trochę, ale obrotny krasnolud uwinął się w jeden dzień. Brak zajęcia był straszną rzeczą kiedy się ma zmartwienia. Varrick musiał czuć się paskudnie. Pamiętała jak odwiedzał ją po śmierci jej matki. Potrafił siedzieć u niej całymi dniami. Przeczytał jej wszystkie swoje książki. Trzeba przyznać, że wiele zyskiwały dzięki temu. Chyba przyszedł czas się odwdzięczyć za tamte chwile. Hawke udała się wieczorem do Wisielca. Zapukała do jego pokoju, a zaraz po tym weszła.

-I jak się ma mój ulubiony krasnolud? Mam coś dla ciebie, znalazłam u tego handlarza świecącym szpejem wiesz… Varrick…- Krasnolud objął ją ręką w tali, a drugą przekręcił klucz w drzwiach. „Skubany szybki jest. Łotrzyk jak się patrzy". Poczuła jego ręce pod swoją kurtką, usta całujące piersi mimo ubrania. Aktualnie to było najwyższe miejsce do którego sięgał.

-Varrick…- Oczywiście mogła by go odtrącić. Jego ręce niecierpliwie błądzące po jej udach i pośladkach. Chciała poczuć się pożądana. Pozwoliła się porwać fali.


Obudził się gdy słońce było już wysoko. Przez chwile smakował wspomnienie. „Kto by pomyślał, że ma takie ciemne sutki. A może tylko tak się wydaje, bo ma taką jasną skórę, achhh te krągłe biodra…" Dotarło do niego co się wydarzyło wczorajszego wieczoru i z przerażenia, aż poczuł ścisk na żołądku. Kobiety w takich wypadkach chcą albo ślubu, albo śmiertelnie się obrażają. Chyba że były Izabellą, ale to nie była Izabella. Varrick nie miał zamiaru się żenić, ale za żadne skarby świata nie chciał by stracić przyjaźni Hawke. Niepewnie otworzył oczy i dostrzegł kobietę już ubraną, siedzącą na skraju łóżka, pochylała się, zapewne wiązała buty.

-Hmmm obudziłeś się już?- Spojrzała na niego i parsknęła śmiechem –Ale masz przerażoną minę, jak byś co najmniej smoka zobaczył. Ja chyba nie jestem aż taka straszna?

-Kurde Hawke ja nie chciałem. Ledwo dostałaś kosza od Fenrisa. Wykorzystałem cię- Czuł się potwornie winny. Teraz kiedy emocje opadły.

-Varrick… Oboje potrzebowaliśmy się… zrelaksować. Szkoda, że nie widziałeś mojej miny po przebudzeniu. Wyrażała tylko jedno, zgadniesz co? „TE CHOLERNE KRASNOLUDY!". Nadmienię tez że potem zamarła w permanentnym szoku- Uśmiechnęła się. To był ciepły uśmiech – Przyjaciele czasem muszą sobie nawzajem pomagać.

-Czasem rzeczywiście tak. Czyli między nami jest w porządku? Niema zmartwień, pretensji, roszczeń?

-Roszczeń? Chyba na panią Tethrasową to jestem jednak trochę za wysoka. Rzucała bym się w oczy na rodzinnych spotkaniach… Niema Varrick. Jest w porządku – Zapewniła. Krasnoludowi od razu spadł kamień z serca. Hawke jak zawsze mówiła szczerze.

-Chce żebyś wiedziała- powiedział już swoim zwyczajowym tonem – Że tylko prawdziwy debil zrezygnował by z miejsca między tymi udami!- W jego słowach pobrzmiewał autentyczny zachwyt.

-Haha! No pewnie! Porobiłeś mi na nich tyle malinek, że musiałam użyć czaru leczącego, żeby muc włożyć spodnie. Swoją drogą Varrick winszuje, umiesz zadbać o partnerkę, nawet jeśli jest od ciebie dwa razy większa- Parsknęła śmiechem wstając i sięgając do swoich rzeczy.

-Masz, chciałam ci go dać wczoraj, ale nie zdążyłam- Rzuciła mu sygnet. Krasnolud złapał go siadając na łóżku.

-To… mój rodowy pierścień! Hawke skąd go masz?! Myślałem że mój braciszek dawno go gdzieś zastawił. Nareszcie będę miał czym oznaczać listy. To właśnie takich czynów dokonujesz w zmyślonych przeze mnie historiach.

-Od tego sklepikarza błyskotkami z Dolnego Miasta. Jesteś teraz głową rodu, powinieneś go mieć. A Varrick i jeszcze jedno. Oczekuje, że wczorajsze wydarzenie będzie miłym wspomnieniem zamieszkującym twoje myśli i nie wychodzącym nigdzie dalej. Serio mówię. To ma pozostać naszą prywatną sprawą. Jeśli kiedyś usłyszę jak opowiadasz w Wisielcu, że spędziłeś zemną noc…

-Spokojna głowa Hawke, nie zaryzykuje zdenerwowania apostatki władającej kulami ognia- Uniósł ręce w poddańczym geście.

-Ja myślę… W sumie musze zrobić jeszcze jedną rzecz nim wyjdę.

-Tak? Jaką?

Pochyliła się odgarniając mu włosy za ucho i pocałowała słodko, delikatnie.

-Dobrego dnia Varrick.


.

.

Cały czas się zastanawiam czy Fenris powinien stanąć przeciw magom w ostatniej bitwie. W sumie nie mogę się zdecydować. Jak sądzicie?