Rozdział 10.
- House, wstawaj! – pani dziekan szepnęła mężczyźnie do ucha, klepiąc go lekko w policzek.
- Mamo, jeszcze troszkę – wymamrotał, przewracając się na bok.
- Rusz się, musimy wpaść po drodze do mnie. Nie mam się w co ubrać.
- Jakbym kiedykolwiek usłyszał przeciwne zdanie… - odpowiedział trochę przytomniej.
Na te słowa Cuddy zaprzestała poszukiwań pozostałych części garderoby rozrzuconych po sypialni.
- Gdybyś się nie uparł, że bita śmietana to nieodłączny atrybut udanego wieczoru, mogłabym założyć wczorajsze ciuchy – odgryzła się, upuszczając niebieską niegdyś bluzkę wprost na twarz diagnosty. Zrezygnowany, usiadł na łóżku.
- Słyszałaś, żebym był takim zrzędą, jak zostajemy u ciebie?
Pani doktor uśmiechnęła się odruchowo. Z oczywistych względów jej ubiór o wiele bardziej cierpiał przez wybujałą fantazję Gregory'ego House'a. Co nie oznaczało, że on sam wychodził z ich wspólnych gierek bez szwanku. Zwykle jednak przewracał koszulkę na drugą stronę i szedł tak do pracy. Wychodził z założenia, że przecież i tak nosi ją pod spodem. Nikt nie zauważy.
- To, że nie dbasz o swój wygląd, nie znaczy, że ja też przestanę – zauważyła. – Nie lepiej ogląda ci się mój biust, gdy ubiorę czystą bluzkę?
- Najlepiej ogląda mi się go nago – odparł, wstając z łóżka i mierząc dziewczynę wzrokiem.
- Nie było pytania – podeszła do mężczyzny i dała mu buziaka. Ten, chwytając ją za ręce, spytał:
- Może po prostu razem zamieszkamy?
House bezceremonialnie wtargnął do gabinetu szefowej. W ręku trzymał wyniki badań pacjentki, której akta podrzuciła mu na biurko dwa dni temu. Stanął na samym środku pomieszczenia i zaczął pilnie obserwować, jak pani administrator rozmawia przez telefon. Na początku chciała go zignorować. Właśnie uzgadniała termin podpisania umowy dotacji na rozbudowę dziecięcego oddziału onkologii. Podwładny nie dawał jednak za wygraną. Uniósł brwi, machając znacząco teczką. Cuddy zdała sobie sprawę, że diagnosta nie odpuści.
- Przepraszam pana najmocniej – powiedziała do słuchawki. – Oddzwonię za pięć minut.
Rozłączyła się i zwróciła się do House'a:
- Coś nie tak z pacjentką?
- Poza tym, że jest nastoletnią idiotką bzykającą się na prawo i lewo? – powiedział, nie ukrywając sarkazmu. – Skąd.
- Więc po co ci ta teczka? – spytała podejrzliwie.
- Żebym nie musiał czekać, aż będziesz wolna.
Pani administrator westchnęła, zakrywając dłonią twarz. Była zbyt zmęczona na kolejne gierki. Tylko niezdrowa ciekawość kazała jej zapytać:
- Więc czemu tu przyszedłeś?
- Mam dla ciebie prezent. - Mężczyzna położył na biurku pani dziekan zapisaną kartkę. Kobieta przyjrzała się jej uważnie. – Podpisz.
- House – Cuddy spojrzała na diagnostę podejrzliwie, ignorując wciskany do ręki długopis. – Co to jest?
- Lista twoich obowiązków – odpowiedział. – Podpisz.
Pani administrator poprawiła się na krześle. Splotła dłonie.
- Jakich obowiązków? – zapytała.
- Rzeczy, które będziesz robić, jak już razem zamieszkamy – wyjaśnił, ponaglając dziewczynę ręką. – Podpisz.
- Siedemdziesiąt dwa podpunkty?!
- Podpisz.
- Możesz przestać? – zniecierpliwiła się. Odwróciła kartkę na drugą stronę. – A gdzie twoja lista?
- Nie potrzebuję jej.
- Na serio? – Cuddy uniosła brwi z niedowierzaniem.
- Pewnie – House zaczął chodzić po pomieszczeniu. – W końcu jestem miły, grzeczny i kochany.
- A także niewiarygodny – dokończyła wyliczankę, krzyżując przed sobą ręce. – Niczego nie podpiszę.
Mężczyzna zrobił krok w jej stronę. Był gotów walczyć o swoje prawa do upadłego. Zwłaszcza o punkty dotyczące gotowania i zmywania naczyń, przydziału dostępu do pilota telewizyjnego oraz czasu wolnego dla Wilsona. Jeszcze ewentualnie o wynoszenie śmieci. Nie łudził się nawet, że zgodzi się na resztę.
- Podpiszę jutro, gdy przedstawię ci swoją wersję – dodała, nim podwładny zaczął się targować.
- Powyższa lista powinna zostać zatwierdzona w formie niezmienionej – oświadczył.
Cuddy pochyliła się w jego stronę z uśmiechem na twarzy.
- Listę twoich obowiązków – uściśliła.
- Jeszcze razem nie mieszkamy, a już robisz problemy.
- Do jutra, House – powiedziała, dając do zrozumienia, że nie zamierza dalej negocjować.
- Będę tu w samo południe – rzekł na odchodne, wskazując na kobietę palcem.
- Czyli jak tylko dotrzesz do szpitala – podsumowała. – Na razie, House.
- Na razie, Cuddy.
- Przejrzałam twoją ofertę – powiedziała Cuddy, rozkładając przed sobą pokreślone kartki. – Punkty 11-26 oraz 40-72 nie uwzględniają powtarzalności, tylko sam fakt zajścia. Dwie noce i mamy je z głowy.
- Nagle ci się zachciało czepiać sformułowań? – zaoponował. – Jeśli miałbym przy każdym pisać "codziennie"…
- Nie licz nawet na trójkę, szóstkę i ósemkę – kontynuowała, nie zważając na protesty. – Nie zamierzam chodzić po domu nago, ubierać się do pracy jak dziwka ani dzielić się bielizną.
House wykrzywił usta w podkówkę i zrobił minę kota ze "Shreka". Nie pomogło.
- Pozostałymi punktami będziemy dzielić się po równo, z uwzględnieniem drobnych odstępstw spowodowanych przyczynami losowymi.
Diagnosta skrzywił się lekko. Wiedział, że negocjowanie umów to jej chleb powszedni. Jedyne, czego nie uwzględnił, to fakt, że jest w tym cholernie dobra.
- To nie moja lista. Żądam przywrócenia poprzedniej wersji!
- Nie rozumiesz – odparła spokojnym tonem. – Podpiszę tą albo nie podpiszę wcale.
Diagnosta skrzyżował ręce i spojrzał na panią doktor spode łba.
- Wiedźma.
- Manipulant.
- Dzięki – odpowiedział, pogodniejąc nieco. – Trudno. Może być.
- Ty z kolei podpisujesz to – podsunęła mężczyźnie drugą kartkę. Sięgając po nią, przyznał:
- Już myślałem, że zapomniałaś.
- Chciałbyś.
Chwilę wodził wzrokiem po tekście. Cuddy się przyłożyła. Prawie każdy punkt rozciągał się na dwie linijki, dokładnie opisując sposób, w jaki diagnosta miałby wywiązać się z umowy. Jakby wiedziała, że każdą nieścisłość wykorzysta przeciwko niej.
- Pani dziekan robi się niegrzeczna – uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od kartki. – Połowa pozycji na tej liście to pozycje seksualne.
- Zupełnie jak na twojej – skwitowała, nie pozostając dłużna.
- I to ci nie wystarczyło? – zdziwił się.
- Ja też mam potrzeby, House.
- Zaraz, zaraz – dodał po chwili. Coś mu się wyraźnie nie zgadzało. – Czego niby nie mam robić? Nie będę mógł pracować, jeśli zwiążesz mi ręce w ten sposób.
Rozłożył ręce, czekając na reakcję. Kobieta podparła głowę dłońmi, mrugając zalotnie oczyma. Nie zamierzała iść na żadne ustępstwa. Widząc to, jej chłopak westchnął głęboko i zaczął czytał dalej. W sumie nie było tam żadnej rzeczy, której nie zamierzałby zrobić z własnej woli. Doceniał, że Cuddy dobrze go znała i wyczuwała, gdzie leżą granice. Poruszała się po nich niczym sprawny akrobata.
- Prawie jak przysięga małżeńska – podsumowała pani administrator, gdy obydwoje podpisali już swoje egzemplarze, kopie dla partnera oraz po kopii dla Wilsona.
- Z jedną drobną różnicą – poprawił ją, wskazując palcem dopisek na samym dole. – Każdej ze stron przysługuje miesięczne wypowiedzenie.
