Oto kolejny rozdział. Akcja zaczyna się rozkręcać, a Trzmiel jest coraz bardziej nieznośny. Ktoś ma pomysł kto może podobać się Teo? Miłego czytania!

~H~

Po szybkim wyjaśnieniu całej sytuacji, ulatniam się z dormitorium i kieruję się do Pokoju Życzeń. Jakbym został mógłbym przypadkiem wyżyć się na Teo i Draco. A przecież oni nie są niczemu winni. Dopiero po godzinie uspokajam się na tyle, że nie rzucę się na nikogo, gdy coś do mnie powie. Wchodzę do Pokoju Wspólnego i podchodzę do siedzącego na kanapie Malfoy'a. Parkinson, która usilnie stara się zwrócić jego uwagę, syczy na mój widok i umyka. Przez chwilę patrzę za nią rozbawiony, po czym przenoszę wzrok na czytającego książkę blondyna. Z głośnym westchnieniem opadam obok niego. Rzuca mi dziwne spojrzenie i wraca do lektury. Rozglądam się uważnie po pomieszczeniu, a gdy nie zauważam nigdzie pewnego nadpobudliwego bruneta, wbijam pytający wzrok w Draco.

-Jeden z tych nowych poprosił go o pomoc w zadaniu-wyjaśnia od razu.

Przymykam oczy, starając się rozluźnić. Miałem nadzieję, że w towarzystwie Teo przestanę myśleć o Trzmielu. O, i cały mój spokój szlag trafił! Przed oczami staje mi płacząca Hermiona i po raz tysięczny analizuję całe zajście. Pierwsze pytanie jakie sobie zadałem to, czy to nie jest pułapka. Oczywiście wiem, że Miona nie żartowałaby z takich spraw, ale i tak trzeba się nad tym zastanowić. Trzmiel cały czas udaje, że jest przychylny wilkołakom. Świadczy o tym obecność Remusa. A ten myśląc, że staruch mu pomaga nie skarży się na nic. Choćby na trzykrotnie mniejszą wypłatę niż normalnie. Hogwart to jedna z elitarnych szkół, oczywiście, że personel jest sowicie wynagradzany. Nikt nie wie, że Trzmiel gardzi nieludźmi, więc informacje wydają się prawdziwe. Jakby z oddali wyczuwam dziwny niepokój. Natychmiast otwieram oczy i staram się wyczuć, co się dzieje. Zrywam się do pionu, gdy dociera do mnie, że to uczucia Teo. Wbijam w zaskoczonego Draco ostre spojrzenie.

-Gdzie poszedł Teo?

-Do biblioteki-odpowiada i wygląda jakby chciał o coś zapytać, ale ignoruję go.

Czuję jego obecność, gdy szybkim krokiem przemierzam korytarze. Przeskakuję po dwa schodki i wreszcie docieram na piąte piętro. Odszukuję bibliotekę i z rozmachem otwieram wrota. Szybkim spojrzeniem lustruję wszystkie stoliki i mój niepokój wzrasta. Nie ma go. Pani Prince ma gniewny wyraz, ale jednym lodowatym spojrzeniem uciszam ją. Odwracam się na pięcie i odpycham Malfoy'a na bok. Gdzie jesteś, Teo? Zdaję się na instynkt i ruszam w bok. Trzy zakręty i staję jak wryty. Teo i młody wilkołak są przyciśnięci do ściany przez Rona i kilku innych gryfonów. Mój przyjaciel ma kilka zadrapań i siniaków, a jego koszulka jest rozerwana. Już samo to wystarczy żeby wilk przejął nade mną kontrolę, a to nie wszystko. Dostrzegam zza rogu fragment fioletowych szat. Ogarnia mnie zimna furia. Trzmiel. Stoi sobie spokojnie i obserwuje przedstawienie. Dopiero po chwili zauważam, że już nie stoję, ale idę. Wesley odwraca głowę i uśmiecha się drwiąco na mój widok. Widzę jeszcze błysk przerażenia, zanim łapię go za przód swetra. Bez wysiłku rzucam nim o ścianę i doskakuję do niego. Próbuje mnie uderzyć, więc łapię go za nadgarstek i zaciskam mocno dłoń. Z jego gardła wyrywa się dziki wrzask bólu. Krzywi się straszliwie i miota. Drugą ręką chwytam go za szyję i podduszając, zmuszam do patrzenia mi w oczy.

-Mam głęboko w dupie to, czy mnie obrażasz-szepczę złowieszczo, a jego oczy rozszerzają się ze strachu; moje tęczówki są całe złote-Ale śmiałeś tknąć mojego przyjaciela.

Zacieśniam mój uścisk, miażdżąc mu nadgarstek. Odsuwam się kawałek i patrzę z satysfakcją na zsuwającego się po ścianie rudzielca. Szlocha z bólu i drży ze strachu. Kucam przy nim i uśmiecham się zimno.

-Spróbuj choćby tknąć moje stado, a wypruję ci flaki i zostawię w Zakazanym Lesie-jego twarz zastyga w wyrazie czystego przerażenia.

Wstaję powoli i podciągam go do pozycji stojącej. Beznamiętnie obserwuję trzęsącego się gryfona, po czym biorę zamach i uderzam go w twarz. Raz, drugi, trzeci. Po pięciu ciosach nie przypomina już siebie. Łka żałośnie, ale nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Puszczam go w końcu i pozwalam na zwinięcie się w kłębek. Odwracam się i zerkam na niego przez ramię.

-Wilki nie lubią, gdy ktoś atakuje jednego z nich-cytuję Malfoy'a i przenoszę wzrok na tego właśnie chłopaka.

Stoi obok Teo i wilkołaka cały blady. Zauważam, że spertryfikował resztę „żartownisiów". Pozwalam, by wściekłość mną zawładnęła. Macham ręką od niechcenia, cofając zaklęcie. Nie ruszają się zdjęci przerażeniem. Podchodzę do pierwszego i rozpoznaję w nim Seamusa.

-Ach, witaj, kumplu-uśmiecham się lodowato-Nie wiesz, że nikt nie lubi, gdy zaczepia się jego przyjaciół, co?

Wymierzam mu kilka kopniaków o przeciętnej sile. Przynajmniej dla mnie. Chłopak wygląda jakby miał zwymiotować swoje wnętrzności, kaszląc krwią. Lituję się nad nim i powoli ze sztucznym uśmieszkiem podchodzę do kolejnego.

-Och, Dean, jak miło cię znowu widzieć-kucam przy nim.

Skomle cicho i błaga o litość. Kręcę głową, cmokając z niezadowoleniem. Chwytam go za włosy i przyglądam jak na jego twarzy pojawia się ból. Szybko zerkam na Teo i zamieram. Trzyma swoją prawą dłoń przy klatce piersiowej. Wstaję gwałtownie, rzucając gryfonowi nienawistne spojrzenie. Staję na jego ramieniu i przenoszę cały ciężar na tą nogę. Zimnym wzrokiem obserwuję jak rzuca się z bólu, gdy łamię mu obie ręce. Zostawiam go i przechodzę dalej, do ostatniego gryfona. Nie znam go, ale kojarzę. Gdy Seamus odwrócił się ode mnie, był po jego stronie. Uśmiecham się złośliwie i szybko łamię mu obie nogi. Gdy cała czwórka zwija się z bólu, podchodzę do Teo. Jest blady i drży. Wyciągam ręce w kierunku jego ramienia. Po chwili wahania pokazuje mi złamaną kończynę. Błyskawicznie łamię zrośniętą niepoprawnie kość i nastawiam ją. Szepczę zaklęcie lecznicze i odsuwam się kawałek. Patrzę na Teo uważnie i rozchylam na boki ręce. Lgnie do mnie i wczepia się w moją koszulkę. Obejmuję go zaborczo i pocieram jego plecy. Piszczy cicho ze strachu i puszczam go dopiero, gdy się uspokaja. Nagle moją uwagę zwraca czyjś okrzyk. Odwracam się błyskawicznie. Snape stoi przy chłopakach i patrzy na nich zszokowany. Powoli unosi wzrok, który spoczywa na mnie. Natychmiast nakłada bezuczuciową maskę.

-Potter. Co tu się dzieję?

-Powiedzmy, że... mała różnica zdań-uśmiecham się lodowato, patrząc na skomlącego rudzielca-Wszystko już sobie wyjaśniliśmy i właśnie miałem posłać patronusa do pielęgniarki-kłamię gładko.

-Różnica zdań?-szepcze i przygląda się uważnie uczniom-Na Merlina, Potter, oni są półżywi ze strachu!

-Profesorze-patrzę mu w oczy i pozwalam furii wykrzywić moją twarz-Nie wie pan, że gdy chcę, potrafię być bardzo przerażający? Możemy już odejść?

Dopiero teraz przenosi wzrok na moich towarzyszy. Marszczy brwi na widok bladego Draco, trzęsącego się Teo i szlochającego wilkołaka. Rzuca mi pełne zgrozy spojrzenie i powoli wyciąga dłoń w kierunku mojego przyjaciela. Błyskawicznie obnażam zęby i warczę, zasłaniając go swoim ciałem. Snape cofa się zaskoczony i wbija we mnie ostrożny wzrok. Nic mnie nie obchodzi, że może się domyślić. Nic! Pozwalam moim oczom nabrać złotawej barwy. Widzę jak jego źrenice się rozszerzają w zrozumieniu. Robi krok do przodu, ale zatrzymuje się, gdy moje paznokcie zmieniają się w pazury. Dopiero teraz czuję całą moją wściekłość. Ten... robal śmiał tknąć Teo. Zranić go. Kieruję na niego wzrok i wyrywa mi się nienawistny pomruk. Powinienem go zabić. Każdy inny wilk zrobiłby to na moim miejscu. Mam do tego prawo. Skrzywdził członka mojej watahy. Kątem oka dostrzegam ruch, więc ponownie warczę na Snape'a. Unosi dłonie w geście poddania.

-Uspokój się, Potter. Nic ci nie zrobię-gdy z mojego gardła wydobywa się charkot, dodaje-Ani tobie, ani twoim towarzyszą nie stanie się krzywda.

Czuję jak Teo ociera się o mnie delikatnie. Zerkam na niego uważnie. Skomle cicho z niemym błaganiem. Przymykam powieki, starając się zapanować nad sobą. Moje pazury znikają, a tęczówki znów przybierają swoją naturalną, zieloną barwę. Otwieram oczy i patrzę spokojnie już na nauczyciela.

-Idźcie do mojego gabinetu. Zaraz do was dołączę-kiwa głową i wysyła patronusa w kształcie łani do Skrzydła Szpitalnego.

Nie pamiętam drogi. Wiem, że szedłem ostatni, by mieć wszystkich na oku. Młodego wilka odprawiłem do Pokoju Wspólnego, gdy obiecał, że nikomu nic nie powie. Draco wymówił hasło, a ja nawet nie miałem głowy, by zastanawiać się skąd je zna. Oboje siadają na krzesłach naprzeciw biurka, a ja staję z boku, obserwując ich. Malfoy rzuca mi ostrożne spojrzenie. W milczeniu czekamy na Mistrza Eliksirów. Podskakują na dźwięk otwieranych drzwi, a ja wlepiam w Nietoperza uważny wzrok. Podchodzi do biurka i siada za nim, patrząc na mnie. Pokazuje mi gestem, bym usiadł, więc robię to. Splata ze sobą dłonie, przez co wygląda jak Trzmiel i najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo kładzie je po prostu na blacie.

-Co się tam stało?

-Ja...-odzywa się wciąż roztrzęsiony Teo-Zaatakowali mnie i jednego z tych nowych. Mówili, że... że wilkołaki nie powinny w ogóle żyć... A... A Harry nam nie pomoże...-szlocha, kuląc się.

Odchylam głowę w tył, zaciskając usta. Te śmiecie... Nie powinienem być tak delikatny. Przymykam oczy. Ale to się nie powtórzy. Nigdy więcej nie dotkną nikogo z mojego stada. Nie pozwolę im na to. Słysząc, że zaległa nieprzyjemna cisza, otwieram oczy i patrzę na Nietoperza.

-Miałem wrażenie, że coś jest nie tak-zacząłem spokojnie-Zacząłem szukać Teodora. I znalazłem-zaciskam pięści ze złości-Te pojeby pastwiły się nad nimi.

-Ukarałeś ich-mówi powoli, obserwując moją reakcję.

-Tak-uśmiecham się szeroko-Pokazałem im, że wilki nie lubią, gdy ktoś atakuje jednego z nich.

W jego czarnych oczach błyska zrozumienie i z westchnieniem prostuje się. Mierzy całą naszą trójkę zagadkowym wzrokiem.

-Jesteście wilkołakami.

-Ja i Teo. Draco dopiero będzie-tłumaczę mu spokojnie.

-Od kiedy?

-Ja od wakacji-czuję ukłucie tęsknoty na wspomnienie Kat i Chris'a-Teo zmienił się po tym jak wróciliśmy od klanu wilkołaków.

Zapada krępująca cisza. Snape przygląda mi się uważnie, po czym znów się garbi i patrzy mi w oczy. Przez chwilę mam wrażenie, że użyje na mnie leglimencji, ale nic takiego się nie dzieje.

-Co zamierzasz, Potter?-pyta z powagą.

-W związku z czym?-prycham pod nosem-Muszę zabić Voldemort'a, a potem będę żył dalej.

-I nie zamierzasz użyć do tego swoich wilków?-uśmiecha się kpiąco.

Niemal od razu zdaje sobie sprawę, że nie był to najlepszy pomysł. Ze wściekłością uderzam pięścią w biurko, które pęka. Warczę z furią.

-Nie waż się nawet tego sugerować-obnażam kły-Nic o mnie nie wiesz. Nic! Każdy z nich jest dla mnie ważny i dla każdego zaryzykuję swoim życiem. To znaczy należeć do watahy.

-Walczysz, więc dla Jasnej Strony-kiwa głową, przez chwilę wyglądając na zaskoczonego.

-Nie-warczę groźnie-Nigdy nie postawię swojego życia na szali dla Dumbledore'a.

Mruga powoli i przechyla głowę na bok z zamyślonym spojrzeniem. Biorę kilka uspokajających oddechów. No już, Harry, nie chciał cię zezłościć. I nagle mnie to uderzyło. On nie wie. Nie wie kompletnie nic o tym, że Trzmiel jest równie zły, a może i gorszy, co Voldemort. Nagle coś przeskakuje w moim umyślę i rozglądam się uważnie. Zauważam portret wiszący nad kominkiem. Patrzę na Nietoperza znacząco i po kiwnięciu głową, rzuca zaklęcie prywatności.

-Nie wie pan jaki on jest-przymykam oczy, przypominając sobie moment, gdy chciał czytać mi w myślach-On zamierza wymordować po wojnie wszystkich nieludzi.

-Co?-mówi głucho, a jego oczy są puste-Skąd to wiesz?

-Hermiona słyszała waszą kłótnie.

A może wie? A co jeśli go popiera? Ale przecież się kłócili. To znaczy, że choć w części się z nim nie zgadza.

-On nimi gardzi i chce je zlikwidować. Popiera go pan?

-Nie-mówi powoli-Uważam, że się myli.. Co zamierzasz z tym zrobić? Po czyjej stronie staniesz?

-Po mojej własnej-posyłam mu uśmiech.

~H~

Zajęcia są torturą. Na szczęście nauczyciele widząc, że nie jestem chętny do współpracy, zostawili mnie w spokoju i mogłem myśleć. Muszę zacząć działać. Nie chodzi o aktywne działania, na razie muszę po prostu wszystko sobie ułożyć. I porozmawiać z kilkoma osobami. A Remus jest pierwszy na tej liście. Zaraz po obiedzie daję mu znać, że chcę się z nim spotkać i razem ruszamy do jego pokoi. Przechodzimy przez gabinet i siadamy na fotelach w salonie. Przez chwilę obserwujemy siebie nawzajem. Uśmiecham się delikatnie.

-Chciałbyś o coś zapytać, Remusie?-pytam łagodnie i otrzymuję potwierdzające skinienie.

-Wszystko w porządku, Harry? Radzisz sobie z tym wszystkim?-rzuca mi zmartwione spojrzenie.

-Nie, ale jest lepiej niż może się wydawać-śmieję się cicho-Bycie wilkiem jest absolutnie wspaniałe. Ja... Myślę, że było mi przeznaczone nim zostać.

-Och. Cóż, to dobrze. Co planujesz dalej?

-Wszyscy mnie o to pytają-kręcę głową i patrzę mu w oczy, poważniejąc-Remusie, zdajesz sobie sprawę, że Dumbledore nie jest święty, prawda?-marszczy brwi i posyła mi pytające spojrzenie-On cię wykorzystuje, Remusie. Przykro mi, ale on pozwala ci tu być, bo poprawiasz jego wizerunek.

-O czym ty mówisz, Harry? Dyrektor jest dobrym człowiekiem.

-Nie, Remusie. Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego nie ma w Hogwart'cie więcej wilkołaków? Albo wampirów. Lub innych nieludzi.

-Ja... Pomaga mi-garbi się i wygląda na przygnębionego.

-Bo pozwala ci tu pracować? Za trzykrotnie mniejszą pensję? Remusie, on nienawidzi takich jak my-waham się przez chwilę, jednak postanawiam być szczerym-On zamierza po wojnie wymordować wszystkich nieludzi.

-To niemożliwe... Harry...

-To prawda, Remusie. Słyszałem jak o nas mówi. Gardzi nami. Nie możesz mu ufać, Remusie-posyłam mu błagalne spojrzenie.

-To prawda? Harry, mówisz prawdę? Ja...-wygląda tak nieszczęśliwie, że mam ochotę go przytulić-Ufałem mu, a on mnie wykorzystywał...

-Remusie, zamierzam go powstrzymać-natychmiast skupia na mnie wzrok-Nieludzie nie chcą z nim rozmawiać. Zawarłem już jeden pakt z klanem wilkołaków. Porozmawiam z nimi.

-Harry, chcesz z nim walczyć?-pyta z niedowierzaniem.

-Jeżeli zaatakuje, będę walczyć. Nie pozwolę mu tknąć nikogo z was-odwracam wzrok-Będę was chronił.

Przez chwilę panuje niczym niezmącona cisza. Serce mnie boli na samom myśl, że Trzmiel mógłby skrzywdzić moich bliskich. Nie pozwolę na to. Choćbym miał walczyć sam przeciw całemu światu.

-On zamierza mnie też wysyłać do różnych klanów. Postaram się zawrzeć z nimi umowę i wyjaśnić całą sytuacje-rzucam mu zaskoczone spojrzenie-Pomogę ci, Harry. Nie jesteś sam i już nigdy nie będziesz.

Uśmiecham się czule. Remus. Mój kochany Remus. Rozmawiamy jeszcze z godzinę o niezbyt ważnych rzeczach. Śmiejemy się i bawimy. Czy to takie uczucie mieć brata? Nie wiem, ale czuję, że Remus jest rodziną. Moją rodziną. Opuszczam go dopiero po siedemnastej. Zamiast do lochów, kieruję się do Wieży Gryffindor'u. Na szczęście nie czekam długo i proszę jedną z drugorocznych, by zawołała Hermionę. Dziewczyna na mój widok uśmiecha się szeroko. Ciemne kręgi pod oczami zniknęły i teraz wygląda o wiele zdrowiej. Chwytam ją za nadgarstek i ciągnę do Pokoju Życzeń. Rozmawiać zaczynamy dopiero, gdy siadamy wygodnie wśród puchatych poduszek.

-Dobrze cię widzieć, Harry. Słyszałam, że pokłóciłeś się z Ronem-przekrzywia głowę w bok i wbija we mnie surowe spojrzenie.

-Zaatakował moich przyjaciół, więc pokazałem mu, że nie podoba mi się to-uśmiecham się złośliwie na wspomnienie rudzielca-Nie o tym chcę rozmawiać. Hermiono, potrzebuję cię. Muszę wiedzieć jak najwięcej o nieludziach, a może wydać się podejrzane, gdy zacznę szukać informacji-jej oczy błyszczą na myśl o badaniach-Zostawiam to tobie. Nie musisz się spieszyć, choć przyznam, że byłoby mi bardzo na rękę, gdybym dostał informacje w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

-Oczywiście, Harry, poszukam. Mam szukać czegoś konkretnego?

-Opisy życia nieludzi. Wilkołaki sobie odpuść. To chyba wszystko-kiwam głową, myśląc intensywnie.

Chwilę rozmawiamy o życiu codziennym, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wracam do Pokoju Wspólnego z uśmiechem na ustach. Wszystko idzie gładko jak na razie. Jest już późno, więc wizytę u przywódcy klanu wilkołaków odkładam na jutro. Muszę powiadomić go o zamiarach Trzmiela.W pomieszczeniu nie ma ani Teo ani Draco, więc samotnie ruszam do Wielkiej Sali. Dosiadam się do nich i zaczynam jeść, włączając się w dyskusje na temat „zaklęcia niszczą skórę i włosy". Nagle ku mojemu zdziwieniu na moim ramieniu ląduje niewielka sowa. Odczepiam list i podaję jej kawałek bekonu. Rozwijam pergamin i robi mi się niedobrze na widok znanego mi pisma. Stary Trzmiel zaprasza mnie po kolacji do swojego gabinetu. Coś przeskakuje w moim umyśle i wzdrygam się. Merlinie, czy on widział jak masakruję Wesley'a i jego kumpli? A może domyślił się, że jestem wilkiem? Z trudem przełykam ostatniego tosta i wstaję od stołu. Czuję na sobie wzrok dyrektora, ale również Remusa i Snape'a. Czego może ode mnie chcieć? Nie może mi nic zrobić, bo ucierpi na tym jego reputacja, więc nie powinienem się bać. Wymawiam podane w liście hasło i wchodzę po schodach. Pukam do drzwi i wchodzę, gdy słyszę zaproszenie. Zmuszam się do uśmiechu, siadając na fotelu. Ze zdziwieniem odnotowuję, że nie jesteśmy sami. Obok mnie siedzi Remus, który także nie wie, po co tu jesteśmy.

-Dobry wieczór, sir-staram się udawać, że wcale go nie nienawidzę.

-Witaj, Harry. Cytrynowego dropsa?-kręcę głową, wiedząc, że są nasączone eliksirem uspokajającym-Zapewne jesteście ciekawi, dlaczego was wezwałem, chłopcy-nie krzyw się, tylko się nie krzyw-Mam dla was bardzo ważne zadanie-splata dłonie razem i spogląda na nas dobrotliwie-Udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma klanami nieludzi. Jednak żaden z nich nie wykazuje chęci negocjowania ze mną-kiwa głową ze smutkiem-Dlatego chciałbym wam powierzyć to zadanie.

-Mamy ich przekonać, by opowiedzieli się przeciw Voldemort'owi?-pytam naiwnie i mówię z udawanym entuzjazmem-Oczywiście, że to zrobimy!

-Cieszę się, że jesteś tak chętny do współpracy, Harry-spogląda na mnie, a w jego oczach błyszczą iskierki-Daję wam miesiąc, byście zapoznali się ze wszystkimi rasami nieludzi. Niektórzy są niebezpieczni, więc musicie umieć się przed nimi bronić.

-W takim razie pójdziemy już, dyrektorze-Remus kiwa głową i wstaje z uśmiechem-Powinniśmy jak najszybciej zacząć szukać informacji. Nie możemy zwlekać, gdy Sam-Wiesz-Kto może znów zaatakować.

-Masz racje, chłopcze-wygląda nagle o wiele starzej.

-Do widzenia, dyrektorze.

-Do widzenia, chłopcy.

Gdy wychodzimy na korytarz, przestaję się usilnie uśmiechać. Zerkam na Remusa i wpatruję się w niego ze zdziwieniem. Jego złociste oczy lśnią nienawiścią. Klepię go po ramieniu pokrzepiająco i ruszam do Pokoju Wspólnego. Nie mogę powstrzymać złowieszczego uśmiechu. Nie wiesz w co się wpakowałeś, starcze. Oj, nie wiesz. Gorzko pożałujesz, że kiedykolwiek zdecydowałeś się skrzywdzić moich bliskich.