„Drzewo, z natury zagmatwane"
Część 10/14 – „O tej, której przed odejściem objawiono pełnię rzeczy"
W życiu każdego człowieka w pewnym momencie pojawia się chwila, w której dociera do niego, że jest istotą śmiertelną. Części przytrafia się to dość wcześnie, gdy po raz pierwszy natrafiają na tę informację w opowieści czy życiu, innym potrzebne jest przypomnienie w postaci cudzej śmierci czy groźnego wypadku, jeszcze inni uparcie nie biorą tego do siebie, aż w końcu starość dogania i ich i krótko przed śmiercią zmuszeni są stanąć z prawdą twarzą w twarz i przyznać, że nawet ich życie ma jakiś kres.
Arianrod była z tych ostatnich. Przez wiele lat swojego długiego i pełnego wydarzeń życia szła przed siebie doskonale świadoma swoich pragnień i ambicji, nie oglądając się specjalnie za siebie i nie marnując czasu na kontemplację czasu teraźniejszego czy zastanawianie się, co by było gdyby. Pracowała i była dumna ze swojej pracy. Każda chwila, którą spędziła na tym świecie miała jakiś cel i wymierne efekty. Czegoż mogła chcieć więcej? Czemu miałaby zwalniać?
Gdy starość wreszcie odbiła na niej swoje piętno i złożyła ją do łóżka bólem mięśni i kości, Arianrod ciężko to przeżyła. Trudno jest po tylu latach aktywności przestawić się na leżenie całymi dniami, jeszcze trudniej z centrum wydarzeń przenieść się na peryferie i musieć czekać aż ta czy inna osoba przyniesie ci wieści i znajdzie dla ciebie czas. Najtrudniej jednak przyszło jej pogodzić się z tym, że nie zostało jej wiele czasu. Od tej świadomości, a także od tej nienaturalnej bezczynności, Arianrod przestała spokojnie sypiać i zrywała się nocą wspominając swoje błędy i pomyłki, te najdawniejsze i te całkiem świeże. Odwiedzający ją uzdrowiciele kręcili głowami i mówili jej, że powinna się uspokoić i odpoczywać, że nic nie przyjdzie jej z nerwów i dywagacji nad sprawami dawno minionymi, ale Arianrod nic sobie z tego nie robiła. I tak nie umiała nad tym zapanować. Dnie były w miarę spokojne, wypełnione księgami i okazjonalnymi wizytami sąsiadów i byłych uczniów, ale nocami śniła jej się siwiejąca zbyt szybko Arten, która od lat wertowała księgi pełne przepowiedni i martwiła się zbyt mocno, o zbyt wiele. Nocami Arianrod martwiła się o nią, jak zwykle, tylko mocniej, ponieważ w nocy mogła przyznać przed samą sobą, że ta jedna dziewczyna ze wszystkich, które szkoliła, była dla niej jak córka. Niewiele to jednak zmieniło.
Może dlatego trzy dni przed swoją śmiercią Arianrod wezwała do siebie Brenwen.
- Czy możesz zrobić coś jeszcze w sprawie Arten?
Nie musiała się dokładniej tłumaczyć. Była tylko jedna sprawa, która wiązała się z imieniem Arten nierozwiązywalną nicią i o której nikt mieszkający na wyspie nie umiał zapomnieć. Nie wtedy, gdy na ich oczach dorastało pierwsze ze smoczych dzieci.
- Przecież wiesz, że nie panu...
- Panujesz – przerwała jej szybko Arianrod. – Oczywiście, że panujesz. Nie rób ze mnie głupiej.
Brenwen zacisnęła usta i zmrużyła oczy. Nie odpowiedział.
- Ja umieram. – Słowa były pozbawione emocjonalnego podtekstu. Patrzyła wprost na Brenwen. – Zostało mi kilka dni. Zrób mi przysługę i bądź ze mną szczera, chociaż wtedy, gdy leżę na łożu śmierci.
Brenwen rozluźniła mięśnie i uśmiechnęła się nieznacznie.
- Szantażujesz.
- Proszę.
- Szantażujesz emocjonalnie.
- Może. – Wzruszyła ramionami. – Czy możesz mnie winić? Ona jest dla mnie jak córka. Niedługo odejdę i nie będę jej już w stanie pomóc. Myślałam, że wtedy, dawno temu, gdy pomogłaś nam wygładzić ścieżki jej potomków, zdjęłam z jej ramion największy ciężar odpowiedzialności za przyszłe tragedie, ale to nie zamknęło sprawy raz na zawsze, prawda?
Brenwen zerknęła na swoje dłonie. Nie zaprzeczyła.
- Co twoim zdaniem mogłabym zrobić?
- Nie wiem. Nie jestem pewna, co tak naprawdę potrafisz.
Brenwen uśmiechnęła się łagodnie.
- Wszystko – powiedziała i wydała się Arianrod dziwnie spokojna. Podobna do rzeźby Wielkiej Bogini, którą Arianrod widziała kiedyś, w dzieciństwie w Dolinie Królów. – Tak właściwie to potrafię wszystko.
- Więc czemu...?
Arianrod zatrzymała własne pytanie w połowie, bo dotarło do niej, jak naiwnie ono brzmi. Była zbyt stara i doświadczona, by zadawać pytania, na które sama znała odpowiedź.
- Wiesz, czemu – powiedziała Brenwen, uśmiechając się nadal, niezmiennie spokojnie. - Widziałaś zbyt wiele, by nie wiedzieć, czemu.
Arianrod odwróciła wzrok od jej twarzy. Nie mogła patrzeć na ten nieziemski spokój. Znów wspomniała figurę bogini. Zatrzymała się na sekundę przy tej myśli, a potem odsunęła ja na bok. To nie miało znaczenia. Czarownice czy bogowie.
- Nie korciło cię nigdy by użyć całej mocy, jaką posiadasz? Żeby odmienić świat na taki, jaki bardziej by ci odpowiadał?
- Oczywiście, że tak. Dlatego mieszkam poza wyspą, dlatego jestem sama. – Zatrzymała się. – Dlatego nie mam przy sobie nikogo.
Arianrod znów zwróciła w jej stronę i pod maską spokoju znalazła cień smutku.
- Więc nic nie możesz dla niej zrobić? Ani dla tego biednego dziecka, któremu zrzuciła na barki przeznaczenie, które potrafiłoby zgnieść tłumy?
- Nie jestem bez serca.
- Nie odpowiadasz na moje pytanie, a ja mam zbyt mało czasu na niuanse i półsłówka.
Brenwen westchnęła.
- Jest coś, co mogę zrobić, coś, na co żadna z was nie wpadła, bo patrzyliście na wszystko od złej strony, i spróbuję to zrobić, jeśli tylko Arten poprosi mnie o pomoc.
- Taka jesteś drobiazgowa? Nie pomożesz jej, jeśli nie przyjdzie błagać o pomoc?
Brenwen rzuciła jej spojrzenie sugerujące, że powinna znać ją lepiej, lub przynajmniej mniej pochopnie oceniać.
- Musi zrozumieć, co tak naprawdę było jej pomyłką i jaka dokładnie jest jej wina. Jeśli to zrozumie, przyjdzie do mnie. Jeśli nie stanie u mego progu, oznacza to, że nie jest jeszcze gotowa.
- A będzie?
Brenwen powróciła do swojego łagodnego uśmiechu i podeszła bliżej do łóżka. Położyła Arianrod dłoń na czole.
- Niech ci się przyśni odpowiedź – powiedziała cicho i Arianrod niemal natychmiast zapadła w sen. Pierwszy raz od wielu lat śniła o przyszłości. O przyszłości i o Arten.
Gdy dwa dni później umarła wczesnym rankiem, jej twarz była wolna od zmartwień a usta lekko rozciągnięte w półuśmiechu.
*/*/*/*
Następnego dnia rano Artur wyruszył na wyprawę po raz drugi, niewyspany, lekko zirytowany i do tego wszystkiego z bolącym karkiem. Niewyspanie i ból karku zawdzięczał nocy spędzonej na gołej ziemi, opieraniu się o coś, co kiedyś było pewnie ścianą świątyni i budzeniem się co jakieś pół godziny. Bo Freja była wprawdzie miłą dziewczyną, a zaklęcie usypiające czarownicy wydawało się być dość silne, ale Artur nie czuł się jakoś specjalnie bezpieczny na jednej polanie z wielgachnym krwiożerczym kotem, którego ostrość pazurów zdążył już przecież sprawdzić na własnej skórze. Irytację zaś zafundowała Arturowi czarownica budząc go o świcie i ogłaszając dość radośnie, że jeśli chce by ona dała mu, czego żądał, to on musi zakończyć sprawę ostatecznie i przynieść jej parę rzeczy niezbędnych do odczynienia klątwy rzuconej na Freję.
I to nie jest tak, że Artur nie chciał tej dziewczynie pomóc, albo zmienił zdanie i przestało mu zależeć na tym, by Nimue zdjęła ze świata zaklęcie odgradzające go od tej jednej osoby, która tak wiele najwyraźniej dla niego znaczyła, że było mu jej brak nawet, gdy jej nie pamiętał. Nic z tych rzeczy. Chodziło głównie o to, że gdy Artur wyobrażał sobie wyprawy, ratowanie i ogólną pomoc dla dam w opałach, to myślał raczej o aktach spektakularnej męskiej odwagi, siły i wytrwałości, a nie…
No z pewnością nie…
- Nadal uważam, że to jest jakaś złośliwość z jej strony – poinformował wszechświat i swojego skrzydlatego towarzysza niedoli. Bardziej właściwie jego. – Czy ja wyglądam jakbym się znał na tkaniu czegokolwiek?
Ptak zaskrzeczał. Brzmiało to powątpiewająco.
- No właśnie – przytaknął Artur. – A ona mi tu z tym całym zbierz ziarna lnu, stwórz z nich płótno i utkaj welon dla Frei. Jakbym ja się kiedykolwiek igły dotknął. Albo wiedział jak wygląda len. – Westchnął głęboko. – Dali by mi jakiegoś potwora do pobicia, byłoby bardziej sprawiedliwie.
Zanurzył się w rozżaleniu podszytym prawdziwym niepokojem i nawet nie zauważył, że ptak opuścił jego ramię i odfrunął gdzieś w głąb lasu. Zanotował dopiero jego powrót, a to też głównie dlatego, że donośny skrzek rozległ się potężnym echem po lesie i naprawdę trudno by go było przegapić. Artur zatrzymał konia i spojrzał na ptaka, który zachowywał się dość podobnie, jak wtedy, gdy chciał, by Artur podążył za nim w drodze do lasu Brekilien.
- Chcesz, żebym za tobą poszedł?
Ptak załopotał skrzydłami i zatoczył koło wokół głowy Artura, który przetłumaczył to wszystko na jedno ludzkie „tak". Choć pewnie było to bliższe czegoś na kształt „no, oczywiście, ślepy jesteś, czy głupi?".
- Nie możemy marnować czasu – poinformował Artur ptaka. – Musimy wrócić na wyspę do zachodu słońca, a ja nawet nie wiem, jak się do tego zadania zabrać.
Ptak zaskrzeczał głośniej. Jakby był zniecierpliwiony.
Artur potrząsnął głową.
- Nie wiem, po co się wdaję w dyskusje z drobiem, ale… Posłuchaj. To jest dla mnie bardzo ważne. Muszę znaleźć sposób na wypełnienie zadania i muszę z nim zdążyć do północy, inaczej wszystko stracone. Nie mogę zbaczać z drogi. Każdego innego dnia, ale nie teraz. To zbyt istotne.
Ptak podfrunął bliżej. Na wyciągniecie ręki. Jego ciemne oczy zapłonęły na chwilę złotym blaskiem i Artur nabrał nagle wrażenia, że słyszy echo czyjegoś głosu. Nie rozpoznawał słów, ale docierał do niego sentyment. „Zaufaj mi" było tam chyba motywem przewodnim i Artur złapał się na tym, że ufa tak, jak mu kazano.
- No dobrze – powiedział w końcu. – Prowadź.
Podążył za ptakiem, mając nadzieję, że ten wie, dokąd leci i po co, i że zdaje sobie sprawę, że sprawa jest dla Artura istotna. Że zanotował to sobie w tym swoim małym magicznym móżdżku. Choć prawdopodobnie znów za dużo wymagał od istoty, którą natura stworzyła do gimnastyki intelektualnej zamykającej się gdzieś na wąskiej przestrzeni pomiędzy „o!robak!zjeść!" a „o!niedźwiedź!uciec!". Nie po raz pierwszy w życiu Artur pomyślał, że powinien lepiej dobierać sobie towarzystwo.
I chyba naprawdę powinien się tym zająć natychmiast i od zaraz, bo cała sprawa rozchodziła się o mrówki. Mrówki. Artur pojęcia nie miał w jakim zestawieniu te mrówki mogły być sprawą wysokiej wagi.
Poczuł się dziwnie rozczarowany. Wiedział od początku, że to tylko ptak, magiczny czy nie, i nie powinien się łudzić, że znajdzie on rozwiązanie arturowych problemów, ale mimo zdołał głupio rozbudzić w sobie nadzieję.
Artur westchnął i zsiadł z konia. Przyjrzał się sytuacji. Nadal nie mógł uwierzyć, że ściągnięto go tutaj, żeby ratował mrowisko przed spłonięciem.
Prawdopodobnie powinien nie marnować na to wszystko już więcej czasu, ale jak już tu był, to mógł coś jednak zrobić. Wątpił, żeby w ogólnym rozrachunku miało to jakieś wielkie znaczenie, ale może chociaż mrówkom się na coś przyda.
- No, ballady raczej z tego nie zrobią – poinformował siebie i ptaka, zdejmując pelerynę z ramion. – Jeśli w ogóle nam się jakimś cudem na koniec powiedzie, to ten fragment historii ominiemy. Morgana miałaby z tego zbyt duży ubaw.
Zwinął pelerynę w luźny kłąb. Gdy upewnił się, że pod stopami nie przebiega żaden mrówczy szlak, uklęknął w pobliżu płonącego ogniska i zaczął ostrożnie przyduszać płomienie. Nie było to tak proste, jakim się mogło wydawać, bo nie mógł przyciskać materiału za mocno, by nie zmiażdżyć konstrukcji kopca, a płomienie były na tyle wysokie, że gasząc ogień podpalał co jakiś czas materiał peleryny i musiał go przygaszać za pomocą ziemi. Po kilu minutach zwyciężył w tej walce, ale tego samego nie można było powiedzieć o jego pelerynie. Ani też o skórze jego palców, która pokryła się bąblami oparzeń.
Artur spojrzał na swoje dłonie i w myślach nazwał się skończonym głupcem, bo takie drobne okaleczenia mogły go kosztować życie, gdyby przyszło mu z kimś walczyć na miecze.
Przynajmniej mrówki były chyba zadowolone, bo krzątały się wokół kopca z niebywałą energią. Były odrobinę większe niż mrówki, które Artur normalnie widywał, ale poza tym nic ich nie różniło od tysięcy innych maleńkich owadów, na które normalnie nie zwracał uwagi.
Podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie. Gdy się wyprostował, zorientował się, że otacza go kordon mrówek. Rozejrzał się wokół siebie. Stał po środku żywego kręgu.
Ptak przeleciał z gałęzi na jego ramię i wydał z siebie serię niskich, krótkich dźwięków. Krąg mrówek drgnął a potem rozpierzchnął się w chaosie na wszystkie strony. Żadna z mrówek nie wróciła do kopca, a Artur stracił zupełnie orientację w tym, co się dzieje.
- To się zrobiło zbyt abstrakcyjne – poinformował swoją widownię, sztuk jedna, która zatrzepotała skrzydłami i nie zdobyła się na odpowiedź.
Artur potrząsnął głową i skierował się w stronę konia. Nie zaszedł daleko nim ptak zatrzymał go chwytając dziobem fragment jego koszuli.
- Czego znowu chcesz? – zapytał Artur, usiłując wyrwać się z ptasiego chwytu, nie niszcząc przy tym koszuli. Wystarczyło, że stracił po drodze pelerynę. Ptak nie wypuszczał materiału z dzioba i za każdym razem, gdy Artur robił półmroku w stronę konia, ptak ciągnął w odwrotną stronę.
- Mam stać w miejscu? – Artur zastygł bez ruchu. – Dobrze, już stoję.
Po chwili ptak z ociąganiem odczepił się od jego koszuli.
Artur odwrócił się do niego i przyjrzał mu uważnie. Naprawdę nie miałby nic przeciwko temu, gdyby jego towarzyszem w tej wyprawie było coś bardziej komunikatywnego. Ciężko było pokładać aż takie ogromne zaufanie w istocie, której zachowanie mogło oznaczać wszystko albo nic. W istocie, której nijak nie można było obarczyć odpowiedzialnością za nic, bo nie miało się pewności, czy ona cię w ogóle rozumie, a trudno obarczać winą kogoś, kto nawet jej nie pojmuje.
Artur westchnął i podszedł krok bliżej, omijając krawędź mrówczego kopca. Ptak nie ruszył się z gałęzi, na którą przefrunął po wypuszczeniu ze szponów koszuli.
- To jest dla mnie bardzo, bardzo ważne – powiedział mu Artur raz jeszcze i nawet przy tej spowiedzi przed marnym ptakiem prawie się zająknął. Szczerość w takich sprawach wymagała wprawy, której nie posiadał. – Nie zawiedź mnie. Proszę.
Wydawało mu się, że ptak schylił główkę, jakby przytakiwał jego słowom, ale równie dobrze mógł być to przypadek. Albo najzwyklejsze złudzenie.
Usiadł pod drzewem i oparł się o dość chropowatą korę. Nienawidził czekania i bezczynności. Wszystko w nim buntowało się na perspektywę oczekiwania przez większą część dnia na to, żeby z nieba spadł mu na głowę cud. Coś jednak mimo wszystko kazało mu ufać swojemu pierzastemu przewodnikowi. Artur nie był nawet pewien, co, ale nie miał zamiaru zbytnio tego rozgryzać. Ta wyprawa i tak skazana była od początku na porażkę. Od najbliższej szwaczki dzieliła Artura prawie doba pełnego galopu. I tak by nie zdążył. Bardzo możliwe, że sprawa była przegrana już na starcie.
Odciął się od tej myśli stanowczo i odsunął w cień. Na to będzie miał jeszcze czas.
- Powinienem znaleźć ci jakieś imię – poinformował siedzącego gdzieś nad nim ptaka. – Skoro już wykonuje twoje polecenia jak jakiś szaleniec, miej chociaż jakieś imię, żebym potem miał do kogo kierować przekleństwa. Żeby żaden niewinny element latający nie wziął tego do siebie.
Ptak wychylił się z gałęzi i zleciał na trawę. Zagruchał dziwnie przymilnie.
- Przestań gruchać – rozkazał mu Artur. Jeśli mamy być szczerzy, mało rozkazującym tonem. – Nie jesteś gołębiem.
Ptak zagruchał raz jeszcze, pewnie mu na złość.
- Jak chcesz być taki nieskładny, twoja sprawa. Ale nie wracaj do mnie, kiedy się ze swoimi nie będziesz umiał dogadać, bo uznają, że bełkoczesz jak potłuczony.
Gruchanie zrobiło się wręcz radosne.
Artur posłał w jego stronę patentowe spojrzenie a'la Gajusz, z obowiązkowym dodatkiem srogich brwi, ale oczywiście nic to nie dało.
-Może Aberfort?
Ptak zapiszczał na alarm.
- To był bardzo znany władca. Potężny wojownik. Powinieneś się czuć zaszczycony taką propozycją.
Ptak wyraźnie zaszczycony się nie czuł.
- No dobrze, może Petroniusz, to też….
Pisk powtórzył się. Nie był zbyt subtelny.
- Vernitoris…?
Ptak zjeżył się w sposób bardzo indyczy. Artur zaczął podejrzewać, że albo cierpi on na jakieś zaburzenie osobowości i zapomniał, że jest sokołem, albo ktoś ominął ten rozdział w jego wychowaniu, który dotyczył tego, co porządny sokół robi, a czego już nie.
Artur westchnął nad tym wszystkim.
- Powinienem cię nazwać idiotą. Pasuje ci jak ulał.
Ptak przechylił główkę.
- Teraz dla odmiany nie protestujesz? Pewnie w ogóle nic nie rozumiesz i reagujesz na brzmienie wyrazów. Szkoda na ciebie marnować porządnych, historycznych imion. – Zamilkł na chwilę. – Może u ciebie jak z psami, chodzi o ton?
Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu.
- To, co? Idiota?
Ostatnie słowo nasycone zostało niespodziewanie dużą dozą sympatii.
Ptak przefrunął na ramię Artura. Oznaczało to chyba potwierdzenie.
Artur roześmiał się. Nowo ochrzczony Idiota zaprotestował dziobnięciem go w ramię, a Artur w zamian prztyknął go lekko w dziób.
– Pasuje do ciebie jak ulał – zdecydował w końcu.
A potem siedzieli już we względnej ciszy, przerywanej od czasu do czasu złotymi myślami, które Artur wygłaszał w przestrzeń, a potem sam komentował. W założeniu miały one być ogólne i zupełnie z nim niezwiązane, a w praktyce odsłaniały go bardziej niż przypuszczał i nie ukrywały zbytnio tego, jak się denerwuje. Nie było jednak przy nim nikogo, kto mógłby mu to powiedzieć, więc brnął dalej, od jednej symbolicznej anegdoty do drugiej, aż w końcu słońce przeszło na drugą stronę nieboskłonu i zaczęło się robić chłodniej.
Dzień się powoli kończył. Na dobre czy na złe.
Artur podniósł się z trawy i rozejrzał się dookoła. Las był pełen drobnych, naturalnych dlań dźwięków. Spokojny. Dookoła nie było żywej duszy, jeśli nie liczyć Idioty wiszącego Arturowi nad głową i jednej rudej wiewiórki zerkającej na niego zza drzewa. Słońce wisiało nisko nad koronami drzew, od których oddzielało ją blade niebo szerokości co najwyżej nadgarstka.
Artur poczuł jak żal ściska w nim coś od środka, zaciska i związuje, jak smutek rozlewa się mu pod skórą, pokrywając każdy milimetr jego ciała, aż tonie w nim wszystko bez wyjątku.
Artur przypomniał sobie Morganę i jej rady, to, że nie powiedziała ani słowa o ptaku, mrówkach i tkaniu czegokolwiek, o jej błagalnym wzroku, gdy prosiła go, by wrócił zwycięski i nadziei, którą w nim zasadziła.
Pomyślał o tym, jak wielkim to wszystko jest i będzie rozczarowaniem.
Odwrócił się w stronę konia i już miał go dosiąść, gdy kątem oka dostrzegł pośród mchu jakiś ruch. Zgiął kolana i zmrużyła oczy, a po chwili ze zdumieniem odkrył, że ruch ten to mrówka mozolnie ciągnąca za sobą ziarno. Z trudem dopełzła na środek polany i porzuciła tam ziarno, a po chwili dołączyła do niej jeszcze jedna mrówka, i jeszcze kolejna, dwie, trzy, piętnaście, dwadzieścia jeden lub dwa, aż Artur stracił całkowicie rachubę. Z głębi lasu na polanę wypełzała mrówka za mrówką, a każda z nich wracała z ciężarem na plecach. Gdy Artur stał bez ruchu, wpatrując się zdumiony w tę procesję, mrówki zgromadzone koło kopca zaczęły rozbijać ziarenka i wyciągać z nich długie, jasne włókna.
I zaczęły tkać.
Przynajmniej dla Artura wyglądało to na tkanie, a efekty ich pracy zdawały się z każdą sekundą coraz bardziej przypominać delikatny materiał.
Serce Artura wydawało się bić zbyt głośno, zagłuszając mu resztę dźwięków.
Welon tworzył się na jego oczach.
I nagle, gdy był już prawie gotowy i brakowało tylko jednego maleńkiego fragmentu w kąciku, mrówki stanęły zdezorientowane, bo zabrakło im materiału.
Artur już miał sięgnąć po welon, licząc na to, że Nimue nie zerknie może na akurat ten róg, gdy mrówki zakotłowały się i przeniosły kawałek dalej.
Artur przeniósł się za nimi i od razu rozpoznał, co było przyczyną aż takiego zamieszania. Na skraju polany pojawiła się jeszcze jedna mrówka z kolejnym ziarnem. Poruszała się jednak dziwnie powoli i nierówno, jakby coś było nie tak z jedną z jej nóżek. Wykonała jeszcze parę chwiejnych kroków i upadła, prawie przygnieciona niesionym ciężarem. Inne mrówki zaniepokojone otoczyły ją nierównym kółkiem, a po chwili rozbiegły się, wracając do welonu i przenosząc go do miejsca, gdzie ta ostatnia z nich trzymała się kurczowo swojego ziarna. Powoli i chyba z wysiłkiem otworzyła je i wyciągnęła z niego nici. Samodzielnie dotkała do końca welon, choć miała teoretycznie tysiące kończyn do pomocy. Żadna inna mrówka nawet do niej nie podeszła.
Artur uznał, że musiała być to jakaś niezrozumiała zasada według której żyły, a może po prostu chodziło o wdzięczność i potrzebę wykazania samodzielności czy udowodnienia przydatności.
Nieważne.
Artur miał welon i z pozycji słońca na niebie sądząc jeszcze z godzinę do końca dnia.
Zdąży.
- Dziękuję – powiedział, kłaniając się prawie w pas gromadzie mrówek i wcale nie czując się z tym dziwnie. Umiał rozpoznać poświęcenie. Niezależnie w jakiej przychodziło do niego postaci.
(Ale Morganie i tak nie miał zamiaru tej historii opowiedzieć. Bo nie dość, że welon i śluby, to jeszcze kulawe mrówki. To z pewnością zostałoby jakąś durną balladą, z której nabijałby się potem cały cywilizowany świat.)
*/*/*/*
Merlin nie pamięta jak tu trafił. Nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej odwiedzał tę chatę, ale ludzie, którzy tu mieszkają, starsza kobieta i jej dorosły syn, wydają się być jednostkami całkiem przyjemnymi i niegroźnymi, więc Merlin nie czuje się cała sytuacją specjalnie zaniepokojony.
(Nie jest nawet pewny, czy umiałby rozpoznać zaniepokojenie. Emocje wydają się takie odległe i obce; jakby należały do kogoś zupełnie innego.)
Merlin nie pamięta jak tu trafił, ale pamięta, że zdecydował się zostać właśnie tu, z tą dwójką. Dlatego nie spuszcza ich z oka i nigdy się od nich nie oddala. Chodzi za nimi niczym cień i ze skupieniem obserwuje ich dni i codzienne zmagania.
Zauważa, że mieszkają na uboczu miasta, domyśla się powodów, po tym, jak ich sąsiedzi krzywo na nich patrzą i po szeptach, w których słychać czasem słowo magia. Kobieta i jej syn starają się nie wyróżniać i pracują dwa razy więcej niż wszyscy na dwa razy gorszej ziemi. Są biedni, ale w miarę szczęśliwy.
A potem syn kobiety (Tom, ma na imię Tom) poznaje na targu wdowę imieniem Etel, która dopiero trafiła w te strony i która nie wie, że niepisana zasada każe jej go unikać. Zaczynają rozmowę, a potem… potem wszystko idzie ładnie i gładko, ale mieszkańcy wioski nie są tym zachwyceni. Mąż Etel zostawił jej spory majątek. Z jej pieniędzmi, człowiek mógłby stać się kimś. Kupić więcej bydła, lepsze ziarna, wybudować dom. Do tego jest ładna. Szkoda tego na człowieka, który miał umrzeć w samotności na obrzeżach wioski. Bo co innego tolerować magów, gdy się im nie wiedzie, a co innego widzieć jak znów roszczą sobie prawa do bogactw i szacunku.
A potem komuś umiera krowa, ktoś rzuca oskarżenie, a Tom zaczyna się bronić, ale to wzbudza w jego sąsiadach tylko większą irytację, aż w końcu zaczyna się awantura i Etel przybiega, by krzyczeć, że sama wie, czego chce i kogo wybierze, i dostać od kogoś twarz. I dopiero wtedy Tom nie wytrzymuje i zaklęciem odpycha atakujących. Jeden z nich uderza o ścianę i rozbija sobie głowę. A potem jest już skandowanie i płomienie, i Etel jest coraz bledsza, a matka Toma chodzi po wiosce i błaga ludzi by nie słali po królewskie oddziały.
Ktoś coś słyszy nocą, podobno krzyk Etel, a rano znajdują ją martwą. Nikt nie ma wątpliwości, co i dlaczego się stało, choć nie ma to absolutnie żadnego sensu. Ale po co komu sens, gdy można mieć stosy i nagrodę z królewskiej kasy.
Merlin, który patrzy na to ze zgrozą, który widzi wszystko i wszystkich, łącznie z chciwcem, który nocą zabija Etel i zabiera ze sobą jej pieniądze, ten Merlin nie może już prawie na to patrzeć. Ani na mieszkańców wioski przekazujących Toma strażnikom Utera, ani na jego matkę, która na ten widok odchodzi od zmysłów, ani na żonę chciwca, która mówi jej, że powinna się cieszyć, że i jej to nie spotkało. Że powinna być wdzięczna za okazaną jej litość.
A potem wioska płonie, matka Toma (Izabela, ma na imię Izabela, choć nikt tak do niej nie mówi, bo już tyle lat była matką Toma, że nie umie być nikim innym) odchodzi, a Lady Helen ginie na drodze do Camelotu.
I Merlin pamięta już gdzie widział tę kobietę, skąd zna jej syna.
Patrzy na egzekucję (po raz drugi), patrzy jak na nią patrzy (po raz pierwszy), jak nic jeszcze nie rozumie.
Patrzy jak ratuje Artura (po raz pierwszy).
Nie żałuje. Żałuje. Nie zrobiłby nic innego. Żałuje. Nie podjąłby innej decyzji.
Artur żyje, matka Toma nie żyje. Etel nie żyje. Tom nie żyje.
Morgana odwraca się od tej sceny, niknie w głębi komnaty.
Gwen przebiega przez dziedziniec. Za jakiś czas będzie biec za wozem, na którym wywiozą ciało jej ojca. (On też ma na imię Tom.)
Merlin siada na schodach i obejmuje kolana rękoma.
Jest z tym wszystkim sam.
*/*/*/*
- Czy to prawda? – Zapytała Freja po tym, jak sylwetka rycerza zniknęła już za kurtyną mgły. – To, co mu powiedziałaś?
Obróciła się w stronę Nimue, zatrzymała na niej wzrok. Nimue uśmiechnęła się chłodno, jakby pytanie warte było wyłącznie drwiny i jakby Freja ujawniała właśnie swoją całkowitą naiwność, a naiwności ta nie miała żadnych pozytywnych stron.
Wiatr przebiegł pomiędzy nimi, ciepławy, nieśpieszny, ledwie zauważalny. Poszarpane krawędzie sukien zakołysały się w powietrzu, zaniepokojone jego przejściem. Freja po raz trzeci tego dnia pomyślała, że dużo by dała za dostęp do igły i nici. Szycie ją uspokajało. Jakby zszywając ze sobą skrawki materiałów porządkowała także swój wewnętrzny świat (i jakby składanie go w całość było równie proste).
- Powiedziałaś mu, że trzeba mi welonu i on ci go przyniósł. A teraz oświadczyłaś, że trzeba mi wody z fontanny, której strzeże rycerz, którego nikt do tej pory nie pokonał.
- A najpierw wysłałam go by zabił bestię grasującą nocą po Brekilien – przypomniała jej Nimue, jakby ciągłe sugerowanie, że niewysoko ceni życie Frei sprawiało jej przyjemność.
Freja zignorowała ten element, jak wiele innych przytyków i ciosów, które rzucano w jej stronę od momentu, kiedy przybyła na wyspę. Odkąd obiecała wyspie i magii wierność w zamian za ratunek, Nimue zaczęła mierzyć ją wzrokiem, jakim mierzy się zwierzynę lub wroga.
A Freja się tym nie przejęła.
Nie była pewna, skąd u niej nagle tyle spokoju i odwagi, ale wiedziała, że ma to coś wspólnego z tym, że wyspa zdawała się być po jej stronie. Coś w pulsie magii, która przenikała tu wszystko od najgłębiej położonych skał po najmniejsze źdźbło trawy, obejmowało ją ciepłem jak ramieniem i oplatało się wokół jej bosych stóp, jakby chciało ją tu zatrzymać, albo jakby bało się, że niepodtrzymywana upadnie. W pierwszej chwili Freja myślała, że wyspa działa tak na wszystkich, ale Artur z pewnością tego nie czuł, a to jak patrzyła na nią Nimue sugerowało, że to miłe przywitanie, które urządził jej ten kawałek ziemi nie przydarza się każdemu. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ta wyspa była jej przychylna i Freja znalazła w tej przychylności źródło ukojenia.
(Był też ten moment, kiedy spojrzała w oczy człowieka wznoszącego nad nią miecz i powiedziała mu, że jest gotowa na śmierć, gdy była gotowa na śmierć, gdy przyjęła to wreszcie bez goryczy, w całości, takim, jakim było, i uznała swoją odpowiedzialność i winę, pożegnała się ze światem i słońcem, wtedy wszystko ułożyło się w niej jakoś inaczej, bardziej równo, jakby ktoś wygładził wszystkie te drobne fałdki, zadarcia i pęknięcia, którymi wypełnione było jej wnętrze. Po tamtym wydarzeniu Freja zaczęła postrzegać świat jako mniej tragiczny, mniej okrutny i ogólnie o wiele mniej przerażający. Bo gdy przestajesz bać się śmierci, wszystko inne też nagle przestaje być straszne.)
(Później, wiele lat później, Freja zrozumie, że tego dnia, gdy rycerz darował jej życie, z którym już się pożegnała, zginął w niej strach. Ale jeszcze nie teraz. Teraz nadal szuka odpowiedzi w magii, a nie w sobie.)
- Czyli? – zapytała raz jeszcze, wracając cierpliwie do tematu. – Grasz z nim w jakąś grę, czy on naprawdę ma szansę zdobyć to, czego szuka?
Nimue zmrużyła oczy.
- Skąd przekonanie, że on czegoś szuka?
- Wysłałaś go by zabił dla ciebie bestię, a on poszedł, choć ci nie ufa i uważa cię za wroga. Nie wiedział nic o Wyspie Błogosławionych, nie zna Starej Wiary. Jest podejrzliwy wobec magii. Coś jednak musiało go tu przywieść.
Nimue odwróciła od niej wzrok, przeniosła go na drzewo rosnące za plecami Frei.
- Owszem, jest coś, co książę chce odzyskać.
- Książę?
Nimue uśmiechnęła się ostro, chłodno.
- Pendragon.
Syn króla Utera. To tłumaczyło niechęć do magii i nieufność wobec wszystkiego, co dotknęła. Choć jednocześnie zupełnie nie tłumaczyło, czemu ta niechęć była trzymana w ryzach, czemu Nimue była jeszcze żywa, czemu Frei nie przebito mieczem, czemu nie było żadnych stosów, a książę słuchał rad ptaka, który był tak magiczny, że nie dawało się tego ignorować. Skąd w synu swego ojca tyle odmienności.
- To, co książę che odzyskać musi być bardzo cenne skoro samodzielnie ruszył na tę wyprawę i aż tak się jej poświęca – powiedziała w końcu.
- Możliwe. – Nimue wzruszyła ramionami. – Nie interesuje mnie jego skala wartości i to, do czego jest mniej a do czego bardziej przywiązany. – Jej głos był twardy. – To Pendragon, żaden z nich nie jest wart niczego.
Kłamała, oczywiście, że kłamała. Skoro gra w grę, to musiała się na nią zgodzić, musiała przyjąć, że daje mu szansę na wygraną, choćby najmniejszą i jedną na milion. Gdyby był jej aż tak nienawistny, nie pokazałaby mu drogi, na której końcu znaleźć można furtkę pozwalającą oszukać los.
Chyba, że posłała go gdzieś, gdzie tej furtki i tak nie było, ale w to Freja akurat nie wierzyła.
- Czy ma w ogóle szansę wygrać?
Nimue prychnęła jak zniecierpliwiony kot.
- Zawsze jest jakaś szansa. Inaczej gra jest pozbawiona sensu.
Inaczej magia nie pozwala nikomu w nią grać, pomyślała Freja, magia miała słabość do dość pokrętnie rozumianej czasami równowagi. Po obu stronach zawsze musiała stać jakaś siła.
- A gdy wypełni wszystkie zadania?
- Dostanie z powrotem to, co ofiarowano mi w zamian za jego życie – powiedziała i uśmiechnęła się ironicznie, dość zimno, lecz z dziwnym zachwytem. Jakby podobało jej się własne dzieło. Z dziecięcą satysfakcją wynikającą z burzenia ułożonych z klocków wież i pałaców. – Jeśli oczywiście podoła temu wszystkiemu.
Więc byłą w tym wszystkim jednak jakaś pułapka.
- Wystarczyłby jakikolwiek kawałek materiału, prawda? I jakakolwiek kropla wody? Tkanie, len, rycerz przy fontannie, to wszystko ma być tylko utrudnieniem. Te próby dotyczą czegoś innego, prawda?
Nimue nie odpowiedziała. Nie przeniosła nawet na nią wzroku. Nadal przyglądała się drzewu. Jakby w tej rozmowie było ich troje i Nimue bardziej interesował brak reakcji drzewa niż cokolwiek, co Freja mogła mieć do powiedzenia.
Zacisnęła dłonie.
- To dobry człowiek. Darował mi życie.
I dopiero na te słowa Nimue odwróciła się w jej stronę i złapała jej wzrok.
- Ale może ja nie jestem zbyt dobrym człowiekiem – zabrzmiało to dziwnie mało drwiąco. Może nie do końca umiała sobie jednak poradzić z taki stanem rzeczy.
- Zgodziłaś się pomóc mi, choć mogłaś powiedzieć, że nie znasz lekarstwa.
- Wykorzystuję cię do własnych celów. Nie łódź się, że jest inaczej.
- Ale i tak robisz coś dobrego.
Nimue nie odpowiedziała. Przez chwile przypatrywała się mgłom, a potem odwróciła gwałtownie w stronę ruiny i ruszyła przed siebie.
- Jeśli nie chcesz umrzeć z głodu, weź łódź i popłyń na brzeg zebrać sobie coś do jedzenia. Wschodnie wybrzeże jest zawsze pełne grzybów.
- Dziękuję.
To, oczywiście, nie doczekało się już odpowiedzi. Nimue nie zwolniła nawet kroku.
Freja patrzyła za nią, zamyślona.
Pierwsza próba: zabij bestię, zniszcz zagrożenie. A właściwy sprawdzian: zawahaj się, nim zabijesz, okaż miłosierdzie, jeśli potrafisz.
Druga próba: zdobądź len, utkaj z niego welon delikatny jak otaczające wyspę mgły. A właściwy sprawdzian: zatrzymaj się, gdy ktoś potrzebuje twej pomocy, udowodnij, że umiesz pochylić się nawet nad najmniejszym ze stworzeń, że nie obce ci jest współczucie.
Trzecia próba: Zdobądź wodę z magicznej fontanny, pokonaj rycerza, którego do tej pory nikt nie pokonał.
Tylko co kryje się pod spodem?
*/*/*/*
Odkąd pamiętał, Artur zawsze walczył, o coś czy przeciwko komuś, na serio i na niby, na turniejach, na treningach i na wojnach, w potyczkach z magią i pospolitymi rabusiami, oko w oko z magicznymi bestiami i zwykłymi śmiertelnikami. Czasami zdawało mu się wręcz, że cały jest niczym więcej, jak tylko przedłużeniem dłoni dzierżącej miecz – bez niego czuł się niekompletny i niepewny; pozbawiony nie tyle ochrony, ile celu i sensu.
Oczywiście, nie mógł mieć przy sobie miecza zawsze i wszędzie. Protokół na to nie pozwalał a ludzie reagowali czasami nienajlepiej na widok mężczyzny z bronią w ręku, więc często zadowalać się musiał sztyletami ukrytymi w ubraniu lub przypiętymi do łydek. Nie do końca to samo, ale przynajmniej ostrza były podobnie śmiertelne, a zasada działania praktycznie ta sama. To zresztą nie chodziło do końca o ich skuteczność czy przydatność, bardziej o spokój ducha, który przynosił Arturowi ich znajomy ciężar.
Niemożność sięgnięcia po broń, rana uniemożliwiająca wykonanie odpowiedniego ruchu wystarczająco szybko, niezmienna zawodność ludzkiego ciała, której nigdy nie dało się pozbyć w całości, ilu ćwiczeń i prób się by nie odbyło, to wszystko składało się dla Artura w zestaw małych prywatnych lęków i paranoi. Drobnych elementów, z których budowane były jego koszmary. Gdy budził się zlany potem, śnił właśnie o nich. O porażkach, pomyłkach, słabości mięsni, niewystarczająco mocnym chwycie dłoni na rękojeści, o własnej omylności. O tych wszystkich, których może zawieść – o tych znanych i nieznanych, rozpoznawalnych z twarzy i imienia, i tych zlewających się w jeden, anonimowy tłum patrzący na niego z nadzieją. Śnił o tym, jak to, co polega na jego sile i zręczności padało pozbawione wsparcia.
Oczywiście doskonale wiedział, że nie każda rana czy pomyłka prowadzą do aż tak opłakanych konsekwencji, ale tu nie chodziło o to, co nieuniknione, a o to, co potencjalnie możliwe. I nawet jeśli za każdym razem Arturowi udawało się wyjść obronną ręką z tej czy innej sytuacji, nawet jeśli jego choroby i dolegliwości ustępowały dość szybko, a w czasie ich trwania omijały ich największe zagrożenia, to i tak Artur zawsze pamiętał, co mogłoby się stać, gdyby szczęście przestało im dopisywać. Artur znał swoją wartość i swoje główne zadanie – zdawał sobie sprawę, gdzie leżą jego dobre strony, tak samo jak z tego, czego dotyczą te gorsze. Wiedział, że ludzie polegają na nim, jako na obrońcy akceptował to i cenił, zbudował wokół tego całe swoje życie, wiec myśl o tym, że może zawieść, że może nie potrafić nikomu pomóc, napełniała go lękiem, którego nie umiał wysłowić.
Odkąd oparzył się w rękę ratując mrówki (mrówki, nawet nie damę w opałach, wioskę pełną bezbronnego chłopstwa, czy chociaż kwilące niemowlę; nie, on ratował mrówki; aż słów szkoda, i naprawdę, ani słowa Morganie), Artur czekał na moment, gdy oparzenie to okaże się przyczyną jego zguby.
Był niewyspany, znużony, zbyt niepewny tego, co robi i po co, zbyt bliski spraw, o których nie miał pojęcia i których nijak nie umiał kontrolować. Z poparzoną ręką, w której jego miecz leżał zbyt niepewnie, by Artur mógł się z tym czuć komfortowo.
Nie mógł się pozbyć wrażenia, że jest w środku własnego koszmaru. Gdzieś na początku, gdzie scena katastrofy dopiero zaczynała układać się w coś jednoznacznie złowróżbnego.
Ale gdy odnalazł źródło i rycerza, zacisnął dłoń na rękojeści miecza i stanął do walki bez wahania, bo od tego właśnie był. Bo były tylko dwie opcje: brnąć dalej lub zawrócić pokonanym, a ta druga nie wchodziła w grę.
Idiota, który zachowywał się do tej pory niesłychanie cicho, zaskrzeczał ostrzegawczo. Artur nie zwrócił na niego uwagi.
- Nie przychodzę tu w złych zamiarach. Muszę zaczerpnąć ze źródła odrobinę wody – powiedział, choć miał przeczucie, że na niewiele się to zda. – Nie szukam okazji do zwady. Pozwól mi wziąć to, po co przychodzę, a odejdę w spokoju i ominie nas potyczka.
Rycerz odwrócił się w stronę Artura. Promień słońca odbił się rykoszetem od powierzchni jego zamkniętej przyłbicy. Artur pomyślał, że wolałby zobaczyć twarz swojego przeciwnika, nim stanie z nim do walki. Bo walka z pewnością go nie ominie. Mógłby przysiąc, że czuje ją w powietrzu.
::Nikt nie może czerpać wody z tego źródła bez zgody tej, która nim rozporządza::
Odpowiedź dotarła od razu do umysłu Artura z całkowitym pominięciem uszu.
Magia. Znowu. Jeszcze tylko tego brakowało.
(Jego ojciec był głupi sądząc, że uda mu się wyeliminować magię z tej ziemi. Ona była jej pełna po brzegi).
- Gdzie można w takim razie znaleźć twoją panią? - zapytał, ściskając mocniej rękojeść miecza, ale nie zmieniając jego pozycji. Skóra dłoni zaprotestowała, podrażniona i obolała. - Poproszę ją o pozwolenie.
Rycerz przechylił głowę. Artur wyobraził sobie, że pod przyłbicą pojawił się drwiący uśmiech.
::Ten, kto chce dostać się do pani tego źródła, musi uzyskać moje pozwolenie::
Idiota zatrzepotał skrzydłami i przeskoczył gałąź bliższą Arturowi, co prawdopodobnie nie zwiastowało nic dobrego. Artur zacisnął zęby. Napięcie zaczynało go irytować, ale nauczono go, że cierpliwość to cnota, więc musiał spróbować wszystkich opcji.
(Już raz oglądał efekty swojej porywczości i bezmyślności. Wtedy, gdy zabił jednorożca, gdy zabił tego, kto drwił z jego dumy i honoru, gdy zlekceważył rady, choć wiedział, że są słuszne. Widział jak ludzie płacili za te jego pomyłki, gdy ich krewni umierali od zarazy, z głodu, z braku wody; gdy zboże na polach padało, a z nim wszelkie podstawy żywota okolicznych chłopów. Nauczył się od tego lekcji nie do przecenienia.)
- A co trzeba zrobić, by dostać pozwolenie na spotkanie z twoją panią?
::Trzeba na to zasłużyć::
Tym razem drwina była wyraźna. Nie domysł Artura, ale fakt.
Artur uznał to za znak, że rozmową niewiele tu osiągnie.
Uniósł miecz, a rycerz zrobił to samo, jakby był jego zniekształconym, ale jednak wiernym odbiciem. Artur obrzucił go wzrokiem, starając się ocenić z jakiego typu przeciwnikiem ma do czynienia. Nie było między nimi wielkiej różnicy w masie ciała, Artur był z nich nawet odrobinę wyższy i postawniejszy. Gdyby po samych warunkach fizycznych sądzić, Artur nie powinien mieć problemów, ale ten rycerz nie bez kozery został wybrany do tego zadania, najprawdopodobniej bardzo istotnego. Nikt z pewnością nie postawiłby na straży kogoś, kto nie...
Pierwsze uderzenie nastąpiło znienacka, przerywając Arturowi tor rozumowania i zmuszając go do odskoczenia na bok. Jego przeciwnik był niesamowicie szybki. Szybszy niż Artur się tego spodziewał.
Odskok i parowanie, szukanie oparcia dla nóg.
Cios za ciosem, nie tyle powalający siłą, ile szybkością, tak, że Arturowi trudno było złapać równowagę i przejść do ataku.
Skok i parowanie, atak i brak kontrataku, potknięcie i ratunek w ostatniej chwili, aż w końcu, ostatecznie Artur znalazł wreszcie okno, w którym zmieściła się zmiana postawy.
I atak, uderzenie, cała siła, jaką kiedykolwiek w sobie znalazł, mierzenie w słabe punkty i trafianie obok, frustracja i satysfakcja, z siebie, z przeciwnika, z walki, która była świetna i godna pochwały, ale niefortunnie zdarzyła się wtedy, gdy Artur grał o stawkę zbyt wysoką.
Aż w końcu, w końcu, gdy pot spływał już Arturowi po plecach, a wilgotna powierzchnia dłoni zmieniła się z lekko szczypiącej niedogodności w przestrzeń palącego bólu, Artur popełnił błąd.
Zamachnął się z całą siłą, na jaką go stać, wybrał odpowiedni moment, ale trafił na niespodziewanie mocny opór. Miecz uderzył o miecz z ogromnym impetem, siła uderzenia skoncentrowała się na prawej dłoni Artura, a odepchnięta gwałtownie w bok rękojeść miecza podrażniła niewyleczoną skórę rąk.
Artur wypuścił miecz z dłoni.
(Jego koszmar spełnił się właśnie na jawie)
Padł na ziemię jak lalka, od której właśnie odcięto sznurki.
Ostrze miecza jego przeciwnika podążyło za nim. Gdy podniósł oczy, miał jej już przy gardle.
::Przegrałeś::
Artur przełknął ślinę.
- Przegrałem – przyznał i to jedno słowo bolało go bardziej niż oparzenia dłoni. Idiota skakał z niepokojem po gałęzi, ale nie przyleciał bliżej. Artur starał się znaleźć w tym jakiś dobry omen. Jakaś część jego ja gotowała się już jednak na ewentualną śmierć.
Wział głębszy oddech i już chciał zamknąć oczy, gdy jego przeciwnik zabrał miecz z jego szyi.
::Możesz odejść:: powiedział rycerz ::I niech porażka cię czegoś nauczy::
Artur patrzył przez chwilę na własny porzucony miecz.
Odejść.
Podniósł się powoli, usiłując nie dotykać dłońmi ziemi. Sięgnął po miecz. Przez chwilę stał bez ruchu.
Odejść.
- Nie mogę tego zrobić – powiedział, odwracając się w stronę rycerza, który wrócił już na miejsce przy źródle. – Walcz ze mną raz jeszcze.
::To nie zabawa, idź gdzie indziej szukać sobie rozrywek::
- To nie rozrywka. Wyzywam cię na pojedynek.
::Juz go odbyliśmy::
- I odbędziemy raz jeszcze.
::Nie od ciebie to zależy. Skończyliśmy. ::
Nie skończyli. Nie mogli skończyć, bo Artur nie był na to gotowy. Jak miał wrócić do domu z podkulonym ogonem, jak miał powiedzieć Morganie, że ją zawiódł? Jak miał wrócić z niczym, skoro obiecał sobie tak wiele? Jak miałby dalej żyć, wiedząc, że coś jest z jego światem nie tak, i wiedząc, że zmarnował jedyną szansę, by to coś naprawić? Jak miał wrócić na wyspę i powiedzieć tej biednej dziewczynie, że zawsze już będzie bestią i nie ma dla niej ratunku?
Nie, to nie był koniec.
- Ja, Artur Pendragon, wyzywam cię na pojedynek. Oficjalnie – powiedział, zbliżając się do rycerza na wyciągniecie dłoni. – Nie mam przy sobie rękawic, ale to nie ma znaczenia. Obaj jesteśmy rycerzami. Nie możesz mi odmówić.
Rycerz milczał przez chwilę.
::Pendragon? Jesteś synem Utera?::
- Tak.
Kolejna chwila ciszy.
::Jeśli pokonam cię po raz drugi, nie pozwolę ci już odejść::
- Rozumiem.
::Mimo to chcesz stanąć do walki?::
Artur przytaknął.
::Przegrasz. Przez dłonie, jeśli nie przez przypadek.::
- Niech tak będzie. Liczę się z tą możliwością.
::Twój ojciec nie byłby zadowolony::
Artur nie odpowiedział.
::Aż tak ci zależy na tej wodzie?::
- Dostanę coś za nią w zamian.
::Co takiego?::
Artur przez chwilę nie wiedział, jak odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć, że nie znał konkretów i szczegółów, a mimo to znał wartość sprawy.
- To, czego by mi najbardziej brakowało, gdyby mnie miało na zawsze opuścić.
Po tym zadaniu nastąpiła cisza, podczas której Artur i jego przeciwnik przyglądali się sobie w napięciu.
::Pozwolę ci zobaczyć się z panią tego źródła, jeśli zgodzisz się spełnić jeden warunek.::
- Jaki?
:: Źródło, które widzisz jest bramą na dwór mej pani. Pozwolę ci przejść przez tę bramę, jeśli obiecasz, że gdy po drugiej stronie ktoś zapyta cię, o to, kim jesteś, wyznasz swoje imię i nazwisko i powiedziesz, że zostałeś pokonany przez kobietę i pozwolono ci wkroczyć na dwór z litości.::
- Nie pokonała mnie żadna kobieta.
:: To nie ma znaczenia. ::
- Chcesz, żebym skłamał? Po co?
:: To już moja sprawa. ::
- Rycerzowi kłamstwo nie przystoi.
::A klęska jest mu niemiła. ::
- Jeśli ta plotka się rozniesie, mój ojciec straci twarz. Kto widział rycerza, którego pobiła kobieta. Cóż to za następca.
:: Problemy Utera mnie nie interesują. ::
- Ojciec straci twarz, a ja stracę honor.
:: Twój wybór ::
I Artur pomyślał o tym wszystkim, o honorze i dumie i martwym jednorożcu, o swoim ojcu i nieuniknionych zawodach jakie mu sprawiał, a potem zamknął oczy, wziął głęboki oddech, zatrzymał się na chwilę w tej pustce i ciemności, a potem otworzył z powrotem powieki i ruszył przed siebie, w stronę źródła.
Był gotowy.
c.d.n.
