od autora:

- Świat Harry'ego Pottera należy do JKR, ja tylko pożyczam go na chwilę dla zabawy. Nie osiągam z tego żadnych zysków.
- Wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
- Wygląd wnętrz został w całości stworzony na potrzeby tego opowiadania przeze mnie i nie ma nic wspólnego z rzeczywiście istniejącymi miejscami!

Rozdział 9

Powiedzieć, że dyrektor Twardowski był zły, to tak jakby powiedzieć, że nad oceanami nie ma sztormów, tylko wieje lekki wiaterek.
Jerzy Twardowski był wprost wściekły! Miał właśnie przed sobą dzisiejszy numer „Kuriera Codziennego" i na pierwszej stronie, wielkimi literami czerwienił się tytuł: „Zagadkowy wypadek w budynku Krakowskiego Uniwersytetu Magicznego im. Twardowskiego". Zaś nieco niżej były inne nie mniej sensacyjne zapowiedzi.
„Czy ktoś chce zniszczyć Twardowskiego?", „Jak doszło do tak groźnego incydentu?", „O co tak naprawdę chodzi w wypadku w Twardowskim?" i wreszcie dwa tytuły które naprawdę zdenerwowały dyrektora.
„Kim jest tajemnicza „Wyrocznia"?" i „Tajemnice przepowiedni Katarzyny Sokół!"
Tego wszystkiego było trochę za dużo jak dla dyrektora, obiecał sobie, że dziś powie wreszcie tej bandzie rozpuszczonych jak dziadowski bicz smarkaczy co o nich myśli. Zwłaszcza, że teraz jedyne czego się mógł spodziewać to dziesiątki komisji i kontroli które będą chciały za wszelką cenę jako pierwsze przesłuchać jego uczennicę i zrobić użytek z wiedzy, którą z niej wyciągną.

– * –

Gong na śniadanie zastał większość młodzieży już na jadalni. Czekali z niecierpliwością na śniadanie i poranną prasę. Jednak jak tylko zobaczyli dyrektora, starsze roczniki natychmiast umilkły. Od dyrektora biła wręcz wściekłość. W idealnej ciszy cała sala spożywała śniadanie, nikt nie szeptał, wszystkie przerażone oczy wpatrywały się w dyrektora. Dyrektor skończył swoje śniadanie, delikatnie odłożył sztućce na stół, po czym wstał, obszedł stół przy którym nauczyciele kończyli jeść śniadanie.
Zatrzymał się twarzą do sali, gdzie siedziało cichutko prawie półtorej setki młodych ludzi...
- KTÓRY!? - ryk - bo trzeba to nazwać rykiem - dyrektora wbił wszystkich niemal pod stoły.
- Pytam się, który z was nie potrafił utrzymać swojej sparszywiałej gęby na kłódkę i wypaplał wszystko? - ryknął dyrektor.
- Czy do waszych zawszonych i zlasowanych mózgów nie dociera prosty fakt, że teraz istnieją podstawy do zamknięcia szkoły? - dyrektor starał się panować nad sobą, ale widać było, że przychodzi mu to z naprawdę dużym trudem. - Że możecie zostać wywaleni i będziecie w najlepszym razie nadrabiać miesiąc zajęć? A w najgorszym, będziecie musieli robić cały program w nowej szkole?
Wściekłym wzrokiem potoczył po zwróconych w swoją stronę twarzach... i ku swojemu zaskoczeniu na wszystkich zauważył jeszcze większe zaskoczenie i niedowierzanie.
Czyżby jednak się mylił? Czyżby był jakiś inny przeciek? To mu się nie mieściło w głowie. Coś tu się działo i to coś zdecydowanie złego...
- Wpuścić pocztę... - warknął nadal mocno zdenerwowany.

Takiej ciszy jak dziś po otrzymaniu poczty Twardowski dawno nie słyszał. Jedyne co było słyszalne to szmer przewracanych stron „Kuriera". W miarę jak młodzi ludzie zapoznawali się z kolejnymi artykułami na temat swojej szkoły widać było, że rośnie w nich wściekłość. Widoczne to było zwłaszcza wśród uczniów czwartego roku, ktoś chciał zaszkodzić ich koleżance. Tu już nie chodziło o szkołę, tu chodziło o jedną z nich, a to było coś co uczniowie odebrali jako bezpośredni atak na swoją wolność, swoje bezpieczeństwo. Szczególne poruszenie widać było na twarzy trzech osób, dwu chłopaków i jednej dziewczyny. Skończywszy czytać bez słowa spojrzeli po sobie i skinąwszy głowami niemal jednocześnie opuścili dziwnie cichą w tym momencie jadalnie.
Michał skończył jeść śniadanie i spokojnie czekał aż Tadek przeczyta swojego Kuriera. Nie wiedział o takiej gazecie więc nie miał możliwości założenia subskrypcji, zresztą już ustalili z Mikołajem i Tadkiem, że będą wspólnie czytać ten sam egzemplarz.
Z zaciekawieniem, ale bez większego entuzjazmu przeczytał wszystkie artykuły o szkole i tym co się w niej niby dzieje. Większe zainteresowanie wzbudził dość długi artykuł na trzeciej stronie, gdzie niejaki Charlie Weasle'y – nazwisko to nic nie mówiło Michałowi – wypowiadał się na temat założenia rezerwatu smoków w europie środkowo-wschodniej. Na ciche pytanie o owego Weasley'a odpowiedzi udzielił mu Mikołaj, tłumacząc, że rzeczony Weasle'y jest jednym z lepszych specjalistów od smoków i pomimo młodego stosunkowo wieku ma na swoim koncie już kilka dość spektakularnych sukcesów. Oraz, że z jego opiniami odnośnie opieki i utrzymywania smoków liczy się coraz większa część świata magicznego.
Z tego co przeczytał Michał artykuł był rzeczywiście rzetelny. Traktował sprawę całościowo, zwracając uwagę zarówno na aspekty polityczne, gospodarcze jak i ekonomiczne. Nie stronił również od spraw trudnych jaką niewątpliwie będzie współpraca – przy takim przedsięwzięciu już obowiązkowa – z osobami ze świata niemagicznego.

Te i inne wydarzenia spowodowałyby lekkie zamieszanie jeśli chodzi o rozkład zajęć. Jednak dyrektor – nadal zły, co widoczne było dla każdego ucznia – zawiesił zajęcia w dniu dzisiejszym, stwierdzając, że uczniowie mają czas dla siebie, i on życzy sobie, żeby uczniowie wykazali się odpowiednim zachowaniem i nie przeszkadzali nikomu z nauczycieli.

– * –

Budynek Ministerstwa odzawsze przypominał gigantyczny ul. Jednak dziś ten sam budynek przypominał całą pasiekę zamkniętą w najmniejszym z możliwych uli. Cała masa urzędników kłębiła się po korytarzach, przelewała z jednego pomieszczenia do drugiego, krzycząc, protestując, wyjaśniając, oczekując na swoją kolejkę, czy też po prostu chodząc bez sensu z kąta w kąt.
W takich warunkach nikt nie zwrócił uwagi na drobnego skromnego urzędnika, który ze stosem papierów przemieszczał się z pokoju do pokoju pchając przed sobą teraz już pokaźnie obładowany wózek.
Po dojechaniu do jednego z pokoi skromny urzędnik odczekał, aż siedzący w nim kolega po fachu skończy załatwiać kolejną sprawę, po czym odezwał się cichym niemal przepraszającym głosem.
- Bardzo przepraszam, ale mam uzyskać... - zaczął.
- Proszę...- siedzący za biurkiem urzędnik był wyraźnie zmęczony. - Kolejna komisja do Twardowskiego? Proszę to jest Ministerialna zgoda na inspe... - przerwał kiedy do jego pokoju bezceremonialnie weszła dość postawna kobieta.
- Natychmiast wystawić zgodę na inspekcję w szkole Twardowskiego dla ministerialnej komisji weryfikacji i kontroli jasnowidzów i wróżbitów, która zweryfikuje kompetencje tej, jak jej tam … Jastrząb, Orzeł... a... Sokół. - nieprzerwany potok słów wylewał się z ust kobiety.
- Komisja ma mieć prawo zatrzymania każdego kto zdaniem komisji będzie podejrzany o jakiekolwiek działanie sprzeczne z interesami ministerstwa i nie ma być od tego zatrzymania żadnego odwołania. - zakończyła swoją tyradę.
- A ty czego tu szukasz? - rzuciła przez ramię do drobnego urzędnika.
- Ja... ja... - zająknął się tamten – Ja zaczekam. – odparł cicho.
Na co jedyną reakcją było pełne pogardy prychnięcie.
- Pospiesz się, nie mam czasu, ta komisja musi być pierwsza na miejscu, zanim inni wpadną na ten sam pomysł i wyślą swoje komisje. - warknęła, otrzymawszy jakiś dokument nie zadała sobie nawet trudu aby go przeczytać i wyszła bez słowa pożegnania trzaskając drzwiami.
- Wredna, tłusta, suka... - skwitował siedzący za biurkiem urzędnik, po czym zwrócił się do stojącego przed nim kolegi. - To czego ma dotyczyć ta inspekcja? - zapytał.
- Mając na uwadze dobro uczących się tam młodych ludzi prosiłbym o ministerialną zgodę na techniczną inspekcję budynku szkoły. – cicho odpowiedział drobny człowiek - I chyba dawno nie weryfikowano warunków w jakich uczą się uczniowie. – delikatnie zasugerował kolejny problem.
- Ooo! - siedzący za biurkiem urzędnik uśmiechnął się szczerze, wypisując coś na jakimś pergaminie. - Proszę zgoda na inspekcję i wywiady z uczniami...
- I bardzo bym prosił o kopię raportu w tej sprawie. - dodał jeszcze.
- Oczywiście, kopia raportu wraz z wnioskami zostanie przesłana jak tylko zostanie on opracowany. – odparł wychodząc mały człowieczek.

– * –

We środę wieczorne spotkanie czwórki w kawiarni przebiegało raczej w miłej atmosferze. Fellean zdała wszystkim w miarę szczegółowy raport z tego co się dowiedziała, nie wdając się w nieistotne – jak to określiła – szczegóły techniczne. Olded w dwu słowach stwierdził, że na Tajemnej nic o chłopaku nie wiedzą. I wtedy wszystkie głowy zwróciły się w stronę Ardam-a.
- Szaleństwo... - skwitował to drapiąc się po głowie. - Poczytałem, jak zapewne i wy wczorajszą prasę. Jak byłem w ministerstwie to to co tam się wyczyniało mogło by przyprawić niejedną osobę o zawał serca. Krzyki, wrzaski, przepychanki, groźby... - westchnął. - Ale mam... - uśmiechnął się lekko kpiąco - … mamy zgodę na inspekcję w Twardowskim i zgodę na rozmowę z uczniami.
- Ooo... - wyrwało się Fellean. - Jak to zrobiłeś? Po weekendowym wypadku wszystkie akredytacje na wywiady w szkole zostały przez ministerstwo zawieszone... - dodała cicho.
- Grzecznie poprosiłem – Ardam starannie zaakcentował ostatnie słowo, co spotkało się z parsknięciem śmiechu Fellean. - I szczerze mówiąc mam ochotę się wywiązać z tego zadania. - dodał.
- Nie stanowi przecież dla nas problemu opisanie stanu w jakim zastaniemy pomieszczenia do których będziemy zaglądać, a ponieważ obiecałem kopię raportu do ministerstwa... Jeśli go zrobimy, pies z kulawą nogą nie będzie się naszą grupą dalej interesował. - uzupełnił na użytek Thorna.
- A o co mamy pytać... - Thorn jak zwykle był rzeczowy.
- O warunki. Jedzenie. Lekcje, pomoce naukowe, literaturę... - na chwilę się zastanowił. - Przez chwilę pomyślcie, o co byście pytali dzieciaki chodzące do szkoły do której wy chcecie posłać swoje dziecko...
Pozostała trójka popatrzyła na Ardama z uwagą.
- Dwie pieczenie na jednym ogniu... - pokiwał głową Thorn – zrobi się.

– * –

Czwartkowym rankiem czekała Michała niespodzianka, rodzice przysłali mu książki, o które prosił. Zaskoczył go tylko list, jaki rodzice załączyli. Wyrażali w nim nadzieję, że to nie on wymaga leczenia blizn i że wszystko z nim w porządku. Michał bardzo się uśmiał czytając list, w końcu po kimś odziedziczył inteligencję, dlatego postanowił "nie ściemniać" dalej i napisać całą prawdę. Naprawdę mu ulżyło, kiedy nie musiał już lekko mijać się z prawdą, kiedy pisał rodzicom o wszystkim, co było związane z ranami Hermiony. Wierzył, że rodzice nie zrobią nic pochopnego i uszanują jego zaufanie.
Z miną świadczącą o dobrze odrobionym zadaniu domowym Michał podał dyskretnie Dominice książki.
- Tu znajdziesz podstawowe kompendium na temat niemagicznego leczenia blizn - oznajmił zaskoczonej Dominice.
- Powinno być wszystko, a sądzę że już niedługo możemy się spodziewać jakiegoś bonusu ze strony moich rodziców - dodał tajemniczo, po czym puściwszy oko do Dominiki skierował się na zajęcia z Zaklęć.
Nie zdołał więc zauważyć rumieńca jaki pojawił się na policzkach Dominiki, zauważyła to jednak Sylwia i uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Michał mógł się podobać każdej dziewczynie...

– * –

Na eliksirach "grupa badawcza" - jak ich naprędce ochrzczono - zajęta była badaniem mleka. Naprawdę przedstawiali sobą bardzo pocieszny widok, kilkoro nastolatków pochylonych nad miską z mlekiem i zawzięcie w niej mieszających.
Sam profesor Dworski uśmiechał się widząc ich zachowanie. Musiał jednak przyznać, że podeszli do tego dość profesjonalnie, jak na nastolatki. Nie chcąc jednak aby ich zapał się zmarnował dyskretnie podsuwał im rozwiązania jakie są stosowane w prawdziwych badaniach i ze zdumieniem obserwował jak szybko i bez większego sprzeciwu akceptują samodzielność jaką im dał, oraz z jaką powagą starają się sprostać postawionym przed sobą zadaniom. Zdawał sobie sprawę, że zadanie jakiego się podjęli - sami z siebie - jest niemal niewykonalne. Wiedział, że nie da się jednoznacznie zbadać mleka tak, aby mogło być zastosowane jako baza do jakiegokolwiek eliksiru. Z drugiej strony sposób w jaki się do tego zabrali zdawał się jakiś dziwny. Dopiero po jakimś czasie profesor zrozumiał, co go tak bardzo dziwiło. To nie był zespól pod wodzą jednej osoby, to był zespół równorzędnych partnerów, a to co się teraz działo bardzo przypominało mu coś czego świadkiem był przypadkowo kiedyś w świecie niemagicznym, a co zostało nazwane przez jednego z uczestników tamtych wydarzeń "Swobodną Burzą Mózgów".

Tutaj nie było uwag które były ignorowane, jak zauważył, przed rozpoczęciem całej zabawy Michał uruchomił swoje zaklęcie rejestrujące, a chwilę później ku jego zdumieniu zrobiła to jeszcze Dominika. W ten sposób żadna uwaga jaka padła podczas tej swoistej zabawy nie mogła zostać nie zauważona. Jak się domyślał wszystkie te uwagi potem zostaną zebrane i dokładnie zanalizowane.

Jednak kiedy zauważył, że grupa badawcza stara się wciągnąć do zabawy każdego kto chce się do nich przyłączyć dyskretnie dał znak swoim asystentom, żeby nie ingerowali w to co się dzieje na zajęciach. Z zaskoczeniem zauważył, że głównym motorem badań nie była Dominika, a Michał. To on prowadził rozmowę, składał wszystko razem, dopasowywał, zmieniał, stawiał tezy i pozwalał innym potwierdzać je lub też obalać. Każda z takich dyskusji zdawała się nie mieć żadnego sensu, jednak po uważnym przysłuchaniu się jednej czy dwu takim dyskusjom profesor stwierdził, że każda z nich dotyczy innego aspektu właściwości mleka. Ku jeszcze większemu swojemu zaskoczeniu nie wiedząc nawet kiedy zaczął sam udzielać się w dyskusji. I zauważył, że nie jest traktowany jako "święta krowa" - nieomylny profesor, wszechwiedząca encyklopedia - ale jak jeden z dyskutantów, że niektórzy się nie zgadzają z jego tezami i wnioskami.

– * –

Popołudnie mijało pani Elżbiecie na przeglądaniu stosu różnych ulotek. Pomna obietnicy jaką złożyła jednej z uczennic szukała eliksiru przeciwbólowego który jednocześnie nie byłby uczulający. Było to o tyle trudne, że z tego co się orientowała wszystkie eliksiry przeciwbólowe bazowały na jednym i tym samym komponencie - na przetworzonym wywarze z soku z liści bulwopnączy - który jednocześnie był odpowiedzialny za uczulanie i uśmierzanie bólu. W ten sposób powstawało zamknięte koło zależności. Nie można było wyeliminować głównego składnika powodującego uczulenia, nie pozbawiając eliksiru swojej podstawowej cech - uśmierzania bólu. Z dostępnej jej literatury wynikało, że wprawdzie czynione były różne próby zastąpienia go innymi składnikami, ale jak na razie bez powodzenia. Nie bez znaczenia był tu zapewne także fakt, że otrzymanie półproduktu do stworzenia eliksiru było bardzo proste i nawet średnio zaawansowany warzelnik był w stanie prosto go otrzymać. Natomiast wszystkie inne zamienniki wymagały dość dużej wiedzy i odpowiedniego zaplecza. W miarę czytania Ela dochodziła jednak do wniosku, że jest to coraz bardziej zacieśniający się krąg zależności, bo jak zaczynała wgłębiać się w procesy powstawania zamienników - a przynajmniej te procesy, które nie były objęte tajemnicą - zawsze w którymś momencie natykała się bulwopnącze. Czyli wszędzie te substancje które były odpowiedzialne za uczulenia były wprowadzane do eliksiru.

– * –

Michała w nocy obudziły dzwony. Dzwony, tutaj? Ale faktycznie słychać było dzwony. Kiedy wstał z łóżka poczuł chłód na stopach. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, że cała podłoga jest zalana i woda stoi już na pięć centymetrów. Szybko rozejrzał się wkoło, ale nigdzie nikogo nie zobaczył.
- Fajnie – mruknął pod nosem – Zostawili mnie...
Z nie do końca ciepłem pomyślał o swoich przyjaciołach, mogli go chociaż obudzić wcześniej. Szybko wstał, naciągnął spodnie od dresu włożył buty i dopiero teraz zauważył z konsternacją, że jego plecak zniknął.
- Noszszsz... - zaklął – Tego to już za wiele.
Nie tracąc czasu na dalsze ubieranie wybiegł ze swojego pokoju i... znieruchomiał.
Coś było nie tak. Nie zgadzał się wygląd pokoju wspólnego. A w zasadzie jego brak. Michał znajdował się w olbrzymim laboratorium eliksirów, stały tam na stołach setki kociołków. W każdym zbierała się powoli jakaś ciecz. Najgorsze jednak co zauważył Michał, to to, że jego przyjaciele i koledzy z klasy stali w wielkim szklanym pojemniku w którym powoli rósł poziom jakiejś nieprzeźroczystej cieczy.
Kiedy tak patrzył z przerażeniem na to co widział, usłyszał jakiś świszczący zachrypły głos, który śmiał się z niego, że jest tak żałosny, że nikogo nie ocali.
Dopiero krzyk z pojemnika, krzyk Sylwii przywrócił Michała do jakiej takiej świadomości. Sylwia krzyknęła mu, że jeśli będzie odpowiednio szybko wylewał ciecz z kociołków, to powinno przestać ich zalewać. Nie zastanawiał się za długo nad sensem tego, wiele spraw było tu absurdalnych. Dopadł do pierwszego kociołka i wylał z niego ciecz na podłogę, poziom cieczy w wielkim pojemniku na sekundę się zatrzymał, po czym znowu zaczął się podnosić znowu. Michał zaczął biegać od kociołka do kociołka wylewając ciecz na podłogę. Po pewnym czasie zauważył, że narasta inny problem. Im szybciej wylewał ciecz z kociołków, tym wolniej przybywało jej w pojemniku, ale też tym bardziej przybywało cieczy w laboratorium i tym ciężej i wolniej się poruszał. W którymś momencie musiał zacząć pływać, przez ułamek sekundy przemknęła mu dziwna myśl, że jakimś cudem kociołki ciągle są ponad powierzchnią cieczy. Z każdą chwilą był coraz bardziej zmęczony, coraz wolniej przemieszczał się kociołka do kociołka...
Z przerażeniem zauważył, że nie wszyscy jego koledzy są ponad powierzchnią cieczy w swoim pojemniku. Zdwoił wysiłki, wytrwał jeszcze kwadrans, dwadzieścia minut, po czym siły zaczęły go opuszczać. Coraz mniej osób widział ponad cieczą w pojemniku, a z drugiej strony coraz bardziej był zmęczony, coraz ciężej mu się pływało. W końcu zmęczony do granic wytrzymałości złapał się jednego ze stolików na którym stał kociołek.
- Już nie mam siły, nie dam rady... - wyszeptał i zapłakał.
- Michał! Michał! MICHAŁ! - usłyszał krzyki, nie miał siły podnieść oczu na tonących kolegów.
- Michał ! - coś szarpnęło go potężnie i zanim zdążył zareagować w jakikolwiek sposób coś uderzyło go bardzo mocno w tył głowy.
- Budzi się... - usłyszał jeden głos.
- I całe szczęście – dodał głos drugi.
Gwiazdy widoczne wkoło niego zatańczyły, zawirowały po czym zniknęły, a Michał zobaczył nad sobą twarze Tadka i Mikołaja wpatrujące się w niego z najwyższą uwagą.
- Aleś nam napędził strachu... - stwierdził Tadek – Coś się działo? - zapytał ostrożnie.
- Krzyczałeś, miotałeś się po całym łóżku... – uzupełnił Mikołaj.
Michał rozejrzał się wkoło. Był w swojej sypialni, leżał na podłodze i bolała go głowa.
- Miałem koszmar... - stwierdził zaskoczony – po raz pierwszy od... od bardzo dawna. - dodał po chwili.
- Nie chcę teraz o tym mówić... - skrzywił się.
Mikołaj i Tadek pokiwali tylko głowami ze zrozumieniem, ale nie wgłębiali się. Wyszli z założenia, że jeśli Michał będzie chciał, to im powie co mu się śniło.
Zmęczony i niewyspany Michał ruszył w stronę łazienki i pryszniców, by po kwadransie wyjść i udać się wraz zresztą roku na śniadanie.

– * –

Podczas piątkowego śniadania tylko uważny obserwator zdołałby zauważyć zmianę w zachowaniu szkolnej pielęgniarki. A jednak tacy obserwatorzy byli. Nie był im znany powód troski i wyraźnie dla nich widocznego zmartwienia pielęgniarki, ale trzymając się swojej filozofii postanowili nie ingerować.

– * –

Michał przez cały dzień czuł się fatalnie, nie mógł się skupić, skoncentrować. Miał problemy z najprostszymi nawet czynnościami. Dał plamę na transmutacji, transmutując gałązkę zamiast w kwiat w coś co przypominało połączenie kosza na śmieci i szarej brei. Czym wywołał nie tylko dezaprobatę profesora, ale i masę złośliwych komentarzy. Na Historii niemal usnął na stoliku i tylko szturchaniec do Tadka uchronił go od spadnięcia na podłogę. Zorientował się, że niemal zasnął.
Przed obiadem dopadły go dziewczyny.
- Michał, co się dzieje? - zapytała bez słowa wstępu Sylwia.

- Miałem koszmary w nocy – odparł niechętnie – bardzo sugestywne koszmary. Jestem wypluty, jakbym co najmniej przepłynął kilkanaście kilometrów – skrzywił się.
- Jutro jest sobota, idę zaraz spać. Muszę się wyspać i odpocząć... – stwierdził Michał patrząc na dziewczyny.
Z wielkim trudem dotarł do swojej sypialni, rozebrał się z wierzchniego ubrania i padł w łóżko, ostatnim co pamiętał, to zegar wybijający szesnastą.
A potem...
Potem koszmar powrócił.
I znowu musiał biegać od stolika do stolika, najpierw w wodzie po kostki, potem po kolana, potem po pas...
Aż w pewnym momencie znowu zobaczył przed oczami rozbłysk gwiazd.
- Krzyczałeś... – skwitował to cicho Tadek – Znowu koszmar? - zapytał.
- Tak, ten sam – pokiwa głową Michał. - Ile spałem? - zapytał, choć już po chwili znał odpowiedź. Zegar wybijał osiemnastą...

– * –

Fellean tym razem nie musiała jakoś specjalnie się ukrywać. Klub do którego miała się udać tego wieczoru był znany z tego że bywają w nim różne ekscentryczne osobowości, jak to mawiali w świecie niemagicznym, więc dziwny ubiór jednej czy drugiej osoby nikogo nie dziwił. Jednak fakt, że bywali tam przedstawiciele obu światów nie umniejszał problemu jaki przed nią się pojawiał przed każdym wyjściem. Co na siebie włożyć...
Zdawała sobie sprawę, że oba światy różnią się na tyle, że nie będzie w stanie dobrać uniwersalnego ubioru. Po zastanowieniu się doszła jednak do wniosku, że niezależnie od tego w jakim świecie się będzie poruszać hormony buzujące wewnątrz młodych mężczyzn będą takie same, dlatego starannie wybrała ciemno granatową, niemal czarną wąską sukienkę lekko nad kolana z delikatnym dekoltem. Do tego dobrała kolczyki, będące jednocześnie fałszoskopami, bransoletkę z awaryjnym świstoklikiem i pierścionek będący wykrywaczem mrocznej magii. Przez chwilę się zastanawiała nad resztą ubioru, jednak po chwili postanowiła nie kusić za bardzo losu. Dobrała delikatną czarną bawełnianą bieliznę i czarne cienkie rajstopy oraz czółenka na niewielkim obcasie. Po czym ruszyła zażyć odprężającej kąpieli.

– * –

Dotarcie do klubu było dziecinnie proste. Sam klub o to zadbał. Wszyscy wiedzieli, gdzie w okolicy klubu jest punkt aportacyjny. Z jednej strony było to nie do końca bezpieczne, z drugiej jednak tylko szaleniec by się porywał na atak na kogoś w bezpośredniej bliskości punktu aportacyjnego gdzie w każdej chwili ktoś się mógł pojawić. Mało tego, mówiło się, że sam klub zatrudnia jednego czy dwu ochroniarzy, którzy mają dyskretnie obserwować ten teren i uspokajać nadmiernie rozgorączkowanych klubowiczów i innych gości.
Zjawiła się kilka minut przed godziną dwudziesta, która wśród wielu bywalców klubów była uważana za moment kiedy każda szanująca się impreza powinna się zaczynać.
Bez żadnego problemu dostała się do klubu, potem przechodząc przez jeden z korytarzy wewnątrz delikatnie musnęła dłonią jedną ze ścian, sprawdzając czy ma przed sobą tą właściwą, po czym upewniwszy się, że nikt jej nie widzi weszła do części lokalu przeznaczonej dla magicznej części populacji.

– * –

Zabawa w klubie była fenomenalna i Fellean zaczęła żałować, że przed północą musi opuścić lokal, żeby być gotowa na dzień następny. Jednak ten czas jaki tutaj spędziła nie był stracony, wypytała kilku chłopaków, którzy wydawali jej się najlepiej zorientowani w układach towarzyskich o szukany przez siebie obiekt. Żaden nic nie wiedział, albo na tyle dobrze się z tym maskował, choć Fellean stawiała by raczej na niewiedzę. Tańczyła, bawiła się uważając jednak na to co się wkoło dzieje.

– * –

W tym samym czasie w niemagicznej części klubu spotkało się dwu chłopaków.

- Ktoś cię szuka – odezwał się średniej postury chłopak w stroju barmana. - Lala słyszał jak jakaś panienka wypytywała o chłopaka z tatuażem na ramieniu.
- Jak wygląda? - spokojnie zapytał ciemnowłosy chłopak.
- Drobna, szczupła, ubrana w obcisłą czarna sukienkę do kolan – relacjonował barman – aaa, ma długie kolczyki i jest szatynką.
Ciemnowłosy tylko pokiwał głową, słuchając opisu dziewczyny.
- No to pora zapolować... - dodał cicho – Jest w części dla… uzdolnionych? - Zaakcentował na użytek właśnie przechodzącej dziewczyny.
Błyskawicznie rozumiejąc, co chce powiedzieć barman zrobił gest pocierania kciukiem o palec wskazujący – Tak, dla bardzo – zaakcentował mocno – uzdolnionych.
Jego rozmówca tylko pokiwał głową i podziękowawszy ruszył w stronę jednego z korytarzy, odprowadzany tęsknym wzrokiem dziewczyny, która właśnie ich minęła.
- Nawet o tym nie myśl... - szepnął jej barman – Zainteresowanie nim, jest... niemile widziane przez jego rodzinę. - I pokiwał potakująco głową widząc zrozumienie w oczach dziewczyny.

– * –

Fellean bawiła się już kilka godzin i właśnie zamierzała zbierać do wcześniejszego wyjścia kiedy jakiś ciemnowłosy chłopak podszedł do niej z zawadiackim uśmiechem na twarzy.

- Hej, co taka piękna dziew... - zaczął, zapewne po to tylko żeby znaleźć się blisko niej. I niemal równocześnie z ostrym piskiem fałszoskopów chłopak pełnym impetem swojej siły i masy ciała wpadł na nią. Nim zdążyła zareagować już poczuła dwie różdżki wbijające się jej w ciało. Dwie? Jedna wbijała się jej w lewy bok na wysokości serca, a druga w podgardle.

- Kim. Jesteś? - wycedził przez zaciśnięte zęby chłopak. - Nawet nie próbuj żadnych sztuczek i tak ci się nie uda. - dodał spokojniejszym już tonem. Z daleka mogli sprawiać wrażenie parki, która właśnie na moment przystanęła aby obdarzyć się wzajemnie długim pocałunkiem.

Fellean błyskawicznie zanalizowała sytuację, była w potrzasku. Teraz nawet deportując się z tego lokalu - o ile nie jest ogrodzony osłonami - zabrała by chłopaka ze sobą. Dlatego też postanowiła powiedzieć prawdę, w końcu to co robiła nie było nielegalne, może trochę wścibskie, ale na pewno nie nielegalne.

- Szukam pewnego chłopaka - odparła ostrożnie starając się nie naciskać za bardzo brodą na czubek różdżki. - Ciemnowłosy, średniej budowy, dosyć wysoki, ma mieć tatuaż przedstawiający smoka na ramieniu... - w miarę jak opisywała obiekt swoich poszukiwań zaczęła zauważać podobieństwo między obiektem, a trzymającym ja w szachu chłopaku.

Trzymający ją chłopak na moment zwolnił jedną z różdżek i wykonał nią jakiś dosyć skomplikowany gest. Jeden z jej pierścionków gwałtownie się rozgrzał.

- Tymczasowo przywiązałem cię do mnie - rzekł tonem konwersacji, opuszczając obie różdżki. - Nie uciekniesz ode mnie, a mało tego próba ucieczki utrwali zaklęcie i będę zawsze wiedział gdzie jesteś.
- A teraz chodź. - złapał Fellean za rękę i poprowadził do jakiegoś stolika stojącego w rogu sali.
- Dla kogo pracujesz? - zapytał prosto z mostu, kiedy już pomógł jej usiąść i sam usiadł tyłem do rogu, a twarzą do niej. Właśnie dotarło do niej, że chłopak przypomina drapieżnika polującego na swoje ofiary, i to bardzo sprawnego drapieżnika. Po raz pierwszy od bardzo dawna zaczęła się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Nie potrafiła rozpoznać ruchów jakie wykonał trzymając ją uwięzioną pod ścianą, ale nie wyglądało jej to na zwykłą magię. Mało tego, ciepłota pierścionka mówiła jej, że ten czar był jednym z arkanów mrocznej strony magii. A rozpoczynanie walki nawet z początkującym adeptem mrocznej strony magii było ostatnim na co miała ochotę. Po chwili ciszy, kiedy wyraźnie widziała jak chłopak na zmianę studiuje jej twarz, ocenia jej ciało oraz lustruje okolicę w oczekiwaniu na jakieś nadciągające niebezpieczeństwo Fellean postanowiła zagrać jedyną kartą która nigdy do tej pory jej nie zawiodła. Postanowiła po prostu uwieść chłopaka i zaciągnąć go do własnego specjalnie przygotowanego saloniku do wielkiego łoża i tam wycisnąć z niego wszystko.
Nie przewidziała tylko jednego. Że chłopak będzie odporny na jej wdzięki.

– * –

Kiedy dobrze po północy wychodzili oboje z klubu, chłopak zachowywał się jakby byli od dawna parą i jedyne na co mieli teraz ochotę, to zaszycie się gdzieś w jakimś tanim hoteliku i spędzenie ze sobą kilku godzin. Ale Fellean wiedziała, że to tylko pokaz dla innych, którzy być może obserwowali ją, chłopaka a może ich oboje. Rozmowa jaką przeprowadziła z chłopakiem była niemałym szokiem dla niej, nie tylko uzyskała potwierdzenie że to jego szukają, na potwierdzenie czego chłopak pokazał jej tatuaż przedstawiający jakąś wariację na temat rogogona węgierskiego. Ale zorientowała się, że sprawa w jaką zapewne nieświadomie się wplątali jest znacznie poważniejsza, kiedy zaczęła wypytywać swojego rozmówcę niemal spodziewała się ciągłego pisku fałszoskopów, dlatego też cisza jaka trwała przy jego wypowiedziach była dla Fellean niczym wiadro lodowatej wody na głowę. Chłopak był świadom swojej mocy i możliwości, i tego nie ukrywał. Fałszoskopy zadziałały tylko raz, kiedy zapytała chłopaka czy się czegoś obawia, na co padła udzielona z lekkim wahaniem odpowiedź przecząca. Jednak fałszoskopy nie wydarły się, a jedyne lekko zapiszczały, co mogło oznaczać, że spodziewa się czegoś, ale jest przekonany o tym że sobie poradzi i tylko moment zaskoczenia będzie dla niego zaskoczeniem.
Po wyjściu chłopak który przedstawił się jako Adam – a na co fałszoskopy nie zareagowały, więc mogło to być jego faktyczne imię – zaproponował Fellean, że odprowadzi ją do domu dla - jak to podkreślił - jej bezpieczeństwa. Bardzo to zastanowiło Fellean i dopiero kiedy wyszli z klubu i powoli wtopili się niemal niezauważalnie w otoczenie do Fellean dotarł fakt, który kiełkował w jej umyśle od jakiegoś już czasu. Właśnie rozmawiała z Rekersem, pytanie jak wysoko postawionym, ale na pewno z Rekersem. Widząc zaskoczenie i zrozumienie na jej twarzy Adam uśmiechnął się wyraźnie.

- Więc już się domyśliłaś? - zapytał spokojnie, nadal trzymając ją pod rękę. Kiedy tylko pokiwała głową potakująco kontynuował dalej.
- Zachowaj to dla siebie, nie mów zupełnie nikomu, nawet swojemu szefowi... – przerwał widząc szok na jej twarzy. - Co? Myślałaś, że się nie domyślę? Mój wuj usiłuje mnie usidlić już od dwu lat, jak dotąd bez powodzenia... – parsknął lekkim śmiechem.
Tylko fakt, że Fellean była mocno, ale jednocześnie delikatnie trzymana przez rękę Adama uchronił ją od zapewne bolesnego upadku na bruk.
- Cooo? - tylko tyle zdołała wyjąkać.
W tym samym momencie poczuła gwałtowne szarpnięcie w okolicach żołądka i zanim się zorientowała stała sama przed drzwiami swojego mieszkania. Kiedy dotarły do niej implikacje tego faktu jej żołądek gwałtownie zmniejszył swoją objętość zmuszając ją do natychmiastowego sprintu do łazienki, gdzie przez następne dziesięć minut dawała upust swojej panice.


Zapraszam do komentowania.