Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen,
kiedy słowa zlewają się w fałszywy ton,
a nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd.*

Drzwi skrzypnęły cicho, przyprawiając Harry'ego o gęsią skórkę. Hałas obijającego się o szybę wiatru eksplodował w jego głowie, kiedy jakaś niewidzialna, nieuchwytna siła układała jego odrętwiałe ciało na miękkim materacu.

Skrzywił się.

Przez moment powieki trzymał mocno zaciśnięte, starając się uspokoić oddech, wciąż rwący się do ucieczki przez spierzchnięte usta, niczym pisklę pragnące po raz pierwszy zakosztować w locie.

Odwrócił wzrok.

Głuche echo kroków zabębniło w jego piersi.


Severus wyszedł z pokoju i przez chwilę stał nieruchomo, wbijając puste, niewidzące oczy w wyblakłą tapetę, na której szarzyły się lilie, teraz pachnące kurzem i przeszłością.

Pstryknął palcami. Skrzat pojawił się natychmiast, zgarbiony i niespokojny, swoją wielką głowę pochylając tak nisko, że jego długi nos niemal uderzył o podłogę.

- Eliksiry nasenny, odżywczy, uspokajający i maść na skaleczenia – wysyczał cicho i nie czekając, aż postać zniknie, odwrócił się i wszedł z powrotem do pokoju.

Mruknął zaklęcie i w kominku zahuczał płomień, który wypychał kojący półmrok z pomieszczenia, zaganiając cienie do najodleglejszych kątów i rozbryzgując na ścianach swoje nachalne ciepło. Morderczy syk trawił duszne, ciężkie powietrze, pożerając je, a w zamian ogniste języki wypluwały ciche iskry, które gasły, nim na dobre zdążyły zapłonąć.

Severus niecierpliwymi dłońmi odpiął kilka pierwszych guzików smoliście czarnej szaty i przywołał krzesło, które głucho uderzyło drewnianymi nogami o wytarty dywanik przy łóżku.

Nim zdążył pomyśleć, aby powiedzieć cokolwiek, choć na dobrą sprawę nie mógł znaleźć w sobie żadnych słów, w pokoju zmaterializował się skrzat, w trzęsących się dłoniach dzierżąc kolorowe fiolki.

Gestem głowy nakazał odstawić je na szafce nocnej i zniknąć.

Sięgnął po pierwszą z nich i odkorkował. Przez chwilę wahał się, odchrząknął i skrzywił brzydko; dźwięk ten drażnił uszy, przypominając trzask bicza.

- Potter – odezwał się, dziękując w duchu, że jego głos jest suchy, wyprany z emocji, które spalały go żywcem wewnątrz. – Musisz to wypić. – Nachylił się nad nieruchomą postacią i sięgnął do jej ust, chcąc je rozchylić. Nie zdążył.

- Nie dotykaj mnie. – Słowa dzieciaka nie były głośniejsze od szeptu, nie tkwiła w nich też żadna groźba, ani złość, jednak Severus zatrzymał dłoń w powietrzu, mrugając zawzięcie. Udręka, która wylewała się z krwawiących warg chłopaka była obezwładniająca.

Odwrócił wzrok.

Wstał i podszedł do okna, przeczesując bladą dłonią kruczoczarne włosy. Skrzywił się z odrazą, pogardzając sobą za ten ludzki, pełen niepewności gest.

Zacisnął szczęki, pierwszy raz od bardzo dawna czując, że nie jest panem sytuacji.

To nie była jego historia.

Ten jeden, krótki moment, kiedy zdołał uchwycić spojrzenie zielonych, oszalałych oczu wystarczył, aby mógł zobaczyć. Wystarczył, aby ujrzał to, co nie było przeznaczone dla jego źrenic, wystarczył, aby usłyszał to, co nie było przeznaczone dla jego uszu. Wystarczył, aby poczuł to, co zachwiało jego murami, a kilka szarych, milczących kamieni uderzyło, prawie bezgłośnie, o przejrzystą pustkę jego myśli.

Zachłysnął się emocjami, które wezbrały w jego suchych żyłach, wsiąkając w piasek, z którego poczęły kiełkować źdźbła niepewności.

Natrafił na swoje spojrzenie w bladym odbiciu okna, za którym dudniący wiatr wyginał wierzby płaczące i kasztanowce, zmuszając je do dzikiego tańca, pogwałcając odwieczne prawo do odmowy. Chwilę przyglądał się, jak wielkie, rozłożyste konary stawiają mu opór, aż w końcu z westchnieniem rezygnacji poddają się i niczym pogrążone w ekstazie, wyrywają się ku poczerniałemu niebu.

- Niech pan odejdzie. – Doszło do jego uszu; wzdrygnął się mimowolnie. Głos chłopaka był jak to szkło, w którym teraz odbijała się twarz Severusa. Był przejrzysty, gładki, bez rysy. Był pusty i pozbawiony emocji; bezbarwny.

Powoli podszedł do łóżka i spojrzał na piętnastoletnią twarz chłopaka. Źrenice wciąż miał nienaturalnie rozszerzone, tak samo jak oczy, które sprawiały niemal groteskowe wrażenie, będąc tak wielkimi w porównaniu z drobną, zapadniętą twarzą. Krew na jego podbródku zdążyła już zaschnąć, tworząc czarne plamy na bladej, lśniącej potem skórze; długie rzęsy rzucały jeszcze dłuższe cienie na mocno zarysowane kości policzkowe.

- Nie powinieneś zostawać sam. – Usłyszał swój głos przerywający nachalną ciszę, choć nie zarejestrował, aby jego własne wargi wypowiedziały choćby słowo.

Chłopak zaśmiał się. Krótko, chrapliwie i gorzko.

Severus niemal mógł poczuć tę gorycz na swoim języku.

- Nigdy nie jestem sam – mruknął w odpowiedzi, nieco złośliwie, nieco ironicznie, choć Severus słyszał jedynie rozpacz, która na moment wyryła na tej piętnastoletniej twarzy kanciaste rysy nasiąknięte miażdżącą emocją.

Usiadł na krześle, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Ciało Pottera było napięte do granic możliwości i niemal słyszał, jak jego ścięgna wrzeszczą z bólu.

- Pozwól mi podać ci kilka eliksirów – powiedział twardo, mrużąc powieki.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek zacznie świtać. Nocą wszystko było bardziej. Nocą wszystko wydawało się być mocniej, gwałtowniej. Nocą zewsząd nadchodziły demony przeszłości, nie dając wytchnienia, nawet na moment, zmęczonemu, oszalałemu z rozpaczy umysłowi. Doskonale to wiedział.

Przeżył już niejedną taką noc.

- Nie chcę – warknął Potter, kręcąc gwałtownie głową. – Nie chcę – powtórzył z uporem, którego Severus nie mógł zrozumieć.

- One ci pomogą, rozumiesz? Poczujesz się lepiej. Zaśniesz – wyrzucił z siebie szybko, tak niepodobnym głosem do swojego własnego, jakby przekonywać musiał nie tylko chłopaka.

- Nie chcę zasypiać. Nie chcę śnić. Nie rozumie pan… - Urwał, a jego niemal przeźroczyste powieki opadły, pozbawiając Severusa widoku zielonych, tak dobrze znanych mu oczu.

Wbił sobie paznokcie we wnętrze dłoni. Nie mógł podać dzieciakowi Eliksiru Bezsennego Snu. Nie w stanie, w którym był jego organizm. Nie w połączeniu z eliksirami, którymi poił go cały tydzień.

- Wiesz, że mógłbym cię unieruchomić i siłą wlać te eliksiry do twojego gardła, prawda? – Pytanie odbijało się przez chwilę echem od bielonych ścian, ale Harry nie odniósł wrażenia, aby była to groźba. Miał zamiar wzruszyć ramionami, jednak wykonanie jakiegokolwiek ruchu okazało się być niemożliwym. Ciało miał zdrętwiałe i obolałe, więc nie odezwał się ani słowem, puszczając w niepamięć ostatnie zdanie.

Przymknął oczy i ze wszystkich sił starał się wyprzeć z umysłu samego siebie i świat, który zrzucił mu na ramiona ciężar swych zbrodni.

Severus zacisnął pięści i zgrzytnął zębami widząc, że chłopak zaczyna odpływać, zatracać się w sobie, a niepokojące cienie zaczynają błąkać się po jego źrenicach.

- Zostań tu – mruknął, opierając łokcie o kolana i opuszczając głowę; kosmyki jego włosów załaskotały go w policzki.

Harry zawahał się, a potem powoli wypuścił powietrze przez zaciśnięte usta.

- Nie – odpowiedział, mając wrażenie, że jego język przykleił się do podniebienia. – Nic mnie tu nie trzyma.

Jego słowa spłonęły wraz z trzaskiem drewna z kominku.


Severus wpadł do swojej sypialni i z hukiem otworzył barek. Odkorkował szklaną butelkę, mocno chwycił długą szyjkę i upił spory łyk, z wdzięcznością przyjmując piekący ból gardła.

Siłą zerwał z siebie wierzchnią szatę, rzucił ją niedbale w kąt, po czym wolną ręką rozpiął kilka guzików białej koszuli.

Dusił się.

Bezwładnie opadł w fotel, długie, chude palce wciąż kurczowo zaciskając na zimnym szkle.

Zamknął oczy.

Przez cały tydzień z najwyższą uwagą obserwował chłopaka, a to, co dostrzegł, nie spodobało mu się. Wiedział, że Potter pojawia się punktualnie na posiłkach, jednak nie towarzyszył mu w ich trakcie. Sytuacja była niekomfortowa również dla niego i domyślał się, że dzieciak nie byłby w stanie nic przełknąć, siedząc zaledwie kilka metrów od niego, a prawidłowe odżywianie się było w tym momencie kluczowe dla odzyskania przez Pottera pełni sił.

Wykrzywił ironicznie usta.

Taktyka zawiodła, tak czy inaczej. Severus dopiero szóstego dnia zorientował się (albo dopuścił do siebie w końcu taką myśl), że szczeniak, zamiast zyskiwać na zdrowiu, podupadał na nim coraz mocniej. Jego kroki stały się wolniejsze, ruchy bardziej niezdarne, co chwila potykał się i miał spore trudności z wejściem po schodach; cały czas musiał przytrzymywać się poręczy i przystawał co kilka stopni, żeby złapać oddech. Severus zachodził w głowę, dlaczego tak się dzieje; podawał mu przecież odżywcze eliksiry, wiedział też, że Potter nie ma problemów ze snem, ponieważ każdego wieczora wypijał napój nasenny. Jedynym wytłumaczeniem pozostawał fakt, że szczeniak nie wypełnia jego poleceń i wyrzuca sporządzone przez niego mikstury. Myśl ta szybko się rozwiała, kiedy któregoś ranka Severus zauważył wyraźne symptomy świadczące o tym, że dzieciak powoli uzależniał się od eliksirów. Tylko jedna okoliczność mogłaby spowodować tak fatalne skutki – Potter nie jadł. Nawet, jeśli dawki były niewielkie, a mikstury same w sobie nieszkodliwe, to jednak przyjmowane przez tak długi czas na pusty żołądek, wyrządzały więcej szkody, niż pożytku. Wtedy właśnie zaczął wypytywać Wstrętka o to, ile zazwyczaj jadał Potter w tracie posiłków. Kiedy ze strony przerażonego skrzata padła odpowiedź „nic", niemal zagotował się z wściekłości. Potter najwyraźniej postanowił sabotować i poddawać w wątpliwość poprawność sprawowanej nad nim opieki i Mistrz Eliksirów nie miał wątpliwości, że Dumbledore, przy najbliższych odwiedzinach, sam zauważy, że pod pieczą Severusa Potter nie tylko nie wraca do zdrowia, ale jego stan się pogarsza.

Severus upił kolejny łyk wprost z butelki i skrzywił się brzydko. Powinien był wiedzieć. Powinien był domyślić się, mając przed oczami wyraźnie inne oznaki. Potter ani razu, przez cały tydzień, nie wyszedł ze swojego pokoju. Przesiadywał tam całymi dniami, a z wnętrza pomieszczenia nie dochodziły żadne odgłosy. Sowy, które do niego przylatywały, w końcu nudziły się sterczeniem przy zamkniętym oknie, a Wstrętek co drugi dzień przynosił do gabinetu Severusa coraz to pokaźniejszą stertę listów, zaadresowanych do Harry'ego Pottera. Dzieciak nie kontaktował się ze swoimi przyjaciółmi, nie odbierał od nich listów, samemu też nie usiłując wysłać do nich żadnej wiadomości; nawet po kryjomu. Nie odnosił się w żaden sposób do jego obelg i prześmiewczych komentarzy. Snuł się jak cień, echo aroganckiego, butnego gówniarza, zdawał się zapadać sam w sobie, a rezygnacja przejawiała się w każdym jego geście lub spojrzeniu. Zdawało się, że na nic nie reagował, na nic nie zwracał uwagi, pozostając pogrążonym w swoich myślach, które wydawały się przygniatać go z każdym dniem coraz mocniej.

Ale Severus machnął na to ręką. Nie chciał wiedzieć. Nie chciał widzieć. Był tak wściekły na tego gówniarza, że usiłuje się zagłodzić jemu, Severusowi, na złość, że siłą wyparł z umysłu niepokojące zachowanie Pottera. Był przekonany, że dzieciak chce tym wywalczyć u Dumbledore'a przeniesienie go w inne miejsce. Postanowił dać szczeniakowi nauczkę. Ostatniego wieczora pojawił się na obiedzie i z chłodnym zadowoleniem zauważył przerażenie bijące od całej postaci Pottera. Dzieciak najpierw stanął jak wryty, następnie utkwił w nim zielone oczy, po brzegi wypełnione lękiem, a na koniec usiadł ze spuszczoną głową przy stole, drżąc lekko i nawet nie usiłując udawać, że ma zamiar zjeść cokolwiek.

Severus tylko na to czekał. Zaatakował.

Gdyby wtedy wiedział, jakie demony uwolni swoim zachowaniem…

Potrząsnął nagle głową, a czarne kosmyki włosów obiły się o jego policzki. Z jego bladych, popękanych warg wyrwał się chrapliwy, nieprzyjemny dźwięk, coś na kształt śmiechu, który nie zawierał w sobie nawet nuty wesołości.

Zaklął i powrócił wspomnieniami do sceny rozgrywającej się jeszcze kilka godzin temu w jadalni. Obraz Pottera wywiercał mu dziurę w umyśle i Severus nie sądził, aby kiedykolwiek miał się go pozbyć ze swych wspomnień.

Był śmierciożercą i szpiegiem. Był torturowany i torturował innych. I to było właśnie odbicie tych wszystkich godzin, tych wszystkich dni, miesięcy i lat, podczas których sam cierpiał i zadawał cierpienie.

Z początku twarz dzieciaka była niemal jak wyciosana z kamienia, biała i przerażająco nieruchoma, podobnie jak oczy, które zasnuły się mgłą i wydawało się, że widzą coś, czego nigdy nie powinny były oglądać.

Severus wtedy po raz pierwszy tego wieczora poczuł niepokój, ale ten szybko odszedł, kiedy doszły go słowa Pottera. ,,Puść. Mnie. Natychmiast.'' Pamiętał, co wtedy sobie pomyślał. Sławny, zarozumiały Harry Potter nie życzy sobie być dotykanym przez takie ścierwo, jak znienawidzony nauczyciel eliksirów.

Wzmocnił uścisk.

Pod palcami wyczuł drżące ciało dzieciaka, ale nie miał zamiaru się ugiąć. I nie ugiął się również wtedy, kiedy kolejne słowa poleciały w jego stronę, ciche niby muśnięcie wiatru, ale miał wrażenie, że mogłyby ciąć stal. ,,Puść…''. Nie!, nakazał sobie w myślach i jeszcze mocniej zacisnął długie palce na przedramieniu szczeniaka.

A potem był ryk. Ogłuszający, nieludzki, zwierzęcy, niemal pierwotny i Severus puścił, krztusząc się emocjami, które dzieciak zawarł w jednym zdaniu: PUŚĆ MNIE, KURWA, W TEJ CHWILI!

I rozpętało się piekło, a Severus Snape miał miejsce w pierwszym rzędzie.

Z początku nie wiedział, co się dzieje. Usłyszał pisk skrzata domowego i kątem oka zauważył jego poruszenie. Kiedy skupił spojrzenie na Potterze, ten już zwijał się niczym w agonii, a cierpienie malowało rysy jego twarzy na nowo. Zielone oczy zdawały się płonąć żywym ogniem, który, Severus był tego pewien, spalał chłopaka od środka. Jego skowyt potoczył się echem po domu i zawirował pod sufitem, aż w końcu opadł ciężko na ziemię i Severusowi zdawało się, że budynek zatrząsł się w posadach. Drobne, blade dłonie Pottera wystrzeliły w stronę jego gardła i twarzy, teraz zlanej potem i łzami, jakby usiłowały wydrapać z niego cały ból, przerażenie i w szaleńczym tańcu ryły, drapały i wyrywały z tkanki coś, co było niewidzialne dla oka Mistrza Eliksirów. Usiłował przytrzymać nadgarstki chłopaka, ale nie był w stanie. To wtedy rękaw bluzy Pottera uniósł się i Severus zobaczył czerwone ślady, które pozostawiła jego dłoń na bladej, perłowej i postrzępionej bliźnie. Zrozumiał, że to była ta sama, zasklepiona już, rana, którą widział w noc po odrodzeniu się Czarnego Pana na przedramieniu chłopaka. Puścił jak oparzony, ale było już za późno. Dzieciak zdawał się chylić ku upadkowi, dogorywać w katuszach i męczarniach, a potem, na jedną, króciutką chwilę jego wzrok podniósł się, a ich oczy zetknęły. Severus jak przez mgłę pamiętał, że cofnął się o krok, porażony tym, co z nich wyzierało, a potem wahał się i sięgnął w głąb jego umysłu. ,,NIE DOTYKAJ MNIE, TY SUKINSYNU!" wywrzeszczane z takim żarem, że niemal upadł, przerwało ich połączenie, ale ten moment wystarczył.

Zobaczył.


Pierwszym, co poczuł, to czyjaś obecność w pokoju. Nie usłyszał kroków, ale mimowolnie spiął się, kiedy lekkie zawirowanie powietrza oznajmiło mu, że nie jest w pomieszczeniu sam. Drugim, co wychwyciły jego otępiałe zmysły, był zapach alkoholu.

Wciąż leżał w tej samej pozycji, w której pozostawił go Snape, nie mogąc zmusić się do wykonania żadnego ruchu. Powieki miał mocno rozwarte, a nieprzytomne spojrzenie utkwione gdzieś poza czasem i przestrzenią. Kim jestem? Gdzie jestem?

- Potter. – Doszło do jego uszu, choć niewyraźne i jakby przez ścianę. - Od jak dawna masz wgląd do umysłu Czarnego Pana?

Zamarł. Jego palce bezwiednie zacisnęły się na prześcieradle, a w żołądku uformowała bryła lodu, która zdawała się zamrażać krew w jego żyłach. Przez chwilę usiłował zmusić się do oddechu, ale rozpacz i panika zdusiły jego płuca i jego ciało wygięło się w bólu, kiedy krtań zapaliła go żywym ogniem. Nie dostrzegł nagłego ruchu, ale poczuł na swojej klatce piersiowej obcą dłoń i szarpnął się, nie mogąc znieść tego dotyku.

- Uspokój się! – Cichy syk tuż przy jego uchu spowodował wręcz odwrotny skutek. Mgła zasnuła mu oczy, a on przez chwilę siłował się z bezimiennymi dłońmi, aż w końcu te pochwyciły go mocno, uniosły jak szmacianą lalkę i przez chwilę zamiast leżeć, siedział, a za jego plecami ktoś poruszał się szybko i w ciszy. Kiedy otępienie minęło, z jego gardła wyrwał się jęk przypominający wycie zranionego zwierzęcia, a on znów stanął do walki z niewidzialnym przeciwnikiem.

- Uspokój się, głupi dzieciaku. – Czyjeś mruknięcie padło z tyłu, a potem te same dłonie, ciepłe i uspokajające, pociągnęły go, aż w końcu plecami opadł na czyjąś pierś. Przez materiał ubrania wyczuł gorąco, które było tak różne, tak inne od jego własnego lodowatego ciała.

- Uspokój się. – Usłyszał znowu, a czyjś oddech musnął jego policzek. Przestał się wyrywać, bo ten głos był cichy, łagodny, niemal kojący i z wdzięcznością przyjął troskę swego urojenia.

- Opowiedz mi.

Przez chwilę się wahał, jakby na szali znajdowało się jego życie, ale ciepło bijące od jego urojenia łagodziło każdy zatruty nerw. Potrząsnął bezwiednie głową, jakby wypędzając z niej niechciane myśli, a zrezygnowanie i bezsilność zakradły się do jego ciała.

- Nie mogę – szepnął tak cicho, że przez chwilę zastanawiał się, czy powiedział to na głos, czy może słowa wciąż pozostawały przyklejone do jego podniebienia.

- Dlaczego? – Zapytało równie cicho jego urojenie, jakby tak samo, jak on, obawiało się spłoszyć, pierwsze od niepamiętnych czasów, poczucie ulotnego bezpieczeństwa.

- Bo stracę wszystko. Stracę wszystko i wszystkich. I nic mi już nie pozostanie, nikt mi już nie pozostanie, skoro nawet ja sam nie jestem już swój. – Jego urojenie znieruchomiało, a on oparł o nie głowę, jakby dając mu do zrozumienia, żeby wracało do wnętrza Harry'ego, gdzie jego miejsce i już nigdy nie dawało mu tak złudnego uczucia ciepła. Jego powieki opadły ciężko, a oddech uspokoił się, kiedy urojenie zacisnęło swe dłonie na jego palcach.

- Piłeś – mruknął, zastanawiając się, czy urojenie może odczuwać tak prymitywne potrzeby, jak zaspokojenie głodu i pragnienia.

- Tak – odpowiedziało urojenie po chwili i Harry wydał ciche westchnienie, które utonęło w gęstym mroku zalegającym w pokoju.

- Wuj Vernon dużo pił – wypowiedział Harry głosem sennym i odległym, przywołując wspomnienie czerwonej, zamroczonej alkoholem twarzy pana Dursleya.

- Wiem – odparło urojenie i Harry skinął głową.

- Wiem, że wiesz. Jesteś częścią mnie – powiedział to takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Urojenie znów znieruchomiało.

- Dlaczego tak mówisz? – zapytało go cicho, a on zmarszczył brwi. Czy to nie było oczywiste?

- Przecież nie pierwszy raz tu jesteś. – I zaśmiał się, chrapliwie i bez radości. – To znaczy nie tu, nie w tym domu. Ale byłeś zawsze pod komórką pod schodami, a potem w drugiej sypialni Dudleya, którą mi wypożyczył. – Przygryzł wargę, kiedy jakieś wspomnienie wstrząsnęło jego odrętwiałym ciałem i syknął z bólu.

- Boli cię? – Przytaknął, choć nie wiedział, czy urojenie zobaczy ten ruch. W pokoju było potwornie ciemno, zewsząd opatulała go lepka, mokra czerń, osiadająca na jego zlodowaciałej skórze.

- Powinieneś wypić kilka tych eliksirów.

- Nie chcę – odpowiedział niemal warknięciem, a potem skulił się w sobie i mocniej przylgnął plecami do urojenia.

- Opowiedz mi – mruknęło znów urojenie, a on tym razem poczuł, jak złość zakrada się do jego oczu.

- Przecież wiesz to wszystko! – syknął przez zaciśnięte zęby, nie rozumiejąc, dlaczego część jego własnego ja pragnie torturować go, słuchając słów, które Harry miał nadzieję już nigdy nie wypowiadać. – Przecież wiesz, jak bardzo tego nienawidzę! Przecież wiesz, ile dni, ile nocy kosztowały mnie… Kosztowało mnie to. Przecież wiesz! – powtórzył z wyrzutem, zaciskając palce na prześcieradle.

Harry zamknął oczy, mając wrażenie, że znów jest na Privet Drive. Ciemność, która wypełniała każdy milimetr pokoju była niemal nienaturalna, a on jedyne, o czym marzył, to poddać się jej, tak, jak to robił w domu wujostwa; zapaść się w sobie, pozwolić swym myślom odpłynąć, narzucić na nie bordową zasłonę i stłumić w sobie lęk, który paraliżował i dławił.

Zostaw to za sobą.

Nagle spiął się cały, znieruchomiał i trwał tak chwilę, nie zauważając już swego urojenia, ani miękkiego materaca pod sobą; nie zauważając poruszenia za swymi plecami, nie zwracając uwagi na przyspieszony oddech, który nigdy nie wydobywał się z ust jego urojenia i dryfował tak chwilę na pograniczu snu i jawy, aż w końcu z wdzięcznością przyjął otępienie, które porwało go w swe objęcia, a wszystkie emocje w nim skryły się za ciężką, grubą tkaniną.

- Potter…? – Doszło do jego uszu, ale nie zrozumiał, kto go o to pyta, ani dlaczego. Potter? Jaki Potter? Nie znam żadnej osoby o takim nazwisku. Kim jest Potter?

- To zaczęło się w wakacje przed rozpoczęciem mojego czwartego roku nauki w Hogwarcie. – Usłyszał czyjś głos, ale nie zwrócił na to uwagi. Jego głowa opadła ciężko na coś, co powoli unosiło się w dół i górę, przyjemnie kołysząc jego zdrętwiałe ciało.

- Z początku były to tylko przebłyski, nieznane mi obrazy i miejsca, w których nigdy nie byłem, oraz osoby, których nigdy nie poznałem. Pamiętam tylko, że budziłem się z tych snów zgrzany i przerażony, jakby ścigany przez nieznane mi monstrum. Nie były one wówczas tak… Nie były. – Głos zamilkł, a Harry poczuł się okropnie senny. Cisza była tak przyjemna, tak różna od tego dźwięku, chrapliwego, cichego, nienaturalnie obojętnego i pustego.

- Nie chciałem o tym nikomu mówić. Nie uważałem, że kogokolwiek by to zainteresowało. Nigdy nikogo nie interesowałem. – Wyrzucił głos i Harry po raz pierwszy usłyszał w nim nutkę goryczy i żalu. Zaraz jednak i one zniknęły, a dźwięk na powrót stał się pozbawiony emocji.

- Przetrwałem tak cały rok; nieraz było gorzej, nieraz lepiej, jednak w dalszym ciągu nie sądziłem, aby było to coś istotnego. Ale tak naprawdę, w głębi siebie, byłem przerażony. Panicznie bałem się tych myśli, tych obrazów i słów, które podsuwała mi moja wyobraźnia. Bo tak o tym z początku myślałem – że to mój chory umysł produkuje te sny, które, oczywiście, nie mają prawa mieć odzwierciedlenia w rzeczywistym świecie. Zresztą, zostałem wtedy wplątany w Turniej Trójmagiczny i nie mogłem o tym myśleć. Nie starczyło mi na to sił. Bałem się, pozbawiony czyjegokolwiek towarzystwa, bo, musisz wiedzieć, wszyscy wówczas uważali mnie za zdrajcę. Nienawidzili mnie. Nawet moi właśni przyjaciele się ode mnie odwrócili. Zostałem sam, tak, jak tylko można być samotnym wśród takiego tłumu. Nikt nie słyszał moich próśb, z czasem błagań. Nikt nie przychodził, a ja zanurzałem się coraz mocniej w mroku, który przejawiał się obrazami z moich snów. – Głos przerwał i Harry poruszył się niespokojnie.

- Potem było trochę lepiej. Przyjaciele wrócili, a ja z czasem zapomniałem o dręczących mnie koszmarach. Odzyskałem jedyne światło, które posiadałem. I tak trwałem w zawieszeniu, miesiąc po miesiącu, aż w końcu przyszedł dzień, w którym miałem podejść do ostatniego zadania Turnieju. Piekło, z którego wówczas uciekłem, było niczym w porównaniu z piekłem, które czekało mnie później. – W pokoju znów zrobiło się cicho, a coś za plecami Harry'ego oddychało nierówno i ciężko.

- Z mojej własnej krwi odrodził się Voldemort, a ja tego dnia umarłem. I nie było wówczas, ani nie ma teraz, nikogo, kto narodziłby mnie na nowo. – Harry zastygł w bezruchu słysząc, jak głos z każdym słowem zamiera, aż w końcu staje się urywany, a kolejne wyrazy z trudem wydostają się na zewnątrz. Głos był bezbrzeżnie zrozpaczony i Harry pomyślał, że nigdy nie słyszał, aby ktokolwiek nosił w sobie tyle bólu i goryczy. A potem ten sam głos rozbrzmiał na nowo, gładki jak szkło, nienoszący śladu żadnego uczucia.

- Na moich oczach umarł Cedrik Diggory. Widziałem, jak jego ciało nieruchomieje, twarz zamyka się, a oczy stają puste i matowe. Widziałem, jak zostaje odarty z życia, widziałem, jak zostaje pogwałcone podstawowe prawo każdego człowieka. Tyle, że on wówczas dla nich nie był człowiekiem. Był niepotrzebny. W tamtym momencie nikogo nienawidziłem tak bardzo, ja śmierciożerców. Nie, nie Voldemorta. Śmierciożerców. Tych ludzi, bo przecież oni wszyscy są wciąż ludźmi, którzy z takim zapamiętaniem, z takim oddaniem odbierają niewinnemu człowiekowi ostatni oddech, w duchu będąc przekonanym, że czynią słusznie. Nienawidziłem ich za tę głupotę, za naiwność, za wiarę w bajki, za którymi ślepo podążają. Byłem czternastoletnim chłopcem w otoczeniu dorosłych, którzy błądzili po omacku, za przewodnika mając jedynie szaleńca, opętanego szaleńca. I wierzyli mu. Spijali każde słowo z jego ust. A ja byłem tam sam, znów byłem sam, przerażony i niezdolny do ruchu. Byłem tylko dzieckiem w obliczu tak wielkiego zła, że niemal rzygałem nim, wrzeszcząc z bólu pod klątwą Cruciatus. A potem, nie wiem, jak, nie wiem, dlaczego, ale udało mi się uciec. Powróciłem, choć niczego bardziej wtenczas nie pragnąłem bardziej, jak podzielić los Cedrika. Zdechło we mnie wszystko, co do tej pory trzymało mnie przy życiu. Było zamieszanie, płacz i lament; był smutek, gniew, przerażenie, niedowierzanie. Ludzie rzucali mi swoimi emocjami w twarz, jak zawsze nie licząc się z tym, co czułem, czego chciałem, czego potrzebowałem. Nikogo nie obchodziłem. Każdy chciał ode mnie jedynie słów, każdy chciał wyjaśnień, odpowiedzi, których nie umiałem udzielić. Kiedy w końcu im się znudziłem, odesłali mnie jak niepotrzebny, zbędny bagaż na Privet Drive. I już wtedy wiedziałem, że mój koszmar dopiero się rozpoczyna. - Głos ponownie zamilkł, ale trwało to jedynie moment.

- Każdej nocy budziłem się zlany potem, z krzykiem wydobywającym się z ust. Pierwsza doba, druga doba, trzecia doba… Kara za karą za zakłócanie ciszy nocnej, coraz więcej obowiązków, coraz mniej snu i jedzenia. Kolejne uderzenia, kolejne kłótnie, kolejne obowiązki. – Głos mówił coraz szybciej, jakby goniony przez niewidzialnego oprawcę, rozgorączkowany i nerwowy.

- W mojej głowie rozgrywało się piekło, którego nie umiałem udźwignąć. Każdej nocy widziałem tuziny torturowanych i mordowanych ludzi. Każdej nocy widziałem, jak płoną domy i czyjeś oczy. Każdej nocy widziałem zło, które zdzierało z ludzi resztkę godności. Widziałem rzezie i masakry, widziałem krew płynącą jak rzeka, strzępy skóry i gwałty. Widywałem dzieci, które ponosiły odpowiedzialność za błędy ich rodziców. Widziałem zdrajców, którzy scałowują kurz ze stóp swego Pana, a potem godzinami, nieraz dniami, wrzeszczą opętańczo, kiedy każdy ich nerw zostawał, kawałek po kawałku, spopielany. Widziałem noce i dnie, które zlewały się w jedną, rozmazaną plamę imion, twarzy i adresów. Widziałem niemożliwą do zapamiętania ilość morderstw, słyszałem wrzaski tak nieludzkie, że całymi tygodniami modliłem się jedynie o to, aby któryś z nich w końcu przyszedł i po mnie i skrócił tę agonię. Miałem czternaście lat i widziałem więcej śmierci, niż byłbym w stanie znieść. Zapadłem się. Zgniotłem w sobie, zostałem złamany na pół i tkwiłem w tym marazmie i pozwalałem sobie zatracać się w tym do momentu, aż nie zgnije we mnie ostatnie wspomnienie. Nie umiałem jeść ani zasypiać. Nie chciałem zasypiać, nie mogłem więcej pozwolić sobie na zobaczenie choćby sekundy tych masakr. Gdzieś w połowie tego wujostwo miało w końcu dosyć. Odgrodzili mnie całkiem od świata, pozostawiając samego w ciemnym, wypełnionym czernią pokoju. Nienawidziłem siebie wtedy tak bardzo. Dlaczego nie uciekłem? Dlaczego nie odszukałem kogokolwiek, kto zechciałby mi pomóc? Odpowiedź przyszła później. Nikt nie mógłby mi pomóc. Nikt nie chciał mi pomóc. Znów nikogo nie obchodziłem. Znów byłem sam. Znów nikt nie przychodził. Czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas.* Chciałem się skrzywdzić. Tak bardzo chciałem się skrzywdzić fizycznie, bo ten mentalny ból zabijał mnie od środka. Chciałem go z siebie wydrapać, wyrwać siłą. Chciałem gołymi rękami pochwycić ten dźwięk, jego śmiech, jego głos, jego słowa, które upychał do mojej głowy. A potem przyszły inne obrazy i wszystko mieszało się ze sobą, aż rzygałem, rzygałem całymi dniami, choć nie miałem czym. Jakieś wspomnienia wróciły z taką mocą, że przez kilka dni, choć to równie dobrze mogły być tylko minuty, nie byłem w stanie myśleć, więc wycofałem się w głąb siebie. Nie mogę, w dalszym ciągu, zrozumieć, co to były za wspomnienia. Ulatują, kiedy tylko chcę je złapać. Znikają. A ja myślę, że chyba wcale nie chcę ich odszukiwać. Niech zostaną tam, gdzie są. Tak będzie lepiej… - Głos przerwał i w pokoju zrobiło się przeraźliwie cicho. Harry, po dłużej chwili, zauważył, że twarz ma potwornie mokrą, gorącą i cały się trzęsie, choć coś go trzyma mocno, nieruchomo, jakby to coś obawiało się, że on w każdej chwili może się rozsypać.

Z trudem uniósł dłoń i dotknął swojego policzka; pod opuszkami wyczuł jakąś ciesz, która wciąż spływała po jego skórze.

- Odebrano mi wszystko. Odebrano mi prawo do miłości, do kochania i bycia kochanym. Odebrano mi śmiech i radość. Odebrano mi beztroskę, odebrano mi szczęście. Odebrano mi rodzinę. Odebrano mi możliwość wyboru, odebrano mi spokój. Wszystko mi zostało wyrwane, nim zdążyłem dowiedzieć się, czym to wszystko jest. Nigdy nic nie miałem. Odebrano mi dzieciństwo. Całe życie byłem sam, nawet wtedy, kiedy byłem tylko dzieckiem. Małym dzieckiem. Byłem sam, kiedy, jako kilkuletni chłopiec, leżałem w komórce pod schodami, targany chorobą. I byłem sam, kiedy, jako czternastoletni chłopiec, musiałem stanąć przed dorosłymi ludźmi, którzy wydali na mnie wyrok śmierci. Chcieli odebrać mi nawet życie. Jak bardzo mylili się, sądząc, że posiadam jakiekolwiek życie. Jestem martwy od dnia, w którym zginęli moi rodzice. Nie pozostało dla mnie już nic i ja sam dla siebie nie pozostałem. Roztrzaskano mnie na miliony kawałków i nie ma nikogo, kto umiałby poskładać mnie w całość. Teraz mam piętnaście lat. Jestem Chłopcem, Który Przeżył. Jestem Chłopcem, Który Przeżył tylko po to, aby dowiedzieć się, że jest martwy.


* Coma - Leszek Żukowski.