Tęskniliście? Bo ja tak!


Rozmawialiśmy dość długo, podsumowując wrażenia z sesji. Mnie jednak bardziej niż opowiadanie o tym, co się podobało, a czego w przyszłości wolałabym uniknąć interesowała jedna kwestia. W końcu nie wytrzymałam i wypaliłam z pytaniem:

- Jak często przyjmujesz nowe „pokojówki"?

Loki nieco speszony, podniósł wzrok.

- To znaczy? Bo nie bardzo rozumiem – posłał mi bezradne spojrzenie.

- Jak często przychodzą do ciebie kobiety, kochanki czy partnerki, które umawiasz na „rozmowę o pracę"? Bo Volly nie wyglądał na zdziwionego ani tym bardziej zbitego z tropu.

Jego twarz rozjaśnił uśmiech.

- A więc chodzi ci o to, czy portier wie o moim małym sekrecie? – potrząsnął przecząco głową. – Nie, Ginny, nie musisz się martwić. Volly, nawet jeśli czegokolwiek się domyśla (a w to wątpię, bo nie jest zbyt bystry, jak sama pewnie zauważyłaś), to niczego nikomu nie powie. To lojalny człowiek, a firma zarządzająca tym budynkiem jest znana z dyskrecji i poszanowania prywatności klientów – spojrzał na mnie badawczym wzrokiem – chyba zauważyłaś, że kamery są tylko w lobby i windzie?

Pokręciłam głową, bo dotąd się tym nie zainteresowałam, a czekając pod drzwiami jego apartamentu byłam zbyt podekscytowana całą sytuacją, by zwracać na to uwagę. Dopiero teraz pomyślałam, że siedzący w lobby portier mógłby widzieć jak klęczę pod drzwiami Lokiego Gardnera.

- Nie mów, że nie zauważyłaś? – zawahał się. – Naprawdę nie zwróciłaś na to uwagi? Ginny – pokręcił głową z niedowierzaniem - z jednej strony powinno mi to pochlebiać, że tak ochoczo wypełniasz moje polecenia, z drugiej jednak… to niepokoi mnie nieco twoje zaufanie i niekwestionowanie rozkazów.

- Wyszłam na idiotkę? – zapytałam przygnębiona.

- Oczywiście, że nie – uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Coś mi mówiło, że nie jest ze mną do końca szczery, ale to mi nie przeszkadzało. – Ginny, zanim wyjdziesz, chcę upewnić się, że na pewno w żaden sposób nie doznałaś krzywdy i nie zrobiłem niczego, co by ci się nie podobało.

Pytał o to już wcześniej, więc ponownie zapewniłam go szczerze, że wszystko mi się bardzo podobało. Zdziwiona jego upewnianiem się, zapytałam wreszcie dlaczego ciągle mnie wypytuje, skoro Black nigdy Stazji nie zapytał o nic podobnego.

- Widzisz, właśnie taka jest różnica pomiędzy prawdziwym masterem a wymyślonym przez eks-zakonnicę, która o klimacie wie tyle, co przeczytała dwie strony w Internecie. Prawdziwy master dba o to, by jego podopieczna była zadowolona z sesji i czerpała z niej tyle samo przyjemności co on. Troszczy się o nią i interesuje się jej potrzebami. Tymczasem Black nigdy nie wykazał się troską. Był kolesiem z manią kontroli, który stalkował biedną Stazję i wymuszał na niej spełnianie swoich fantazji. Oraz wmuszał w nią prezenty.

- Ty nie będziesz wmuszał we mnie prezentów? – zapytałam z uśmiechem. – Cholera jasna, dlaczego nie powiedziałeś mi tego zanim tu dzisiaj przyszłam?

Wybuchnął śmiechem, najwyraźniej moje udawane oburzenie go niezwykle rozbawiło.

- Jesteś niesamowita, ale chyba to już ci mówiłem (i mam wrażenie, że mówię ci to zbyt często Ginny) – wykrztusił wreszcie, kiedy się uspokoił – i chętnie bym tu cię zatrzymał, ale muszę trochę popracować. A twoja obecność… skutecznie mnie rozprasza. Pojutrze lecę na dwa dni do Hongkongu, więc następną sesję możemy ustalić najwcześniej za cztery, może nawet pięć dni…

Jęknęłam głośno.

- Nie jęcz, bo będę musiał cię ukarać – w jego głosie zabrzmiała nutka groźby. – Wiem, że masz w tym momencie ochotę od razu na kolejną sesję, ale tę przyjemność trzeba sobie dawkować. Chociaż… nie… - mruczał sam do siebie – nie… a może jednak… - rzucał mi ukradkowe spojrzenia, lustrując mnie, kiedy zakładałam moje ubrania – Ginny – powiedział chrapliwie, a w jego oczach zapaliła się żądza – możemy przedłużyć naszą sesję. Mam pomysł jak popracować i jednocześnie się bawić z tobą.

Zastygłam w bezruchu, oczekując na ciąg dalszy.

- Ginny, czy jesteś w stanie zaufać mi na tyle, żeby pozwolić się skrępować? Z zasłoniętymi oczami? I muzyką na uszach? Nie, nie odpowiadaj od razu. Wyjaśnię ci, jak wygląda mój pomysł – wiedział, że się zgodzę, musiał to wiedzieć. – Zwiążę cię i zostawię w sypialni, będziesz odcięta od jakichkolwiek bodźców. Wsunę w ciebie jajko wibracyjne, do którego pilot będę miał ja. Będę miał cię na oku za pomocą kamerki internetowej. Jeśli pozwolisz, zaknebluję cię. Będę pracował co chwila zmieniając tempo wibracji i rozkoszował się widokiem twojego nagiego ciała wstrząsanego spazmami kolejnych orgazmów. Jeśli nie będziesz mogła już wytrzymać, dostaniesz ataku paniki (uwierz mi zdarza się to również u osób z doświadczeniem), poczujesz się źle lub z innego powodu będziesz potrzebowała przerwać, w dłoni będziesz miała pilocik do kamerki. Jeśli obraz zniknie – przyjdę do ciebie i cię rozwiążę. Czy zgadzasz się na to?

- Tak – wyszeptałam niemal natychmiast wtedy, kiedy przestał mówić.

Uśmiechnął się lekko, po czym podszedł do mnie i na mojej szyi na nowo umieścił dusik.

- Rozbierz się – powiedział władczym tonem.

Drugi raz tego dnia rozebrałam się dla niego. Tym razem bez ociągania, składając rzeczy w kostkę. Uśmiechnął się widząc to.

- Do sypialni. Klęknij na łóżku. Ręce z tyłu. Nogi nie za szeroko. Wzrok w podłogę. Za moment tam przyjdę.

I przyszedł. Ale nie wszedł do sypialni, stał na progu. I przyglądał mi się. Czułam jego wzrok błądzący po moim ciele. Ale nie uniosłam głowy, choć potrzeba była niemal paląca.

Na początek założył mi knebel, zwany ball gag, ponieważ miał kształt piłeczki. I cały czas mówił:

- Teraz cię skrępuję – pokazał mi linę trzymaną w ręku – oplotę nią twoją klatkę piersiową, tak, żeby piersi znalazły się pomiędzy jej odcinkami. Następnie linę przeprowadzę pomiędzy twoimi wargami sromowymi, dalej między pośladkami, gdzie zrobię pierwszy węzeł. Potem tą samą liną skrępuję razem twoje ręce i stopy. Kiwnij głową, jeśli rozumiesz, o czym mówię i co zamierzam zrobić.

Kiwnęłam, z lekkim przerażeniem rejestrując jego ruchy i to, że w ciągu kilku chwil wydałam się na jego łaskę. Gdyby chciał zrobić mi krzywdę - nie miałabym szans, nie zdołałabym nic zrobić. Ale nie chciał mi zrobić krzywdy, prawda. Ufałam mu, cholera znałam go tak krótko i ufałam, że nie zrobi mi nic złego. Teraz nie miałam innego wyboru, jak mu zaufać dalej i zaufać, że jeśli będzie działo się coś nie tak, to Loki mnie nie zostawi, przerwie sesję i okaże się tym wspaniałym facetem, za jakiego go miałam.

Kiedy skończył mnie wiązać ustawił naprzeciwko mnie kamerkę internetową, pokazał jak sprawdzić czy działa. Po chwili przyniósł laptopa, żebym mogła zobaczyć, że to nie żaden fejk. Będzie mnie widział.

- Jeśli naciśniesz ten guzik - mówił pokazując mi palcem jedyny przycisk na pilociku - wyłączysz kamerę. Zobacz - zademonstrował i zielona dioda zgasła, a na ekranie pojawił się komunikat o wyłączeniu kamerki. Włączył ją ponownie- Trzymaj - wsunął mi pilocik w skrępowane dłonie - i spróbuj sama.

Wcisnęłam przycisk. Kamerka znów się wyłączyła.

- Grzeczna dziewczynka - szepnął włączając kamerkę z powrotem. Z szafki nocnej wyjął niewielkie żelowe etui. - Jajko wibracyjne, główna gwiazda dzisiejszego wieczoru – i szybkim gestem włożył je w moją cipkę. W jego drugiej dłoni pojawił się pilocik. Niewielki, niewiele większy od iPoda. - Włączę teraz wibrację - kiwnęłam głową, a on nacisnął przycisk. Poczułam, jak jajko wibruje, delikatnie, niemal niewyczuwalnie. Loki uśmiechnął się - to maleństwo ma kilka trybów, zademonstruję je, a potem będę losowo zmieniał tempo.

Pierwsze dwa nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Trzeci spowodował, że na moje ramiona wystąpiła gęsia skórka, a sutki stwardniały. Czwarty wyrwał z mojej piersi jęk. Piąty wprawił mnie w stan bliski ekstatycznemu. Obawiałam się jednak, że na dłuższą metę mogłoby to być torturą nie do zniesienia. Wyłączył je.

- Niedawno na rynek wszedł model, który zgrywa tempo wibracji z podpiętym do pilota odtwarzaczem mp3. Wibruje w rytm muzyki. Kupię je i kiedyś przetestujemy, ok? Teraz - zniknął na chwilę w salonie, żeby odstawić laptopa i wrócić jeszcze z dwoma ostatnimi akcesoriami – teraz pora na finalne przygotowanie. Wkrótce zasłonię ci oczy - pokazał skórzaną opaskę - a potem ograniczę słyszenie tylko do muzyki ze słuchawek - wskazał duże wygodne słuchawki bezprzewodowe. - Gotowa?

Kiwnęłam głową, a potem nastała ciemność. Zadrżałam mimowolnie. Chwilę szeptał uspokajająco, gładząc mnie po ramionach. Powtarzał całą procedurę bezpieczeństwa. Zapytał czy wszystko jasne. Czy nadal tego chcę. Pokiwałam głową. Założył mi słuchawki. Włączył muzykę.

Zostałam sama. Ja, sznur ocierający się o srom i pośladki, ciemność i muzyka. I jajko wibracyjne. I knebel tłumiący jęki. Nie wiem, jak długo tak się ze mną bawił. Wiłam się w ekstazie, zapomniana, podniecona do granic możliwości. Upokorzona. Z każdą chwilą coraz bardziej upokorzona. Coraz bardziej podniecona na myśl, że jestem pod kontrolą.

Spazmy rozkoszy w pewnym momencie połączyły się ze szlochaniem. Nie mogłam zmienić pozycji, kolana, plecy i ramiona zaczęły odczuwać zmęczenie. Drżałam. Wibracja doprowadzała do szału. Muzyka zapętliła się i wróciła do początku. Chciałam krzyczeć, ale knebel mi to skutecznie uniemożliwiał. W brzuchu kotłowała mi się panika.

Zastanawiałam się oczywiście, czy patrzy. Czy nie masturbuje się oglądając moje ciało drżące spazmami kolejnych orgazmów. Czy raduje go widok łez na moich policzkach i mój szloch? Czy czerpie satysfakcję z mojej bezradności? Czy też pracuje nie zwracając uwagi na taki nieistotny detal, jak ja?

Kilka razy byłam bliska naciśnięcia guzika. Pierwszy raz niemal w momencie, w którym założył mi słuchawki. Później, po pierwszym orgazmie, kiedy stwierdziłam, że jeśli jajko choć sekundę dłużej powibruje we mnie to oszaleję. Najbliżej wtedy, kiedy nadeszło zmęczenie, kiedy ramiona zdawały się krzyczeć, że nie wytrzymają więcej, a kolana mimo wygody zaczęły palić żywym ogniem. Wtedy gotowa byłam to skończyć. Nacisnąć guzik, pozwolić mu się rozwiązać i drżeć w jego ramionach, płacząc spazmatycznie i błagając o pocieszenie, utulenie. Ale nie nacisnęłam.

Gdzieś w głębi duszy nie chciałam mu dać tej satysfakcji. Nie zakończę tego, bo bolą mnie ramiona i nogi, a wibracja stała się irytująca zamiast przyjemną. Póki sam do mnie nie przyjdzie i nie powie, że to koniec, póty ja nie ustąpię. Nie poddam się, nie okażę słabości. Nie jestem słaba.

Nagle, zupełnie niespodziewanie muzyka przestała grać, a ja w swoim usłyszałam szept:

- Błagaj, żebym przestał.

Po chwili uwolnił mnie od knebla. Nie zdjął opaski. Nie rozwiązał. Zdjął mi knebel i słuchawki.

- Chcę, byś błagała mnie, żebym przestał, rozumiesz? – i ustawił na pilociku najwyższy tryb wibracji. Ale na tym nie przestał, bo zaraz sięgnął pomiędzy moje nogi i zaczął drażnić i tak już wrażliwą łechtaczkę.

Zawyłam jak zwierzę. Nowe fale rozkoszy przepłynęły przez moje ciało. Kolejny orgazm. Ale to za mało, żebym miała go błagać. Zacisnęłam tylko szczęki, by nie krzyczeć.

Wkrótce znudził się łechtaczką. Zaczął drażnić moje sutki. Wiłam się i na ile pozwalała mi to krępująca mnie lina uciekłam od jego dłoni.

- Ja mogę tak bardzo długo. Naprawdę długo. I choć ty Ginewro, wytrzymałaś długo, niesamowicie długo jak na nowicjuszkę, ja jestem gotów dręczyć cię do momentu, aż nie zostaniesz tylko trzęsącym się kłębkiem rozkoszy. Błagaj – szepnął.

Jęknęłam głośno, kiedy jego pieszczoty przybrały na intensywności. Ale uparłam się, że wytrzymam. Zmęczenie jednak brało górę. Chciałam rozprostować nogi.

- B-b-błagam – wyjęczałam cicho, wiedząc, że więcej nie wytrzymam.

- O co błagasz? – jakby wiedząc, że jestem na granicy wytrzymałości i zdrowych zmysłów drażnił mnie jeszcze intensywniej.

- B-b-błagam, żebyś przestał – jęk przerodził się w szloch. Złamał mnie. Byłam zła. Na niego, za to co mi zrobił (zamienił w kłębek rozkoszy i upokorzenia). Na siebie, bo nie byłam wystarczająco silna. Bo zdołał mnie złamać.

- Zapomniałaś kogo błagasz – bardziej syknął niż powiedział i wykręcił mi lekko sutek.

Pisnęłam cieniutko.

- B-błagam, aby pan przestał, proszę pana – udało mi się jakoś wyjęczeć.

Nagle jego dotyk znikł. Jajko przestało wibrować. Szybkim ruchem wysunął je ze mnie. Poczułam pustkę. I ulgę. Nie wibruje, w końcu nie wibruje.

Delikatnie, bardzo delikatnie rozwiązał wszystkie węzły. Pomógł rozprostować nogi, rozmasował obolałe nadgarstki. Potem wciąż nie zdejmując mi opaski z oczu zaczął mnie pieścić. Delikatnie, zmysłowo. Kojąco. Dopiero po chwili zrozumiałam, że moja skóra potrzebowała dotyku jego dłoni. Odprężyłam się. Mruczałam tylko.

Trwało to wieczność. Albo dwie. Loki i jego dłonie na moim ciele.

- Ginny – szepnął, pocałował mnie w kark i zdjął najpierw opaskę, a potem dusik – koniec sesji.

Zamruczałam i zapadłam w drzemkę.

Kiedy się obudziłam, okazało się, że leżę wtulona w jego biodro, a Loki niemalże nie zwracając na mnie uwagi wczytuje się w jakieś dane na tablecie.

- Przepraszam – wyszeptałam, usiłując się unieść. Ciało miałam jednak zesztywniałe od drzemki i ze zmęczenia.

- To ja powinienem przeprosić. Podwójnie, a nawet potrójnie. Nie powinienem się zgadzać na przedłużenie sesji – wyprostował palec wskazujący. – Nie miałem prawa na tym etapie naszej znajomości proponować ci takiej zabawy – do wskazującego dołączył środkowy. – I po trzecie nie powinienem był się tak nad tobą pastwić. Jesteś nowicjuszką, a ja zagalopowałem się i potraktowałem cię jakbyś od dawna była w klimacie. – Wyprostował trzeci palec. Pocałował mnie czule w czubek głowy. – Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy, a wszystko będziemy ustalali przed sesją i będziemy trzymać się sztywno planu. A teraz, zrobię ci gorącą kąpiel.

Zanim zdążyłam zaprotestować zaczął nalewać mi wody do wanny. A potem mnie do niej zaniósł. Wrócił do przerwanej analizy danych. Wtedy w mojej głowie wykiełkował szatański plan.

- Loki… - jęknęłam cichutko, dając mu znać, że powinien do mnie jak najszybciej przyjść. Zanim odłożył tablet, osunęłam się głębiej do wanny i przymknęłam oczy. Udałam bezwładną.

Zaaferowany wbiegł do łazienki i rzucił się w kierunku wanny. Nachylił się nade mną. Na to tylko czekałam, bo jednym szybkim ruchem wciągnęłam go do wanny. W koszuli i eleganckich spodniach.

Było ciasno, zaczęliśmy się kotłować, rozchlapując wodę dookoła. Ściągnęłam z niego koszulę i wyszeptałam:

- Lubię improwizację i niespodzianki. Nie przepraszaj za to, co mi dzisiaj zrobiłeś, bo to był też mój świadomy wybór. – Uśmiechnęłam się i zaczęłam dobierać się do jego spodni. – Skoro nie będziemy mogli przeprowadzić sesji przez najbliższe pięć dni, to nalegam, by pozwolił mi pan na jeszcze chwilę zabawy – wsunęłam dłoń pod bokserki i zacisnęłam dłoń na jego wyprężonym penisie. Jęknął.

- Zasłużyłaś teraz na porządną karę– wynurzył się z wanny i szybko zrzucił z siebie mokre ubranie. Nie pozwolił mi jednak na podziwianie swojego ciała. Owinął się ręcznikiem, po czym władczym tonem nakazał: - Koniec kąpieli, opuść wannę. Wytrzyj się i ubierz, wracasz do siebie.

I wyszedł nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Skrzywiłam się, bo oczami wyobraźni widziałam jak wymierza mi pasy na mokry tyłek, a ja błagam go by przestał. Tak mnie ta myśl podnieciła, że przestałam myśleć trzeźwo i proszę, oto do czego doprowadziłam. Chyba złamałam tę jedną z zasad, których nie powinnam łamać. „Wciąż patrzysz na to z perspektywy trylogii Blacka" skarciłam się w duchu.

Owinięta w ręcznik weszłam do salonu, szybko zagarnęłam swoje rzeczy i ukryłam się w sypialni przed jego wzrokiem.

- Chciałam cię przeprosić – powiedziałam, kiedy byłam już ubrana. - Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Złamałam zasady…

- Którą zasadę złamałaś? – zapytał beznamiętnie.

- Tę o wzajemnej zgodzie. - „O szczerości nie wspominając" odezwał się głosik w mojej głowie. - Dwa razy – opuściłam wzrok jak uczennica przyznająca się do złamania szkolnego regulaminu dyrektorowi. – Umówiliśmy się na pierwszą sesję, a ja zamiast zaakceptować jej koniec postanowiłam to jeszcze przedłużać…

- Nie, złamałaś ją tylko raz wciągając mnie do wanny. Chciałaś wymusić na mnie wymierzenie ci kary. Chciałaś to zrobić, posługując się brzydkim fortelem. Ale rozumiem, że pewnie wciąż w głowie kołaczą ci się obrazy z trylogii Blacka. Gdybyś nie była nowicjuszką, i to na dodatek nowicjuszką która przeczytała to, co przeczytała, to pewnie byłaby to nasza ostatnia rozmowa. Ginny, na boga, nie powinno to ci do głowy przyjść. Teraz podwiozę cię do domu.

- Wezmę taksówkę, pamiętasz, mówiłam ci rano – rano wydawało się tak odległe, jakby wydarzyło się w innym życiu – o tym dziennikarzu, który nas ostatnio naszedł. Nie chcę, żeby prasa rozpisywała się na temat twojego życia towarzyskiego. Poza tym – zawahałam się – nie byłam z tobą do końca szczera. Tak naprawdę Emil, bo tak mu na imię, jest MOIM byłym, nie Jane. I to naprawdę nie jest człowiek, któremu chciałabym ujawnić, z kim się obecnie spotykam.

Loki skrzywił się.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś prawdy? – zapytał chłodno.

Wzięłam głęboki oddech.

- Powiedziałeś mi jaki masz stosunek do dziennikarzy. Czułam, że jeśli przyznam się, że Emil jest moim eks, stracę w twoich oczach. Bo to hiena, prawdziwa hiena, z manią kontroli i przerostem ego… Bałam się, że jeśli ci powiem, że spotykałam się z takim typem, bałam się, że poczujesz do mnie odrazę. Wiem, to irracjonalne i głupie…

- Ginny, złamałaś kardynalną zasadę naszej relacji, to jedyny powód do czucia urazy w stosunku do ciebie – westchnął. – Ale bardzo dobrze, że przyznałaś się do tego. Poczułbym się bardziej dotknięty całą sytuacją, gdybym odkrył sprawę sam. Wtedy definitywnie zerwałbym z tobą stosunki. Twoje karygodne zachowanie jednak sprawia, że w trakcie najbliższych kilku sesji będziesz odbywała karę. O jej długości i rodzaju zdecyduję ja. Spotykamy się za cztery-pięć dni, po moim powrocie z Hongkongu. Dam ci jeszcze znać, co i jak. – Brzmiało to jak delikatna sugestia do opuszczenia jego mieszkania. – A i Ginny… mam nadzieję, że ci się podobało.

Nie odpowiedziałam, ale wydaje mi się, że znał odpowiedź. Opuściłam jego apartament i nie zwracając na siebie niczyjej uwagi wyszłam z budynku.

Dopiero w taksówce pozwoliłam sobie odetchnąć. Z ulgą, bo końcówka wieczoru przyniosła mi sporo nerwów. Popełniłam jeden wielki błąd i o mało nie przypłaciłam go końcem tej relacji. A nie chciałam tego kończyć dzisiejszy wieczór dobitnie mi pokazał, że czegoś takiego potrzebuję.

To w sumie dziwne – tych sześć lat temu nienawidziłam jakiejkolwiek władzy mężczyzny nade mną. To przede wszystkim rozbiło mój związek z Emilem – on chciał nade mną dominować, chciał rządzić związkiem, rozkazywać, narzucać mi swoją wolę i przede wszystkim upodobania. Loki teoretycznie robi to samo – dominuje, wymaga ode mnie uległości, a ja chętnie oddaję się w jego kontrolę. Ale jest jakaś różnica pomiędzy nimi. Może to, że w układzie z Lokim każdą zabawę mogę przerwać, a on nie zignoruje mojego słowa bezpieczeństwa. Przy Blonskym każdy sprzeciw jego woli oznaczał awanturę, oznaczał wrzaski i wpędzanie w poczucie winy. Poza tym Loki nie wypytywał dokładnie jak spędziłam dzień, co robiłam i z kim się spotykałam. A odwołane spotkanie nie będzie oznaczać posądzenia o posiadanie kochanka lub dawanie komu popadnie.

Otrząsnęłam się z tych ponurych myśli. Minęło prawie sześć szczęśliwych lat bez Emila, bez myślenia o nim. I co? Wystarczyło jedno jego najście, żebym znów odczuła znów ten dyskomfort. Sześć lat spokoju psychicznego rozsypało się jak domek z kart. Blonsky musiał pojawić się akurat teraz?!

Wzięłam kolejny długi, uspokajający oddech. Przymknęłam na moment oczy. Pomogło, niepokój zniknął.

- I jak poszło? – zapytała Jane, kiedy siedziałyśmy przy kolacji.

- Jane – westchnęłam – on jest niesamowity. Aż żałuję, że nie będę mogła się zbyt mocno zaangażować.

- Jest aż tak dobry?

- Uhm – uśmiechnęłam się wymownie.

- I…?

- I? Nie, nie, nie wyciągniesz ze mnie ani grama więcej. Nie teraz. Idę spać, bo chciałabym jutro na moment wpaść do redakcji.

Tym razem obyło się bez koszmarów. Byłam tak zmęczona, że nie zauważyłam nawet momentu, w którym zasnęłam.

Z samego rana pojechałam do redakcji. Chciałam dowiedzieć się, co ustaliły dziewczyny z zespołu Denise i kupić sobie więcej czasu.

Wparowałam bez uprzedzenia do gabinetu naczelnego. Jameson był tak zaskoczony moim wejściem, że nawet nie nawrzeszczał na mnie za to wtargnięcie.

- Mam kilka nowych informacji w kontekście tajemniczej Brytyjki i LG. Z nim nie da rady się porozumieć, odmawia kontaktu z prasą, a od kilku znajomych z innych tytułów dowiedziałam się, że nie ma co na niego naciskać, bo facet jest słynny z tego, że pozwał kiedyś dziennikarzy, którzy zaczepili go na ulicy. Ale mam chyba sposób na to, jak się czegoś dowiedzieć. Wykorzystam starszego z rodzeństwa, który, jak wynika z moich ustaleń, lubi kontaktować się z prasą. W ten sposób dotrzemy i do informacji o L., jak i o Brytyjce – przecież Thor chyba będzie wiedział coś o nowej dziewczynie brata – wyszczerzyłam się do naczelnego.

- Potrzebujesz do tego mojej akceptacji, czy jak? – ironia w głosie Jamesona była odpowiednikiem pochwały od normalnych ludzi, o czym wiedział każdy dziennikarz Daily Financial Mail. – Na co jeszcze czekasz? Już zmykaj to załatwiać, potrzebuję materiału do jutrzejszego wydania!

- Mam jeszcze krótkie pytanie. Nie zaglądałam ostatnio do gazety i w sumie to nie wiem, czy zespół Denise coś ustalił. Więc pytanie brzmi: Jak poszło z de Winter i co powiedziała.

- A czemu nie zapytasz o to Denise?

- Bo jej nie widziałam. A wiem, że dziewczyny liczyły na sensację.

- Sensacji nie było, potwierdziło się twoje przekonanie, że to nie ona. Zostajesz z tą sprawą sama. Rozgryź to, chcę nieco dobry materiał – Jameson upił łyk kawy. Skrzywił się i spojrzał na mnie. – Znikaj już, nie chcę cię widzieć bez informacji o Gardnerze i Brytyjce. Felieton o restauracjach oddaj do końca tygodnia, chciałbym go puścić w weekendowym wydaniu.

Nie trzeba mi było powtarzać – obróciłam się na pięcie i wyszłam z jego gabinetu. I niemalże zderzyłam się z Denise.

- Och, Denise, słyszałam, że Milady okazała się być kiepskim tropem – powiedziałam cicho.

- Porażka totalna. Nie wiem, jak ktokolwiek mógł ją podejrzewać, przecież jest większa ode mnie, a to wyczyn – moja redakcyjna koleżanka zaśmiała się niskim głosem. – Poza tym stwierdziła, że, czekaj cytuję „tego czarniutkiego zgniotłaby udami", czy jakoś tak. To zapytałam ją wprost czy wolałaby jego starszego brata. „Ten to pewnie miałby czym mnie wygrzmocić", powiedziała. Więc puściłam krótki news, że dwuwładza w Valhalla Co. nie jest zagrożona, a zdjęcie na pewno nie przedstawia Milady de Winter, ucierając nosa tym z Business Review.

- Ktoś z Business Review sugerował, że to może być aktorka porno? – zapytałam zaskoczona.

- Ty tam pracowałaś kiedyś, prawda? To pewnie kojarzysz tego kolesia. Z sześć lat temu zniknął i słuch o nim zaginął, a ze dwa tygodnie temu wrócił do miasta. Emil Blonsky? Chyba tak.

Mój doskonały humor wyparował. Czemu wszędzie musi pojawiać się ten człowiek? Moment, spotkałam go przedwczoraj pod Chez… Ale z tego co mówiła Denise to Blonsku zasugerował, że to była gwiazda porno. Czyżby…?

- Denise masz ten numer Business Review? – zapytałam, bo musiałam to przeczytać, a ze strony internetowej materiał mógł szybko zginąć po publikacji naszego artykułu.

- Jasne, wala mi się gdzieś po biurku, znajdziesz go tam sobie? Muszę pogadać z J.J. – powiedziała i już jej nie było.

Rzeczywiście na jej biurku walał się egzemplarz BR z przedwczoraj. Artykuł Emila poznaczony był zakreślaczami, Denise pewnie odnosiła się do smaczniejszych fragmentów. Och tak, ta kobieta potrafiła masakrować zarówno konkurencję, jak i nierozsądnych biznesmanów.

Chwilę po wyjściu z redakcji siedziałam w taksówce, która wiozła mnie do kolejnej snobistycznej restauracji, tym razem jednego z głównych konkurentów Chez, Piccola Cuccina. Umówiłam się z managerką jeszcze przed wyjściem z domu.

Miałam chwilę na przeczytanie artykułu. Wydawał się być pisany na kolanie, ale jeśli moje przypuszczenia były słuszne Emil wysłał draft do redakcji przed tym jak wpadł na mnie przed restauracją. Potem pewnie tylko zadzwonił, żeby dodać, że pracownicy Chez nie zaprzeczają jego wersji. A było nią właśnie to, że fotografia przedstawia Lokiego Gardnera całującego namiętnie gwiazdkę porno o pseudonimie Milady de Winter. Później następował wywód mniej więcej o podobnej treści jak ten, który zafundowała mi Denise, choć Blonsky skupiał się bardziej na tym, że to prawdopodobnie kwestia chęci pogrążenia firmy, której nie odziedziczy.

Nie musiałam czytać repliki Denise, żeby wiedzieć, co napisała. Wyrzuciła pewnie brak potwierdzenia faktów u źródeł, sensacyjność stwierdzenia oraz pisanie pod tezę. Znając jej cięte pióro wyrzuciła też pewnie Emilowi, że przez tę niemal sześcioletnią przerwę w pracy zapomniał o podstawach dobrego dziennikarstwa.

W Piccola nawet nie musiałam o nic pytać – menadżerka sama chętnie opowiadała o lokalu, gościach i ich preferencjach. Poszło aż za łatwo i bałam się, że skoro tutaj nie było problemów, to coś dzisiaj, dla równowagi, kompletnie się spierdzieli.

Zastanawiałam się, jak załatwić sprawę z przeciekiem danych z Business Review. Może powinnam skontaktować się jakimś prawnikiem? Cholera, żałowałam, że wyszłam z redakcji i pojechałam do Piccola. Usiadłam przy kawie w Starbucksie i wykręciłam numer do naszej centrali.

- Ginny Richards z tej strony, połącz mnie z naszym działem prawnym – poprosiłam.

Po chwili w słuchawce odezwał się znudzony głos Jennifer Walters, naszej głównej prawniczki:

- Tak?

- Jennifer, tu Ginny. Mam małą prywatę. Słuchaj, człowiek, z którym nie życzyłam sobie kontaktu i nigdy z tego powodu nie ujawniłam mu moich danych adresowych, zdobył je półlegalną drogą. To znaczy wykorzystał znajomości w kadrach BR i dorwał mój adres – powiedziałam spokojnie. – Co mogę z tym zrobić?

Jennifer przedstawiła mi całe spektrum możliwości prawnych, włącznie z zakazem zbliżania się. Sześć lat temu, kiedy zrywałam z Emilem byłam blisko złożenia takiego wniosku. Kto wie, może teraz się na to zdecyduję. Tymczasem jednak postanowiłam udać się do redakcji Business Review i przedstawić jak się sprawa ma. A co za tym idzie wydobyć z nich odszkodowanie. Nie po to przez półtora roku związku trzymałam Emila na dystans, nie po to z nim zerwałam, kiedy wyszła na jaw jego mania kontroli, żeby pewnego dnia jakaś laska z kadr dała mu mój adres od ręki.

Ale najpierw musiałam wywabić Blonsky'ego z redakcji. Zadzwoniłam do Betty Ross, jedynej osoby w BR, której wciąż ufałam. I którą musiałam okłamać.

- Betty, nie przeszkadzam? Słuchaj… mam sprawę. Słyszałam, że Emil…- mówiłam pospiesznie.

- Słyszałaś?! Ginny, czy ty mnie próbujesz oszukać?! Blonsky wczoraj w redakcji rozpowiadał, jak to nie cieszyłaś się na jego widok, kiedy przypadkiem spotkaliście się pod Chez. Podobno zaprosiłaś go na kawę! – mówiła przytłumionym szeptem.

- Betty, to trochę nie tak – teraz musiałam powiedzieć jej prawdę. Albo tyle prawdy ile mogłam. – Rzeczywiście wpadłam na Emila pod Chez, ale uwierz mi, byłam bardziej zaskoczona niż ucieszona. A potem wieczorem próbował wprosić się do mnie na kawę. Zdobył mój adres dzięki jakiejś znajomej w kadrach i przyjechał do mojego mieszkania. Cały w skowronkach…

- Och, Ginny, pamiętam, że kiedy się rozstawaliście…

- …nie było między nami najlepiej? I że to coś ponad zwykłe „nieporozumienie" czy „niedopasowanie charakterów". Powiem to otwarcie – Emil to maniak kontroli, zazdrośnik i kawał złamasa, którego nie chciałam już w życiu oglądać. A om zdobył mój adres. Muszę wiedzieć od kogo…

- Chcesz, żebym się tym zajęła? – Betty zawsze była chętna do pomocy.

- Nie, mam do ciebie inną prośbę. Chcę do was, do BR przyjechać, ale nie mam zamiaru natknąć się na Blonsky'ego. Wywabię go z redakcji pod pozorem kawy i wtedy do was przyjadę. Potrzebuję tylko jego numeru telefonu. Może być służbowego.

Minutę później wpatrywałam się w smsa od Betty. Smsa z numerem Emila i z niedowierzaniem kręciłam głową. „Na pewno chcesz to zrobić?!" krzyczał rozsądek. Oczywiście, że nie chciałam. Ale musiałam. Dla zachowania wszystkich środków bezpieczeństwa w opcjach telefonu zastrzegłam swój numer, więc Blonsky nie będzie miał szans na oddzwonienie. Ani na poznanie mojego numeru.

Zadzwoniłam.

- Halo?

- Emil! Tu Ginny. Pomyślałam sobie, że skoro tak ostatnio zależało ci na spotkaniu, to może miałbyś ochotę na kawę za jakieś pół godziny w centrum?

- Gin, skąd u ciebie taka nagła zmiana nastawienia? – zapytał, a ja prawie czułam jak jego twarz rozświetla uśmiech triumfu.

- To nie jest żadna zmiana nastawienia. Obiecałam, że kiedy skończę felieton spotkam się z tobą na kawie i porozmawiamy. Skończyłam go i spełniam obietnicę. Nie rób sobie żadnej nadziei w związku z tym. To co za pół godziny w Positivity? – zapytałam o modną ostatnimi czasy kawiarnię.

- Jak sobie życzysz.

To był koniec rozmowy. A ja byłam z siebie bardzo dumna, bo ani razu głos mi nie zadrżał. Ani na chwilę nie zdradziłam się, jak wielkim stresem dla mnie była dla mnie ta rozmowa. Odetchnęłam kilka razy krótko.

„Podobno zaprosiłaś go na randkę" Betty wyraźnie była rozbawiona w swoim smsie. „Powiedział, że prawdopodobnie nie wróci do redakcji dzisiaj".

„Nie dość, że control freak to jeszcze notoryczny kłamca" odpisałam.

Dopiłam zimną już kawę i uregulowałam rachunek.

W redakcji BR nie byłam od prawie pięciu lat, odkąd Jameson skusił mnie pracą w Daily Financial Mail. Nic się nie zmieniło. Poza mną. Te pięć lat w najlepszym dzienniku gospodarczym na rynku zmieniło mnie nie do poznania. Pewniejsza siebie, bardziej zdecydowana i zdeterminowana zupełnie nie przypominałam szarej myszki, która wyszła stąd pięć lat temu.

W BR nie zmieniło się nic. To samo niewielkie lobby, schodami na drugie piętro, żeby dostać się do działu kadr. Na pierwszym piętrze zatrzymałam się, żeby zadzwonić do Blonskyego i przeprosić go za to, że się spóźnię – wypadło mi coś pilnego, co musiałam załatwić natychmiast. Łyknął to.

W kadrach rozpętałam piekło. I miałam po temu dobry powód – Emil dowiedział się dzięki nim, gdzie mieszkam i zyskał możliwości, w swoim mniemaniu oczywiście, składania mi wizyt. Żadna jednak z kadrowych się nie przyznawała. Przynajmniej dopóki nie użyłam argumentów podsuniętych przez Jen. W końcu, przerażona perspektywą utraty pracy i procesu odszkodowawczego, przyznała się stażystka.

- Bo opowiedział mi historię waszej wielkiej miłości oraz okropnego rozstania. I tego, jak źle mu było, że tak się rozstaliście. I że przez te sześć lat myślał tylko o tym, jak ci zadośćuczynić…- mówiła ocierając łzy chusteczką.

- I ty zaryzykowałaś utratę pracy, bo wzruszyła cię taka historia?!

- N-nie wiedziałam, że mogą być takie konsekwencje – wyszeptała. – Poza tym Emil jest taki miły…

- Czy ty się z nim spotykasz dziewczyno?! Trzymaj się od niego Z DALEKA! – wrzasnęłam. – On nie jest taki, jaki może się wydawać. I wykorzystał twoją naiwność! Poza tym – powiedziałam już ciszej – moja teczka. Poproszę.

Żadna się nie poruszyła.

- Teczkę poproszę. Mam prawo wglądu i modyfikacji danych oraz w przypadku rozwiązania współpracy, prawo do usunięcia informacji wrażliwych.

Ociągając się znalazły moją teczkę. Otworzyłam ją na formularzu osobowym. Wymazałam informację adresową (nie wiem po co, Emil już zna mój adres) i numer telefonu. Rzuciłam krótkie „skontaktuje się z wami mój prawnik" i wyszłam.

Zadzwoniłam trzeci raz do Emila. Słabym głosem poinformowałam go o straszliwej migrenie i że nie dotrę. Mruknęłam, że może innym razem się uda.


Obiecuję, że na kolejny rodział nie będziecie musieli czekać tak długo...