10.
Czwartek minął Severusowi szybko – pomiędzy żartobliwymi docinkami z Draconem, unikaniem Pansy i innych żądnych przygody z nauczycielem Ślizgonek, ignorowaniem Granger, która i jego ignorowała, kolejnej walce na koncentrację podczas Transmutacji (tym razem ona wygrała, ale to była jego własna wina – zagapił się na jej dekolt), chichotaniem Dumbleodre'a, kolejnymi wagarami podczas Eliksirów i zmuszenia do płaczu dwunastkę bachorów – nie miał praktycznie czasu dla siebie. Piątek zapowiadał się lepiej. Tylko dwie lekcje – Transmutacja i Obrona przed Czarną Magią. Drugi ulubiony przedmiot Severusa. Głównie ze względu na wyżej wymienioną czarną magię. Fascynowała go i pociągała, ale – niestety – w całej swojej karierze uczniowskiej miał do czynienia jedynie z jednym nauczycielem, który znał się na rzeczy. Hal Friedrich pojawił się na jego szóstym roku i prowadził niesamowite zajęcia – pełne informacji, uroków, przeciwuroków i pojedynków. A przy tym był naprawdę wspaniałym słuchaczem. Był jedyną osobą, z którą Severus rozmawiał poza lekcjami i okazało się, że to bardzo ciepły mężczyzna, który nigdy nie ocenia, a zawsze znajdzie dobrą radę. Swoją drogą, ciekawe, czy jeszcze żyje i jak się ma. Pewnie mieszka w jakimś luksusowym domku na plaży, otoczony kobietami. Dziewczęta zawsze patrzyły za nim maślanymi oczami, a wielu chłopaków zazdrościło mu sylwetki i twarzy. Uśmiechnął się na wspomnienie Pottera, który przez tydzień chodził jak struty, bo przyłapał Evans na flirtowaniu z profesorem Friedrichem. Chodziły plotki, że przespał się z kilkoma dziewczynami, ale Severus w to nie wierzył. Hal (kazał mówić do siebie po imieniu) miał zasady i nigdy ich nie łamał. „Łapy z daleka od uczennic" było jedną z nich.
Pamiętał swoją pierwszą lekcję… Gdy pierwszy raz wszedł do sali, Snape skrzywił się niemiłosiernie. Był pewien, że to kolejny przystojniaczek, który nie potrafi zrobić nic, poza rzuceniem tarczy (a i ona nie zawsze była idealna, co potwierdził Douglas Crane, który uczył na jego czwartym roku), a gdy puścił oko chichoczącej McHollow był tego pewien. Dlatego pierwsza wypowiedź Friedricha zrobiła na nim wielkie wrażenie.
– Nazywam się Hal Friedrich i będę waszym nowym nauczycielem Obrony przed Czarną Magią. To trudny i wyjątkowo niebezpieczny przedmiot, który przedmiotem nie jest. To sztuka. Unikanie niebezpiecznych zaklęć jest równie trudne, co balet i równie piękne. Przejście koło śmiercionośnego stwora tak, by was nie zauważył, wymaga wyjątkowej subtelności i ciszy. Wszystko, co będziecie robili na moich lekcjach będzie wymagało od was każdej zalety, jaką macie. Pokonacie każdą swoją wadę. Nie toleruję lenistwa. Sam dam z siebie wszystko i oczekuję tego samego od was. Nie liczę na to, że dostrzeżecie piękno złożoności zaklęć śmierci lub ekscytację, jaką się czuje stojąc oko w oko z rozsierdzoną mantykorą. Chcę od was jedynie ciężkiej pracy. W zamian będziecie mogli poczuć adrenalinę, zachwyt i bycie docenionym, bo dobrą pracę zawsze nagradzam odpowiednio.
Później przeszedł do opisywania sposobu, w jaki będzie prowadził zajęcia, ale Severus słuchał go tylko jednym uchem. Ta przemowa go zelektryzowała. Nie mógł się wręcz doczekać dalszych lekcji… Pod koniec Narcyza próbowała flirtować z nim, więc powiedział coś, co spowodowało, że Snape nie mógł powstrzymać złośliwego uśmiechu.
– Jeszcze jedno, moi drodzy. Zmorą mojego życia są uczennice. Im się wydaje, że jak przyjdą, zamrugają oczkami i machną dekoltem, to dostaną zaliczenie. Zasada jest jedna, moje panie. Zaliczacie albo przedmiot, albo mnie. Dziękuję. Klasa wolna.
Po tej pierwszej lekcji Severus zapragnął dwóch rzeczy – być jak najlepszym uczniem, gdy przychodziło do Obrony i wymyślić przemowę, którą położy na łopatki uczniów Eliksirów, gdy już zostanie nauczycielem. Chciał uczyć. Nie miał może talentu do tego, ale widząc, co wyrabia Slughorn… Te dzieciaki miały prawo uczyć się od najlepszych, a Severus – gdy przychodziło do Eliksirów – czuł się najlepszy.
Andromeda zawsze była dobra w Obronie, choćby dzięki temu, że jej znajomość czarnej magii była wyjątkowo rozwinięta. Ciekawe, czy i jej córka poszła w tym kierunku. Dowiedział się, że jest Aurorem i widział ją podczas posiłków. Jej różowe włosy raniły jego oczy i kilka razy skrzywił się, gdy zmieniała nosy i uszy tak, by przypominać coraz to dziwniejsze zwierzęta. Biedna Andromeda… Zapewne zejdzie na zawał przy takiej córce. Drzwi sali otworzyły się i weszła przez nie profesor Lupin.
– Hej, ludziska! – krzyknęła od progu, po czym potknęła się o swoją szatę i wyrżnęła twarzą w biurko. Severus zakrył sobie oczy dłonią. To było żałosne. Nic dziwnego, że ktoś taki poślubił Lupina – pewnie nikt inny jej nie chciał, a wilkołak zawsze opiekował się nieporadnymi dziewczątkami. Kobieta podniosła się i wyciągnęła spłaszczony nos, powodując kilka chichotów. Malfoy, który usiadł koło niego, szepnął:
– Ona może i jest nieporadna, ale gdy przychodzi do walki trzeba na nią naprawdę uważać. Ktoś kiedyś powiedział, że jej styl walki przypomina mugolską technikę pijanego.
– Malfoy, chłopie, ile ja mam ci mówić, że nie wolno gadać? – Po czym przeniosła swoje fiołkowe oczy na Severusa i jej włosy zrobiły się tak różowe, że to aż waliło po oczach. – Seviś! Stary, jak ty komicznie wyglądasz! Łapy zawsze miałeś długie, ale przynajmniej nie wyglądały, jakby ktoś przyczepił ci takie o dwa rozmiary za duże! A ten nochal! Cholera, nie wzięłam aparatu, a to byłoby… No i czego się denerwujesz?
Była wyraźnie zdezorientowana. Najwyraźniej zawsze ignorował jej przytyki. Zacisnął zęby i palce na różdżce, gdy poklepała go po plecach tak mocno, że prawie wypluł płuca.
– Stary, znaczy się – młody, czy ty w ogóle coś jadasz? Klepiąc cię w kręgosłup czułam mostek. Powinieneś nabrać nieco ciała, to może w tej wersji sobie przygruchasz jakąś panienkę i przestaniesz pluć jadem.
W tym momencie nie wątpił, że to córka Andromedy. Średnia siostra Black miała równie irytujący sposób mówienia, ciągle komentowała jego wygląd i próbowała znaleźć mu dziewczynę. Tonks, rzucając mu zmartwione spojrzenia, zaczęła prowadzić lekcję. Mile się zdziwił – była naprawdę dobra.
– Skoro znacie już teorię – powiedziała w pewnym momencie. – To zaczniemy praktykę. Pamiętajcie, nie wolno zbyt chaotycznie się ruszać. Dobieramy się w pary. Seviś, ty ze mną. Uwielbiam się z tobą pojedynkować.
Seviś… Zanotował sobie w myślach, żeby ją powiesić, gdy tylko wróci do swojego właściwego wieku. Bo nie wierzył, że toleruje coś takiego.
Stanęli naprzeciwko siebie, zwracając na siebie uwagę wszystkich zebranych. Poczuł się głupio – pojedynkował się tylko kilka razy w życiu. Hal go uczył potajemnie, żeby mógł się bronić przed Potterem i spółką. A Tonks, jeśli dobrze zrozumiał, była Aurorem. No i była wojna – na pewno miała za sobą niejedną walkę. Friedrich kiedyś mu powiedział, że ma do tego talent, ale czy niezbyt rozwinięty talent może się mierzyć z pełnym szkoleniem do walki? Cóż, tak czy owak miał się o tym przekonać. Unieśli różdżki. Kobieta była szybka – nawet nie zauważył, kiedy posłała w jego kierunku pierwsze zaklęcie. W ostatniej chwili usunął się nieco w bok i zrewanżował się. Tonks przykucnęła i wykorzystał to, by posłać trzy różne zaklęcia – jedno w kierunku ziemi, drugie nieco wyżej i trzecie w prawo. Skubana, odskoczyła na lewo, a jego czwarty promień prawie ją musnął. Zwęziła oczy i przestała się głupio uśmiechać. Najwyraźniej zrozumiała, że nawet w tym ciele był dość niebezpieczny, co nieco podbudowało jego pewność siebie. Skoczył do przodu, bez problemu omijając jej zaklęcia, aż znalazł się w jej strefie prywatnej, po czym próbował ją podciąć. W zasadzie fizyczny atak nie był zabroniony w pojedynkach, ale niezbyt przyjaźnie na to patrzono. Dla Severusa liczyło się jedno – zwycięstwo, bez względu na koszt. Opinię i tak miał kiepską, ale jego duma nie zniosłaby porażki. Tonks prychnęła, jak rozwścieczona kotka i wyprowadziła cios pięścią, którą bez problemu złapał i próbował wykręcić jej rękę, ale szybko się wyślizgnęła, posyłając klątwę, która prawie go trafiła, gdyby w ostatniej chwili nie rzucił się płasko na ziemię. Jednym rzutem ciała skoczył na nogi i korzystając z jej szoku zaczął przyciskać ją zaklęciami do ściany. Musiała się bronić – nie miała miejsca na atak, a on nie dawał jej chwili wytchnienia. Gdyby jej obrona złamała się choćby na sekundę – byłoby po niej. Wbrew sobie był nieco rozczarowany – Friedrich nigdy nie dał się przyprzeć do muru. Tonks nagle zmieniła postać i skurczyła się tak, że chwilę zajęło mu zrozumienie, że jego zaklęcia uderzają w pustkę. Była teraz wielkości gnoma i wyrwała do przodu, po czym ugryzła go w udo. Syknął i strząsnął ją jednym machnięciem nogi. Chwała porannym ćwiczeniom – dzięki nim mięśnie nóg miał ze stali i był pewien, że jej zęby na tym ucierpiały. Wróciła do poprzedniego wzrostu i zaatakowała go ze zdwojoną siłą, choć jej styl nieco się zmienił. Ruszała się na boki i zrozumiał Malfoya – wyglądała, jakby była pijana. To jednak była zmyłka. Uważnie obserwował jej stopy i po chwili zauważył pewną prawidłowość – dwa i pół kroku w prawo, lekki obrót, krok w lewo, coś w rodzaju piruetu, stawianie na palcach… Gdy miała zrobić lekki obrót zamroził podłoże i wyłożyła się na lodzie, a jej głowa uderzyła w ziemię. Zrobiło mu się zimno, gdy zauważył krew – uderzyła skronią w schodek katedry. Cisza, która zapadła, była niemalże ogłuszająca. Pierwsza zareagowała Granger. Podbiegła do profesorki, sprawdziła jej puls i odetchnęła.
– Żyje. Trzeba ją jednak zanieść do pani Pomfrey.
Potter, wręcz parując wściekłością, zwrócił się do Severusa.
– Ty to zrób!
W odpowiedzi dostał jedynie uniesioną pogardliwie brew, więc – oczywiście – Weasley musiał się dołączyć.
– Właśnie! To twoja wina!
– Moja wina, że w pełni wykwalifikowana Aurorka wywróciła się na tafli lodu? Szczerze wątpię.
Uśmiechnął się złośliwie, gdy zauważył ich wściekłość. Jakby nie patrzeć, to nie była jego wina i wmówił sobie, że zrobiło mu się słabo tylko ze względu na myśl o Azkabanie w razie, gdyby umarła. Choć mina Lupina byłaby pewnie bezcenna. No, choćby dlatego byłoby miło zapoznać się bliżej z trupem córki Andro… O, cholera. Nie. Mina Lupina nie jest warta denerwowania Andromedy. Zdecydowanie. Westchnął teatralnie, żeby wyraźnie dać do zrozumienia, że to dla niego nieziemski wysiłek i wyczarował nosze, na które położył kobietę. Z jakiegoś powodu Potter i Granger parsknęli i mruknęli coś, co brzmiało jak „ratowanie Syriusza". Zignorował ich i spokojnie zaczął iść w kierunku Skrzydła Szpitalnego. Nagle przystanął, namyślił się i uśmiechnął paskudnie. Przechodzący obok jakiś szóstoklasista spojrzał na jego – zapewne – sadystyczny wyraz twarzy, zbladł i uciekł tak szybko, jak mógł. Severus z kolei ruszył w kierunku lochów, przez całą drogę szczerząc się paskudnie. Działało to lepiej, niż gdyby szedł z wyciągniętą przed siebie różdżką – uczniowie rozchodzili się na boki, by zrobić jak najwięcej miejsca dla niego i noszy z nieprzytomną i wciąż lekko krwawiącą profesorką, która sprawiała upiorne wrażenie. Nie dość, że nosze były przemoczone krwią, to jeszcze była blada, jej włosy przybrały kolor czerni równie głębokiej, co jego i z boku jej głowy wciąż płynęła krew. Upewnił się, że ta krótka wyprawa do jej ukochanego mężusia jej nie zabije, więc nie przejmował się tymi kilkoma kroplami. Zapukał do drzwi sali od Eliksirów i wsadził przez nie głowę. Był już w pełni poważny, a jego głos brzmiał tak, jakby przynosił wiadomość o końcu świata. Lupin spojrzał na niego zdziwiony i przerwał w połowie lektury.
– Tak, panie Snape?
Gdyby nie to, że miał przed sobą przedstawienie roku, to niewątpliwie rzuciłby na niego jakąś klątwę.
– Jest ważna sprawa, profesorze Lupin. – Postarał się włożyć tyle pogardy w tytuł i nazwisko ile tylko się dało. Jakiś Ślizgon drgnął i spojrzał na niego z podziwem. Musiało mu się udać.
– W tej chwili uczę.
– Chodzi o pańską żonę. Był wypadek podczas lekcji.
Och, pięknie, pięknie, pięknie! Severus ledwo się powstrzymał od radosnego podrygiwania. Wilkołak zbladł jak płótno, jąkając się rzucił kilka słów o kontynuowaniu i ruszył na trzęsących się nogach w kierunku drzwi. Otworzył je i krzyknął zduszonym głosem:
– Dora! O, Merlinie!
Rzucił się na kolana i dotykał ją po twarzy, a młodszy z mężczyzn stał obok i pozwolił sobie na uśmiech. Och, to było coś! Rzucić Lupina na kolana i doprowadzić go do łez! Dobrze tak kretynowi. Ten jednak spojrzał na winnego całej sprawie (o czym wiedzieć nie mógł, ale serio – leży twoja kobieta na noszach, a obok stoi gość, który nienawidzi cię z całych sił i uśmiecha się jakby właśnie dostał wymarzony prezent od Mikołaja. I ciekawe kto tu jest winny?) i ryknął:
– COŚ TY ZROBIŁ?
– Próbowałem zabić w chwili, gdy się dowiedziałem, że jest twoją żoną i zaczęła mnie nazywać „Seviś" – odparł ze śmiertelną powagą. W sumie to była całkiem niezła podstawa do morderstwa, przynajmniej według jego standardów. Najwyraźniej jedna czwarta grupy Idiotycznie Durnych i Oficjalnie Totalnie Amoralnych (w skrócie IDiOTA, wymyślone po pewnym dniu, w którym cała czwórka wpakowała się w wyjątkowo prostacką pułapkę, której przynętą była możliwość zrobienia Severusowi sporej krzywdy) miała o nim takie samo zdanie. Wyciągnął różdżkę i wycelował w niego.
– Severusie, jak mogłeś?
Wzruszenie ramion.
– Całkiem prosto. Wystarczyło zmienić podłoże w lód i wyłożyła się jak długa. Swoją drogą – jakim cudem została Aurorem z tak beznadziejnym poczuciem równowagi?
Czerwony promień wyskoczył z różdżki wilkołaka, a Snape musiał się uśmiechnąć. Jego sposób walki nie zmienił się przez te dwadzieścia lat, poza tym, że ruszał się nieco wolniej i lekko utykał na lewą nogę. Miał wielką, wielką nadzieję, że sam on nie tylko poprawił swój styl, ale nie miał takich problemów.
– I czemu się tak denerwujesz, pchlarzu? Ona żyje. I, na twoim miejscu, zaniósłbym ją do Skrzydła Szpitalnego. Nie, żebyś kiedykolwiek robił to, co należy.
– A byłem pewien, że się zmieniłeś!
– Cóż, każdy popełnia błędy. Ci, którzy posiadają mózg wielkości orzeszka ziemnego nieco częściej od innych, więc przykro mi, że ciebie to dotknęło. Serce mi krwawi na myśl o twojej stracie.
Grymas bólu przeszedł po twarzy [teoretycznie] starszego czarodzieja i Severus zdziwił się widząc łzy w jego oczach. Gdy poczuł silne dłonie zaciskające się na przedzie jego szaty już mu nie było tak znowu wesoło. Lupina ciężko było doprowadzić do wściekłości, ale jeśli komuś się to naprawdę udało, to musiał bardzo uważać.
– Czy ty wiesz co zrobiłeś?
– Wygrałem pojedynek – padła spokojna odpowiedź. Głos wilkołaka był zduszony.
– Ona. Jest. W. Ciąży.
Ups. Od takiego upadku mogła poronić. Co nie zmieniało faktu, że to nie jego wina.
– W takim razie jest głupia wdając się w walkę ze mną. I prowadząc zajęcia pełne klątw, które co rusz zmieniają trajektorię lotu. Zejdź ze mnie, Lupin, bo to była li i wyłącznie wina jej głupoty. I rusz dupę do Pomfrey, panie profesorze.
Wyrwał się z jego rąk i ruszył przed siebie, czując się – mimo wszystko – nieco podle. No, ale skąd miał wiedzieć? Jeśli ktoś mu proponuje walkę, to jego pierwszym pytaniem raczej nie jest: „Przepraszam, czy jesteś może w ciąży?". Tak, już widział minę każdej kobiety, z którą miał walczyć, po zadaniu takiego pytania – śmierć poprzez tortury zapewniona. W ogóle zauważył, że większość dziewczyn obsesyjnie dba o figurę. Nie rozumiał dlaczego. Zdecydowanie wolał, gdy były lepiej zbudowane, a nie chude. Jak będzie chciał owinąć nogi wokół czegoś chudego, to wsiądzie na miotłę. Jego samego niezbyt obchodził wygląd, ale to też mogła być kwestia tego, że nie miał zbytnio czym się przejmować. W szóstej klasie miał może tydzień, w którym chciał coś z sobą zrobić, ale – po odkryciu, że nie ma zaklęcia, które pozwoliłoby jego włosom wyglądać na czyste – poddał się. Zamiast tego zajął się ćwiczeniami – rozgrzewka, poranne bieganie i, jeśli miał czas i możliwość, podnoszenie ciężarów. Jeśli chciał być Mistrzem Eliksirów, to musiał trzymać formę. Większość składników trzeba było zdobyć samemu, a trzy czwarte z nich za życia szybko się poruszało i było niesamowicie silne. Należało je łapać i zabijać ręcznie, bo magia niszczyła ich właściwości. Podobno Slughorn w młodości był wysportowany, ale Severus niespecjalnie w to wierzył. Był pewien, że jego nauczyciel po prostu wysyłał na polowanie kogo innego – to było w jego stylu. On sam nigdy by czegoś takiego nie zrobił – wolał wiedzieć, skąd pochodzą jego ingrediencje i sam chciał wybierać stworzenia do zabicia – tak, by były najlepsze.
Zamyślony szedł w bliżej nieokreślonym kierunku, gdy wyczuł, że ktoś się w niego wgapia. Wsunął dłoń do kieszeni, wciąż udając, że nie wie co się wokół niego dzieje i w chwili, gdy jego instynkt się rozszalał, obrócił się i szybko wystrzelił kilka zaklęć. Potter i Weasley upadli na plecy. Sztywni i wyraźnie zdziwieni.
– Proszę, proszę… Kogo my tu mamy? Zabłądziliście? Nie martwcie się. Jestem na tyle miły, że zaniosę was do pani Pomfrey. Ale najpierw… Basiatio additum.
