Rozdział 10
Ciszę panującą między zaśnieżonymi szczytami gór zakłócał tylko delikatny gwizd wiatru. W głębokim, zmrożonym śniegu siedział czarnowłosy mężczyzna. Choć na tej wysokości temperatura spadała poniżej minus dwudziestu stopni Celsjusza, nie wspominając już o gęstości powietrza, Veidrik wyglądał całkiem zdrowo. Może poza faktem rozmawiania z pluszowym jaszczurem…
Jednak znacznie ciekawsza rzecz działa się kilkaset metrów niżej, w kotlinie otoczonej górami. Kłębiła się tam gęsta, fioletowa mgła, zataczając powoli kręgi niczym masywny, upiorny cyklon. Cokolwiek kryło się pod nią, wydawało głośny, basowy pomruk, który wprawiał skały w drżenie. Czarnowłosy zastanawiał się dlaczego ten nieprzyjemny dźwięk nie zwabił tu jeszcze ciekawskich bohaterów, czy pewnej równie ciekawskiej, różowej królewny. Zresztą sam Veidrik nie przyszedł tutaj dlatego, że gotowało się tu coś podejrzanego. Zdecydowanie nie. Przybył tutaj tylko po to, by odpocząć. By posiedzieć sobie w śniegu, wdychając świeże, górskie powietrze.
- "No ale skoro już tu jesteś, to może coś zrobisz?" - zapytał arogancko pluszak.
- "Nawet nie wiem co to jest! A co jak mnie zabije?" - mężczyzna wyciągnął maskotkę spod płaszcza.
- "Nie wydurniaj się… Jakaś głupia, fioletowa mgła cię nie zabije."
- "A co jest pod mgłą, hę?" - zabawka milczała - "Zapomniałeś cwaniaczku?"
- "Ja nic nie zapominam" - wymamrotał - "Tego po prostu… nie było…"
- "Tylko mi nie mów, że wciąż nie rozumiesz mojej niechęci do niektórych twoich pomysłów…"
- "Wciąż nie rozumiem" - w jego głos wkradł się złośliwy ton.
- "Świat nie jest za każdym razem taki sam" - wyjaśnił czarnowłosy - "A ty go tak właśnie postrzegasz."
- "Masz rację…" - powiedział powoli pluszak. Mężczyzna uśmiechnął się triumfalnie - "Ale w takim razie dlaczego co chwilę się o coś mnie pytasz?"
- "Jesteś ode mnie starszy, wiesz więcej, masz większe doświadczenie… Jesteś dla mnie w pewnym sensie autorytetem…" - powiedział patrząc w guzikowe oczy zabawki - "Ale to nie znaczy, że muszę cie zawsze słuchać."
- "Czyli nie rozwalisz tego na dole?" - zapytała po chwili ciszy maskotka.
- "Nie… Chce zobaczyć co z tego będzie…"
- "Hej Bonnie!" - wampirzyca zawołała od drzwi. Różowowłosa uniosła wzrok znad papierów i kolb z chemikaliami i uśmiechnęła się na przywitanie - "Przyszedł do ciebie jakiś list… Sądząc po zapachu, jest chyba od tych cytrynowych ludków…"
- "Przeczytaj" - poprosiła.
- "Okej…" - Marcelina wyciągnęła list z koperty i rozwinęła go. Kartka była całkowicie pusta i tylko troszkę pognieciona, jakby ktoś ją pomoczył, a potem wysuszył - "Eee… Tu nic nie ma… Tylko mocniej śmierdzi cytryną…"
- "Widocznie napisali to sokiem z cytryny. Działa jak atrament sympatyczny. Włóż go na chwilę do tamtego piekarnika" - wskazała niewielki, stojący na szafce piecyk laboratoryjny - "Tylko nie rozkręć go za bardzo…"
Czarnowłosa przesunęła się w powietrzu (cały czas unosiła się jakieś pół metra nad ziemią), otworzyła drzwiczki urządzenia i wyciągnęła rękę by umieścić papier wewnątrz. Znieruchomiała w pół ruchu.
- "Zaraz… Napisali to sokiem z cytryny…" - na twarzy wampirzycy pojawił się lekki niepokój - "Czy to nie jest… tak jakby… ich krew?"
- "Jak teraz to tak powiedziałaś, to stwierdzam, że to jest strasznie niepokojące…" - powiedziała - "Ale również ciekawe, więc włóż to do tego piecyka."
Marcelina wzruszyła ramionami i włączyła urządzenie, wkładając wcześniej świstek do środka. Po kilku sekundach nacisnęła przycisk jeszcze raz i wydobyła ciepły list spod grzewczej lampy. Wyprostowała go szybkim ruchem i zaczęła z trudem czytać krzywe litery.
- "Nowy Lemongrab jest bezużyteczny. Jest za głupi by o nas dbać. Chcemy Lemonhopa, albo lepszego Lemongraba. Podpisano: cytrynowi ludzie" - uniosła brwi i spojrzała na królewnę.
- "Cóż za… refleks…" - wydusiła z siebie Bonnibel.
- "Ta czcionka wygląda jakby niedawno nauczyli się pisać…" - skrzywiła się patrząc na koślawe, brązowe litery - "Co z tym robimy?"
- "Po incydencie z Lemonhopem, Cytrynowe Hrabstwo znów jest pod protekcją Candy Kingdom, więc…" - westchnęła głęboko - "Pomoc cytrynom należy do moich obowiązków…"
- "To, co? lecimy?" - uśmiechnęła się wampirzyca. Właściwie nigdy nie miała okazji odwiedzić tego dziwnego, nieprzyjemnie opisywanego miejsca, jakim było Cytrynowe Hrabstwo.
- "Lemonhopa nie znajdziemy… Nie mam pojęcia gdzie poszedł, a szukanie go zajmie lata" - Princess Bubblegum zdawała się nie słuchać czarnowłosej - "Musimy więc coś zmienić w Lemongrabie…"
- "Czyli musimy przyciągnąć go tutaj" - pokiwała powoli głową. Lubiła latać z różową monarchinią w ramionach, więc nie za bardzo ucieszyła się z tej informacji - "Tak właściwie… Nigdy nie czułaś się jakoś dziwnie eksperymentując na żywych organizmach?"
- "Nauka wymaga poświęceń!" - powiedziała żywo Bonnie grzebiąc w jednej z licznych, jasnoróżowych szafek.
- "Okej… Niech ci będzie…" - uśmiechnęła się pod nosem - "Czyli jak się tam dostaniemy?"
- "Terenówką."
- "Och… A umiesz prowadzić?"
- "Oczywiście!"
- "A teraz cięcie od góry!" - powiedziały otoczone blond brodą usta - "Świetnie!" - Finn poklepał swojego syna po ramieniu.
- "Skoro idzie mi świetnie, to dlaczego wciąż ćwiczymy?" - to pytanie padało z ust dwudziestodwulatka co najmniej kilka razy w tygodniu.
- "Ćwiczeń nigdy za wiele" - uśmiechnął się szeroko największy bohater Ooo. Ten tytuł jakoś ostatnio mocno do niego przylgnął - "Jak kiedyś powiedział pewien mój przyjaciel: Zostaniesz mistrzem miecza. Jeśli będziesz ciężko trenował każdego dnia. Przez dziesięć lat" - zamyślił się na chwilę przeczesując brodę palcami - "A przynajmniej coś w tym rodzaju… I chyba wspominał coś jeszcze o ciele robota… Mniejsza" - machnął ręką - "Zresztą zobacz" - wskazał na niewielki staw - "Twoja mama też ćwiczy."
Metr nad spokojną powierzchnią wody siedziała Carroll z trójzębem na skrzyżowanych nogach. Siedziała, a nie lewitowała, bo w powietrzu utrzymywał ją słup spiętrzonej cieczy. Miała zamknięte oczy, a jej twarz świadczyła o wielkim skupieniu. Dookoła niej latało kilka wodnych kulek.
- "Ona tylko medytuje" - skrzywił się chłopak - "Medytacja nie zwiększa umiejętności bojowych. Jest bezu…" - nie dokończył dostawszy w twarz kulą wody niewiele mniejszą od jego głowy. Siła uderzenia przewróciła go na trawnik.
- "Myślę, że jednak się do czegoś przydaje" - Finn mrugnął do szczerzącej się nimfy i śmiejąc się pomógł wstać synowi.
- "No dobra… Przyznaje… Medytacja to też jest sposób…" - powiedział Viro wypluwając wodę - "Ale w takim razie dlaczego my nie medytujemy?"
- "Bo jesteśmy wojownikami" - zaśmiał się serdecznie ojciec - "A twoja matka jest… No powiedzmy, że bliżej jej do maga… Nam potrzeba silnego ciała, a jej silnego umysłu."
- "No dobra… Czyli ćwiczymy dalej…" - westchnął - "Co mam teraz zrobić?"
- "Teraz poćwicz pchnięcia."
Wymalowana w plamy w różnych odcieniach różu terenówka zatrzymała się przed wrotami Castle Lemongrab. Mury zamku były popękane, a blanki pokruszone. Szary tynk złaził z ceglanych ścian. Królewna i wampirzyca wysiadły z pojazdu i spokojnym krokiem podeszły do bramy. Marcelina chwyciła ciężką, pokrytą rdzą kołatkę i z łatwością zastukała. Bonnibel obdarzyła ją nieco zdziwionym spojrzeniem.
- "No co? Wampiry są silne" - czarnowłosa uśmiechnęła się szeroko wzruszając jednocześnie ramionami.
Po dłuższej chwili, na murze nad bramą pojawiła się żółta postać. Przez moment przyglądała się przybyszom, po czym krzyknęła coś skrzeczącym głosem. Wielkie wrota zaczęły powoli się otwierać, a za nimi ukazał się tłumek stworzeń w różnych odcieniach żółci. Wszystkie miały na sobie szare łachmany i nie wyglądały na zbyt zadowolone z życia.
- "Przyprowadzisz nam Lemonhopa królewno?" - zapytał z nadzieją stojący na czele stworek. Przypominał goblina, ale jego skóra była oczywiście żółta i porowata.
- "Obawiam się, że to niewykonalne, ale zmierzam naprawić Lemongraba" - na twarzach tłumu pojawił się strach. Princess Bubblegum zauważyła to bez problemu - "Ale nie martwcie się. Nie będzie taki jak kiedyś" - to zapewnienie nie za bardzo poprawiło nastrój - "Możecie nas do niego zaprowadzić?"
Stojący na przedzie westchnął i odwrócił się. Tłum rozstąpił się tworząc przejście do właściwej części zamku. Goblinowanty przewodniczący poprowadził gości do wewnątrz. Po drodze monarchinie miały okazję się rozejrzeć. Zamykający się za nimi tłumek musieli tworzyć wszyscy mieszkańcy, bo dziedziniec był całkowicie pusty. Ale tak całkowicie. Żadnej trawy czy, drzew. Tylko skały, ubita ziemia i kilka krzywych lepianko-szopek ze szmatami zamiast drzwi. Przed większością z nich leżały wypalone resztki ognisk.
Kobiety spojrzały po sobie. To miejsce je w pewien sposób przerażało.
W końcu przeszły przez kolejne wysokie drzwi, a ich oczom ukazało się coś w rodzaju sali tronowej połączonej z jadalnią. Na końcu długiego, zastawionego brudnymi naczyniami i gnijącymi resztkami jedzenia, które podjadali cytrynowi ludzie stołu stał wielki, wyraźnie przeznaczony na grubasa tron. Siedział na nim chudziutki i kruchy Lemongrab III. Brudne, szare ubranie ukrywało szwy. Na jego twarzy gościł wyraz nie dający złudzeń co do inteligencji hrabiego.
PB i Marcelina, rozglądając się po brudnym, żółtym pomieszczeniu, zbliżyły się do tronu. Każdy ich krok śledziły dziesiątki osadzonych w cytrynowych twarzach oczu.
- "Lemongrab?" - Bonnibel potrząsnęła nieprzytomnie wyglądającego hrabiego za ramię. Wampirzyca w tym czasie obserwowała podejrzliwie tłum.
- "Króleeewna?" - zapytał swoim skrzeczącym głosem cytrynowy władca odwracając powoli głowę w jej stronę - "Krrróleeewna maatka?"
- "Tak…" - różowowłosa poczuła się nagle nieco niezręcznie - "Zabierzemy cię teraz do Candy Kingdom, a tam cię… trochę naprawimy" - wymusiła uśmiech.
Lemongrab nie poruszył się. Wciąż wpatrywał się w królewnę swym tępym spojrzeniem, jednocześnie uśmiechając się równie tempo.
- "Dobra… Marcy?" - wampirzyca odwróciła się do różowej odrywając jednocześnie wzrok od niepokojących poddanych. Spojrzała na towarzyszkę pytająco - "Weź go. Nie ma co marnować tu czasu…"
Marcelina skinęła głową i zarzuciła sobie leciutkiego hrabiego na plecy. Poleciała w stronę terenówki, a Princess Bubblegum podążyła za nią.
Cytrynowe stwory odprowadziły je wywołującym nieprzyjemne ciarki wzrokiem.
Gęsta, fioletowa mgła poruszała się coraz szybciej i podniosła się o kilkadziesiąt metrów. Dudnienie było tak głośne, że wywołało kilka niewielkich lawin kamieni i śniegu, które zniknęły bez śladu w ciemnej zawierusze.
- "Może teraz coś w końcu zrobisz?" - mruknął nieco znudzony pluszak - "Gapisz się na to już od godziny. Chyba już się napatrzyłeś?"
- "Nie…"
- "Nie? A co w tym takiego ciekawego?" - znudzenie przerodziło się w irytację.
- "Nic."
- "To dlaczego to oglądasz?" - zapytała po chwili ciszy maskotka - "Po prostu to rozwal i… nie wiem… zrób coś ciekawego."
- "Kiedy robię coś ciekawego też marudzisz…" - powiedział czarnowłosy - "W tym lesie zaraz dopadnie cię wiedźma. W tej jaskini są pająki. Dlaczego tu przylazłeś? Dlaczego tak długo gapisz się na tą kąpiącą się nimfę? Dlaczego tu siedzisz? Tu jest niebezpiecznie, zimno, ciemno, gorąco, mokro…" - naśladował głos pluszaka. Właściwie to nie musiał się jakoś mocno starać. Zabawka brzmiała prawie dokładnie tak samo jak on - "Dlaczego zawsze tak marudzisz?"
- "Bo chciałbym kiedyś iść gdzieś samemu…" - mruknął smutno - "A nie mogę… Jak zresztą wiesz…"
- "Taki już nasz los stary…"
Niebieskowłosy chłopak w białej czapce z wilczymi uszami przedzierał się przez gęstą dżunglę. Wąskim ostrzem miecza rozcinał wielkie liście i grube liany torując sobie drogę. Wilgotne powietrze wypełniał zapach roślin i głośne dźwięki najróżniejszych i najdziwniejszych zwierzaków. Kolorowe ptaszyska, wielkie, barwne motyle, małe małpy bawiące się w koronach olbrzymich drzew. Las tętnił życiem.
Życiem, które potrzebowało jedzenia, a człowiek w granatowej koszulce i czarnych spodniach wyglądał na całkiem smaczny kąsek. Do tego nie wglądał na zbyt groźnego. Niby miał ten swój błyszczący w słońcu mieczyk, ale nie był jakiś wielki, ani nie mógł pochwalić się umiejętnościami związanymi z kamuflażem. Wielka, zwisająca nad nim roślina z olbrzymim, czerwonym pąkiem widziała go doskonale.
Chociaż "widziała" było raczej złym słowem. Zielony potwór czuł jego zapach i drgania powietrza jakie wywoływał każdym swoim ruchem. Pąk powoli się otworzył ukazując wypełnioną ostrymi zębami i gęstą, żółtawą cieczą paszczę. Z głębi cielska wystrzelił z cichym mlaśnięciem pokryty drobnymi kolcami, ciemnozielony jęzor.
Chłopaka, którego nieco niepokoiła panująca przez ostatnie minuty cisza odwrócił się w idealnym momencie. Szybki odskok w bok uratował mu życie i pozwolił jednym, szybkim cięciem skrócić roślinę o spory kawałek języka. Liście, w które wpadł zostawiły na jego odsłoniętych rękach głębokie zadrapania.
Bestia wydając skrzecząco-świszczący dźwięk wciągnęła zranioną część ciała z powrotem i zaczęła niespodziewanie szybko schodzić po grubych pniach drzew prosto ku Virowi. Pokryte kolcami pnącza łamały z trzaskiem gałęzie i kruszyły korę. Kilka wystrzeliło w stronę młodego bohatera, ale zostały natychmiast odcięte i brocząc żółtawym sokiem upadły na mokrą ziemię.
Kilku udało się jednak przedrzeć i owinąć agresywny posiłek w pasie. Chłopak syknął czując wbijające mu się w ciało kolce. Zaskakująco silne pnącza podniosły go do szeroko otwartej paszczy. Zajechało gnijącym mięsem.
Cięta ostrym jak brzytwa mieczem roślina wydała dziwaczny skrzek i skurczyła się w sobie. Niewiele jej to pomogło, bo zaraz spadł na nią grad szybkich, płytkich cięć. Zalana śmierdzącym sokiem bestia coraz bardziej żałowała doboru ofiary. Mocno ścisnęła trzymanego wojownika, po czym rzuciła nim o drzewo i zaczęła wspinać się ku koronom by zregenerować się po przegranej walce.
Viro zsunął się powoli po chropowatym pniu i wylądował z głuchym plaśnięciem na ziemi. Oddychał ciężko, a jego plecy odzywały się tępym bólem. Z brzucha i boków leciała mu krew, plamiąc koszulkę na prawie czarno. Wszystkie rany zaczynały do tego potwornie swędzieć.
Podniósł się powoli, opierając się na wciąż ściskanych w zbielałych palcach mieczu i poprawił plecak. Kontynuował mozolny marsz przez busz, aż, po kilkunastu metrach, zmęczony zatrzymał się i oparł o drzewo. Cichy świst przelatującej obok jego ucha i wbijającej się w pień tuż przed nim włóczni sprawił, że zbladł, a na jego twarzy pojawiło się jeszcze więcej kropel potu.
Nim jednak zdążył się obejrzeć w poszukiwaniu napastnika, objęły go niebieskie, wymalowane w kolorowe wzorki ręce. Syknął cicho czując ból w świeżych ranach.
- "Uf… To tylko ty" - odetchnął z ulgą i odwrócił się gdy tylko gładkie ramiona go puściły.
Stojąca przed nim fioletowowłosa dziewczyna ze zdobiącą fryzurę czaszką i kawałkami futra funkcjonującymi jako bielizna i jednocześnie jedyne ubranie pomachała do niego z uśmiechem. Jednak wesoła mina zniknęła z jej twarzy gdy tylko zobaczyła zakrwawioną bluzkę. Gwałtownym ruchem podwinęła ją aż pod pachy i z bliska zaczęła przyglądać się ranom i wąchać wypływającą z nich krew. Chłopak skrzywił się lekko, ale nie protestował. Był przyzwyczajony do dziwnych zachowań Jungle Princess.
- "Pokuła mnie taka wielka, mięsożerna roślina…" - powiedział wpatrując się w dziewczynę. Podrapał się po zadrapanym ramieniu - "Strasznie to wszystko swędzi…"
Królewna spojrzała mu z zaniepokojeniem w oczy, po czym poderwała się i pobiegła w krzaki. Po chwili wróciła ściskając w rękach jakiś kwiatek, pęczek liści, świeżo wykopany z ziemi korzeń i przypominający kształtem serce, ciemnoniebieski owoc. Z przyszytej do przepaski biodrowej niewielkiej torby wyciągnęła drewnianą miseczkę i niewielki, zaokrąglony na końcu tłuczek. Zaczęła ścierać nim przyniesione przedmioty na brudnozieloną papkę. Kilka razy napluła do substancji by uzyskać odpowiednią konsystencję. Kiedy skończyła przygotowywać specyfik, ściągnęła chłopakowi plecak i koszulkę i zaczęła nakładać ciepłą, śmiesznie pachnącą maź na jeszcze lekko krwawiące rany. Viro z początku nieco krzywił się czując na skórze nieprzyjemną substancję, ale gdy tylko przestał czuć swędzenie uśmiechnął się szeroko.
Kiedy miseczka została opróżniona, a tuż nad krawędzią spodni chłopaka powstał ciemny pas zielonego lekarstwa, królewna zaczęła przeszukiwać plecak bohatera.
- "Mogłem słuchać ojca…" - westchnął niebieskowłosy - "Więcej ćwiczyć, a nie tylko grać na BMO… Może wtedy naprawdę dałbym popalić tej głupiej roślinie."
Dziewczyna wydała radosny dźwięk i z triumfalnym uśmiechem odwróciła się do Vira. W rękach trzymała niedbale zwinięty, nieco szary bandaż. Zaczęła ostrożnie owijać go wokół miejsca na które nałożyła specyfik.
- "Dzięki" - kiedy skończyła chłopak przytulił ją i pocałował. Spakował brudną koszulkę do plecaka i zarzucił go na plecy - "Uratowałaś mi życie…"
Niebieskoskóra zaśmiała się tylko i pociągnęła chłopaka za rękę gdzieś w gęstwinę.
Marcelina lewitowała na środku różowej sypialni. Na trzymanym w rękach basie grała spokojną melodię. Nie śpiewała, ale za to nuciła cicho. Od ostatniej godziny czekała na Bonnibel, która zajmowała się ulepszaniem Lemongraba. Wampirzycy wciąż przebiegały ciarki po plecach na choćby najmniejsze wspomnienie z wizyty w upiornym cytrynowym zamczysku. wszystkie te wygłodniałe cytrynowe stwory i te przeszywające spojrzenia. Wzdrygnęła się przerywając na chwilę grę.
Wtedy też spostrzegła wpatrującą się w nią z uśmiechem, opierającą się o drzwi królewnę.
- "N… nie jesteś w laboratorium?" - zapytała zdziwiona - "Myślałam, że zajmujesz się tym cytrynowym zdechlakiem…"
- "To trochę za skomplikowana operacja" - wyjaśniła monarchini - "Zajmują się tym roboty medyczne."
- "Mamy roboty medyczne?" - czarnowłosa zrobiła bezgłośne "łał".
- "Tak, i za kilka godzin skończą przerabiać hrabiego…"
- "Co będziemy robić przez ten czas?" - wampirzyca uśmiechnęła się dziwnie i zbliżyła się do królewny, odkładając po drodze instrument.
- "Hmmm…" - Bonnie uśmiechnęła się szeroko - "Chyba mam pomysł…"
- "Weź mi tu nie zasypiaj!" - krzyknął pluszak - "Coś się dzieje…"
Veidrik przetarł oczy i usiadł. Rzeczywiście coś się działo. Mgła wybrzuszyła się potężnie i coś zaczęło się z niej powoli wyłaniać. Czarnowłosy wstał i szybko schował maskotkę pod płaszcz.
- "Ej! Ja chcę patrzeć!" - krzyknęła zabawka.
- "Podejrzewam, że to zbyt niebezpieczne…" - mężczyzna wyszczerzył zęby - "Jeszcze ci coś się stanie i co ja wtedy zrobię?"
- "Eh ty…"
Tymczasem w mgle pojawiło się... coś. Było wielkie, ciemno-fioletowe i miało niezliczoną ilość różnej wielkości ramion. Miało też wielką twarz z pustymi oczodołami. Twarz, która teraz była na wysokości szczytu góry i wpatrywała się prosto w Veidrika.
- "Aleś ty brzydki…" - mruknął pod nosem czarnowłosy, po czym wyciągnął spod płaszcza karabin i wpakował w potworne oblicze cały magazynek.
Nie zrobiło to na bestii większego wrażenia. Warknął tylko, po czym zamachnął się i uderzył w górę.
- "Super…" - tylko tyle zdążył powiedzieć mężczyzna zanim ciężka pięść z potwornym hukiem skruszyła skałę, pozbawiając go przy okazji przytomności.
Potwór odwrócił się i powolnym krokiem ruszył w bliżej nie określonym kierunku.
Gdzieś w środku gęstej dżungli było małe źródło, z którego zimna, krystalicznie czysta woda, małym wodospadem spływała do małego jeziorka. Dookoła rosły kolorowe kwiaty i krzaki z wielkimi liśćmi. Było to jedno z niewielu miejsc w tym wielkim lesie, do którego docierało słońce.
Na brzegu jeziorka, mocząc nogi w wodzie siedzieli chłopak i dziewczyna. Chłopak miał białą czapkę i czarne spodnie, a jego brzuch owinięty był kilkoma warstwami bandaża. Dziewczyna siedząca obok była ubrana w dwa kawałki futra i miała wymalowaną w kolorowe wzorki, niebieską skórę. Za przepaską biodrową miała wetkniętą procę zrobioną z kawałka jasnego drewna. Opierała się o ramie chłopaka.
Obydwoje siedzieli w ciszy, śmiejąc się tylko co jakiś czas przez łaskoczące ich stopy ryby.
- "O! Prawie bym zapomniał!" - odezwał się nagle głośno Viro. Królewna drgnęła i spojrzała na niego z lekkim wyrzutem - "Przepraszam, nie chciałem cie przestraszyć" - Pocałował ją w policzek i przyciągnął swój plecak. Otworzył go i przez chwilę grzebał w środku. Wyciągnął niewielki, szczelnie zawinięty w lekko poplamioną szmatkę przedmiot. Podał go dziewczynie.
Jungle Princess przyjęła prezent i zaczęła delikatnie go odwijać. Pod materiałem zabłysło złoto, a wkrótce pojawiła się cała bransoleta. Niebieskoskóra uśmiechnęła się szeroko i założyła ją na rękę. Na drugiej miała identyczną.
Uścisnęła mocno chłopaka, wtulając się w jego ramię. Jednak nagle ich uścisk został przerwany przez odległy, acz wciąż głośny huk. Po chwili zatrzęsła się też lekko ziemia.
- "Ten dźwięk dochodził chyba z gór" - bohater poderwał się na nogi - "Chodź, musimy zobaczyć co się stało…"
Finn siedział na kanapie w domku na drzewie. W rękach trzymał kontroler podłączony do BMO, a za nim siedziała Carroll. Właściwie to "siedziała" było nieco nieprecyzyjnym określeniem. Nimfa przytulała się do mężczyzny nogami i rękami w ten sposób, że praktycznie leżała na jego plecach. Patrzyła mu przez ramię na ekran konsolki. Czerwony, skaczący ludek na ekranie zabijał potworki i zbierał złote monety. Potrafili tak siedzieć godzinami. Blondyn mimo czterdziestu siedmiu lat na karku wciąż wciąż potrafił naprawdę nieźle bawić się grając w te proste gierki. Dziewczynie radość sprawiało samo spędzanie czasu z Finnem.
- "Gdzie tak właściwie poszedł nasz syn?" - zapytała w pewnym momencie obojętnie.
- "Pewnie poszedł zobaczyć się z Jungle Princess…" - odpowiedział nie odrywając wzroku od ekranu - "Dobrze, że zakochał się w kimś kto chce z nim być…"
- "A ona nie ma przypadkiem tak…" - zastanowiła się chwilę - "...co najmniej trzydzieści lat więcej niż Viro?"
- "Jak byłem mały to kochałem się w Princess Bubblegum, która ma ponad osiemset lat…" - mruknął - "Wydaje mi się, że w naszym świecie wiek powoli przestaje mieć znaczenie…"
- "Tak" - zaśmiała się nimfa. Sama miała ponad sto lat i jakoś zapomniała wspomnieć o tym mężczyźnie. On sam jednak nigdy nie pytał i miała wrażenie, że nie przejąłby się za bardzo, gdyby się dowiedział.
Nagle rozległ się głośny huk, który spowodował, że zatrzęsły się szyby w oknach. Potem przyszedł wstrząs. Stojący na stole kubek zatańczył, przewrócił się i pokulał w stronę brzegu blatu. BMO złapał go w ostatniej chwili.
- "Co to było?" - zapytała Carroll.
- "Nie wiem" - mruknął Finn odkładając kontroler - "Ale nie zaszkodzi sprawdzić."
Drzwi do różowej sypialni były zamknięte. Nie słychać było zza nich spokojnych oddechów dwóch śpiących kobiet.
W środku, na podłodze leżały porozrzucane bezładnie ubrania. Pod różową sukienka leżał czerwony topór basowy. Kawałek dalej, zaplątana w poprzecierane na kolanach jeansy, leżała złota korona z niewielkim, niebieskim kamieniem na górze. Bielizna poniewierała się na włochatym dywanie, tuż przy łóżku. Łóżku, na którym zawinięte w różową kołdrę leżały Marcelina i Bonnibel. Zaplątane w uścisku śniły przyjemne sny.
Trzęsący szybami ww oknach huk przerwał spokój. Nadchodzący po nim wstrząs strącił ze ściany różowy, koci zegar, który wylądował tuż obok głowy budzącej się Wampirzycy. Dziewczyna odskoczyła na leżącą obok królewnę, sprawiając, że ta pisnęła. Obydwie spadły na podłogę i chwilę szamotały się w kołdrze.
- "Co to było?!" - powiedziała głośno Princess Bubblegum podnosząc się do pozycji siedzącej.
- "Nie mam pojęcia…" - mruknęła czarnowłosa - "Ale prawie zrzuciło mi twój zegar na głowę…"
- "Musimy zobaczyć co to było…" - w głosie różowej pojawiła się wyraźna determinacja - "Wskakujemy w zbroje i idziemy!"
- "Nie żeby to było jakoś niekomfortowe…" - odezwała się Marcelina z podłogi - "...ale przydałoby się, żebyś wcześniej ze mnie zeszła…"
- "Robię to z przykrością" - królewna uśmiechnęła się uroczo i wstała.
Wielka bestia o skórze w ciemnym odcieniu fioletu i niezliczoną ilością ramion przedzierała się przez las. Chociaż lepszym określeniem tutaj byłoby rozdeptywała las. Stwór był bowiem większy od największych drzew i łamał je niczym suche patyki. Zwierzęta uciekały w panice spod wielkich stóp, które wgniatały w glebę wszystko na co natrafiły. Monstrum zbliżało się powoli do niewielkiego jeziora.
Jeziora przy którym stali Finn i Carroll. Obydwoje uzbrojeni w swoje ulubione bronie, wpatrywali się z niepokojem w nadchodzącego olbrzyma.
- "C-co to jest?" - wykrztusiła stojąca po kostki w wodzie nimfa.
- "Gdybym ja wiedział…" - westchnął bohater, po czym wskazał odległy szczy górski, który był mniej więcej o połowę niższy niż normalnie - "Ale to chyba to coś rozwaliło tamtą górę…"
- "Nie zapowiada się to dobrze…" - mruknęła dziewczyna.
- "Poradzimy sobie jakoś…"
- "Musimy" - powiedział znajomy głos - "I cześć przy okazji. Miło was widzieć."
Do stojących na brzegu zbliżyły się dwie kobiety. Obydwie w pancernych napierśnikach i z bronią. Jedna z szablą, druga z toporem basowym. Czarnowłosa miała na sobie maskę i rękawiczki. Towarzyszył im oddział uzbrojonych w długie, zdobione karabiny i ubranych w błyszczące zbroje bananowych gwardzistów.
- "Cześć królewno" - uśmiechnął się blondyn. Nimfa pomachała ręką na przywitanie - "Cześć Marcelino."
- "To co?" - wampirzyca machnęła czerwonym toporem - "Jak to ubijemy?"
- "Jak się zbliży, to go ostrzelamy i spróbujemy powalić wodą" - Bonnibel wskazała kciukiem stojącą na tle jeziora Carroll.
- "A potem potniemy na plasterki" - Finn zaśmiał się głośno.
W tym momencie ziemia zatrzęsła się nieco mocniej. Monstrum wyszło z lasu i niebezpiecznie zbliżało się do wojowników.
- "Przygotować się!" - krzyknęła królewna dobywając szablę. Żołnierze wycelowali karabiny w bestię - "Ognia!" - machnęła bronią, a powietrze wypełnił huk strzałów i gryzący zapach dymu.
Stwór drgnął i zawył przeszywająco. Spojrzał swymi pustymi oczodołami na napastników i zaczął się zbliżać.
Nimfa bez wahania wskoczyła po pas w wodę i zamieszała w niej trójzębem. Potem uniosła broń i wycelowała ją w potwora. Woda w jeziorze spiętrzyła się i wystrzeliła potężnym strumieniem w obrzydliwy pysk. Bestia zachwiała się pod naporem cieczy, co natychmiast zapragnął wykorzystać Finn.
- "Marcelina!" - zawołał podbiegając do wampirzycy - "Pamiętasz Finn-bombę?"
- "Nie" - wyszczerzyła się - "Ale pojmuję twój tok rozumowania" - chwyciła go pod pachę i poniosła nad stwora. Silnym ruchem wyrzuciła go w kierunku kłębiącej się masy łap, po czym sama zaatakowała machając zaostrzonym instrumentem.
Blondyn wylądował pomiędzy dwoma, pokrytymi fioletową łuską, umięśnionymi ramionami, wbijając głęboko swój miecz. Szybkim ruchem wyrwał ostrze i odrąbał jedną z łap.
- "Strzelać! Celować w nogi!" - usłyszał odległy krzyk królewny. Carroll wstrzeliwała tymczasem grad wodnych kul w pysk potwora, a Marcelina skracała go o kolejne kończyny.
Nagle poczuł, że coś chwyta go za nogę i zaczyna ciągnąć w stronę gęstszego skupiska rąk. Nie stawiał oporu tylko po to, by z radosnym śmiechem odrąbać kilka kolejnych ramion. Bestia zaryczała wściekle i spróbowała zasłonić pysk, ale niewiele to jej dało - kule omijały szerokie łapy i dosięgały celu, denerwując i rozpraszając monstrum.
Tymczasem, kilkaset metrów dalej, przez las biegły dwie postacie - chłopak z owiniętym bandażem brzuchem i ściskająca włócznię, niebieskoskóra dziewczyna. Przez szczeliny w koronach drzew widzieli podświetloną zachodzącym słońcem bestię, która raz po raz obrywała wodą w pysk.
- "Tam walczy moja mama!" - zawołał Viro przyśpieszając.
Wkrótce wybiegli z pomiędzy drzew i zobaczyli walkę w całej okazałości. Gdzieś niedaleko głowy szalała królowa wampirów, odcinając szerokimi machnięciami mniejsze lub większe kawałki kończyn. Po drugiej stronie cielska, Finn uparcie wspinał się pod górę, odcinając po drodze każdą napotkaną łapę. Głośny huk zwrócił uwagę nowo przybyłych na oddział strzelców, którzy zgodnie z wykrzykiwanymi przez różową monarchinię rozkazami, ostrzeliwali masywne nogi monstrum.
Niebieskowłosy wyciągnął miecz i ruszył na potwora. Zanim jednak zdążył zrobić choćby jeden, dłuższy krok, zatrzymała go silna, niebieska ręka. Królewna pokazała mu leżące na jej ręce niewielkie nasionko. Pochyliła się i nabrała trochę wilgotnej, czarnej ziemi. Umieściła w niej ziarenko, po czym napluła na nie i ulepiła małą kulkę. Zza opaski biodrowej wyciągnęła własnoręcznie zrobioną procę i wystrzeliła pocisk prosto pod stopę stwora.
- "Co to miało zrobić?" - zapytał nieco zaskoczony chłopak i znów ruszył w stronę bitwy. Ponownie jednak został zatrzymany. Niebieskoskóra pokręciła głową i wskazała miejsce, w którym wylądowała kulka.
W tym momencie z ziemi wystrzeliły grube, ciemnozielone pnącza. Owinęły się wokół nogi stwora, wbijając się w mięso i łamiąc fioletowe łapy. Przy okazji utworzyły wygodną drogę pod górę. Viro prędzej zorientował się, że jest ciągnięty przez Jungle Princess niż zdążył zamknąć szeroko otwartych w zaskoczeniu usta.
Niebieskowłosy dobiegł do potwora i wspiął się po pnączach na jego nogę. Skacząc po wymachujących na lewo i prawo łapach, kierował się pod górę, na spotkanie ojca. Wprawnymi cięciami odganiał zbyt natrętne ramiona. Nagle wielka dłoń uderzyła go w plecy, przygniatając do szorstkich łusek i wytrącając miecz. Chłopak krzyknął widząc jak jego broń znika w trawie kilkanaście metrów niżej. Ręka zamachnęła się ponownie, ale nie zdążyła zadać ciosu. Wbiła się w nią długa dzida. Viro wyrwał nową broń i pomachał z uśmiechem Jungle Princess. Jednak zaostrzony kij nie na wiele zdał się przeciwko kotłującym się kończynom. Drewno pękło z suchym trzaskiem pod naporem ciosów. Chłopak bronił się kopniakami i uderzeniami pięścią, ale jego ataki niewiele dawały - ramiona potwora były zbyt mocno opancerzone. Niebieskowłosy krzyknął gdy masywna dłoń zacisnęła się na jego boku. Pokryte zielonym specyfikiem rany odezwały się pulsującym bólem. Rozproszyło go to do tego stopnia, że nie był w stanie osłonić się przed gradem ciosów.
- "Viro!" - Finn zauważył co się dzieje i zaczął biec po ruszających się łapach. Marcelina złapała go za ramię i poniosła w stronę chłopaka, po czym wróciła do rąbania.
Blondyn jednym sprawnym cięciem pozbył się atakujących jego syna pięści. Chwycił posiniaczonego wojownika, odbił się od twardej skóry i wylądował miękko na ziemi. Ułożył rannego na trawie nie zważając na lądujące z głuchym tąpnięcie kilka metrów dalej olbrzymie ramie i triumfalny śmiech wampirzycy. Młody bohater miał zamknięte oczy, a z jego ust ciekła krew. Niebieskoskóra księżniczka podbiegła do niego wyszarpując coś z torby. Gdy jednak uklękła na trawie obok ciała, przerwała czynność i zaczęła płakać.
Finn wrzasnął z wściekłością i żalem. Ruszył w stronę szalejącej bestii podnosząc po drodze wąski miecz Vira. Wyskoczył wysoko w powietrze i wbił się obydwoma ostrzami głęboko w mięso. Zaczął się wspinać posługując się mieczami jak czekanami. Monstrum wyjąc żałośnie próbowało się go pozbyć, ale bohater nie czuł bólu. Kilka wypełnionych wrzaskami potwora minut później mężczyzna był już przy głowie. Oparł się na wbitym głęboko mieczu syna i zaczął rąbać stwora po pysku. Kiedy bezładne uderzenie fioletowego ramienia wytrąciło miecz, zaczął okładać bestię pięścią. Z każdym uderzeniem jego ręka stawała się coraz bardziej zielona i coraz większa. Zastępowały ją splątane, grube pnącza. Jego krzyk stawał się głośniejszy od wycia stwora. Dźwięk kruszonych kości i pryskająca krew…
Gdy kolejne machnięcie czerwonym toporem posłało kolejną wielką łapę na ziemię potwór nie wytrzymał. Zachwiał się i rozrywając pętające jego nogę pnącza padł pyskiem w jezioro. Finn nie zdążył zeskoczyć.
Carroll krzyknęła przestraszona. Machnęła trójzębem odrzucając cielsko bestii na bok. Woda rozstąpiła się przed nią odsłaniając ciało bohatera.
Na pogrzeb przybyła większość ważnych osobistości z Ooo. Władcy praktycznie wszystkich królestw z rodzinami, wszyscy przyjaciele zmarłych, a nawet wielu zwykłych mieszkańców krainy. Następnego dnia w Candy Kingdom odsłonięto wielki pomnik przedstawiający ojca i syna. Uzbrojonych i stojących nad głową jakiegoś obrzydliwego potwora. W kamień przed pomnikiem wbite zostały ich miecze.
Siedzący na stojącej nieopodal ławce mężczyzna w czarnym płaszczu westchnął głośno. Przyciskał do głowy woreczek z lodem i wpatrywał się w rzeźbę.
- "Nienawidzę tego" - mruknął.
- "Cóż poradzisz…" - odezwał się głos spod płaszcza - "Widocznie tak miało być."
- "Ale teraz będzie tylko gorzej…"
