Za betę dziękuję Corwenete.
Przestrzeń czasowa tej części: maj i czerwiec 1941 roku
Lying in that Sound, Tonight - część 10
- Co powiedział prezydent? – zapytał Alfred i ze zdumieniem podniósł spojrzenie.
- Chce, żebyśmy jak najszybciej wrócili do Stanów – powtórzył Winant.
Alfred wstał i zmarszczył brwi. Podszedł do ambasadora.
- Jesteś pewien? Po co?
Winant skrzywił się i pokręcił głową. Był pełen wątpliwości. Niepewny. To była tajemnica.
Alfred westchnął głęboko, skrzyżował ramiona i zaczął chodzić po pokoju, tworząc listę potencjalnych powodów, przez które tak nagle zostali wezwani do Stanów – mogło to być zarówno coś złego, jak i dobrego i Alfred nie był pewny, co lepiej by się na nich odbiło. W dalszym ciągu krążył po pomieszczeniu, jego umysł rozważał wszelkie możliwości, a twarz zastygła mu w zadumie. Gdy tak rozmyślał, ambasador wrócił do swoich papierów, przeglądał je, na kilku złożył podpis i w określony sposób odkładał je na ich miejsce.
- Co z Arthurem? – spytał nagle Alfred.
- Słucham? – zdziwił się Winant, podnosząc oczy znad dokumentów.
- Um. Z Anglią. Co z Anglią? – zapytał Alfred i wycofał się odrobinę. – I z jego ludźmi! Na przykład z premierem… no właśnie. Wiedzą o tym?
- Wracamy trzydziestego, Alfredzie – odparł ciepło Winant i uśmiechnął się tym swoim delikatnym uśmiechem. – Mamy mnóstwo czasu, by się pożegnać.
- Nie o to pytałem – zaprotestował Alfred, czując ciepło na szyi i rumieniec sięgający samych uszu. – Ja tak tylko… Zastanawiałem się, co o tym sądzą.
Winant dalej subtelnie się uśmiechał.
- O ich reakcje będziemy musieli się martwić, kiedy już tu wrócimy. – Odwrócił wzrok. – Cóż, ja będę musiał się martwić. Nie jestem pewien, co prezydent zaplanował dla ciebie i… czy w ogóle będzie pragnął, żebyś tutaj wrócił.
Alfred zamarł.
- Ja…
Nie pomyślał o tym.
Winant zauważył zdziwienie – rozpacz – Alfreda i westchnął lekko, a potem uśmiechnął się.
- Nie musimy się tym teraz zamartwiać, Alfredzie. Chciałem tylko, abyś był przygotowany – gdybyś chciał się z kimś pożegnać.
- Niby z kim miałbym się żegnać? – zapytał Alfred ze śmiechem i ruszył w kierunku drzwi.
- Hej, staruszku! Jesteś tu? – zawołał Alfred, bez pukania otwierając drzwi do domu Anglii i zaglądając do środka.
Usłyszał stłumione przekleństwa dobiegające z wnętrza i wziął to za potwierdzenie. Wszedł do mieszkania i kopniakiem zamknął za sobą drzwi. Dom był zaniedbany, wciąż zakurzony i zabałaganiony. Wyglądało na to, że Arthur nie miał ostatnio zbyt dużo okazji na sprzątanie – albo po prostu spędzał większość czasu z premierem lub pod intensywnym nadzorem urzędników, by ci mogli upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Alfred nie widział się z Arthurem od niedawnych nalotów.
Wszedł do kuchni. Arthur tam był, stał przy zlewie i wściekle prał koszulę, którą miał na sobie w noc ostatniego bombardowania. Szorował ją uparcie, zaciekle usiłując pozbyć się z niej śladów krwi.
- Wiesz, że to z góry przegrana bitwa – powiedział Alfred.
Arthur podniósł głowę i rzucił mu – lekko wyblakłe – piorunujące spojrzenie.
- Wierzę, że nie masz pojęcia, jak to jest wygrywać czy przegrywać bitwę, więc prosiłbym, abyś zamknął jadaczkę.
Alfred przewrócił oczami. Przygryzł wargę i powoli podszedł do drugiego mężczyzny.
- Lepiej wyglądasz – rzekł.
I faktycznie tak było. W porównaniu z dniami po bombardowaniach Arthur mniej już przypominał ducha. Wciąż był za chudy, za blady i za bardzo zabandażowany, ale przynajmniej jego ręka wyzdrowiała. Albo Arthur nauczył się pracować nie zważając na jakikolwiek ból, jaki by mu sprawiała. Jego oczy dalej były trochę zapadnięte i w dalszym ciągu miał pod nimi głębokie cienie, ale błyszczała w nich jakaś iskierka – być może iskra buntu podsycana przez plamy krwi zrobione przez upartego wroga. Arthur nic nie odpowiedział na stwierdzenie Alfreda i dalej szorował materiał. To naprawdę była przegrana bitwa – nie mógł używać zbyt dużo siły, by nie naruszyć swoich ran i często musiał się zatrzymywać, wzdychając, kiedy ból stawał się za silny.
Alfred podszedł do Arthura, plecami oparł się o ladę, skrzyżował ręce i zaczął przyglądać się pracy starszego kraju. Był cicho, po prostu go obserwował.
- No i? – warknął Arthur, nie odrywając oczu od koszuli zanurzonej w wodzie z mydłem. – Czego chcesz? Czy może jesteś zainteresowany jedynie nękaniem mnie?
Alfred zwilżył usta i przełknął ślinę.
- Wracam do domu.
Arthur zamarł.
- Tylko na chwilę. Tak myślę. Prezydent chce porozmawiać z Winantem i poprosił, żebym też przyjechał. Winant powiedział, że to nie zajmie długo, ale… – Alfred mówił szybko, nie do końca pewny, czemu pragnie natychmiast wszystko wyjaśnić.
Arthur dalej patrzył na koszulę, ale nie zaczął szorować jej od razu. Przez chwilę stał sztywno, a potem chwycił gąbkę, którą wcześniej odłożył i na powrót zajął się usuwaniem krwi z bawełny.
- I skąd ta potrzeba, by mnie o tym poinformować? – zapytał. Alfred wzruszył ramionami.
- Pomyślałem, że wolałbyś wiedzieć. No i gdybyś chciał przekazać coś mojemu prezydentowi, to mogę zanieść mu wiadomość – rzekł szybko.
- Nie chciałbyś powtarzać swojemu szefowi niczego, co mogę mieć mu do powiedzenia – wymamrotał ponuro Arthur. Alfred westchnął.
- Dobra już, dobra – rzucił.
Stali obok siebie w milczeniu; Alfred patrzył na przeciwległą ścianę, a Arthur dalej prał koszulę. Nie była to niekomfortowa cisza, jednak nie można było jej nazwać również komfortową.
- Jezu, idźże stąd, daj mi to zrobić – zażądał Alfred, delikatnie przyciskając dłoń do ręki Arthura, pamiętając o jego bliznach, ranach i oparzeniach. – Nie pozbędziesz się tych plam ze swoimi słabymi muskułami.
- Wypraszam sobie – mruknął Arthur. Mówił szybko, a mięśnie jego ramion napięły się z gniewu. Alfred jednak wciąż łagodnie go odpychał i w końcu zajął jego miejsce przy zlewie. Arthur wykrzywił usta i nachmurzył się. – Nie potrzebuję twojej litości, ty…
- To nie litość – przerwał mu Alfred. Ściągnął kurtkę i przerzucił ją przez oparcie jednego z krzeseł, które stały przy kuchennym stole. Podwinął rękawy swojej koszuli i zaczął szorować materiał. Jego silny chwyt i ruchy rękoma nie sprawiały mu żadnego bólu. – Po prostu miałem już dość tego smutnego widoku. No i jestem w tym całkiem dobry, ha, ha!
Arthur dalej patrzył na niego spode łba, ale Alfred zignorował go i skupił się na koszuli. Jego krawat przez cały czas niemal wpadał do wody i Alfred, po nieudanej próbie trzymania go w zębach, poddał się i rozluźnił jego węzeł, by zdjąć go i rzucić na kurtkę. Wrócił do prania.
- A tak poza tym, to przynajmniej mogę to zrobić, skoro niewątpliwie zaraz zaproponujesz mi herbatę czy coś w tym stylu – powiedział Alfred.
- Nie zamierzałem zrobić niczego takiego – prychnął Arthur. – A nawet jeśli bym chciał, nie byłbym w stanie. Nie mam herbaty.
- Co? Poważnie?
- Racje żywnościowe, chłopcze – powiedział Arthur, po czym podszedł do szafek i otworzył je, by odsłonić półki, na których stały praktycznie tylko niezbędne rzeczy. – W końcu jednak nadeszło wsparcie z twojego kraju.
- Tak? – Alfred podniósł wzrok.
- Suszone jajka, mleko skondensowane, bekon, fasola i konserwy – wyliczył Arthur, patrząc na sufit i niewątpliwie wymieniając wszystko, co przywiózł amerykański statek. – Na Boga, chłopcze, nie słyszałeś o tym od swojego ambasadora?
Alfred zarumienił się.
- My… nie otrzymujemy za dużo wieści ze Stanów.
- Doprawdy? – Arthur wydawał się być autentycznie zaskoczony.
- Większość informacji przekazują nam twoi ludzie – przyznał Alfred, drapiąc się po policzku i marszcząc brwi. – Trudno wysyła się telegramy, a listy idą miesiącami, jeśli w ogóle dojdą.
Arthur skrzywił się.
- Twój szef nie informuje cię na bieżąco?
Alfred uśmiechnął się głupkowato.
- Hej, jest zajętym facetem.
- Doprawdy – powtórzył Arthur, tym razem delikatniej i z zamyśleniem. Zmarszczył brwi. – Być może ty…
Zamilknął i zamknął szafkę. Przez chwilę chodził po kuchni i obserwował swoją brudną, zakurzoną podłogę i wydawał się być przez nią zakłopotany. Chwycił miotłę i zaczął zamiatać, nie spoglądając na Alfreda. Ten z kolei też na niego nie patrzył, całkowicie skupiony na szorowaniu koszuli.
- To jest gorsze niż bombardowanie – mruknął Winant do Alfreda, nim grzecznie rzekł do nowo przybyłych reporterów, że nie odpowie na żadne pytania dotyczące jego powrotu do Stanów. Alfred szedł obok niego, gdy przedzierali się przez tłum.
Setki ludzi zebrało się na tarasie widokowym w nowojorskim lotnisku LaGuardia, by powitać Winanta. Przybyli tam zaalarmowani artykułem w The New York Timesie – tym, który ambasador trzymał w dłoniach i właśnie podawał Alfredowi. Znajdował się on na pierwszej stronie i informował o nieoczekiwanym, niewyjaśnionym powrocie Winanta na rozmowę z prezydentem i innymi ważnymi osobami.
Ambasador, któremu wyraźnie nie podobał się radosny aplauz tłumu, nieśmiało podniósł kapelusz, kiedy żwawo szli w kierunku terminalu. Alfred przeczytał artykuł i nie był zdumiony spekulacjami na temat przyczyny powrotu ambasadora – powodu, którego nie znał nawet Alfred. „Nie ma wątpliwości, iż pan Winant pospieszył do nas z powrotem, by powiedzieć, czego Anglia potrzebuje najbardziej i wyjaśnić, że potrzeba jest pilna", przeczytał Alfred w kolumnie – sprawdził nazwisko – Anne O'Hare McCormick, „Wojna osiągnęła przełom."
Alfred i Winant wsiedli do samochodu, który na nich czekał, i ruszyli na spotkanie z Rooseveltem. Winant mocno zacisnął palce na swoim kapeluszu.
- Nie spocznę, dopóki nie wyjaśnię wszystkiego panu prezydentowi – powiedział, patrząc na kapelusz i marszcząc brwi.
- Po to tu jesteś – przytaknął Alfred. Dotknąłby ramienia Winanta, ale doszedł do wniosku, że chyba nie powinien przez te wszystkie zranienia, jakie miał ambasador. – Będzie dobrze. Po prostu mów, co masz do powiedzenia. Wszystko, co powiesz, ma znaczenie.
Winant spojrzał na Alfreda, a naród uśmiechnął się do niego szeroko; okulary spadały mu z nosa.
Ambasador słabo odwzajemnił uśmiech.
- Cóż, sądzę, że nie mogę się kłócić, skoro moja ojczyzna mi tak każe.
Na prośbę prezydenta, ambasador i Alfred zatrzymali się w Białym Domu. Teraz, kiedy nie musieli nigdzie jechać, gdy już dotarli na miejsce – kiedy byli już w domu – Alfred mógł przystanąć i pomyśleć.
Wyczekiwał możliwości ucieczki od pełnego nieustannego strachu i przerażenia życia w Londynie. Powoli spacerował po ogrodach Białego Domu i zbierał myśli. Cieszył się, że znów był w domu i mógł na powrót się z nim połączyć – otoczony przez ziemię i ludzi, które należały do niego, już na zawsze tylko do niego. Jednak po przyjeździe do kraju poczuł się jednocześnie dziwnie wyobcowany – alienacja, którą odczuwał w Londynie, zdawała się teraz podwoić.
Nie miał pojęcia, co robić. Nie wiedział, jak żyć w miejscu, gdzie budynki nie były podziurawione niczym ser, gdzie nie było ryzyka bombardowań w środku nocy, pożarów i zawalających się domów, gdzie nie było zagrożenia głodem i nagłą bezdomnością.
To denerwujące, myślał ponuro Alfred. Czuć się dziwnie w twoim własnym kraju i mieć wrażenie, że to Londyn był normalny.
Powinien być szczęśliwy, że znów jest u siebie…
Miał nadzieję, że z Arthurem wszystko w porządku.
Westchnął i przystanął na chwilę. Jego myśli wirowały. Przygryzł wargę, zastanawiając się nad słowami, które utknęły mu w gardle. Zamknął oczy i spróbował uspokoić swój oddech i szybko bijące serce.
Powinien pójść porozmawiać z pierwszą damą. Nie widział jej już długo – jej pewnie uda się sprawić, że znów poczuje się jak w domu.
Ktoś zapukał do pokoju – pokoju gościnnego – Alfreda. Naród podniósł wzrok.
- Proszę, otwarte.
Drzwi otworzyły się i ambasador wsunął głowę przez szparę. Uśmiechnął się, kiedy pochwycił spojrzenie Alfreda. Kraj również się rozjaśnił.
To było dziwnie, tak długo nie widzieć się z Winantem. Alfred nie zwykł mieć czasu dla siebie – jeśli nie biegał po Londynie czy nie odwiedzał Arthura, żeby wyprać dla niego koszule, to zwykle siedział w ambasadzie i pomagał Winantowi albo z nim rozmawiał. Teraz niemal przez cały dzień byli oddzielnie, a Alfred, pomimo przyjemnej rozmowy z pierwszą damą, spędził popołudnie samotnie.
- Panie ambasadorze – przywitał się Alfred, unosząc się ze swojego krzesła. Uśmiechnął się szeroko. – O co chodzi?
Winant zdjął kapelusz i westchnął.
- Czekam na rozmowę z panem prezydentem.
- Nie widziałeś się z nim jeszcze? – spytał Alfred, z powrotem opadając na krzesło. Winant przysiadł na innym, które stało po drugiej stronie owalnego stołu. Potrząsnął głową.
- Jest teraz bardzo zajęty. Rozumiem, że pewne sprawy muszą mieć pierwszeństwo.
Winant mówił spokojnie, spokojnie trzymał też swój kapelusz, lecz Alfred widział ogniki zaciekłości w jego oczach – dostrzegał, jak bardzo ambasador pragnął porozmawiać z Rooseveltem, powiedzieć mu te wszystkie rzeczy, które w sobie tłumił, że nie mógł się już doczekać, by opowiedzieć o nich prezydentowi Stanów Zjednoczonych.
- Rozmawiałem jednak z kilkoma szefami sztabów i członkami rządu – rzekł ambasador, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Przez cały ten czas zastanawiałem się…
- Nad czym?
- Jak do tego wszystkiego odnosi się rząd. Chociaż pan prezydent wydaje się nie odczuwać, jak bardzo pilne są potrzeby za oceanem, większość kierownictwa jest przekonana, że Stany powinny chronić brytyjskie konwoje przed zatapianiem.
Alfred poderwał się lekko, zaciekawiony. Nie spodziewał się tego.
- Naprawdę? – spytał. Winant skinął głową.
- To nie znaczy, że pan prezydent nie jest bardzo zaniepokojony sytuacją.
- Oczywiście – zgodził się Alfred. – On po prostu…
- Nie podejmie większych kroków – powiedział ambasador z westchnieniem. – Poczynił jednak jakieś starania. Małe kroki.
- Na przykład co?
- Amerykanie dostarczają zaopatrzenie bezpośrednio do wojsk brytyjskich na Bliskim Wschodzie. Nie muszą zatrzymywać się w Anglii, by wszystko przeładować.
- Chyba nie można nic na to poradzić, skoro wszystkie porty w większych miastach są teraz bombardowane – rzekł Alfred, odrobinę się uspokajając. Ze skupieniem słuchał Winanta. Tak długo był odłączony od własnych ludzi, że nie mógł już wiedzieć, co kto myślał czy czynił…
To, że wiedział, iż po drugiej stronie oceanu, w jego domu, byli ludzie, którzy jednak coś robili, było pocieszające, nawet jeśli tylko trochę. Spróbował zdusić te uczucia, ale nie udało mu się.
- Zezwolił również na naprawę uszkodzonych brytyjskich okrętów wojennych w amerykańskich stoczniach. A brytyjscy piloci są szkoleni na amerykańskich lotniskach – powiedział Winant. – Obie te rzeczy zalecił pan Harriman.
- Och – rzucił Alfred. – To dobrze, prawda? To są jakieś kroki.
- Z całą pewnością. Ale… nie wiem, czy Stany mogą twierdzić, że są kompletnie neutralne – odparł gładko ambasador, patrząc na Alfreda intensywnie. Naród zarumienił się lekko, ale Winant jedynie kontynuował. – Nie czynimy takich uprzejmości dla państw osi. W tej chwili paraliżujemy Japonię.
- No, w sumie tak – powiedział Alfred i zamilkł. Wzruszył ramionami. – Tak to wygląda.
- Hm – mruknął Winant, w dalszym ciągu przyglądając się twarzy kraju. Alfred przeklinał się za to, że jego uszy płonęły, pewnie wraz z resztą twarzy i szyją, zabarwiając się na jasny róż. Poprawił okulary.
- Jasne. To świetne… Znaczy się… Może… To naprawdę im pomoże, prawda? Brytyjczykom?
- Owszem – potwierdził ambasador. – Ale czy to wystarczy?
Alfred zmarszczył brwi.
- Pan prezydent powiększył także strefę bezpieczeństwa – ciągnął Winant, nim Alfred mógł odpowiedzieć. – W kwietniu.
- Nie mogę uwierzyć, że o tym nie słyszeliśmy. – Alfred jeszcze mocniej się skrzywił.
- Wiadomości mogą być przechwytywane. Wiesz o tym. I nie powinniśmy liczyć na pana Churchilla, jeśli chodzi o informacje o naszym własnym kraju. – Winant westchnął. – Jestem pewien, że… wspomniał o tym podczas naszych częstych… konwersacji. – Ambasador poruszył się niezręcznie i odchrząknął. – Ale rozmawialiśmy tak dużo, że musiało mi to umknąć. Mimo że to bardzo dobre wieści.
- No to…
- Tak?
- Czy… Jak duża jest teraz strefa bezpieczeństwa?
- Amerykańskie statki i samoloty patrolują więcej niż dwie trzecie powierzchni oceanu między dwoma krajami. Aż do Grenlandii.
Alfred kiwnął głową.
- Nie strzelą jednak, dopóki pierwsze nie zostaną zaatakowane – dodał Winant. Alfred znów skinął głową.
- To… wszystko? – spytał, ostrożnie podnosząc wzrok. – To wszystko?
- Zgadza się. – Ambasador bawił się kapeluszem i podniósł się z westchnieniem. – Ale ludzie, którzy są najbliżej pana prezydenta, są zaskoczeni i zaniepokojeni tym, co postrzegają jako bierność i niechęć do podjęcia śmielszych działań.
Alfred wstał i odprowadził Winanta do drzwi swojej sypialni. Spojrzał na zegarek i uświadomił sobie, że ambasador musiał mieć spotkanie gdzieś w Białym Domu.
- Prezydent… – zaczął cicho Winant, przyglądając się klamce. – Czeka na jakiś znak od opinii publicznej, a opinia publiczna czeka na jakiś znak od prezydenta.
Alfred poczuł zimno przebiegające po plecach.
- W takim razie co…
- „Wszelka możliwa pomoc" – rzekł cicho Winant – nie wystarczy, by uratować Anglię. – Westchnął. – Prezydent niechętnie odnosi się do kwestii wypowiedzenia wojny. To jest jasne. Woli raczej dostosować się do opinii publicznej niż na nią wpływać.
Milczeli przez długą chwilę. Ambasador stukał w klamkę. Alfred w końcu zmarszczył brwi.
- On… czeka. Prawda?
- Alfredzie?
- Na cokolwiek, co zdjęłoby odpowiedzialność z jego ramion – szepnął Alfred, patrząc na swoje stopy. – Mówi, że nie może mieć swojego zdania, że musi robić to, czego chcą obywatele. – W jego gardle pojawiła się duża gula. Mówił o prezydencie, ale również o sobie. – Czeka na coś, co da mu pretekst, żeby ochraniać brytyjskie konwoje albo wypowiedzieć wojnę… ale nie przyzna się, że sam tego chce ani nie przyzna, co według niego jest najlepsze. Bo… po prostu tego nie zrobi. Jest zdeterminowany… by utrzymać jedność narodową.
Winant uśmiechnął się słabo i podniósł dłoń, żeby dotknąć ramienia Alfreda. Po chwili je ścisnął.
A potem cofnął się i wyszedł z pokoju, zostawiając Alfreda samego z jego własnymi myślami.
Alfred wetknął głowę do pokoju, żeby zobaczyć, czy prezydent był w środku. Robił to już od paru godzin; głównie dla zabicia czasu, ale też dla znikomej szansy, że może jednak zobaczy swojego szefa po raz pierwszy od kilku miesięcy. Przynajmniej zobaczenie miejsca, którego od jakiegoś czasu nie widział, było interesujące. To pomieszczenie było ostatnie na liście, lecz Alfred naprawdę nie oczekiwał, iż kogoś znajdzie. Był więc zaskoczony, kiedy spojrzeli na niego wojskowi.
- Och, przepraszam, szukam tylko prezydenta – powiedział Alfred, mrugając oczami.
Jeden z mężczyzn odwrócił się, a Alfred usłyszał drugiego:
- To tylko ten pomocnik ambasadora.
Alfred zatrzymał się i zmarszczył brwi. Nie wiedział, jak zareagować na ten ton głosu – brzmiało to niemal jak odprawienie. Przyjrzał się bardziej. Rozpoznawał jedynie cztery osoby: naczelników obrony cywilnej, Stimsona i Knoxa, i szefów wojskowych, Marshalla i Starka. Pozostali, mimo że wysoko postawieni, byli nieznani Alfredowi. Wyglądało też na to, że i oni nie znali Alfreda – dla nich był tylko kimś, kto pracował dla Winanta.
Naród wyszedł z pokoju, ale nie odchodził od ściany. Ciekawość się w nim wzbierała.
Mężczyźni w pokoju przez chwilę jeszcze milczeli, ale później wrócili do rozmowy, którą Alfred najwyraźniej przerwał.
- To, że opinia publiczna jest niejasna i zagubiona, nic nie znaczy. Kongres i wojsko takie nie są. Niemal wszyscy członkowie kongresu są przeciwni wojnie i ochronie konwojów, nawet gdyby w jakiś sposób miało to powstrzymać Hitlera od zwycięstwa.
- Zaszliśmy już za daleko w pomaganiu Brytyjczykom. Istnieją pewne… wątpliwości, co do ich zdolności toczenia wojny czy przetrwania. Wystarczy spojrzeć na ich porażki w Grecji i północnej Afryce. Wszyscy widzą, że to tylko kwestia czasu, zanim upadną – zgodził się jeden z mężczyzn. Alfred nie kojarzył jego nazwiska. Poprzedni przejął pałeczkę, a Alfred bardziej przycisnął się do ściany, łapczywie chłonąc wszelkie nowe informacje.
- Opinia światowa jest taka, że Brytyjczycy są już skończeni. Mówi się tak w Ameryce Południowej, na Dalekim Wschodzie i w zachodniej Afryce. Są skończeni. Powinniśmy odciąć się od tego wszystkiego i martwić się teraz o nasz kraj, a nie jakąś marniejącą, wkrótce zajętą wyspę. Niby co oni zrobili dla nas?
- Nic dobrego nam nie przyjdzie z planowania wszystkich naszych ruchów z założeniem, że Wielka Brytania upadnie. To nie ma wojskowego sensu… – powiedział jeden, chyba Knox, ale Alfred nie był pewien.
- Nawet gdybyśmy mieli dołączyć do wojny, nasze wojsko nie jest gotowe. Jest za mało żołnierzy, którzy w dodatku są źle wyposażeni. A gromadzenie wszystkich naszych zasobów, żeby szkolić ich ludzi, tu nie pomaga.
- To konieczne, aby zapewnić im możliwość przetrwania…
- Dadzą sobie radę sami. A jeśli nie, to zostaną pokonani. To nie nasz problem. Europa nie jest naszym problemem.
- Zaangażowaliśmy się już wystarczający przez Lend-Lease i…
- Och, tak, jakieś marne ilości pożywienia. Ale nie broń, samoloty, czołgi czy cokolwiek innego. Nie produkujemy ich w wiele, a nawet jeśliby tak było, to nie mamy wystarczająco statków, żeby zawieść je do Wielkiej Brytanii.
Ktoś westchnął.
- To prawda. Przemysł amerykański opiera się zwiększeniu skali produkcji wojennej.
- Tak, życzę powodzenia w przekonaniu Henry'ego Forda do wykonywania rozkazów Brytyjczyków – prychnął jeden z mężczyzn.
- On ma całkowitą rację – powiedział kolejny. – Stanów nie stać na przełamanie izolacjonizmu. To nie nasza walka, a taką ją czynimy, gdy głaszczemy po główce umierający kraj. Naprawdę sądzicie, że Niemcy uwierzą w naszą neutralność, jeśli dalej będziemy to robić? Nie wysyłamy materiałów wojskowych Japonii, więc z jakiej racji mielibyśmy wysyłać je Wielkiej Brytanii?
- Należy zwiększyć starania. Oszukujemy świat. Ogłaszamy wszędzie po obu stronach oceanu, iż przez cały czas pożyczamy sprzęty wojenne, kiedy, w rzeczywistości, prawie wcale tego nie robimy. Chwalimy się, że wraz z Brytyjczykami jesteśmy przeciw Hitlerowi, a udzielamy się wręcz karygodnie mało.
- To nie nasz problem.
- Zrobiliśmy z tego nasz problem, więc powinniśmy być konsekwentni!
- Lepiej, żebyśmy pozostali tak niezaangażowani, jak to tylko możliwe. To walka Brytyjczyków. My nie musimy nic robić. Czynimy już dla nich wystarczająco dużo. Jest przecież Lend-Lease. Dajemy im wsparcie. Ale to nie jest nasza wojna i tak powinno zostać.
- To prawda. Wystarczy im to. Prezydent podjął właściwą decyzję.
- Ale jeśli my…
- Dadzą sobie radę. Nie ma powodu, by Ameryka się zaangażowała. I nie zaangażujemy się w to. Kongres nie wypowie wojny. Prezydent nie będzie ich do tego namawiał. Nie ma powodu, byśmy wzięli udział w kolejnej europejskiej walce.
Mężczyźni nadal sprzeczali się ze sobą. Czasami podnosili głos, a czasami ściszali go do niezadowolonego szeptu. Alfred słuchał ich i miał wrażenie, że coś dziwnego porusza się w jego brzuchu. Zmarszczył brwi i przez jedną krótką chwilę czuł udrękę i frustrację wszystkich tych ludzi – ludzi Arthura – których zostawił.
Waszyngton, z tą niechęcią się do przyznania, że porażka Brytyjczyków jest możliwa, albo, co gorsza, zachowujący się, jakby ci już zostali pokonani, był dla Alfreda całkowicie innym światem. To nie było przyjemne, to uczucie wykluczenia i odizolowania od swojego własnego kraju. Alfred potrząsnął lekko głową, zacisnął dłonie w pięści i przygryzł wargę, usiłując stłumić te emocje, ale nie był w stanie. To naprawdę było odprawienie, zachowywanie się, jakby Wielka Brytania już zniknęła. Albo może pobożne życzenia, idiotyczny optymizm, zbyt dużo rzeczy pozostawionych przypadkowi i za wiele „za mało, za późno".
- Nie rozumiecie powagi sytuacji – szepnął do siebie Alfred. – Nie widzieliście tego, nie widzieliście jego…
Ugryzł się w język i gwałtownie wciągnął powietrze. Czuł, jak jego ciało się napina.
A potem, nim zdążył się powstrzymać, rzucił się do drzwi i ponownie je otworzył. Mężczyźni zamarli, zaniepokojeni tak nagłym wtargnięciem, a Alfred wszedł do środka. Wiedział, że twarz ma nachmurzoną, ale nie obchodziło go to – był świadomy tego, że marszczy brwi i się krzywi.
- Albo obchodzi nas wynik tej wojny, albo nie – ale jeśli tak, to czemu nie dociera do nas, że gdy codziennie opóźniamy bezpośredni udział, to podejmujemy skrajne ryzyko, że albo przegramy wojnę, albo będzie nam dużo trudniej ją wygrać?
Mężczyźni wydawali się być zaskoczeni nie tylko niespodziewanym wejściem Alfreda, ale również pasją, z jaką mówił – a właściwie niemal krzyczał. Cały drżał, a dłonie zaciskał w pięści, ale nie odważył się przestać.
- Wytrzymałość Anglii się wykrwawia! – powiedział stanowczo, omiatając spojrzeniem pomieszczenie, bo nie był pewny, do kogo dokładnie kieruje swój gniew.
I wtedy uświadomił sobie, że właśnie wparował do tego pomieszczenia. W obronie Arthura. Zbladł lekko i wyprostował się. Odchrząknął.
- Eee…
Mężczyźni dalej ze zdumieniem się w niego wpatrywali. Po chwili wyraz twarzy jednego z nich pociemniał.
- Nie potrzebujemy, żeby jakiś z ludzi Winanta wykładał nam tu swoje żale.
Alfred zacisnął zęby, ale zdał sobie sprawę, iż się rumieni. Haniebne.
- Ja nie… – zaczął.
- Wszyscy wiemy, co czujesz w związku z tą sytuacją – rzekł inny, ledwo tłumiąc ironię. – Gdybyś mógł zrobić, co tylko byś chciał, już tego popołudnia mielibyśmy wojnę. Tyle, że w swoim pragnieniu eskalacji nie możesz zrozumieć złożoności tej sprawy.
Alfred jeszcze mocniej zacisnął pięści. Oficer kontynuował.
- Lepiej dla nas byłoby, gdybyśmy się wycofali. Brytyjczycy mogą zadbać o siebie i powinni to zrobić. Są imperium. Powinni być w stanie nakarmić i wyszkolić własnych ludzi.
- Nie masz o niczym bladego pojęcia – krzyknął Alfred. – Nie było cię tam… Nie wiesz…
- Masz stąd wyjść – rzekł kolejny mężczyzna, podchodząc do Alfreda i łapiąc go za ramię, by poprowadzić go w kierunku drzwi. – Nie jesteś członkiem resortu wojskowego, więc masz natychmiast wyjść. Twój ambasador niewątpliwie na ciebie czeka.
I po tym Alfred został bezceremonialnie wypchnięty z pokoju.
Winant wiercił się obok swojej ojczyzny. Alfred spojrzał na niego i kiwnął głową.
- Wszystko będzie dobrze, panie ambasadorze.
Winant lekko skinął głową; słuchał Alfreda tylko jednym uchem. Usilnie czekał, uzbrojony w wiedzę z pierwszej ręki o niebezpiecznym położeniu Anglii, aż Roosevelt do nich przyjdzie, żeby wreszcie móc poinformować go o potrzebie dołączenia do wojny. Spotkał się już z kilkoma innymi rządowcami, Alfred usłyszał niektóre z jego słów – słyszał energię, z jaką ambasador przemawiał, ledwo robiąc przerwy na wzięcie oddechu i niemal się nie jąkając.
Prezydent wszedł do pokoju. Wszyscy podnieśli się, ale Alfred nigdy wcześniej nie widział, żeby ambasador był tak spięty: plecy miał wyprostowane, brodę wysoko podniesioną, a brwi zmarszczone.
- Panie prezydencie – zaczął Winant.
Trzeba było przejść przez kilka formalności, parę wprowadzeń, poruszenie, gdy wszyscy siadali. Ambasador jednak przez cały czas się nie rozluźnił, zdeterminowany. Ani razu nie oderwał spojrzenia od Roosevelta.
Prezydent w końcu skinieniem głowy nakazał mu mówić, a Winant rozpoczął bez wstępów.
- Wielka Brytania stoi w obliczu rozpaczliwej przyszłości. Pilnie potrzebuje wojskowego wsparcia, w szczególności samolotów i czołgów, a również ochrony swoich konwojów przez amerykańską marynarkę. Nie tylko, aby ostrzegała przed atakami, ale by je broniła.
Alfred wodził spojrzeniem między ambasadorem a Rooseveltem, oceniając reakcję prezydenta na słowa Winanta i obserwując, jak ten żarliwie i z desperacją przemawia, w ogóle się nie rozluźniając.
- Nie ma prawdy w pogłoskach, iż Brytyjczycy są na skraju negocjowania pokoju – rzekł szybko ambasador. Alfred nie wiedział nawet, że taka plotka istniała. – Lecz jeśli Stany Zjednoczone nie zapewnią wystarczającej pomocy… Ich wola przetrwania, nieważne, jak silna jest, może zacząć słabnąć.
Prezydent nie odpowiedział.
- Nie możemy czekać zbyt długo, panie prezydencie – dodał Winant, zdesperowany.
Roosevelt jednak dalej milczał. Nie odezwał się, oblicze miał zachmurzone i zamyślone. Ambasador czekał, spięty; drżał lekko. Alfred pochylił się trochę. Nie wiedział, jaki miał wyraz twarzy, ale był pewien, iż także rozpaczliwie pragnął usłyszeć, co powie prezydent.
Roosevelt zwilżył wargi, odchrząknął i odwrócił się do adiutanta, który krążył za nim.
- Cztery tysiące okrętów do Islandii. Przejmą zadanie bronienia jej od Brytyjczyków. – Prezydent przerwał na jedną chłodną chwilę, a potem kontynuował. – Zawiadom marynarkę, że zezwalam, by ochraniały amerykańskie statki handlowe oraz te przewożące wojsko, o ile nie będzie to zbyt daleko od Islandii. Poucz ich, że mogą strzelać bez ostrzeżenia, jeśli będzie to konieczne.
Adiutant pospiesznie napisał coś na kartce, skinął głową i wyszedł z pokoju.
- Sir – powiedział cicho Winant, mimo że głos wciąż miał napięty. – Co z brytyjskimi konwojami? Czy nie powinny być chronione?
Prezydent pokręcił głową.
- Nie ponoszę odpowiedzialności za Brytyjczyków. Niczego nie zmienimy.
Winant opuścił ramiona.
- Sir, jeśli mogę…
- To już postanowione – przerwał mu prezydent. Alfred niemal zaczął się podnosić.
- Sir, sądzę, że…
- Ameryka – rzekł stanowczo Roosevelt, a Alfred zamarł – nie przystąpi do wojny. Nie, dopóki opinia publiczna się nie zmieni.
- Ale dużo ludzi przecież chce… – zaczął Alfred.
- Ich ilość ostatnio zmalała – powiedział prezydent.
- To dlatego, że nie zdają sobie sprawy z pilności sytuacji! – zaprotestował Alfred. – Sir, gdyby pan tylko bardziej wyjaśnił, jak tragicznie mają się sprawy za oceanem, wyjaśnił, jak bezpośrednie jest to zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, to…
- Nie pojmujesz złożoności tej sytuacji – przerwał krajowi prezydent. Alfred musiał przyznać, że wyglądał, jakby było mu odrobinę przykro. – Istnieje więcej czynników.
- Ale na pewno dobrze byłoby informować ludzi, w przeciwnym razie pochłonie ich apatia, tak jak… – jak mnie, szeptem dokończył jakiś głos. Ale tak naprawdę to nie jak jego – nigdy nie był całkowicie bierny. Starał się przekonać siebie, że nienawidzi Anglii – to nie była neutralność.
Coś zacisnęło mu się w piersi.
- Sir, ja… – zamilkł, z opóźnieniem zdając sobie sprawę, iż prezydent mu nie przerywa, tylko spokojnie na niego patrzy i czeka, aż będzie kontynuował. Przełknął ślinę. – Sir, ja…
- Sądzę, iż Alfred chce powiedzieć – wtrącił cicho Winant, kładąc na ramieniu narodu dłoń i lekko ją zaciskając – że jeśli ludzie w pełni zrozumieją, co dzieje się w Anglii, byliby w stanie podejmować bardziej świadome decyzje. Decyzja oparta na niewiedzy, panie prezydencie, nie jest prawdziwą decyzją.
Roosevelt przez chwilę nic nie mówił, ale potem pokręcił głową.
- Nic nie mogę na to poradzić.
Alfred wstał, zanim zdążył się powstrzymać, i zacisnął dłonie w pięści,
- Dlaczego jesteście tak zadowoleni z tego, że absolutnie nic nie robicie?
Doszło to do niego, że krzyczał, gdy wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem, a Winant wyciągnął rękę, by dotknąć jego ramienia.
Ale Alfred, trzęsąc się, odsunął się niego.
- Czemu tak się cieszycie z tego, że jesteście bierni i strachliwi, kiedy to wszystko wymyka się spod kontroli? Czemu nic nie robicie, kiedy oni wołają o waszą pomoc – naszą pomoc! Nienawidzą błagać, ale błagają! Potrzebują tego! A jeśli tego nie zrozumiecie, to wtedy Anglia… to wtedy Arthur… on...!
Gwałtownie wciągnął powietrze, a jego źrenice rozszerzyły się. Z oszołomieniem zauważył, co takiego robił – podnosił głos na swoich własnych ludzi, swojego prezydenta. Podnosił głos dla kogoś, z kim tak ciężko walczył, by się od niego uwolnić wieki temu. Dla kogoś, komu się przeciwstawiał, kogo nie doceniał, nienawidził. Kogoś, kogo nie chciał widzieć już nigdy więcej…
Nie chciał sobie tego wyobrażać – tego, że Arthur by zniknął. Ale to, jak starszy kraj siedział w wannie, opadał na kolana, krzyczał, stał w gruzowisku swego ludu – to było coś, co Alfred mógł, ale za żadne skarby nie chciał, sobie wyobrazić.
Głos uwiązł mu w gardle. Czuł, że się dusi, gdy usiłował coś powiedzieć.
- Alfredzie, uspokój się – szepnął mu do ucha Winant i lekko go odepchnął. Alfred chwiejnie odszedł na drugą stronę pokoju.
- Brytyjczycy nim manipulują. Często to robią. Tak nas wciągnęli do ostatniej europejskiej wojny. – Usłyszał jednego z wojskowych.
Zignorował go, chociaż czuł wzbierające się pragnienie, by zaprotestować. Wypuścił powietrze i oparł się ręką o ścianę. Nie było go zbyt długo. Czuł się za bardzo odłączony od swoich ludzi. Za bardzo odłączony od wszystkiego, co działo się wokół. To było za dużo. Nie mógł…
Wdech i wydech. Serce kołatało mu się w piersi, płuca miał ściśnięte.
W najdrobniejszych szczegółach pamiętał dźwięk syren, krzyki, pociski, bomby, bomby i bomby i… W najdrobniejszych szczegółach pamiętał zawalone domy, głodujące ciała, przestraszone spojrzenia. Pamiętał to wszystko, pamiętał…
Wiedział, że chce im pomóc. Ale miał związane ręce, utknął. Dryfował. Był uwiązany. Błąkał się.
Niczego już nie wiedział.
Zacisnął powieki i jeszcze raz wypuścił powietrze, usiłując uregulować swój płytki oddech, lecz nie udało mu się. Przeklął cicho pod nosem i wyprostował się.
Mężczyźni w dalszym ciągu rozmawiali. Winant mówił szybko; bez wątpienia opisywał sytuację po drugiej stronie Atlantyku. Alfred przyglądał im się, a jego ciało drżało. Roosevelt od czasu do czasu przerywał ambasadorowi, by zadać jakieś pytanie lub wydać polecenie swojemu pracownikowi, lecz Winant od razu podejmował temat i kontynuował rozmowę.
Alfredowi było za zimno i czuł się zbyt zagubiony.
Myślami wrócił do wspomnień o Arthurze. W trakcie wojny – i przed nią także. Krótkie chwile, podczas których widział go w przeszłości. Wielka wojna. Sporadyczne lata w dziewiętnastym wieku. I w osiemnastym…
Nie chciał już myśleć.
Westchnął. Poprawił krawat, a spoconymi dłońmi – kiedy one się aż tak spociły? – wygładził przód koszuli. Potem wrócił na tamto małe spotkanie. Ponuro i w milczeniu usiadł obok ambasadora, nie podnosił głowy. Nie mógł spojrzeć prezydentowi w twarz.
- Usiądź, Alfredzie – nakazał prezydent, gdy kraj wszedł do pokoju. Alfred został wezwany do Gabinetu Owalnego na rozmowę z Rooseveltem. Prezydent usiadł za biurkiem, złożył dłonie. Za oknem świeciło słońce – był ciepły, czerwcowy dzień.
- Sir, jeśli chodzi o wczoraj, to ja…
Roosevelt uniósł dłonie. Zapadła ponura cisza.
Prezydent przez moment nie poczynił nic, co wskazywałoby, że ma zamiar coś powiedzieć, przyglądał się tylko Alfredowi. Naród wiercił się na krześle, niepewny, czy powinien coś powiedzieć. Siedział tam i czuł się nieszczęśliwy i zawstydzony. Myśli mu wirowały, serce trzepotało, żołądek miał ściśnięty.
- Panie prezy…
- Spokojnie – powiedział Roosevelt. Nie uśmiechnął się – nie był tym typem, który często to robił. Przez dłuższą chwilę przypatrywał się twarzy Alfreda, a potem odchylił się na krześle. – Zastanawiałem się, co się stanie, jeśli udasz się za ocean.
Alfred zmarszczył brwi.
- Dlaczego mnie tam wysłałeś?
Prezydent pochylił się lekko i oparł łokcie na biurku. Dalej przyglądał się Alfredowi.
- Byłem ciekawy.
- Ciekawy czego? – dopytywał się Alfred.
- Kilku rzeczy. Znałem poglądy pana Winanta na temat Anglii. Znałem jednak również twoje stanowisko co do tej sprawy. Ciekawiło mnie, co zrobisz w tej sytuacji. I zastanawiałem się, czy, jako kraj, wpłyniesz na opinię publiczną.
- I wpłynąłem? – zapytał Alfred.
- Sam mi powiedz. – Alfred nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc się nie odezwał. – Ale dużo o tym myślałem od czasu naszego ostatniego spotkania – ciągnął Roosevelt. – Pan Winant wyjeżdża dzisiaj popołudniu. Ty jednak powinieneś zostać. – Alfred gwałtownie podniósł wzrok, a prezydent spojrzał mu w oczy. – Chyba, że wolałbyś inaczej.
- Ja…
Zamilkł. Roosevelt poczekał moment i podjął temat.
- Niektórzy z członków resortu wojskowego – ci, którzy wiedzą, kim jesteś – zasugerowali, że być może naród Anglii coś z tobą zrobił. – Alfred zmarszczył brwi, a prezydent złożył dłonie. – Zasugerowali mi, iż mógł jakoś tobą manipulować i dlatego tak zaciekle zareagowałeś. Czy sądzisz, że to może być prawda, Ameryko?
Alfred przez chwilę milczał, zatopiony w myślach. Czy Arthur nim manipulował? Przypomniał sobie ich pierwsze spotkania – to w Whitehall – gdy Arthur podkreślał, że umrze. To chyba mogła być próba manipulacji. Ale Alfred pamiętał wszystko, co stało się potem…
To, jak Arthur na niego patrzył, kiedy bomby uderzały o ziemię, to, jak na niego spoglądał i się nie zachwiał. Jak dalej był silny i zdeterminowany, jak mrugał oczami, by odpędzić łzy i jak odwrócił swoje spojrzenie w Bristolu. Jak, pomimo wszystko, chwytał się swojej dumy i uporu, nawet wtedy, gdy Alfred dostrzegał, jak wszystko z niego wypływa.
Ale pamiętał tę chwilę w Izbie Gmin. Pamiętał, jak łzy spływały po jego zabrudzonej twarzy i jak on sam trzymał się Alfreda i nie chciał go puścić. Ktoś prawdopodobnie mógłby nazwać to manipulowaniem.
Ale nawet podczas ich najszczęśliwszych lat jeszcze przed rewolucją, Arthur nigdy nie płakał. Nawet gdy już zaczęli walczyć – kiedy się kłócili, kiedy Arthur próbował zmusić go do zmiany zdania czy sprawić, żeby miał wyrzuty sumienia – nigdy nie płakał. Tylko w tamtej jednej chwili…
Alfred potrząsnął głową.
- Nie. To nieprawda. On nie robi takich rzeczy. Arthur jest… szczery. Nie obnosi się słabością w charakterze narzędzia.
- Arthur – powtórzył prezydent.
Alfred zamarł na chwilę. A potem kiwnął głową.
- Tak, Arthur.
- Rozumiem – stwierdził Roosevelt.
Siedzieli w milczeniu.
Alfred wziął głęboki wdech, spotkał spojrzenie prezydenta i wypuścił powietrze.
- Chcę wrócić. Chcę być tam dla niego.
- Jesteś pewien?
- Tak – odparł Alfred bez wahania. Roosevelt skinął głową.
- W takim razie powinieneś powiedzieć ambasadorowi o swojej decyzji. Oczekuję jednak, że wrócisz na swoje urodziny.
Alfred kiwnął głową i wstał.
- Dziękuję, panie prezydencie.
Roosevelt machnął dłonią, odprawiając go, i Alfred wyszedł z pokoju – śpieszył się, by znaleźć Winanta, by wrócić do Anglii.
Do Arthura.
Suszone jajka – jako że nie wiem, czy tylko ja nie dowierzałam, że coś takiego istnieje, zapodaję linkiem: ventus-aliance. cz / pl /zywnosc/suszone-jaja
Lotnisko LaGuardia – lotnisko obsługujący kompleks miejski Nowego Jorku, znajdujący się w nowojorskiej dzielnicy Queens. Trzeci co do wielkości przewozów pasażerskich port lotniczy aglomeracji nowojorskiej.
Anne O'Hare McCormick – korespondent zagraniczny dla The New York Times.
"Wszelka możliwa pomoc" – W oryginale autorka użyła terminu „All aid short of war". „Aid short" oznacza natychmiastową, podstawową pomoc w razie jakieś katastrofy (jak chociażby jeszcze całkiem niedawne wydarzenia w Japonii). Dostarcza się wtedy danemu regionowi różnego rodzaju podstawowe artykuły, jedzenie, ubrania, wodę, leki i tak dalej. „All aid short of war" oznacza więc taką właśnie pomoc w wypadku wojny.
William Franklin „Frank" Knox – polityk i dziennikarz amerykański. Knox, z przekonania bardziej liberał i przeciwnik izolacjonizmu, popierał politykę prezydenta Roosevelta, który powołał go, na sekretarza marynarki w roku 1940. Na tym stanowisku Knox odegrał wielką rolę w czasie II wojny światowej.
Henry Lewis Stimson – amerykański prawnik. Po wybuchu II wojny światowej i upadku Francji został w lipcu 1940 r. powołany przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta na stanowisko sekretarza wojny. Był gorącym zwolennikiem uchwalenia ustawy Lend-Lease i udzielenie Wielkiej Brytanii jak najdalej idącej pomocy.
George Catlett Marshall – amerykański dowódca wojskowy. W roku 1939 prezydent Franklin Delano Roosevelt mianował go szefem Sztabu Armii Lądowej. Marshall pełnił tę funkcję do 1945 roku.
Harold Rainsford Stark - od 1 sierpnia 1939 roku do 26 marca 1942 roku Szef Operacji Morskich (najwyższe wojskowe stanowisko w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, najwyższy dowódca operacyjny tej formacji Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych).
Sekretarz Marynarki Wojennej – bezpośredni cywilny zwierzchnik Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych.
Sekretarz wojny Stanów Zjednoczonych – stanowisko w gabinecie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Początkowo odpowiadał za wszystkie siły zbrojne Stanów Zjednoczonych. W 1798 roku utworzono nowe stanowisko sekretarza marynarki wojennej, wyjmując siły morskie z kompetencji sekretarza wojny.
