rozdział 10
"Łapiesz moje sny, Pająku,
w lepkie nici jawy
sączysz we mnie ciszę."
(przetłumaczony tekst inkantacji zaklęcia
zaczerpnięty z: „Sennik dla czarodziei" )
Boże, uratuj mnie. Wiesz, po co tu jestem? Weź mnie, weź mnie teraz. Odejdź, nie zbliżaj się. Po prostu odbij się i leć! Ona tam jest, wiem to! Mamo, mamo, proszę, obudź się, mamo! Nigdy nie widziałam tak wielkiego drzewa, myślisz, że mogłabym się na nie wspiąć? Jeśli dorzucisz dwa zęby jadowe zamiast trzech… nie, nie słuchaj go, kop dalej, mówię ci, kop dalej. Tu jest zimno i ciasno. Zamknął mnie, skurwysyn, pojeb, chuj jebany. Nie mogę oddychać, nie starczy mi tlenu. Kocham cię, posłuchaj, koch… Nie rób tego! Nie w ten sposób. Złapałeś go! Masz go! Dostaniesz wyjca, obiecuję ci to. To nie ta książka, muszę szukać dalej. Dziś nie ma gwiazd. Zanim zdążysz wyciągnąć różdżkę…
Hałas był tak potężny, że Harry musiał zatkać uszy. Przeklął w duchu swoją głupotę i pomysł, by wymówić zaklęcie zupełnie bez przygotowania. Spróbował zastanowić się, co zrobić, aby dźwięk nie rozsadził mu głowy. Miał wrażenie, że lada moment ogłuchnie, a jego mózg roztrzaska się o czaszkę. Kolejne sylaby przebijały błonę bębenkową, spływały do gardła i wylewały się z ust.
Kiedy zaczęło mu się robić ciemno przed oczami ― jazgot ucichł. Otworzył oczy.
Otaczały go setki pajęczyn, wiszące na szarych, martwych drzewach. Słońce stało wysoko na niebie i odbijało się w rosie przyklejonej do nici. Wiał lekki wiatr, który poruszał sieciami, i Harry'emu wydawało się, że te, ocierając się o siebie, cicho dzwonią.
Im bliżej podchodził, tym większe były krople, aż osiągały rozmiar wypukłych zwierciadeł. Nie zobaczył w nich swojego odbicia, tylko obce, dalekie postaci. Wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął napiętej powierzchni. Natychmiast rozprysnęła się w mokry pył.
Beatrycze Leowine stała na samym środku boiska od quidditcha. Dookoła niego latała pani Hooch na wielkiej miotle.
― Dalej, Loewine, rusz swój ciężki tyłek! ― krzyczała nauczycielka, podnosząc w jednej ręce tłuczek. Drugą, z gwizdkiem, przyłożyła do ust i ostry dźwięk przeciął rzeczywistość na pół. W jednej chwili tłuczek z zawrotną prędkością poszybował w stronę skulonej postaci. Betarycze pisnęła i wyciągnęła przed siebie ramiona w słabej obronie, ale piłka i tak ją dopadła. Dziewczynka zakryła głowę rękami i zaczęła bezradnie pochlipywać, przyjmując kolejne ciosy.
Ktoś poderwał ją z ziemi za koszulkę i już stała oko w oko z panią Hooch, choć ta straciła swoje charakterystyczne rysy.
― Mała Ryczka ― zaśmiała się złośliwie. ― Słaba, głupia, niepotrzebna. Brzydka, gruba łamaga. Powiedz mi, Ryczko, czy jest ktoś bardziej beznadziejny niż ty?
Beatrycze spojrzała w dół i przerażona spostrzegła, że jest prawie naga, że nauczycielka wykręca w uścisku jej koszulkę, odsłaniając tym samym całą biedotę nieładnego, niedojrzałego ciała. Zaczęła się szarpać, kopać i gryźć, ale nie potrafiła niczego dosięgnąć.
Nagle, bez uprzedzenia, spadła na ziemię miękką jak poduszka, która złapała ją równie bezlitośnie i dławiąco. Hooch pochyliła się. Przypominała teraz trochę jedną z pięciorocznych Krukonek.
― Co tam, serduszko? Czego byś chciała? Wiesz, doszły mnie słuchy, że niejaka Beatrycze Leowine jest zakochana… To prawda? ― Pociągnęła dziewczynkę za brodę, przyglądając się, jak ta z trudem łapie oddech. ― Powiesz mi w kim? ― Beatrycze płakała i kręciła głową. ― W sumie nie musisz. Myślisz, że on kiedykolwiek spojrzy na ciebie, Ryczko? Wielki Harry Potter nie jest dla takich jak ty.
― Wiem ― pisnęła dziewczyna i poddała się. Ziemia w jednej chwili wypluła jej ciało, postać rozwiała się w powietrzu. Beatrycze leżała sama na boisku, z rękami uwięzionymi pod mokrymi policzkami.
Kiedy poczuła, że padł na nią cień, uniosła głowę. Stał nad nią Harry Potter i delikatnie dotykał jej ramienia.
― Beatrycze? ― zapytał miękko.
― Zostaw mnie ― załkała dziewczynka. ― Zostaw mnie.
Harry nie posłuchał jej, ale podciągnął w górę i ostrożnie objął ramionami.
― Ćśś, Beatrycze. Już dobrze ― pocieszał, delikatnie kołysząc. Po chwili napięcie zniknęło i dziewczynka przylgnęła do niego całym ciałem.
Ktoś objął go od tyłu i przyssał się do szyi. Wzdrygnął się przestraszony, ale silne ręce trzymały go w miejscu. Gorąco, w jednej chwili. Ścisk żołądka. Mój Boże, Remus.
― Neville ― szepnął mu wilkołak wprost do ucha.
Serce gwałtownie przyśpieszyło, zmysły wyostrzyły się. Stał się lekki, czuł wirowanie w głowie. Dłonie były ciepłe i dotykały go wszędzie, wszędzie. To się nie dzieje, to się nie dzieje…Ale działo się! Lupin odwrócił go i pocałował gwałtownie, i to był moment, kiedy Neville przestał odbierać ze świata zewnętrznego jakiekolwiek bodźce prócz żaru języka, nieznacznego bólu, gdy ostre zęby przygryzały jego wargi. Rzeczywistość stanęła w płomieniach, było za dużo tlenu w powietrzu.
Znajdowali się w Wielkiej Sali, za plecami mając ustrojoną bombkami choinkę.
― Remusie, proszę, nie mogę dojść w samym środku Wielkiej Sali ― wyjęczał, próbując złapać oddech. Nie przetrwa, nie ma najmniejszych szans.
To było jak wchodzenie do wanny pełnej gorącej wody: ostry prąd ciepła, od stóp pod sam czubek głowy, ale też gęsia skórka i dreszcze na moment zanim pochłonie cię woda. Neville tonął.
Lupin nie słuchał go. Siła karmiona lykanotropią pozwoliła mu jednym szarpnięciem rozerwać materiał spodni. Jego ręce były jak wrzątek. Po chwili już Neville konwulsyjnie zadrżał, czując ciepłą spermę na brzuchu, swoją i cudzą, która mieszała się z krwią po zbyt gwałtownym pocałunku w szyję. Wilkołak go ugryzł.
Tylko przez moment czuł chłód ewentualnych konsekwencji. Potem stwierdził, że nic go to nie obchodzi.
Otoczony bezpiecznymi ramionami w końcu doszedł do siebie i otworzył oczy. Na drugim końcu Wielkiej Sali stał Harry Potter. I choć był to całkiem przyjemny sen, Neville obudził się z krzykiem.
― Przepraszam cię.
― Dobrze wiesz, że to nie są sprawy, w których „przepraszam" może cokolwiek zmienić. Zresztą nie masz za co przepraszać.
Milczeli, bo nie było za co przepraszać.
― Nie jest ci zimno?
Snape podniósł głowę znad filiżanki z herbatą. Spojrzał na siebie, jakby dopiero teraz zauważył, że jest w samej pidżamie. Było mu zimno.
Albus wstał i podał mu gruby, ciepły koc. Snape uśmiechnął się połową ust i starannie owinął nim nogi.
― Dziękuję ― powiedział w końcu, trochę zachrypniętym głosem.
― Nie ma za co.
Milczeli znów, bo nie było za co dziękować.
Na samym dnie było ssanie, tam się zaczynało. Płynęło grubymi żyłami w górę, wypełniając go pustką. Powoli trawiło kości, mięśnie, ścięgna, wlewało się do żołądka, zastępowało w płucach tlen. Wszelkie inne określenia: potrzeba, konieczność, chęć ― nie oddawały w pełni tego, co czuł. Niecierpliwe rozbijał kolejne krople, niezdolny, by myśleć. Musiał znaleźć, musiał, chciał, musiał… Ale wśród tysięcy snów tego jednego, który pragnął obejrzeć, nie było.
Minerwa stała między uczniami, czekając na swoją kolej, by podejść do szafy. Większość dzieci sięgała jej do ramion, a ona sama, w swoich sztywnych wełnianych szatach, czuła się zupełnie nie na miejscu.
― Lupin ― syknęła, starając się zwrócić na siebie uwagę kolegi. ― Lupin, przecież ja nie muszę wykonywać tego polecenia.
Wilkołak obrzucił ją karcącym spojrzeniem i wrócił do instruowania stojącego na przedzie Gryfona.
― Lupin ― spróbowała raz jeszcze, gdy kolejka przesunęła się naprzód i znalazła się bliżej nauczyciela. ― To niedorzeczne. Jestem wicedyrektorem tej szkoły. Nie muszę ćwiczyć jakiegoś idiotycznego zaklęcia odstraszającego boginy! Moja reputacja…
― Minnie, stój spokojnie ― ostrzegł ją Lupin tonem wyjątkowo przypominającym jej matkę.
McGonagall niepewnie spojrzała w kierunku szafy.
Mimo absurdu całej sytuacji przesuwała się wraz ze szpalerem swoich podopiecznych, powtarzając za nimi i w myślach: Ridiculus!, Ridiculus! Nerwowo rozglądała się na boki, ściskając w ręce różdżkę. W końcu nie było między nią a boginem nikogo, nawet Lupin znikł gdzieś w kłębach uczniowskich szat. Tylko ona i bogin. Ona i bogin. Pokój wypełniło głośne bicie jej serca.
Czekała, ale nic się nie stało. Nie przybrał żadnej postaci. Zmieniony w klauna przez poprzedniego z uczniów stał, kiwając się żałośnie, i patrzył jej w oczy. Obejrzała się, szukając Lupina, ale miała za sobą już tylko pustą klasę.
― Ridiculus!― krzyknęła na wszelki wypadek. Czar nie zadziałał. Bogin bezradnie rozłożył dłonie, nie spuszczając z niej wzroku.
Więc nie ma dla mnie nic, nawet strachu. Dopiero wówczas Minerwa poczuła, że ogrania ją panika.
Ukucnęła i objęła ramionami kolana, kryjąc twarz.
― Wieki tego nie robiłem ― krzyknął Harry na tyle głośno, by Neville go usłyszał. Świst powietrza, adrenalina, nieskończona przestrzeń lasu i jeziora. Z trudem łapał oddech.
― McGonagall zabije nas, gdy się dowie, że skoczyliśmy z twojego okna ― wysapał Longbottom, kiedy zrównali się w locie. ― Przykład dla uczniów i inne brednie.
Harry roześmiał się głośno. Już zapomniał, jak to się robi.
― To był twój pomysł ― zastrzegł sobie i przyśpieszył.
Tego ranka Neville zapukał do jego komnat z dwiema miotłami w ręce.
― Czas, żebyś wyszedł, Potter ― powiedział od progu i bez pytania wszedł do środka.
― Nigdzie się stąd nie ruszam ― wymamrotał gospodarz i podciągnął spodnie od pidżamy, które zjechały poza linię bioder. Dopiero się obudził. Podszedł do kuchenki i wstawił wodę na herbatę.
― Jeśli nie wyjdziesz drzwiami, wypchnę cię przez okno ― zagroził Neville i usiadł na parapecie, podziwiając widoki.
To były zwykłe szkolne miotły, ale w trudnych warunkach ostrego pikowania prosto na jeden z wewnętrznych dziedzińców sprawdziły się doskonale. Uczniowie, którzy mieli okazję przyłapać swoich nauczycieli na tak nieregulaminowym zachowaniu, przyglądali im się z otwartymi ustami. Obaj szybko obrali kurs na jezioro i las. Harry czuł, że z każdym szarpnięciem miotły, podmuchem wiatru wytrząsa z siebie ospałość i marazm, i coś jeszcze, coś, co trudno było mu nazwać.
― Było fantastycznie ― wydyszał w końcu, kiedy wylądowali na niewielkiej polance nad brzegiem jeziora. ― Już dawno… ― Uciął.
Neville najwyraźniej nie musiał wiedzieć, czego już dawno nie robił.
Na poszyciu widać było smugi śniegu, wiosna dopiero zaczynała przebijać się przez zmarzniętą ziemię.
― Śniłeś mi się dziś ― powiedział nagle Neville. ― To był bardzo dziwny sen.
Radość stopiła się jak śnieg. Harry poczuł ucisk w gardle.
― Tak? ― zapytał trochę niepewnie, mając nadzieję, że głos mu się nie załamie. ― Co ci się śniło?
Neville, najwyraźniej nieświadomy zmiany w jego zachowaniu, roześmiał się głośno.
― Lupin. Któż by inny. ― Wrażliwe ucho znalazłoby w jego tonie nutkę goryczy. ― Byłeś tam. Patrzyłeś na nas. Jak… no wiesz. Przepraszam, nie chciałem cię zawstydzać ― wymamrotał nagle speszony.
― Nie! ― zaprzeczył szybko. ― Nie, na pewno to był bardzo… ekscytujący widok. ― Zrobiło się dziwnie drętwo. ― Jak wam… jak ci idzie?
Neville wzruszył ramionami i spojrzał na jezioro.
― Nie chcę go stracić. Bez większych zmian. Próbuję… ― Zaciął się i spojrzał na Harry'ego. Jego szare oczy zapłonęły przez chwilę. ― Sam nie wiem, co próbuję. ― Westchnął zrezygnowany.
― Ubezpieczasz się. Nie chcesz, żeby cię zranił. To… normalne.
― Nie wiem, czy nie chcę, żeby mnie zranił ― zaśmiał się ponuro jego towarzysz. ― Jestem tchórzem, nic więcej.
― Jesteś Gryfonem, nie możesz być tchórzem ― Harry udał oburzenie, starając się rozluźnić nieco atmosferę.
― Taa, z pełnym poświęceniem i odważnie bronię swojej dupy. Literalnie ― zakpił Longbottom i dosiadł miotły. ― Ścigamy się do głównej bramy? ― spytał i nie czekając na odpowiedź, odbił się od ziemi.
Kiedy wrócili do zamku, właśnie kończyło się śniadanie. Neville wziął jego miotłę, by odnieść obie do schowka. Harry wszedł w strumień uczniów, kierując się w stronę Wielkiej Sali. Podniósł wzrok i ujrzał stojącą na środku korytarza Beatrycze Leowine wpatrującą się w niego nienaturalnie powiększonymi przez soczewki oczami. Przyciskała książki do piersi tak mocno, że jej dłonie lekko zsiniały.
Ona nie wie, nie wie.
Harry uśmiechnął się uprzejmie, odwrócił wzrok i skręcił w boczny korytarz.
Już nie musisz walczyć. Nie musisz ciągle walczyć. Wojna się skończyła. Jedyne, co musisz, to wbić tutejszym bachorom do zakutych łbów, że kiedy wsypią sproszkowane żabie jelita do wywaru z korzeni tulipanowca, to sobie bezczelne gęby poparzą i tyle. To twoja praca. Resztę wolnego czasu można spędzić na czymś konstruktywnym, na czymś, co nie jest zabijaniem, kłamstwem czy ledwie przetrwaniem. Nie trzeba walczyć. Nie musisz się zżymać.
Możesz pić dobrą herbatę, czytać książki, mieć spokój. Spokój, który jest niczym więcej jak ciszą i pustką.
Nie musisz walczyć z Albusem i jego genialnymi planami, ani z resztą kolegów, którzy nigdy ci nie ufali. Nie musisz walczyć z Potterem, który z Pottera ma w sobie coraz mniej.
Jesteś dorosły, Snape. Przeszedłeś przez piekło, ale masz je już za sobą.
Już nie musisz walczyć. Możesz po prostu zamknąć oczy i spać, i śnić o czymś przyjemnym.
I spać.
