X. Powrót ladacznicy
- Mówiłam ci już, że jesteś wariatką?
Zmroziłam Carrie groźnym spojrzeniem. Siedziałyśmy razem na angielskim, i nic nie wskazywało na to, aby Billy pojawił się w szkole.
Zdziwiło mnie to, bo obiecał, że będzie dzisiaj. Minął już prawie miesiąc od mojego przybycia do szkoły, a Chris zdążyła już zostać zdetronizowana w uczniowskiej hierarchii. Teraz była nawet niżej od Sue Snell, z racji że Sue przyjaźniła się ze mną. Ba, Chris walczyła teraz o „marne" trzecie miejsce z...Carrie. Tak, tą samą Carrie, moją najlepszą przyjaciółką, dotychczas uważaną za dziwaka, a teraz nazywaną przez wielu „jedną z najfajniejszych lasek w całej szkole".
- Jakieś milion razy, ale...tak, mówiłaś. – ostatnie dwa słowa wypowiedziałam z takim naciskiem i jadem, że Carrie aż się w sobie skurczyła.
- No dobra, daruj. Po prostu nie sądzę, że powinnaś tak szybko rozwijać swoją znajomość z Billym.
- To jest już związek, a nie znajomość, Carrie. Z tego, co pamiętam, to ty umawiasz się z Lou. A to też do czegoś zobowiązuje, nie sądzisz? – Carrie zarumieniła się. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Od Ethana, który był kilka dni temu w centrum handlowym, dowiedziałam się, że Carrie miała już za sobą swój pierwszy pocałunek. Jak łatwo się domyślić, to Lou był tym szczęściarzem. – No widzisz? Więc zamilcz.
- Ale ja się z nim jeszcze nie przespałam! – próbowała się bronić po cichu Carrie. Parsknęłam śmiechem, ale szybko się opanowałam, widząc spojrzenie Chris.
Tak, Chris. Tej Chris Hargensen. Jędza perfidnie podmieniła sobie plany zajęć, aby być na tych samych ze mną, Carrie i Billym. Jędza przebrzydła. Niech no ja ją tylko dorwę...
- Ekhm...klaso. – przerwał mi nagle moje rozmyślania profesor West. Zerknęłam na niego zaniepokojona. Profesor co chwilę poprawiał swój krawat, i patrzył się znacząco na mnie. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zerknąć w jego umysł, i momentalnie zamarłam, przerażona.
Boże, tylko nie to...
- Billy. – jęknęłam cicho, łapiąc się za głowę. Carrie spojrzała się na mnie przestraszonym wzrokiem.
- Co jest? Co się stało Billy'emu?
- Klaso...wasz kolega, Billy Nolan...miał wypadek. – syknęłam zajadle, mordując spojrzeniem Chris, która tylko uśmiechała się triumfalnie.
No tak...no bo czyja inna sprawka to mogła być?
- Co mu jest? – spytał się zaniepokojony Lou Garson, patrząc się przez chwilę w naszą stronę. Nauczyciel odetchnął ciężko.
- Wpadł pod samochód. Jego stan jest stabilny, i wyliże się z tego. Chciałem jednak... – nie pozwoliłam mu skończyć. Zanim nauczyciel dokończył swoją sentencję, ja wstałam z impetem.
- Panie profesorze, chciałabym opuścić lekcje. – profesor spojrzał się na mnie wyzywająco, ale szybko zrozumiał, co miałam na myśli, gdy mój wzrok stanął z pełnią furii na Chris. Nauczyciel też już domyślił się, czyja to była sprawka. No i wiedział, kto teraz umawia się z Billym.
- Dobrze, panno Bestron. Jako wasz wychowawca, napiszę ci zwolnienie. Ale musisz komuś napisać, że dotarłaś już bezpiecznie.
- Carrie potem panu przekaże wszystko. – zapewniłam nauczyciela, po czym złapałam swoje rzeczy i pognałam z sali. Pięć minut biegu na wysokich obcasach i już byłam przy swoim porszaku. Kolejna minuta i już wyjeżdżałam z parkingu. Kolejne piętnaście minut, i już byłam naprzeciw szpitala. Wysiadłam szybko z samochodu, zatrzasnęłam go, wyjęłam komórkę, wysłałam SMS-a do Carrie, po czym wbiegłam do środka i dosłownie wylądowałam na kontuarze recepcjonistki. Ta spojrzała się na mnie zalęknionym wzrokiem.
- Na którym oddziale znajduje się William Nolan? – spytałam się jej. Kobieta przyjrzała mi się uważnie.
- Mam nadzieję, że pani to nie Christine Hargensen? – teraz to ja przyjrzałam jej się uważnie.
- Nie. – odpowiedziałam, lekko zdezorientowana. – Ja jestem Serena Bestron. – recepcjonistka nagle zrozumiała, kogo miała przed sobą, i głośno wciągnęła powietrze.
- Och, najmocniej przepraszam! Pan Nolan po prostu wręcz ubłagał nas, abyśmy nie wpuszczali tej Hargensen na oddział. Nie wyjaśnił nam jednak, dlaczego.
- Pewnie dlatego, bo to ona stoi za jego wypadkiem. – powiedziałam na głos. Recepcjonistka ponownie zamarła. – Jeśli Chris Hargensen tu się zjawi, proszę niezwłocznie zadzwonić na policję. Jeśli nie, to jak stąd wyjdę, to proszę się przygotować na to, że niedługo ta „młoda dama" się u państwa zjawi. A teraz proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę Billy'ego.
- Oddział, a którym leży pan Nolan, znajduje się na pierwszym piętrze. Jak wejdzie pani po schodach, to proszę skierować się na prawo, a potem to będzie...czwarta sala po lewej stronie.
- Dziękuję. – powiedziałam, i już mnie nie było. Dosłownie niecałe trzy minuty zajęło mi dotarcie na oddział Billy'ego i dobiegnięcie do jego sali. Gdy tylko do niej weszłam, zmęczony wzrok Billy'ego mnie powitał. Widząc mnie, Billy uśmiechnął się słabo.
- Serena...spodziewałem się ciebie...zwiałaś z lekcji? – zaśmiałam się, słysząc to. Podeszłam do niego, po czym usiadłam na krześle obok jego łóżka i spojrzałam się na niego uważnie.
- Profesor West jest od dzisiaj moim dłużnikiem. Hargensen musiała obejść się smakiem, jak zobaczyła, jak wybiegam z sali za pozwoleniem nauczyciela. Ona sama zwieje ze szkoły pewnie dopiero po angielskim. Czyli za jakieś dwadzieścia minut. – nagle zmarszczyłam lekko czoło, i przechyliłam głowę w bok. – Billy...dlaczego powiedziałeś personelowi szpitala, żeby nie wpuszczali tu tej suki?
- A jak sądzisz? – Billy zaśmiał się gorzko. – To ona za tym wszystkim stoi – znowu. Idę o zakład, że gdyby nie to, że moja matka była tego świadkiem, i zawołała sąsiadów, to jak nic zostałbym przejechany jeszcze kilka razy. – słysząc to, zacisnęłam mocno pięści, aż mi całe pobielały. Billy spojrzał się na mnie zaniepokojony.
- Serena...co ci jest?
- Domyśl się. – warknęłam, próbując się uspokoić. Nagle poczułam, jak Billy cały sztywnieje.
- Serena...w szpitalu też występują samozapłony. – gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam dwa średniej wielkości płomienie, jakie tańcowały po sąsiednim łóżku, które, na całe szczęście, było wolne.
- Cholera! – zaklęłam, usiłując się uspokoić. Płomienie zniknęły w chwilę potem.
Nie wiem, ile Billy siedział tak i wpatrywał się w miejsce, gdzie do niedawna były płomienie. Wiem za to, że już się domyślił, że nasz dom nie był nawiedzony.
- Serena... – zaczął Billy, odwracając się do mnie. Nie był przestraszony, co najwyżej mocno zaskoczony. Zdziwił mnie tym mocno. – To...to twoja sprawka? Jesteś...czarodziejką?
