Lokiego nie było obok, kiedy się obudziłam. Na stole stało śniadanie, lecz po bogu oszustw został tylko zmierzwiony koc i wgniecenie w poduszce.

Założyłam pierwsze ubranie, które wisiało na wieszaku i nie przyglądając się mu dokładnie, wyszłam z komnaty. Przed oczami mignął mi jedynie błękitny materiał i ciemna skóra, z której zrobiono spodnie.

W progu zatrzymała mnie szabla, którą Fandral zablokował mi przejście.

- Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia, a ty je lekceważysz - powiedział z pełną ironią w głosie, opierając się o framugę.

- Nie lekceważę, tylko odkładam - odparłam. Schował szablę i jak małemu dziecku kazał wrócić mi do środka.

- Z rozkazu muszę kazać ci zjeść wszystko, co przynieśli.

- Czyjego? - parsknęłam i usiadłam przy stole.

- Tajemnica wojskowa - szepnął i sięgnął po kromkę jasnego pieczywa.

- Chcesz mi pomóc to zjeść? Chyba nie myślą, że sama dam radę.

- Nie. Ale mogę ci pomóc wypić wino.

- Jak można pić alkohol od samego rana - burknęłam, wypijając wodę zamiast procentowego trunku. Podałam mu kielich.

- To nie jest alkohol. Na Ziemi mylicie wino z czymś, co my pijemy na co dzień - Fandral wziął potężny łyk czerwonego, gorzkiego napitku. Zabrałam się do jedzenia.

Westchnęłam. Na Ziemi dużo rzeczy było robionych zupełnie inaczej, niż tu.

- Mogę iść? - spytałam go, kończąc. - Wiesz, gdzie jest Loki? Albo chociaż Thor?

- Są na naradzie. Mam cię tam wysłać.

- Jak twój kuzyn? - zapytałam, przypominając sobie, że kilka komnat ode mnie Alistar nadal może przechodzić bój z własnym umysłem.

- Wraca do siebie. Mówi, że w nocy słyszał krzyk - bóg szermierki zmarszczył brwi. - Pewnie wciąż nie wyszedł z szoku.

Wyszłam jak najprędzej, uśmiechając się uprzejmie, aby zachować resztki szczątkowego pożegnania.

...

Widząc opustoszałą salę tronową, skierowałam się tam, gdzie Valentine dwa dni temu zgromadził wojskowych.

Przy obracającym się hologramie stał Thor, a obok niego Sif. Na moment cel znalezienia Lokiego spadł na drugi plan, gdyż po lewicy obu asgardzkich bogów ledwo trzymał się na nogach Valentine.

- Wejdź - poleciła mi bogini. - Spodziewamy się ciebie.

Przekroczyłam próg, lecz nie odrywałam letalnego wzroku od Dowódcy.

- Zgodnie przyznaliśmy, że twoje rady mogą się okazać cenne w tej sytuacji - ciemnowłosa Azynka przecierała szmatką długą, srebrną włócznię. Nie rozumiałam, w jakiej sytuacji moje rady były cenne i po co na mnie czekali. Absurd gonił absurd. Co Ziemianka, do tego nie do końca będąca człowiekiem mogła doradzić bóstwom, do których tacy jak ja kiedyś kierowali modlitwy?

- Coś poszło niezgodnie z planem?

Ostatnie słowo ciężko przechodziło mi przez gardło. To był plan, który musiał być zrealizowany z mojej winy.

- Nie, wręcz przeciwnie - Sif nie raczyła spojrzeć na mnie, zamiast tego wolała patrzeć na swoją połyskującą broń. - Ale więzień zniknął zaraz po uwolnieniu w Niflheimie. Wojownicy donoszą zgodnie, że rozpłynął się w czarną chmurę dymu. Może ty wiesz coś więcej o tym, jakie ma dalsze zamiary. Tobie w końcu był skłonny powiedzieć więcej, niż komukolwiek z nas - uniosła brew.

- Nikt z was nie kwapił się do przesłuchań - odparowałam. - Wspomniał coś o armii, którą chce pozyskać za pomocą Eteru, ale szybko skończył temat.

Zapadła cisza. Ukradkiem zauważyłam, że Valentine na twarzy ma siniaki podobne do opuchlizn Thora. Ktoś nie zawahał się odpłacić za bark Alistara i tym kimś mógł być Fandral. Nie zaczynałam nieprzyjemnego dla niego tematu wypuszczenia Elfa, kiedy był w wyjątkowo dobrym nastroju.

- Noże, które zostały użyte podczas wszystkich trzech ataków też się rozpłynęły, prawda? - włączył się wyglądający na zmieszanego Thor. Najwyraźniej gubił się w całej tej trudnej i niejasnej sytuacji. Powoli ja też zaczynałam tracić ciągłość. Dużo rzeczy działo się w ciągu kilku dni i nie tylko ja musiałam w związku z tym podejmować dużo decyzji, czasem niezwykle trudnych.

- Dwa z nich, trzeci zlikwidowałam własnoręcznie - Thor pokiwał głową na znak, że zrozumiał. Jedynie bóg piorunów wyrażał zainteresowanie tym, co miałam o powiedzenia, choć wyglądał, jakby rzeczywiste zrozumienie moich słów sprawiało mu trud. Sif wgapiała się w włócznię, jakby była to co najmniej włócznia z brylantów, a Valentine miał lada moment się przewrócić. Może bogowie jednak potrzebowali mojej pomocy.

- Wszystko jest powiązane i łączy się w jedną, logiczną całość - usłyszeliśmy głos biegnący z wejścia do pomieszczenia. Melodyjny, pewny siebie i silny ton mógł należeć tylko do jednej osoby.

Loki pocałował mnie w czoło, podchodząc do zgromadzonych. Każdą małą cząstkę mojego ciała wypełniło ciepło, jakby do każdej komórki dotarł jasny płomyk palących się w rogu ognisk. Uśmiechnęłam się na krótką chwilę, zapominając, że obok stoi cała śmietanka asgardzkich bóstw. Sif uraczyła obdarzyć mnie zaskoczonym spojrzeniem.

- Gdzie byłeś? - Thor skutecznie gasił przebłysk geniuszu w oczach Lokiego, którego przybyciem wydał się być niezbyt zachwycony.

- Opracowywałem plan zniszczenia Dziewięciu Krain, bracie - odparł. Pewnie nie byłam jedyną, która zaczęła zastanawiać się, czy mówi sarkastycznie, czy nie. Nigdy nie można było być pewnym, Loki nigdy nie dawał stuprocentowej gwarancji, że nie blefuje.

Thor przewrócił oczami.

- Wytłumacz nam do czego doszedłeś - nakazał.

- Evidun obiecał królowej Helheimu Eter w zamian za armię, którą poprowadzi najprawdopodobniej na Asgard. Szturm odbędzie się w najmniej oczekiwanym dla nas momencie, na przykład w nocy. Kiedy River opuści Asgard, Evidun spali tą Krainę i będzie szukał Eteru aż do skutku, aby zapłacić za armię. Wymorduje wszystkich Asów, którzy nadarzą się pod nóż w akcie zemsty za to, co Asgardczycy zrobili Elfom tysiące lat temu.

- A co zrobili? - z ust Gromowładnego padło pytanie, na które odpowiedź powinien znać lepiej chociażby ode mnie.

- Z rozkazu króla Bora wycięli wszystkie Mroczne Elfy, które znaleźli w Svartalfheimie i pozostałe Elfy z Alfheimu. Pokój na millenia został okupiony krwią rasy, z którą Asgard był w sojuszu. Gobliny nigdy nam tego nie darowały, z całym szacunkiem, River.

Pokiwałam głową. Nie czułam żadnej więzi z moją drugą rasą, więc nazwanie nas goblinami nie uraziło mojej elfickiej godności. Przeciwnie.

- Stąd umowa z Hel - wtrącił Valentine słabym i gardłowym głosem. Sif zmarszczyła brwi. - Ciąży jednak na niej klątwa, która nie pozwala jej opuszczać swojej Krainy. Jedynie podczas Złączenia może wybrać się po dusze zbiegów z zaświatów. Raz została wyswobodzona z tego przekleństwa i pomógł jej w tym Malekith. Chciał przecież pomścić przodków. Ten goblin może chcieć zrobić to samo. Powinniśmy przygotować się do możliwej defensywy.

- Valentine ma rację - wtrąciłam. - Powiedział mi, że dostał w spadku misję po moim ojcu. Zleciła ją Alflyse.

- Alflyse została stracona podczas tamtej wojny - powiedział Loki.

- Mogła kazać zrobić mu to, co zrobił krótko przed śmiercią - mruknęła Sif, zaprzestając polerowania włóczni.

- Niech Fandral i Volstagg dołączą o szóstej, przedyskutujemy to wieczorem - słowa Thora miały oznaczać rozwiązanie narady. Sif chwyciła Dowódcę za rękaw i wyprowadziła z sali. Dopiero wówczas zauważyłam kajdany na jego sinych nadgarstkach.

- Jak ci minęła noc, bracie? - zaczął Loki, używając swojego najbardziej irytującego tonu. - Bez zakłóceń?

Thor westchnął przeciągle.

- Nie tęsknisz za swoją ziemską ukochaną? Czemu jej tu nie zabrałeś? - ciągnął Kłamca, wgapiając się w przyrodniego brata szeroko otwartymi, zielonymi oczami.

- Jane jest stanie, który śmiertelni nazywają śpiączką, Loki. Mieliśmy wypadek. Heimdall powinien ci o tym powiedzieć.

Laufeyson nieoczekiwanie spoważniał. Nie lubił wybranki brata i wszyscy dobrze o tym wiedzieli, ale nie pozostawał wobec niej do końca obojętny.

- Szukam w Asgardzie pomocy. Przybyłem, aby prosić ojca o zgodę na zabranie jej tu.

- Powinieneś od razu ją zabrać. Eir umie leczyć wszystkie istoty.

- Ziemscy lekarze mówili mi, że sami musieli wprowadzić ją w ten długi sen - oczy Thora w kącikach zajęły się ledwo widocznymi łezkami, których bóg za wszelką cenę nie uronił. - Po to tylko tu jestem. Muszę wracać do niej jak najszybciej, jeśli ojciec śpi. Nie mam jego zgody.

- Zwołałeś przed chwilą kolejną naradę - prychnął Loki.

- Muszę wracać. Nie mam wieści o jej stanie od przybycia do Asgardu. Jeśli zdążę, będę, jeśli nie, to ty zajmiesz moje miejsce - syn Odyna podniósł z ziemi Mjollnir. - Wrócę, jak tylko upewnię się, że mam jeszcze czas.

Pojawił się w mojej głowie plan, aby zabrać się razem z Thorem na Ziemię. Odwlekałam tylko moment, kiedy będę musiała powiedzieć o tym zamiarze Lokiemu. Czarnowłosy nie był mu przychylny.

- Nie próbuj mi wmówić, że tak mi ufasz - rzucił Loki do wychodzącego brata. Thor zatrzymał się i odwrócił przez ramię.

- Oszukałeś mnie. Okłamałeś mnie kolejny raz. Dałem się tobie omamić, a ty to wykorzystałeś. Myślałem, że nie żyjesz na dobre, ale ty zawsze musisz wyjść cało z każdej sytuacji. Niech cię trafi szlag! Kiedyś to się odwróci i zobaczysz, Loki, będzie za późno na kolejne miraże - Thor dźgnął brata palcem w mostek. Bóg kłamstw zdobył się na zawadiacki uśmieszek.

- Idź, mój synu - machnął ręką wskazując Thorowi kierunek. Gromowładny powstrzymał swój temperament i wyszedł, choć widziałam, jak kurczowo zaciskał dłoń na młocie.

- Gdzie byłeś tak naprawdę? - zapytałam zaraz po tym, jak kroki brata Lokiego nie były już słyszalne.

- Kilka nudnych, boskich spraw, jak ubieranie się i mycie. Dużo nas nie dzieli w tej kwestii.

- Mamy kilka godzin wolnego, możemy się przejść? - zaproponowałam.

...

Asgardczycy powoli zajmowali kamienne ławki i przechadzali się po ścieżkach wokół fontann, sadzawek i roślin o fantastycznych kolorach pozakręcanych liści i strzelistych pni. Gwar trwających na dziedzińcu ćwiczeń i rozmów przez pierwsze minuty powstrzymywał mnie od odezwania się.

- Musimy porozmawiać - przełamałam pierwszy lód.

- Widzę, że oboje mamy sobie coś do przekazania - Loki obrzucił mnie uśmieszkiem.

- Nie spodoba ci się to, co ja chcę powiedzieć - odparłam, unikając pokazania cienia jakiejkolwiek emocji na twarzy. Byłam poważnie rozdarta, lecz powrót do Midgardu był moim obowiązkiem. Szczególnie kiedy na wolność wyszedł Evidun i zagrażał mojej matce równie realnie, co Asgardowi. - Nie mogę zapewniać bezpieczeństwa sobie, ryzykując życiem mojej matki. Muszę wrócić na Ziemię.

- Oboje jesteśmy monotematyczni. Evidun się do niej nie zbliży. Twojej matki dzień i noc pilnuje dziesięciu Einherjarów. Żaden Elf nie zajdzie takiego oddziału.

- Myślałam, że...

- Że jest na Ziemi sama? Że nie ma ochrony przed Elfem?

- Tak.

Byłam przekonana, że to z jego inicjatywy Valentine wysłał swoich żołnierzy na Ziemię. Pilnowanie człowieka, o którym nie wiedzieli nic ponad to, że jest ważny i że trzeba go utrzymać przy życiu nie było zbyt zaszczytnym zajęciem dla mężnych asgardzkich wojowników.

- Wysłaliśmy ich, kiedy schwytano więźnia.

Wspięłam się na palce i niespodziewanie pocałowałam go w policzek.

- Rozumiem, że to znaczy...

- Dobrze rozumiesz - uśmiechnęłam się. - Dziękuję. Nie musiałeś tego robić, a zrobiłeś.

- Zrobiłem to z tego samego powodu, dla którego nie zostawiłem wtedy umierającej dziewczyny w Jotunheimie.

- Wiem - skinęłam głową. - Wykorzystałeś szansę na zrobienie czegoś dobrego. Uratowanie życia.

- Nie - pokiwał głową. - Poczułem, że znalazłem osobę, której życie muszę uratować, bo ona uratuje moje i że muszę zmienić jej los, bo ona zmieni mój.

Moje serce wzięło górę nad rozumem. Objęłam jego szyję ręką i przysunęłam do siebie.

Potem pocałowałam boga oszustw.

Zaskoczyłam go. Mógł nie podejrzewać mnie o żywienie uczuć innych, niż wdzięczność wobec jego osoby, choć wysyłał wiele sygnałów, po których poznałam, że moje uczucie do niego działa w dwie strony.

Pierwszy raz choć na chwilę przestałam myśleć o czyhającym na nas zagrożeniu, Elfach, więźniach i morderstwach, a uwagę skupiłam na kimś, kto zasługiwał na nią o wiele bardziej. Nie na długo.

- Gołąbki? - usłyszałam głos Fandrala. Obok niego stał Valentine, nadal skuty. Delikatnie odsunęłam się od Lokiego. Spojrzałam na boga szermierki pytająco. - Możecie podejść z nami do Zbrojowni?

...

- Czy coś zginęło? - spytał Loki. Szerokie korytarze prowadzące do podziemi potęgowały jego i tak donośny głos.

- Absolutnie nie, Zbrojownia to najlepiej strzeżone miejsce w Dziewięciu Krainach. Ale zauważyliśmy pewną niepokojącą anomalię - odparł Fandral.

Byłam blisko zapytania go, jaką, ale uprzedził mnie Loki.

- Wyrocznia zmieniła kolor - wyjaśnił Valentine.

Loki ściągnął brwi, jakby nie umiejąc uwierzyć słowom żadnego z Asgardczyków. Ja też miałam wątpliwości co do tak świetniej ochrony przed włamaniem.

- To praktycznie niemożliwe.

Weszliśmy na schody, które kończyły się w Zbrojowni. Dobrze kojarzyłam tę drogę.

- Sam zobaczysz, jeśli mi nie wierzysz na słowo.

- Jest tylko kilka sytuacji, możliwości, kiedy Wyrocznia zmienia kolor.

- Ale jedna opacja, kiedy zmienia na czarny - odparł z rezygnacją Dowódca.

Pochodnie ledwo tliły się, w powietrzu wzrosła wilgoć. Valentine chwycił w dłoń jedną z nich i oświetlił dalszą drogę. Przy Wyroczni stało dwóch Einherjarów.

- Kiedy zaczęła zmieniać kolor? - Loki przypatrzył się dobrze Artefaktowi.

- W nocy.

Tam, gdzie wypływała biała chmura i trzeszczały małe pioruny, złowrogo unosił się czarny dym. W sercu Artefaktu kłębiła się wirująca czerń. Czerń uderzająco podobna do tej, która zajęła miejsce elfickiego noża.

Asgard też nie wyciągnął nauki z tego, co może się stać, jeśli nie zapanują nad swoją dzikością.

Evidun pojawiał się przed moimi oczami z każdym ich zamknięciem. Oparłam się plecami o ścianę, walcząc z bólem głowy.

Potrzebuję armii, a ty pozwolisz mi ją posiąść.

- Powiadomcie Heimdalla, niech zadba o wzmocnienie straży przy Moście... - tłumaczył Loki Asom. Oparłam dłonie na kolanach, zgięłam się. Przypomniałam sobie, że oni widzą przecież Odyna, a ja jestem zupełnie niewidoczna.

- W porządku? - zapytał Valentine. - Dobrze się czujesz?

Skinęłam głową, dysząc jakbym właśnie ukończyła maraton, kryjąc chęć zrobienia mu choć najmniejszej krzywdy. Ciągle też widziałam, z jaką wściekłością rzucił się na Alistara.

- Musimy porozmawiać - powiedziałam, wstając. Loki oderwał wzrok od strażników. - Jestem z powrotem za chwilę - zapewniłam Lokiego, choć sama niezbyt w to wierzyłam. Zielonooki kiwnął głową.

Odeszliśmy od nich na odległość, w której nie mogli już usłyszeć, co mówimy.

- Co to miało być?! - wrzasnęłam. - Co ci odbiło?

- Nie pamiętam, River. Nic nie pamiętam.

- Mogłeś go zabić. Było blisko.

- Zrobiłem komuś krzywdę? - zmarszczył brwi.

- Tak. Wybiłeś Alistarowi bark i zrobiłeś mętlik w głowie. Co ma sobie pomyśleć o przełożonym, który chce mu rozszarpać gardło? Do tego elfickim nożem?!

- C-co? - zdziwienie na twarzy Dowódcy na pierwszy rzut oka wydawało się być prawdziwe.

- Elfickim nożem, Valentine. Evidun zrobił ci z mózgu sieczkę, a ty nic nie pamiętasz?

- Nic. Mam dziury w pamięci. Przestałem pamiętać, co robiłem w nocy. Sif mnie wytargała związanego z komnaty i zaprowadziła na naradę. Potem nagle mi się przypomniało, jak wielki mamy problem.

Chwyciłam się za głowę.

- Nikt nie chciał mi powiedzieć, co się stało.

- A co robiłeś wczoraj? Co pamiętasz? - zapytałam.

- Poszedłem na obchód Zbrojowni. Sprawdzałem skład broni białej i zobaczyłem, że brakuje kilku noży, chociaż żadna to była nowość.

- Jakich noży brakowało?

- Po ataku Mrocznych Elfów składowaliśmy pozostałą po nich broń.

Grunt zaczął uciekać spod moich nóg. Czułam, jakby ktoś bawił się moimi nerwami i stykał je raz po raz z innymi.

- Tak właśnie kazał Vottowi zabić Augina i tobie Alistara. Tu chodzi o broń.

Wróciłam do Lokiego i Fandrala niemalże biegnąc.

- Nowy problem - zakomunikowałam. - Musicie spalić broń z Arsenału - wyjąkałam. Fandral zdziwił się.

- Jaką znowu...

- Elficką broń - ubiegłam jego pytanie.

- Macie w składzie broń Mrocznych Elfów? - nie dowierzał Loki. - Idioci. Skończeni idioci.

Fandral wbił w Czarnowłosego pełen dezaprobaty wzrok.

- Tak się właśnie rozprzestrzenia ta furia, ten amok.

- Zbierzcie oddział i czekajcie na rozkazy pod wejściem do Arsenału - polecił Loki Einherjarom, nadal pod postacią swojego przybranego ojca.

- Nie wiedziałem, że ty teraz podejmujesz takie decyzje - wtrącił swoje Valentine.

- Wszechojciec śpi, Thor jest w Midgardzie. Jak myślisz, kto jest kolejny w linii dziedziczenia tronu?

- Nie udawaj króla, Loki. Przynajmniej nie Asgardu.

Mięśnie boga kłamstw stężały. Zauważyłam, jak jego ręka szykuje się, aby wziąć zamach i wylądować na nosie Dowódcy. Złapałam Zielonookiego za ramię i pociągnęłam ze sobą.

- Chodź. Mamy robotę do zrobienia. Odpuść - powiedziałam, usiłując załagodzić sytuację. Valentine naciągał do granic możliwości cienką linię między zgodą, a niekoniecznie bezpiecznym w skutkach konfliktem z Lokim.

- Za dziesięć minut pod składem - zawołał Fandral.

- Musisz ochłonąć - powiedziałam, kiedy wyszliśmy na słońce.

...

Asgardzcy żołnierze ułożyli w stos całą broń, która została zebrana po ataku Mrocznych Elfów. Czarny zbiór różnorakich pistoletów, karabinów i białej broni z długimi ostrzami jaśniał koło Arsenału i wzbudził małe zainteresowanie ludności złotej Krainy.

Trzech Einherjarów wylało z beczek strumień alkoholu na ciemną masę amunicji i jeden z nich przyłożył do stosu palącą się pochodnię. Całość zajęła się ogniem w bardzo szybkim czasie. Płomienie pochłonęły broń w mgnieniu oka.

Pozostały proch Fandral nakazał wyrzucić do wody.

- Thor może się wściec - szepnął Loki, kiedy wróciliśmy do mojej komnaty. - W końcu nie spytaliśmy go o zgodę.

- A mieliśmy jak? - zmarszczyłam czoło. - Z resztą na pewno zrobiłby to samo, co my, gdyby wiedział. Evidun jest utemperowany. Teraz twój brat może się zająć ratowaniem Jane, a nie Krainy.

- A ty możesz wrócić do matki, prawda? - pochmurnie dodał Loki.

- Wiesz, że muszę - odparłam, nalewając do szklanki wody.

- Pozwól mi wrócić z tobą.

- Nie możesz. Jesteś królem. Asgard potrzebuje króla, a ty bardzo chciałeś tronu.

- Kiedy nic innego mi nie zostało, chciałem tylko władzy. Moje priorytety się zmieniły od tamtego czasu - wstał i odstawił swoją szklankę koło mojej. Założyłam ręce na siebie.

- Więc powiedz mi, co jest twoim priorytetem? - nonszalancko wygięłam głowę w bok, czekając na odpowiedź.

- Zagłada świata, zniszczenie Ziemi, przejęcie Eteru - wyrecytował, z każdym kolejnym przerażającym zamiarem, zbliżając się do mnie.

- Niedobrze. Bardzo niedobrze - parsknęłam. Blefował, byłam pewna.

Nastała cisza, podczas której Loki wpatrywał się w moją twarz z dużym zaciekawieniem.

- Powiedziałaś Thorowi, że wpadłaś w portal podczas Złączenia - zaczął. - Pamiętasz, jak się dostałaś do Jotunheimu?

- Słabo. Pamiętam, że byłam w Londynie. Wyjechałam na tydzień, żeby rozejrzeć się za mieszkaniem, albo uczelnią. Szłam ulicą i coś mnie ogłuszyło. Poczułam, jak uderzam o samochód z taką siłą, że urwałam kawałek blachy, który wbił mi się w nogę. Potem pamiętam tylko, że ktoś mnie niósł, a resztę znamy oboje - odparłam.

- Nie chciałaś stąd uciec, zanim ci powiedziałem o patrolu matki?

- Kiedy się dowiadujesz, że jesteś Mrocznym Elfem z Eterem pod skórą, to uwierz mi, ale jedyne czego chcesz, to uciec od samego siebie. Dzięki tobie tu zostałam. Miałam tydzień na wymyślenie czegoś, zanim minie czas wyjazdu do Londynu. Ale i tak muszę powiedzieć jej wszystko, co wiem. Może ona też jest w to wplątana, może wie, jak trzeba działać z Evidunem.

Usłyszałam dźwięk krzątaniny na niższych piętrach, ale był zbyt niewyraźny, abym się nim przejęła.

- Nie chcę, żebyś wracała na Ziemię, chociaż muszę ci pozwolić. Nie jesteś ani moim więźniem, ani własnością.

- Czemu? Boisz się, że zrobię zamieszanie? - uśmiechnęłam się.

- Boję się, że nie wrócisz - bąknął Loki. Spoważniałam, słysząc takie wyznanie. Laufeyson nie należał do osób, które otwarcie mówiły o swoim lękach, uczuciach, czy nawet wątpliwościach.

Hałas dochodzący z dołu nabrał na sile, ale kolejny raz spadł na drugi plan. Nie mogłam przecież biec w środek każdego jednego zamieszania.

- A gdybym ci obiecała, że wrócę? - powiedziałam cicho. - Byłbyś bardziej przychylny wysłaniu mnie do Midgardu?

- Może trochę tak - odparł. - Chcesz tu wrócić?

Jego pytanie zabrzmiało dziwnie. Umiałam mu na nie odpowiedzieć jedynie zadając kolejne.

- A chcesz mnie tutaj z powrotem? - uśmiechnęłam się, nie odsłaniając zębów.

Na dole coś głośno uderzyło o ziemię.

- Jest już szósta? - zapytałam, patrząc w kierunku drzwi. - Twój brat już wrócił?

- Nie wiem - Loki uniósł brwi i skierował się do wrót. Odchylił je i wyjrzał na zewnątrz. - Mało prawdpodo...

Usłyszeliśmy krzyk, lecz nie ze strachu, a ze wściekłości. Ktoś na dole wpadł w furię. Pomimo zniszczenia elfickiej broni, nadal coś mnie niepokoiło.

To nie może być kolejny atak Eviduna, powtarzałam sobie, ale ciężko było mi ustać na miejscu.

Minęłam Lokiego w drzwiach i zeszłam po schodach na parter.

...

Przed wejściem do Lecznicy dwóch strażników powstrzymywało rosłego dryblasa przed wtargnięciem do środka. Chociaż napierśnik miał zakryty ciemną narzutą, rozpoznałam w nim Thora.

- Eir, powiedz mi, że jej pomożesz! - wrzasnął błagalnym tonem, zanim jeden z Einherjarów zamknął wejście do asgardzkiego szpitala.

- Nie możesz tam wejść, przykro nam - strażnik odepchnął Thora.

- Jestem synem króla Asgardu i nie będzie mnie dwóch pachołków...

- Thor - powiedziałam, wchodząc bogowi piorunów w słowo. Odwrócił się do mnie, ale jego mina spoważniała, kiedy ujrzał za mną Lokiego. Kłamca musiał pójść za mną. Inaczej nie byłyby sobą. Nie palił się do odstąpienia ode mnie od czasu zabrania mnie z Utgardu, a mnie to nie przeszkadzało i z czasem zaczął mi pasować taki stan rzeczy. Ja też nie chciałam się od niego oddalać. Chodziliśmy praktycznie wszędzie razem, albo spotykaliśmy się po chwilowym rozdzieleniu.

- Coś się stało Jane? - zapytałam, usiłując dowiedzieć się dlaczego zrobił takie zamieszanie. W uspokajaniu boga nie pomagała z pewnością jego wybuchowość.

- Umiera - jęknął i odwrócił wzrok. Odszedł od nas i stanął między dwoma łukami wpuszczającymi do przedsionka pałacu dużo światła powoli zachodzącego słońca. - Byłem na Ziemi. Powiedzieli mi, że jest z nią źle i że się nie obudzi, więc odłączą ją od tych skrzynek.

W miarę jak wyjaśniał mi, co zaszło w Midgardzie, zaczęłam z przerażeniem patrzeć na zamknięte drzwi Lecznicy.

- Powiedziałeś, że to przez Eter, prawda? - zapytałam, chcąc się upewnić.

- I przez wypadek. Ale głównie przez Eter. Za długo była jego żywicielem.

Podążyłam w kierunku wrót obstawionych dwoma strażnikami, ale zatrzymał mnie Gromowładny.

- Możesz jej pomóc? - spytał słabym i zmęczonym głosem, jakby ktoś wyssał z niego całą radość i sens, dla którego stąpał po ziemi i nie ulegał żadnej z dotychczasowych przeszkód, a było ich wiele, zbyt wiele.

- Mogę spróbować - odparłam. Posłałam Lokiemu porozumiewawcze spojrzenie i przeszłam między dwoma strażnikami bez słowa. Iluzja Kłamcy była bardzo skuteczna i jeszcze bardziej pomocna.

Podeszłam do płaskiego podestu, na którym leżała Ziemianka. Zdziwiony wzrok Eir mnie nie powstrzymał.

Złapałam dłoń Jane i ścisnęłam ją z całej siły, myśląc jedynie o tym, jak Eter na zawołanie zaczął przeskakiwać z mojej ręki do jej ręki. Czerwona flara zabłyszczała pod skórą ukochanej Thora. Klęknęłam.

W uszach nagle zaczęło mi piszczeć, ale nie poddałam się, kiedy pod nogi rzucono mi pierwszą kłodę. Moja ręka zaczęła drżeć, ale walczyłam o życie Jane tak samo, jak o życie Fandrala, jednak nie potrzebowałam nic więcej, niż własnej siły i nikt nie mógł mi ani pomóc, ani przeszkodzić. Złapałam jej zimne palce również w drogą dłoń.

Zamknęłam oczy, skupiając całą uwagę na przekazaniu jej chociaż cząstki energii, którą posiadał Eter. Jeśli zniszczył jej ciało, to mógł je naprawić, skoro miał możność do zniwelowania silnej elfickiej trucizny z małą domieszką krwi Mrocznego.

- Musisz się obudzić - oparłam czoło na naszych ściśniętych dłoniach. Szukałam w sobie tego samo zacięcia, które pozwoliło mi zniszczyć nóż na dziedzińcu, rzucić się na Valentina w obronie Alistara, czy chociaż negocjować z wrogiem , kiedy chodziło o życie Fandrala.

Jane nagle otworzyła oczy. Wzięła głęboki haust powietrza i zaczęła gorączkowo błądzić wzrokiem wokół siebie. Przytrzymałam je dłoń.

- Na bogów, zrobiłaś to! - zawył z radości Thor. - Zrobiłaś to - ciężka dłoń Gromowładnego spadła na moje ramię. Dopiero wtedy puściłam delikatną i małą dłoń kobiety, której życie udało mi się odratować. Kolejnej osobie pozwoliłam uciec z łap śmierci. Nie docierała do mnie wielkość moich zasług, dopóki nie zobaczyłam wybuchu radości na twarzy ukochanego prawie nieznajomej mi Jane Foster i zdziwienia na jej twarzy.

Odwróciłam się do Lokiego. Uśmiechał się półgębkiem.

- Nigdy już nie nazywaj siebie słabą - szepnął, przysuwając usta do moich włosów. Uśmiechnęłam się, lecz czułam, jak opuszczają mnie siły. Zacisnęłam dłonie.

- Dziękuję - powiedział Thor, obejmując ukochaną. Widać było, że ciężar z jego serca spadł.

Więc czy z mojego również mógł? Czy mogłam w końcu poczuć, że mój powrót na Ziemię nie pociągnie za sobą konsekwencji, które odczuje Loki, Thor, cały Asgard?

Był tylko jeden sposób, aby to sprawdzić. Opuściliśmy naradę, bo i tak żadne z nas nie miało nic do powiedzenia, może oprócz spalenia broni z Arsenału. Poszłam zmienić ubranie i szybko odwiedziłam łazienkę.

Po pół godzinie stanęliśmy z Lokim na podeście Bifrostu. Jasne promienie asgardzkiego Portalu pożegnały mnie na moment przed tym, jak tajemnicza siła wysłała nas na Ziemię.