– Stiles, mów powoli. – warknął Danny. Z trudem rozumiał Stilesa gdy tego uderzało ADHD z pełną mocą.
/Lidia potrzebuje naszej pomocy! Musimy jechać do lasu./ warknął Stiles i Danny przewrócił oczami. Oczywiście był w trzy minuty gotowy do wyjścia.
– Zadzwonię po Ethana. – westchnął przytrzymując ramieniem telefon przy uchu, gdy wiązał buty.
/Nie! Nie, nie! No! Żadnego Ethana! Tak bardzo żadnego Ethana!/ krzyknął Staliński. /To misja dla ludzi./
– Staliński, zaczynam się ciebie bać. Chcesz mnie wziąć do lasu i mam nie mówić o tym mojemu chłopakowi? Planujesz coś? – zapytał Danny zabierając kurtkę. Słyszał jak Stiles krztusił się słowami i musiał mieć niemożliwą minę.
/Danny, to poważne! Weź całą broń z domu!/ warknął Stiles i trzeba było oddać mu, że wydawał się szczerze przerażony.
– Okej, podjeżdżaj, ale wciąż wisisz mi wyjaśnienia. – odpowiedział Danny. Wyciągnął z dna szafy specjalnie przygotowany plecak na wypadki nagłe i podbramkowe. Miał w nim jarzębinowy pył i sproszkowaną jemiołę, magazynek kul z tojadem (dzięki za przepis na produkcję, Kate Argent, ty suko), srebrny nóż z zastawy ślubnej rodziców, dwie latarki i nożyce do metalu. Poszedł do sypialni rodziców i wyciągnął pistolet z głębi szafy. Miał nadzieję że rodzicom nie będzie dziś potrzebny. Załadował broń i wsunął za pasek.
– Hej, Danny, schodź! – powiedział niedorzecznie głośnym szeptem Stiles stojąc pod oknem Danny'ego i ten zastanawiał się skąd Staliński wiedział które okno było jego. Co więcej, nie wiedział na jaką cholerę ten tak czaił się.
– Idź do frontowych drzwi! – warknął Danny rzucając na głowę Stilesa plecak. Ten pokazał mu kciuk w górę i pobiegł do frontu domu. Mahealani zszedł na dół dbając, aby broń była dobrze schowana za paskiem i pod kurtką.
– Mamo, idę ze Stalińskim do Lidii. Mamy projekt z historii. – rzucił Danny dochodząc do frontowych drzwi. Mama uśmiechnęła się do niego szeroko.
– Dobrze, nie siedźcie do późna. Znowu będą boleć Cię oczy. – powiedziała mama a Danny uśmiechnął się wąsko. Czuł się tak winny okłamując mamę.
Wyszedł na zewnątrz i niemal wpadł czołowo na Stilesa. Poszli szybkim krokiem do jeepa i wsiedli. Danny poprawił pistolet za paskiem, aby wygodniej leżał gdy siedział.
– To co takiego dzieje się że nie możemy wziąć Ethana? – zapytał Mahealani, bo naprawdę lepiej czułby się mając obok swojego alfa–silnego chłopaka wilkołaka. Lepszy niż trzydziestka ósemka, choć naprawdę nie narzekał. Danny umiał strzelać prosto, choć żaden był z niego król strzelców.
– Lidia mogła wspomnieć, że jeśli wilkołaki pojawią się w pobliżu Dereka zaczną rozszarpywać się wzajemnie. Coś takiego, nie ma kompletnie sensu. – odpowiedział Stiles i musiał nie rozumieć o czym mówił. Danny przewrócił oczami i spojrzał w okno pasażera. Niewiedza była błogosławieństwem. Cholera, Danny sądził że tylko samice wilkołaków mają tak intensywne ruje, że wywołują szał bitewny w samcach.
– Więc my, ludzie, mamy odganiać wilkołaki od Dereka zanim… co? Dotrzemy do Deatona? – zapytał Mahealani zerkając na Stalińskiego.
– Najwyraźniej. Nie wiem co dzieje się, ale Lidia jest mi winna wyjaśnienia. – odpowiedział Stiles skupiając się na drodze. Danny milczał, ale był słaby w ukrywaniu emocji.
– Coś wiesz, Danny? Hej, mów! – warknął Staliński i szarpnął Danny'ego za ramię. Ten wrócił do rzeczywistości.
– Słuchaj, jedyny raz kiedy wilkołaki rozszarpują członków własnego stada dla innego wilkołaka to rywalizacja podczas godów. Ten kto pierwszy posiądzie takiego wilkołaka, ten będzie jego panem. – odpowiedział Danny a Stiles pojechał zygzakiem.
– CO?! – krzyknął Stiles. Danny zaparł się o drzwiczki i deskę rozdzielczą. Rany, jak Staliński jeszcze żyje tak jeżdżąc?!
– Ruje, okres godowy! Jesteś świadom, że to dlatego Derek zaatakował Cię w pierwszej kolejności? – warknął Danny jeszcze nie gotowy puścić drzwiczek.
– Tak, ale to był wypadek! – warknął kolega i naprawdę Mahealani nie wierzył, że Staliński może być tak naiwny. Nie, Danny nie będzie nic mówił. Nie był typem narzucającym swoje opinie innym.
– W każdym razie, jego chemia musi działać teraz odwrotnie. Zamiast on atakujący innych, będzie ściągał na siebie inne wilkołaki. – odpowiedział Mahealani starając się wymyśleć jakieś wytłumaczenie stanu Dereka. – Jak naturalne zabezpieczenie przeciw zostaniem samemu.
– Ale Aidan i Ethan, Isaak i Scott tak nie szaleją? – zapytał Stiles. Danny uciekł spojrzeniem w bok. Może mówić tylko za siebie, ale Ethan był w okresie jesiennym bardziej głodny fizyczności, nie tylko seksu, ale i przytulania czy trzymania za rękę.
– Mogłem zauważyć pewne zmiany w zachowaniu Ethana, ale nie, nie jest groźny. – odpowiedział Danny i totalnie nie będzie rozmawiał z Stalińskim na temat swojego pożycia. Wystarczy że Jackson dopytywał się, bo sam miał w Londynie problem z rujami i chciał wiedzieć wszystko od Ethana na temat dawania sobie z tym rady. Nie żeby Danny nie cieszył się, że jego najlepszy przyjaciel dogadywał się z jego chłopakiem, ale były tematy przy których nie chciał być nigdzie w pobliżu, jak spontaniczna manifestacja dodatkowych części w okolicy genitaliów.
Jackson śmiał się z Danny'ego, że ten był zbyt pruderyjny i nieśmiały, i że małym cudem było, że znalazł sobie w ogóle chłopaka.
– Może to dlatego że wszyscy kogoś mają? Wiesz, ty i Ethan, Lidia i Aidan, Allison i Isaak, a Scotty ma nas wszystkich, wiesz stado. – odpowiedział Stiles a Danny pokiwał głową. Musiało być okropnie nie mieć nikogo, jak Derek. Danny nie sądzi, że przeszedłby w jednym kawałku przez wyjście jako gej bez mamy i Jacksona. Był winien kosmosowi oddać całą tą dobrą energię jaką dostał.
Zaczynało ściemniać się. Muszą dotrzeć do domu Hale'ów zanim zapadnie zmrok. Zobaczył zaparkowany w pobliżu samochód Argentów. Tylnia szyba była wciąż pęknięta, jak gdy Ethan i Aidan zwrócili go dwa tygodnie temu.
– Okej, okej, Laura! Uspokój się, bo zaczynasz rozdzielać się! Już jest Danny i Stiles. Patrz! Uspokój się! – krzyczała Lidia na powietrze i Danny uznał że to za dużo nienormalności na raz. Martin spojrzała na nich i zaśmiała się.
– Nie, to Danny. Stiles to to blade siedemdziesiąt kilo sarkazmu. – zaśmiała się Lidia do swojej wymyślonej przyjaciółki Laury.
– Lidia, z kim gadasz? – zapytał ostrożnie Stiles. Danny wyciągnął swój plecak z tylniego siedzenia jeepa. Allison sprawdzała profil łuku.
– Scott prosił mnie żebym wywołała ducha kogoś kto pomoże nam znaleźć Dereka, bo rozpłynął się od kiedy zaatakował Cię. Do tego chłopaki znaleźli Petera kręcącego się w pobliżu. Same złe znaki. Laura to duch, który przybiegł nam z odsieczą przez planszę Oujia. – powiedziała Lidia z uśmiechem. Stiles zmarszczył się patrząc na nią. Cóż, Lidia była banshee – mistycznym łącznikiem pomiędzy światem żywych i zmarłych – duchy chętniej się do niej odzywały i skłonniejsze były służyć, zamiast krzywdzić. Poza Peterem, ale on był socjopatą.
– Planszę Oujia? – zapytał Stiles tonem złego nauczyciela.
– Wiem, wiem, ale konsultowaliśmy się z Deatonem. Powiedział że wszystko jest w porządku, póki nie rozumiem Laury. Znaczy, rozumiem ją, bo dał mi ten wisiorek. To jakiś talizman pomagający tylko czasowo. – odpowiedziała Lidia. Danny naprawdę sądził, że między nią a Stilesem było dziwne podobieństwo: tony sarkazmu, odwagi w stawaniu naprzeciw nadnaturalnych, ta paplanina gdy byli zdenerwowani. Danny wziął lusterko z torebki Lidii i spojrzał w nie, tak aby widzieć co miał za plecami. Zrobił swoje badania – duchów nie widzisz bezpośrednio.
Spojrzał w czerwone oczy kobiety za plecami Lidii, a ta patrzyła prosto na niego. Była całkiem ładna, starsza, miała tę powagę i twarde spojrzenie.
– Stiles, to ona. Popatrz. – odpowiedział Danny łapiąc za ramię Stilesa i przyciągając co siebie ostrożnie, tak aby nie stracić Laury z pola widzenia. Staliński wziął od niego lusterko i spojrzał nad swoim ramieniem. Nie wydawał się przerażony.
– O, hej, ja Cię pamiętam. Jesteś siostrą Dereka, tą w dwóch kawałkach. – zaśmiał się Stiles. Danny poczuł nagłe spięcie w powietrzu, jak elektryczny impuls.
– Laura mówi, że ma ochotę Cię walnąć. Stiles, zdecydowanie źle działasz na Hale'ów. – zaśmiała się Lidia i podeszła bliżej Allison. Ta zaoferowała jej spodnie i kurtkę.
– To napięcie seksualne. – zaśmiał się Stiles a zaraz potem padł twarzą pierwszą na ziemię. Podniósł się przeklinając. Cóż, nie musiał prowokować Laury.
– Pewnie przez takie komentarze Cię nie lubią. – powiedział Danny pomagając Stilesowi wstać z ziemi. Ten podszedł do jeepa marudząc pod nosem. Wrócił z kajdankami i paskiem z doczepionymi saszetkami. Musiał tam mieć tojad, jarzębinę i jemiołę.
– Zaczynam się zastanawiać czy może nie są po prostu źli w podrywie. Jakby metaforycznie ciągnęli mnie za warkocze. – warknął Stiles zapinając pasek, który musiał pożyczyć z komisariatu. Danny uśmiechnął się krzywo na komentarz. Lidia wciągnęła spodnie pod spódniczkę i zdjęła tą. Usiadła na brzegu bagażnika i zmieniła botki na trampki za kostkę. Ubrała kamizelkę podobną do tych policyjnych i zawiązała włosy w koka. Kobiety – królowe metamorfoz.
– Masz wolną kaburę na trzydziestkę ósemkę? – zapytał Danny wyciągając broń. Potrzebował tylko czegoś aby nie musieć nosić broni za paskiem.
– Umiesz z tego strzelać? – zapytała Allison a Danny posłał jej rozgniewane spojrzenie. Naprawdę, za kogo go miała?
– Tak, dziękuję. Nie przynosiłbym broni palnej gdybym nie wiedział jak posługiwać się nią, tak aby nie postrzelić się w stopę. – odpowiedział Danny starając nie brzmieć wrogo, ale nie wyszło. Allison wyciągnęła z głębi auta kaburę na udo i podała koledze.
– Danny, nie musimy robić się nieprzyjemni. – powiedziała Lidia z słabym uśmiechem. Cóż, broń nie była żadną przesadą jeśli mieliby na głowie wściekłe, napalone wilkołaki.
– Nieprzyjemnie będzie, jeśli nie będę miał broni. – odpowiedział Danny a Allison uśmiechnęła się szeroko. Danny uważał się za pacyfistę, ale nie słowami przekonasz lwa żeby nie zjadł cię.
– Nie mogę nie zgodzić się. – powiedziała Allison. Lidia skrzyżowała ramiona na piersi. – Jesteśmy tylko ludźmi Lidia. Jeśli chłopaki chcieliby, zjedliby nas na śniadanie. Musimy bronić się jak możemy.
– Zgadzam się! – powiedział Stiles podnosząc rękę w której trzymał aluminiowy kij bejsbolowy. Stilesowy wybór broni. – Gdy Scott jeszcze nie panował nad swoimi instynktami był gotów mnie zjeść. Mnie!
– Nie dziwię się mu. – zaśmiała się złośliwie Lidia. Danny zapiął plecak na piersi. Był gotów iść. Nigdy nie lubił lasów. Jego rodzina pochodziła z Hawajów i Danny był przywiązany do oceanu.
Allison ruszyła przodem, za nią Lidia, Stiles, a na końcu Danny. Podejrzewali że Peter może strzec, aby nikt nie zbliżał się do Dereka. Gdy znaleźli się dość głęboko w lesie, Lidia wskazała ukrytą pod sporą warstwą ściółki klapę. Danny wyciągnął pistolet i odbezpieczył go. Magazynek był za długi i wystawał z kolby na dwa naboje. Staliński podskoczył nieznacznie na dźwięk.
– Laura mówi, że pod tą klapą, schodami w dół. – poinstruowała Lidia. Danny włożył pistolet do kabury i razem ze Stalińskim złapali ciężką, drewnianą klapę i podnieśli ją. Allison stała trzymając naciągnięty łuk na wejście. Lidia stała skulona dwa kroki za przyjaciółką.
– Czysto. – powiedziała Allison wchodząc przodem. Lidia wyciągnęła latarkę i poświeciła pod nogami przyjaciółkami, aby widzieć koniec schodów. Czwórka ludzi zeszła do zimnego korytarza. Stiles wyciągnął latarkę i poświecił na sufit, nad głową Allison. Danny starał się iść pół–tyłem, aby mieć widok na otwartą klapę.
– Bierzmy Dereka i zwijajmy się, bo mam ciarki. – warknął Stiles zaciskając ręce na kiju bejsbolowym.
– Cholera, Laura, nie rozumiem Cię już. – warknęła Lidia patrząc na swój wisiorek. Mówiła że Deaton powiedział że ten amulet działał tylko czasowo.
– Ciii! – syknęła Allison i naciągnęła łuk. Lidia skuliła się.
– Następne drzwi na prawo. – powiedziała Martin. Danny klepnął Stilesa w ramię.
– Daj mi swoją latarkę. – polecił i Staliński bez sprzeciwu oddał mu sprzęt. Danny przyłożył latarkę do broni, tak jak robili to w filmach i pilnował korytarza.
– Hej Derek. Jesteś cały? Wyglądasz kiepsko. – powiedziała troskliwie Lidia.
– Co tu robicie? – zapytał Hale i naprawdę słychać było w jego głosie niewdzięczność.
– To co zawsze. Ratujemy wilkołaki przed ich bezmyślnością. – odpowiedział Stiles z przekąsem, ale było to bardziej żartobliwe niż szczerze złośliwe.
– Że też zaufałeś Peterowi. – rzuciła zła Allison. – Lidia mówi, że ten rytuał zamieni Cię w socjopatę. Odwrócisz się nawet od Cory.
– Lidia nie możesz wyszukać rzeczy w Google i im wierzyć. – odpowiedział Derek z wyraźną złością.
– Nie, Laura mi powiedziała. Wiesz, Twoja zmarła siostra Laura, którą wywołałam przez planszę Oujia. – powiedziała Lidia jakby zmęczona ciągłym powtarzaniem wszystkim tej samej historii. – Nie patrz tak na mnie. To prawda. Wyjaśnię Ci to po drodze do Deatona.
– Nie mogę stąd wyjść, bo… – Derek musiał mierzyć się z tym co chciał powiedzieć, ale ostatecznie zamilkł.
– Tak, wiemy, jesteś jedyną dziewczyną na imprezie bractwa studenckiego. – zaśmiał się Stiles. – Teraz idziemy zanim zrobisz się jak Peter. Jeśli chodzi o pozostałe wilkołaki to spoko. Będzie wystrzałowo!
– Stiles, znowu nałykałeś się Adderallu? – zapytała zatroskana Lidia a Staliński wzruszył ramionami.
– Wziął ktoś może nożyce do metalu? – zapytała Argent po chwili. Natrafiła na coś co dźwiękiem przypominało łańcuch.
– Wyjmij z mojego plecaka. – odpowiedział Danny patrząc wciąż w stronę wyjścia. Światła wpływającego przez klapę było coraz mniej i mniej. Szarówka zamieniła się w półmrok.
– Biorę latarkę, okej? – zapytał Stiles grzebiąc w plecaku Mahealaniego ten tylko pokiwał głową na zgodę. Chwila szeleszczenia i krata była otwarta.
– Odsuń się. Nieprzyjemnie się przez Ciebie przechodzi. – warknęła Lidia zapewne do Laury. Danny zrobił krok w przód i zobaczył cień na schodach. Powoli ktoś wszedł na drewniane schody. Te zaskrzypiały lekko.
– Ktoś idzie! – szepnął konspiracyjnie Danny i przygotował się do strzału. Obok niego klęknęła Allison na jednym kolanie z naciągniętym łukiem jak amazonka Artemidy.
– Co robicie, kaczorki? Zostawicie go w spokoju. – powiedział Peter z dziwnie ostrą krawędzią. Jego błękitne oczy wilkołaka płonęły w ciemności. Danny pierwszy raz stał naprzeciw wilkołaka gotowego zabić go. Poprawił palec na spuście. Nie zabije dziś nikogo – magiczne kule tylko osłabią wilkołaka.
– Padnijcie! – krzyknęła Lidia gdy Danny został popchnięty przez obcą siłę i wpadł na kratę innej cali. Broń wypadła mu z dłoni a latarka rozbiła się o ścianę. Musiał przez chwilę walczyć z zamroczeniem. Allison pomogła mu wstać.
– W porządku? – zapytała Allison otrzepując mu kurtkę z kurzu.
– Tak, dostawałem mocniej na boisku. Nie krwawię? – zapytał Danny dotykając swojego czoła. Argent zapaliła latarkę zaczepioną o kieszeń na piersi.
– Nie, chodźmy. – warknęła dziewczyna łapiąc mocniej łuk. Danny ściągnął plecak i wziął drugą latarkę. Stiles bez słowa wrzucił mu nożyce do metalu do plecaka. Lidia pomagała mu utrzymać Dereka w pionie. Danny szybko znalazł swoją broń.
– Umiesz strzelać z tego? – zapytał Lidii, ponieważ nie mógł patrzeć jak dziewczyna próbuje unieść Dereka wiszącego jej na ramieniu.
– Umm, wystarczająco, tak sądzę. – odpowiedziała dziewczyna. Danny oddał jej broń a sam chwycił Dereka wokoło pasa, aby ustabilizować go w pionie.
– Lidia, co się stało z Laurą? – zapytał Stiles.
– Nie wiem. Zaatakowała Petera i zniknęła. – odpowiedziała Lidia trzymając broń nisko.
– Wychodzimy. – powiedziała Allison i ruszyła przodem z opuszczonym łukiem. Wyszli z piwnicy. Na zewnątrz było już ciemno. Danny poświęcił na ziemię. Derek fizycznie poruszył uszami.
– Ktoś idzie. Rozkuj mnie Staliński. – warknął Derek poruszając skrepowanymi dłońmi.
– Nic z tego, koleżko. Po ostatnich naszych harcach w lesie wolę żebyś był skuty. – odpowiedział Stiles z fałszywym uśmiechem.
– Stiles, ktoś musi odciągnąć ich od was.
– Nie, nie pozwolimy wam biegać na hormonalnym haju. – warknął Stiles. Derek warknął na niego, przechylając się w jego stronę. Danny czuł tam mnóstwo napięcia seksualnego, ale nie mówił tego głośno.
Nagle rozległo się wycie. Lidia podskoczyła i zacisnęła usta. Stiles zrzucił z ramienia Dereka i nastawił się jak baseballista.
– Zgłupiałeś? Chcesz ubić trzy Alfy? Idziemy stąd! – rzucił Derek. Danny nie utrzymał się w pionie i upadł na ziemię.
– Chryste, ważysz tonę. – jęknął Mahealani spod Hale'a. Nie powie, kuzyn Miguiel był prawdziwym ciachem i Danny totalnie czerpał nieczysta przyjemność z leżenia pod nim. Wypełzł spod Dereka, żeby nie nakrył go w takiej pozycji Ethan.
– Czemu nie możesz stać? – zapytał Stiles łapiąc Dereka pod ramię. Danny złapał pod drugie ramię. Cholera, Derek ważył tonę.
– Nie mam możliwości uciekać. Teraz pomóż mi wstać. – warknął Derek i podniósł się na drżących nogach.
– Rozkuj go, Stiles. – powiedziała Allison machając łokciem w stronę Dereka. Stiles niechętnie wyciągnął kluczyk z kieszeni i rozpiął jeden nadgarstek Hale'a. Miał taką minę jakby rozważał możliwość ucieczki.
– Zdejmuj kurtkę. – powiedziała Allison do Dereka. Danny pomógł mu zdjąć ubranie.
Argent ubrała na siebie kurtkę Dereka. Och, zapach w różnych miejscach rozproszy wilkołaki! Allison złapała Lidie za dłoń.
– Rozdzielimy się. Ja i Lidia pobiegniemy na zachód. Ty i Danny na południe. Umiecie posługiwać się kompasem? – zapytała Allison. Oczywiście że Danny umiał posługiwać się kompasem. Trener zmuszał ich do brania udziału w biegach przełajowych poza sezonem; kompas był podstawowym wyposażeniem.
– Widzimy się u Deatona za godzinę. – odpowiedział Stiles. Argent pociągnęła za sobą Lidie i uciekły w ciemność. Cholera, Danny przypominał sobie, że Martin wzięła jego pistolet. Cóż, nich służy im.
– Ja prowadzę. – odpowiedział Danny i złapał Dereka pod ramię. Stiles złapał Hale'a i skuł jego nadgarstki razem. Hale spojrzał na niego z wyrzutem. Potrzasnął rękoma wściekłe.
– Nie, zostajesz skuty. – warknął Stiles i poprawił Dereka na ramieniu. Popchnął ich do przodu. Wycie było coraz bliżej. Wilkołaki nawet nie próbowały ukrywać się. W końcu jakimi przeciwnikami byli dlań ludzie?
– Stiles to nie jest zabawne. Masz zamiar powalić ich tym kijem?! – warknął Derek.
– Tak, mam zamiar powalić ich kijem i mocą sarkazmu. Teraz ruszaj się. – odrzucił groźnym nie będziesz mi rozkazywał tonem Staliński. Danny sam zrobił krok na przód, bo nie potrafił sprzeciwić się rozkazowi Stilesa. Hale tylko warknął gardłowo, jak słabą groźbę.
Danny starał się nie świecić latarką za dużo, ale szczerze wątpił, aby to pomogło się im ukryć. Wycie było blisko.
– Derek? Rany, chłopie trzymaj się. – jęknął Danny. W tym samym momencie Hale wyślizgnął się z jego uścisku i upadli ze Stalińskim na plecy. Danny rzucił się im pomóc. Złapał Dereka pod ramię i pociągnął do góry. Nienawidził wilkołaków nie w formie, szczególnie gdy czyhały na ludzi inne wilkołaki.
– Derek, błagam. Oni nas zjedzą.
– Mówiłem wam to. Po co wyciągaliście mnie? Czemu wtrącacie się? – zapytał Hale gramoląc się na nogi. Danny spojrzał na Stilesa szukając odpowiedzi.
– To nie czas. Postaraj się utrzymać w pionie! – krzyknął Stiles i ciasno objął Dereka w pasie. Danny złapał kij Stalińskiego.
– Nie mogę! Której części nie mogę uciekać nie rozumiesz?!
– Może części: nie mogę uciekać?! Wstawaj, na litość boską.
Danny kątem oka zobaczył ruch i zamachnął się kijem na wilkołaka. Z całej siły przywalił mu w czaszkę i posłał w innym kierunku.
– Jestem bramkarzem mistrzowskiej drużyny lacrossa, ciulu! Myślałeś że przemkniesz się koło mnie?! – krzyknął Danny nastawiając się do kolejnego ciosu. Wilkołak zajęczał boleśnie i podniósł się. Stiles westchnął drżąco za nim nareszcie mogąc nabrać powietrza.
– Wstawaj, jeszcze z tobą nie skończyłem! – krzyknął nagle pewien siebie Danny. Adrenalina wpompowała się do jego systemu. Zrzucił plecak na ziemię i wyciągnął z niego woreczek śniadaniowy z pyłem tojadu. Rzucił nim w stronę wilkołaka leżącego na ziemi. Cienki plastik pękł i dym objął postać na ziemi. Wilkołak zakrztusił się i upadł twarzą w ściółkę.
– Świetnie, Danny–o! – wiwatował Stiles za plecami chłopaka. Danny uśmiechnął się. Staliński krzyknął przerażony.
Danny poczuł najpierw okropny ból w tyle czaszki a potem przestał słyszeć wszystko poza wysokim dzwonieniem w uszach. Potem już tylko ciemność.
