Od autorki: WIELKIE dzięki za dłuuugie i wnikliwe komentarze! :D
A nawiązując do „An Explosive Situation" i marzeń…
Rozdział 10. Prawdziwie kochający
– Idealny moment, señorita. – Alcalde nie posiada się ze szczęścia. Pojawienie się Victorii Escalante jeszcze nigdy tak go nie ucieszyło. Zazwyczaj poirytowany jej obecnością, teraz ma ochotę wyściskać wszędobylską dziewczynę. – W sam raz na egzekucję.
W jego wyobraźni rozgrywa się już przedstawienie.
Zanosząca się spazmatycznym szlochem señorita szarpie się w uścisku żołnierzy, rozpaczliwie błaga o litość dla swojego kochanka. Ale to nie na niej koncentruje się uwaga alcalde.
– Chyba nie będę miał serca was rozdzielić – niemal słyszy swój własny głos i napawa się widokiem przerażenia w oczach znienawidzonego wroga.
A potem następuje efektowny finał: Victorii udaje się wyrwać lansjerom, desperacko przedziera się do skazańca i już ma rzucić się w jego objęcia, kiedy ten odpycha ją na bok i przeszyty kulami pada u jej stóp.
Tymczasem Victoria stoi jak skamieniała. Oczekujący widowiska na miarę romantycznego dramatu alcalde, po chwili zawodu, zaczyna czerpać satysfakcję również z tego obrazka. Na jego oczach marzenia tych dwojga rozsypują się w proch. Dumna, wyszczekana señorita nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa. Po policzkach ciekną jej łzy. Zorro także się nie odzywa. Spuścił głowę i patrzy w ziemię. Nie może znieść rozpaczy dziewczyny.
– Pozwól jej odejść, alcalde – mówi wreszcie, podnosząc wzrok. – Proszę.
Prośba. Cudownie! Lód w głosie i spojrzeniu banity umyka Ramone. Nie wychwytuje, że było to raczej żądanie. Odmawia. Z uśmiechem kręci głową. Choć groził, że to zrobi, ostatecznie nie kazał sprowadzić dziewczyny. Zjawiła się sama. Skoro tak miało być, Victoria zostanie.
– Nie... – Pod señoritą uginają się nogi. Gdyby nie refleks sierżanta Mendozy, upadłaby na ziemię. Koszmar się nie wydarzył, Zorro ocalał po pechowym postrzale, sądziła więc, że największe niebezpieczeństwo jest już zażegnane. Tymczasem los, który był łaskaw tamtej nocy, odmienił się teraz, niespodziewanie.
Tamtej nocy Victoria nawet nie zamierzała się kłaść. Niepokój i tak nie pozwoliłby jej zasnąć, wyobraźnia podsuwała coraz bardziej dramatyczne scenariusze. Choć wieczorne wrzaski alcalde nie pozostawiły wątpliwości, że żołnierzom nie udało się schwytać banity, a z zasłyszanej po zmierzchu rozmowy dwóch szeregowych, którzy nie żałowali sobie wina, wynikało, że nie natrafili również na żaden jego ślad, dziewczyna nie była pewna, czy Zorro zdołał bezpiecznie dotrzeć do swojej kryjówki. I czy otrzymał niezbędną pomoc. A jeśli nie? Jeśli nie miał dość sił, by wrócić do domu? Jeśli tylko schronił się w jakimś przypadkowym miejscu i teraz umiera tam z upływu krwi? W bólu, samotności i bez nadziei?
Po raz kolejny obeszła tawernę, zaglądając do wszystkich pomieszczeń. Nietypowy brak gości w cieszącej się powodzeniem gospodzie był jej na rękę. Dwaj przejezdni, którzy tego dnia wynajęli pokoje, zrezygnowali po wizycie alcalde. Odebrawszy wpłaconą z góry należność za nocleg, naprędce ruszyli w dalszą drogę, decydując, że odpoczną w innym, spokojniejszym pueblo. Victoria nie była zdziwiona ani zła. Nie na nich. Wspomnienie, jak potraktował ich Ramone, gdy po południu wpadł do tawerny z oddziałem uzbrojonych żołnierzy, nadal wprawiało ją we wściekłość.
Jednak agresja i bezczelność alcalde nie miały teraz żadnego znaczenia. Nie, kiedy jej ukochany mógł być w poważnych tarapatach. Podejrzewając, że może u niej szukać pomocy, nie zamknęła tylnych drzwi od gospody i co jakiś czas zaglądała do kuchni, sprawdzając, czy się tam nie pojawił. Na próżno. Chcąc odgonić natrętne myśli, skoncentrowała się na porządkach.
A naprawdę było co sprzątać. Bałagan, jaki zostawili po sobie żołnierze, był wprost przerażający! W pośpiechu przetrząsnęli każdy zakamarek, nie pomijając kufrów i szaf, których zawartość obecnie piętrzyła się na podłogach. Jakby zapomnieli, że Zorro nie jest mogącym wleźć w ciasną dziurę lisem, tylko rosłym mężczyzną! Podczas przypominających huragan poszukiwań ucierpiało także wyposażenie tawerny. Wyważone drzwi od kilku pokoi, poprzewracane meble, rozbite naczynia… Determinacja alcalde siała ogromne zniszczenia. „Szkoda, że jeszcze nie zajrzeli do szuflad!" – myślała ze złością señorita. – „A może ukryłam go w garnku?!" Choć gdyby tylko istniała taka możliwość, zrobiłaby to bez wahania.
Ramone doskonale o tym wiedział.
Tak, alcalde wie, że to, co łączy właścicielkę gospody z zamaskowanym banitą, nie jest jedynie przelotnym romansem, że oboje oddaliby za siebie życie. On, zawsze mający ostatnie słowo, teraz, pamiętając groźby pod jej adresem, pokornie milczy, skłonny zrobić wszystko, czego zażąda jego pogromca, znieść każde upokorzenie. A ona... Choć Ramone nie ma dowodów jej zdrady, jest pewien, że tamtej nocy pomogła kochankowi w ucieczce. I wydobędzie z niej przyznanie się do winy!
Tymczasem, mimo gotowości i najszczerszych chęci, Victoria nie udzieliła wówczas schronienia bliskiemu jej sercu przestępcy. Pobieżnie ogarnąwszy bałagan w gospodzie, bladym świtem zajrzała do stajni.
Niemal krzyknęła, otworzywszy bramę. Brakowało jednego z wierzchowców – pięknego skarogniadego wałacha. W zeszłym miesiącu kupiła go od don Alejandro de la Vegi. „Przeklęty koniokrad!" – Tupnęła ze złości. – „A mógł już siedzieć…" – Urwana myśl przypomniała jej, jakim okolicznościom rabuś zawdzięcza wolność.
Zrezygnowana podeszła do pustego żłobu i… Wydała z siebie nieokreślony dźwięk. W drewnie była wycięta litera. TA litera. Więc Zorro tu był! Ale kiedy? Przecież żołnierze… I jak długo? Czekał na nią? Jak mogła nie pomyśleć… Potrzebował jej, a ona…
– Uspokój się! – nakazała sobie stanowczym tonem. – Zorro żyje. Pożyczył konia, by wrócić do domu. – Dopiero brzmienie tych słów rozładowało jej wewnętrzne napięcie. Victoria oparła się o ścianę.
„Dobry wybór" – przyznała w myślach. – „Młody, rączy ogier. No i ciemnej maści." – Spróbowała się uśmiechnąć, lecz zamiast tego zaczęła szlochać z ulgi i ze wzruszenia.
Mężczyzna, z którym pragnęła budować przyszłość, wczoraj niemal zginął. Z tarapatów nie wyszedł bez szwanku. Był ranny. Uciekał. Mimo to zadbał, by się nie martwiła, zostawiając dla niej znak życia.
Teraz, chcąc oszczędzić ukochanej wstrząsającego widoku, banita posyła proszące spojrzenie sierżantowi Mendozie. Poczciwy żołnierz przygarnia do siebie Victorię. Roztrzęsiona, zapłakana dziewczyna wtula się twarzą w wojskową kurtkę, a sierżant szepce jej coś do ucha.
Cdn.
