Dormitorium chłopców było puste, kiedy wściekły na Snape'a Harry wpadł tam z Ronem i Hermioną. Pozostali Gryfoni siedzieli właśnie w pokoju wspólnym i rozmawiali na temat: kto zgłosi się do drużyny quidditcha oraz przyjmowali zakłady na skład nowego zespołu. Harry gdy tylko przeszedł przez dziurę pod portretem został otoczony gromadą uczniów, którzy wypytywali go kiedy rozpoczną się klasyfikacje do drużyny. Jednak po spotkaniu ze Snapem, młody Potter nie miał ochoty rozmawiać ani wysłuchiwać przechwałek poszczególnych osób na temat „jacy to oni są wspaniali i powinni od razu dostać się do drużyny bez żadnych sprawdzianów umiejętności". Spławił ich szybko i gdy tylko znalazł się w swoim dormitorium kopnął z całej siły w swój kufer i pod wpływem bólu stopy przeklął głośno. Złapał obiema rękami za bolące palce i zaczął skakać na jednej nodze, ledwo utrzymując równowagę.
- Więc jaki to szlaban? - zapytał Ron, gdy tylko Harry usiadł na swoim łóżku, wciąż masując swoją obolałą nogę.
- Przez 5 tygodni... - mówił przez zaciśnięte zęby - ...w soboty... do połu... dnia, mam czyścić jakieś słoje i porządkować kartotekę.
- I co w tym takiego strasznego? – zapytała beztrosko Hermiona - Ron w zeszłym roku musiał czyścić nocniki w skrzydle szpitalnym, do tego bez użycia czarów.
- Nic nie rozumiesz – mruknął Harry.
Hermiona wytrzeszczyła na niego oczy. Ona miałaby czegoś nie rozumieć? Po chwili dopiero zdała sobie sprawę dlaczego Harry jest taki wściekły.
- A to sukin...! – uprzedził ją Ron – Treningi!
Jedyny czas jaki był dostępny na treningi quidditcha został mu odebrany. A eliminacje do drużyny należało już pilnie przeprowadzić. Skład Gryfonów był niekompletny, a Harry jako kapitan musiał wybrać nowych zawodników. Inaczej mogą się już pożegnać z Pucharem.
- Nie martw się, Harry – dodała Hermiona – Wystarczy że pójdziesz do Dumbledore'a, a przesunie ci treningi na inną godzinę.
Ron spojrzał na nią sceptycznie. Dla niej wszystko wydawało się takie proste...
- Dumbledore ma teraz inne sprawy na głowie – wydusił z siebie Harry.
- To może McGonagall...? Co? – zaproponowała - Harry, czy to ma związek z Zakonem, możesz nam o tym powiedzieć? – spytała, domyślając się że szlaban nie jest jedynym powodem jego złego samopoczucia.
Harry spojrzał na Hermionę i Rona, próbował zebrać słowa. Upewnił się, że drzwi od dormitorium są zamknięte.
- Może Dumbledore myśli, że wszystko będzie w porządku - zaczął – Ale ja uważam, że pakuje nas wszystkich w tarapaty.
Woleli mu nie przerywać.
- On wie jak pokonać Voldemorta – powiedział Harry, a Ron skrzywił się na brzmienie tego imienia – Horkruksy, kiedyś wam o tym wspomniałem – kiwnęli głowami twierdząco – Jednak nie szuka ich na własną rękę, wynajął do tego kogoś innego, kogoś spoza Zakonu.
- Nie, Dumbledore by tego nie zrobił, jest najlepszym czarodziejem na świecie i nie narażałby innych dla własnego bezpieczeństwa – powiedziała pewnie Hermiona - Zawsze uważałam, że wziąłby to na siebie, całe ryzyko z tym związane.
- Ale walka z Voldemortem w Ministerstwie musiała go osłabić, a zresztą sam nie wiem – wtrącił Ron.
- Ale jakie są twoje podejrzenia, Harry?
„Wybraniec" przez chwilę się wahał jak ubrać w słowa to, co chciał im powiedzieć.
- Spotkałem ich, nie należą do przyjemnych typów – rzekł - Muszą więc mieć jakiś kontakt z Voldemortem czy też ze śmierciożercami. Gdybyście sami ich zobaczyli, też byście od razu tak pomyśleli. Ale skoro Dumbledore tak na nich polega...
-Więc może są godni zaufania? – powiedziała szybko Hermiona - Przecież to Dumbledore, a jego nie jest łatwo oszukać. I jeśli powierzył tak ważną misję komuś obcemu, to chyba nie ma się czym martwić, przecież na pewno wie co robi. Przecież od tego zależy bezpieczeństwo nie tylko czarodziei, ale i mugoli. Na pewno nie ryzykowałby tak bardzo, jeśli nie byłby pewien sukcesu.
- Nie widziałaś ich, wyglądali na takich którzy trafiają prosto do Azkabanu – burknął Harry - Zauważyłem też, że Moody również nie ma o nich najlepszego zdania.
- Moody nie ma dobrego zdania o nikim, ale skoro Dumbledore...
- Więc nie wierzysz mi?
- Wierzę, ale... – zaczęła Hermiona - Zaraz, zaraz, czy to była ta przyczyna wcześniejszego powrotu z Londynu, pokłóciliście się o to?
- Nieprawda – pomyślał Harry, ale nie potrafił im jeszcze wszystkiego powiedzieć.
Nie mógł wytrzymać atmosfery tamtego domu, tego że przez te kilka lat Syriusz go okłamywał, chociaż miał do niego bezgraniczne zaufanie. Tego nie mógł im jeszcze wyjaśnić. Powinien to zrobić jego ojciec chrzestny.
Przez tyle czasu Harry'ego oszukiwali wszyscy, nic by się przecież nie stało jakby dowiedział się o tym wcześniej.
- Mniej więcej, ale wszystko wydaje mi się teraz inne niż było na początku – powiedział wymijająco „Wybraniec" - Nie chciałbym mieć między wami tajemnic, one wiele już zepsuły, ale na razie nic nie mogę wam więcej powiedzieć. Dla waszego bezpieczeństwa. Obiecałem to.
ooo
Dumbledore uważnie patrzył na skierowaną w jego stronę różdżkę. Po chwili rozradowany blondyn odłożył ją przed nim na biurko.
- Jak widzisz hmm, nie musisz się mnie bać...
- I tak też nie jest. To raczej ty powinieneś mieć się na baczności, Torje – odrzekł spokojnie Dumbledore.
Sane starał się nie dać się sprowokować. W drodze do gabinetu układał sobie w głowie co ma powiedzieć, żeby Dumbledore zdał sobie sprawę że ma do czynienia z nie byle kim.
- Po pierwsze, nie używaj mojego starego imienia, teraz je zmieniłem i to ułatwia dalsze wykonywanie moich zadań. Więc jeśli współpraca ma przebiegać bez zarzutów, masz używać tylko mojego nowego imienia, zrozumiałeś hmm?
- Skoro już poznałem twoją prawdziwą tożsamość, to dla mnie zawsze pozostaniesz Torje Bjornson'em. W moim gabinecie nie będę używać żadnych pseudonimów, które chronią cię przed odpowiedzialnością za to, co zrobiłeś we własnym kraju. Zgadzam się tylko na nazywanie cię "Sane" przy osobach trzecich, żeby nie przeszkadzać wam w wykonywaniu pracy do jakiej was zatrudniłem – wyjaśnił pogodnie dyrektor, nie spuszczając wzroku z przybysza.
Sane był już wyraźnie rozdrażniony i zbity z tropu. Mimo to uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Cholerny zasuszony staruch – pomyślał.
- Chyba nie po to tu wtargnąłeś by marnować czas nam obydwu? Poza tym, ciekawa forma pozostawania niewidocznym – Dumbledore zerknął na zerwane kartki, które Sane nadal trzymał w dłoni.
- Niezłe, nie? Dla Yu to prawdziwy pikuś.
Wyciągnął z torby owiniętą papierem paczkę. Po rozwinięciu, oczom Albusa okazała się czarka Helgi Hufflepuff, z kilkoma wyraźnymi pęknięciami na powierzchni.
- Jest nie tylko sporo warta za to, że jest horkruksem. Takie tandety teraz są w cenie, aha. Więc mamy dodatkowe żądanie.
- Wszystko zostało już ustalone – odrzekł Dumbledore, uważnie przyglądając się teraz przedmiotowi - Bardzo nam pomagacie, ale takie samowolki i ustalanie nowych warunków w trakcie trwania zadania, nie sprzyjają naszej dalszej współpracy.
- To nie będzie wiele kosztować, potrzebujemy tylko kogoś do, hmm... „dorywczej" pomocy, aha.
Dumbledore słuchał w skupieniu, przed nim leżał kolejny zniszczony horkruks. Albus sam zaczął ich poszukiwać na własną rękę i zbierać odpowiednie informacje. Miał już kilka tropów, ale oni zdawali się go zawsze wyprzedać o krok. Mimo to, działania Nauthiz wymagały żeby ich kontrolować. Pomimo ufności którą żywił do wielu ludzi, całkowite poleganie i wiara w intencje wyjętych spod prawa w wielu krajach czarodziei, musiało mieć swoje granice. Zawsze mogliby zdradzić i przejść na stronę Voldemorta, wraz ze wszystkimi informacjami na temat Zakonu Feniksa. Od całkowitej niechęci do tego typu osób, powstrzymywało go jedynie jego poczucie winy. Za to, co zrobił kilkanaście lat temu. Zawiódł wtedy zaufanie Syriusza, a zwłaszcza jego brata...
- Słucham więc – Dumbledore oparł brodę o złączone dłonie i uważnie przyglądał się każdemu ruchowi rozmówcy.
- Ja w połowie października zjeżdżam z tego kraju. Yu chce pracować sam. No więc, bez dalszych ceregieli... potrzebujemy Farela.
Dumbledore popatrzył na niego spokojnie, znad swoich okularów-połówek. Wiedział, że Cyrus nie zgodzi się na to. Jego córka „pracowała" jako uzdrowiciel w Nauthiz, ale nie trwało to długo. Pół roku później już nie żyła. Nie miałby chyba serca, żeby prosić Farela o pomoc dla tych ludzi. Oni sami też nie powinni być tak głupi, żeby próbować zawiązywać nowe układy z tą rodziną, wiedzieliby że coś takiego nie miałoby sensu.
Jedynie czego nie wiedział Dumbledore, to jak i z jakiej przyczyny doszło do tego konfliktu. Jednak bardziej niepokoiła Albusa inna sprawa, która bezpośrednio wiązała się z tą prośbą.
- Aż tak z nim źle? – spytał dyrektor.
- Hmmm, to zależy od tego czy stary pomoże...
ooo
Korneliusz Knot, cały zdyszany przemierzał szybkim krokiem labirynt korytarzy. Nie zważał na to, że była to już późna godzina, sam o tej porze przywykł już zostawiać za sobą sprawy Ministerstwa Magii, by wreszcie odpocząć. Tym razem nie chodziło jednak o losy innych czarodziei, lecz o jego własną osobę. W lewej ręce trzymał złożony najnowszy numer „Proroka Codziennego", który to doprowadził do tego, że miał dzisiaj wiele nieprzyjemnych sytuacji.
Pierwszy raz bowiem zdarzyło się, żeby ta gazeta przestała pisać to, czym Ministerstwo chciało codziennie karmić setki czarodziei. Już jutro dojdą do Knota krytyczne głosy, nie tylko z całego kraju, ale i prawdopodobnie zza granicy.
Odpowiedzialny był za to nowy redaktor naczelny, który od samego początku za nic miał sobie współpracę z Ministerstwem Magii – a co za tym idzie: kontrolę Ministerstwa nad publikowanymi tekstami.
- Masz jeszcze dziś tam do nich iść i przedstawić im nasze stanowisko – grzmieli dzisiejszego popołudnia jego zastępcy i doradcy. Jakby nie miał więcej kłopotów na głowie.
- Jeśli będzie się sprzeciwiać, przekażesz mu wezwanie na jutrzejsze przesłuchanie.
- Jaki powód? – spytał Knot.
- Podejrzenie o działanie na szkodę Ministerstwa Magii i społeczności czarodziei.
- Mamy jakieś dowody? To znaczy, co mam mu powiedzieć jeśli ich zażąda? – zapytał po raz kolejny minister.
- On jest zwykłym, szarym człowiekiem, a my stanowimy i reprezentujemy władzę całej naszej społeczności – odezwał się gruby głos z końca sali – Do niczego nie ma prawa.
Z chwilą gdy Korneliusz opuścił mury Ministerstwa Magii, wśród jego współpracowników dały się słyszeć krytyczne głosy oceniające ministra. Jedno było pewne, nie były to czasy na nieudolnego Knota. Należało znaleźć bardziej odpowiednią osobę na to stanowisko...
Najbardziej niepokoiło Korneliusza to, że nikt z obecnych jeszcze w biurze dziennikarzy, nie reagował na jego przybycie, zupełnie jakby był nieznaczącą osobą. Nie tak dawno temu był to dla czarodzieja prawdziwy zaszczyt móc spotkać Ministra Magii we własnej osobie!
Doszedł do końca korytarza. Na jedynych tam drzwiach widniała plakietka „Redaktor Naczelny", i już miał tam wpaść, gdy powitała go młoda czarownica z włosami spiętymi w kok i z palcami poplamionymi atramentem.
- Redaktor pana oczekuje – powiedziała krótko i zabrała się do dalszego pisania, wracając z powrotem do swojego biurka.
Knot jeszcze bardziej się zaniepokoił. To utwierdziło go w przekonaniu, że jako autorytet jest tu skończony.
„...Oczekuje pana", co to w ogóle ma znaczyć? To on, Korneliusz Knot, może jedynie kogoś „oczekiwać". Żaden dziennikarzyna nie będzie mu dyktował warunków i tak go traktować!
Otworzył drzwi i znalazł się w małym gabinecie zawalonym od podłogi niemalże do sufitu przeróżnymi księgami i zwojami pergaminu.
- Pan minister! Bardzo mi miło! – zza biurka wstał ciemnowłosy, trzydziestoletni czarodziej, który musiał nie oglądać się w lustrze już od jakiegoś czasu: twarz miał pokrytą zarostem, a jego skołtunione włosy sprawiały, że wyglądał na kogoś kto od kilku dni nie spał tylko do późna przesiadywał w barach. Uśmiechnął się triumfalnie i wyciągnął rękę do ministra, ale ten rzucił mu tylko na biurko gazetę.
- Co pan sobie wyobrażał?! – wołał oburzony Knot – Żeby takie oszczerstwa rzucać pod adresem Ministerstwa, które dba o bezpieczeństwo, spokój i przyszłość wszystkich czarodziei a także i mugoli? Nie wiem skąd wzięto te wyssane z palca kłamstwa, ale samo sprostowanie nie wystarczy!
Mężczyzna zerknął na artykuł. Było to ciekawe odkrycie. Informacje które od jakiegoś czasu napływały do niego, udało się połączyć w jedną całość, szkodliwą dla nieudolnego ministra. Jeśli jutro wraz z pocztą odzew będzie tak duży jak zakładano, może dojść do rezygnacji Knota ze stanowiska.
- Ma pan rację, sprostowanie nie wystarczy... – odrzekł spokojnie redaktor naczelny.
- No, ja myślę! – Knot otarł pot z twarzy i sięgał już do kieszeni po wezwanie na przesłuchanie - I tak już spore kłopoty spadną na tą szmatławą gazetę.
- ...Ono się nie ukarze – dokończył jego rozmówca - Nie wydrukujemy żadnego sprostowania. Ministerstwo już nie zdoła zatuszować tej sprawy. Posiadamy zbyt wiele dowodów. To raczej pan jak najszybciej powinien zwołać konferencję, żeby w jakiś sposób próbować obronić swoje dobre imię. No, ale na wiele się to nie zda, ale przynajmniej będzie to poprawne politycznie. Sądzę też, że powinieneś się Korneliuszu liczyć ze złożeniem rezygnacji i to już niedługo. Sprawa znikania dziesiątek tysięcy galeonów z Ministerstwa, a może i większej sumy, nie przejdzie przemilczana...
Minister zrobił się czerwony na twarzy, tracił panowanie. Musi coś zrobić, inaczej dymisja będzie tylko najłagodniejszym rozmiarem kary.
- Co by zrobił ktoś inny na moim miejscu? – pytał sam siebie Knot. Spojrzał przed siebie na aroganckiego człowieka - Pozbyć się go? Nie, ja nie jestem do tego zdolny. Nie mogę myśleć jak śmierciożercy czy mugole. A przez „tamtych" mam już za wiele kłopotów. To dopiero by było, gdyby ktoś dowiedział się, że Dumbledore nakłonił go by sprowadzić ich wtedy do gmachu Ministerstwa Magii. Ale są i inne sposoby... trzeba spytać niektórych z Wizengamotu o zdanie.
- Takie oskarżenia, panie... – zaczął Knot.
- Luke Willow.
- Otóż panie Willow, takie wyssane z palca pomówienia można zakwalifikować do próby nie tyle ośmieszenia, co zmiany w rządzie, a nawet zamachu stanu! Do wywarcia nacisku na samego Ministra Magii... czyli mnie – dodał po chwili – Takie precedensy nie ujdą panu bezkarnie. Nie wiem też, kto zdecydował się zrobić takie zmiany w redakcji, ale odbyło się to bez wiedzy Ministerstwa, co również jest nie do pomyślenia.
Knot rzucił mu na biurko zapieczętowaną kopertę.
– Oto wezwanie na jutrzejsze przesłuchanie, szczegóły znajdzie pan w środku, żegnam.
Nie ukłoniwszy się, Knot wyszedł równie pośpiesznie jak się tu znalazł.
Willow rozerwał kopertę i przeczytał, że Wizengamot oczekuje go jutro rano o 7.30. w sprawie „karygodnych spisków przeciwko Ministerstwu Magii".
- Heh, ale się porobiło – powiedział nie tracąc humoru – Mówiłem że to za wcześnie, ale ja w tym aż tak długo nie siedzę, lepiej się znają ode mnie...
Wyciągnął spod biurka butelkę whisky, którą schował tam gdy tylko usłyszał kroki na korytarzu. Zaczął pić z gwinta, z i tak już prawie pustego szkła. Wzdrygnął się, bo ostry smak przypomniał mu, że należy w końcu zjeść coś normalnego i doprowadzić się do porządku, bo inaczej na przesłuchaniu będzie wyglądał jakby wyszedł z rynsztoka. Dotknął ręką twarzy i sprawdził długość zarostu.
- Nie mam za dużo czasu – pomyślał.
Zdążył wyciągnąć jeszcze skrawek pergaminu i napisał tylko dwa słowa:
„Wszystko gotowe".
Nowy redaktor naczelny przeszedł się po gabinecie, aż w końcu znalazł nie sowę, ale czarnego kruka, siedzącego na stoliku i rozrywającego dziobem kartki starych numerów "Proroka".
Zgiął zwitek pergaminu i podał mu w stronę dzioba. Ptaszysko w mgnieniu oka chwyciło mocno pergamin i zatrzepotało skrzydłami.
Willow otworzył okno i polecił przedziwnemu stworzeniu zanieść wiadomość „do pana Yu".
