Rozdział X
„Droga długa jest"
Biała Twierdza stała odmienna i obojętna pośród otaczających ją przestworzy, które tworzyły ten bardzo specyficzny wymiar, w centrum wszystkiego.
Gładkie mury nadal lśniły perliście w otaczającym je łagodnym, ciepłym świetle, a woda tryskająca ze stworzonych magicznie fontann migotała w powietrzu niczym drobne szkiełka.
Coś jednak uległo zmianie. Nie w samej Twierdzy, ale gdzieś głębiej. Powietrze zdawało się inaczej pachnieć, nieść woń burzy i zagrożenia, światło jakby nie było tak jasne, jak do tej pory, a wszystko jakby zamarło w bezruchu, czujnie oczekując nadchodzącego niebezpieczeństwa.
Które zbliżało się niewątpliwie, mimo że nieba nie przesłoniły kotłujące się ciemne chmury, powietrza nie rozdarł grzmot, a ziemia nie pokryła się pajęczynką pęknięć, by rozstąpić się pod stopami.
To tylko pogłębiało atmosferę niepokoju.
Wszyscy mieszkańcy oczekiwali w nerwowej ciszy, spodziewając się lada chwila nieodgadnionego, nienazwanego „czegoś", co miało w jakiś sposób wpłynąć na ich byt, na to kim byli i kim mieli się stać.
Jedynie rytmiczne, głośne kroki postaci okutej w stal odbijały się dudniącym echem po pustych, białych korytarzach Kondrakaru, gdy potężna sylwetka Herolda powoli acz stanowczo przemierzała drogę dzielącą ją od Sali Obrad, w której czuwał Wyrocznia.
Yan-Lin, siedząca obok mężczyzny dzierżącego praktycznie absolutną władzę w uniwersum zachowała kamienną twarz, chociaż jej dłonie zacisnęły się w pięści w głębi rękawów. Obserwowała Herolda czujnie, sztywno wyprostowana i gotowa do… tego, cokolwiek miało nadejść już wkrótce.
– Zadanie nie mogło zostać wykonane – oznajmił, gdy w końcu stanął przed obliczem Himerisha.
– Jak to? – zapytał, marszcząc brwi.
Yan-Lin pozwoliła sobie na uśmieszek tryumfu. Himerish do tej pory był tak zajęty obserwowaniem tego, co robili więźniowie zbiegli z Mglistej Wieży, że stracił z oczu zarówno Will jak i Strażniczki. Oznaczało to, że dziewczęta miały czas, aby uratować przyjaciółkę. A ona miała czas, żeby je w ogóle ostrzec.
– Strażniczka zniknęła – powiedział Herold, tym samym zimnym, obojętnym tonem. Yan-Lin mimo woli zaczęła zastanawiać się co sprawiało, że wszyscy oni byli tak koszmarnie nieludzcy, jakby w ogóle nie mieli jakichkolwiek emocji. To nie mogło stanowić naturalnej cechy, nawet najbardziej niebezpieczni psychopaci okazywali jakiekolwiek emocje.
Tymczasem rozmowa z Heroldem była jak dyskusja z lodowcem, któremu ktoś zainstalował odpowiedni program komputerowy.
– W takim razie powinieneś był ją odnaleźć… – zaczął Wyrocznia.
– Strażniczka zniknęła – powtórzył Herold tak samo beznamiętnie, zupełnie nie zwracając uwagi na naganę w głosie Himerisha. – Nie znajduje się w moim zasięgu.
– Wszystko w obrębie Sieci znajduje się w twoim zasięgu – wtrąciła Yan-Lin, czując jak dreszcz niepokoju powolnie przechodzi jej wzdłuż kręgosłupa. Czyli to jednak nie jej interwencja i nie Strażniczki stoją za ocaleniem Will…
– W takim wypadku Strażniczka nie znajduje się w światach objętych Siecią – podsumował Herold.
– Niemożliwe – wykrztusił Himerish.
– A jednak – Yan-Lin z pozoru obojętnie wzruszyła ramionami. Musiała się dowiedzieć więcej, a tylko on mógł wiedzieć cokolwiek. – Stało się, Heroldzi ponoć wykonują każdy rozkaz jeżeli tylko nie jest on niemożliwy.
– Nic naturalnego nie powinno zdołać przejść przez Sieć – Himerish pokręcił głową. – Nawet przy pomocy Serca Kondrakaru nie da się otworzyć przejścia.
– Co zatem sprawiło, że znalazła się tam Will? – Yan-Lin uniosła brew.
Nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi, bo w tym momencie przed ich oczyma pojawiły się pozostałe Strażniczki z wyjątkowo pochmurnymi minami.
Kobieta westchnęła. Mogła się tego prędzej, czy później spodziewać, że dziewczęta zechcą skomentować sytuację. A sądząc po wyrazach ich twarzy, zdecydowanie nie były z niej zadowolone. Wszystkie wyglądały na wściekłe, nawet jej słodka Hay-Lin miała to uczucie wymalowane na obliczu. Tego też mogła się spodziewać, ale mimo wszystko, widok zakłuł w sercu.
– My też chcemy wiedzieć, co się stało z Will – powiedziała Cornelia, zakładając ręce na piersi i spoglądając zimno na Wyrocznię. – I nie tylko to.
– Nie ma takiej potrzeby – uciął Himerish.
– Wręcz przeciwnie, panie „Wiem wszystko, więc ma być, jak powiem" – prychnęła Irma, wychodząc kilka kroków przed koleżanki i mierząc się spojrzeniem z mężczyzną. Opierała przy tym ręce na biodrach i pochylała się lekko, żeby zrównać linie wzroku. – Bo zastanawia nas, czy przypadkiem t y nie masz czegoś nieodpowiedniego pod kopułą, jak ten stary z dredami!
– On się nazywał Endarno – podsunęła uczynnie Yan-Lin, mimowolnie uśmiechając się lekko.
– Co za różnica? – zdziwiła się na krótką chwilę Irma, po czym wróciła do przyszpilania wzrokiem Himerisha. – Chcę wiedzieć, dlaczego te kazał zabić Will.
– Powiedziałaś im – stwierdził chłodnym tonem Wyrocznia, nawet nie odwracając głowy w stronę starej kobiety, która odkąd przybyła do Kondrakaru, nie opuszczała jego boku, będąc jednocześnie powierniczką i najwierniejszą przyjaciółką. Aż do tej pory.
– Dziwisz mi się? – Yan-Lin uniosła lekko brwi. Na jej twarzy nie gościł nawet cień uśmiechu. – Przelewanie krwi nie pasuje do Kondrakaru, nieraz już ci to mówiłam.
– Nie powinnaś była – powiedział chłodnym tonem.
– Co się stało, to się nie odstanie – wzruszyła filozoficznie ramionami.
– Nawet, gdyby nam nie powiedziała, to i tak byśmy się dowiedziały – wtrąciła Cornelia. – Ktoś widział twojego… Herolda i nam o tym powiedział.
Słowo „Herold" brzmiało w jej ustach niczym splunięcie.
– Niemożliwe.
– Być może – zgodziła się Taranee. – Ale wcale nie przeszkodziło to temu w staniu się.
– Więc? – rzuciła niecierpliwie Cornelia. – Chcemy usłyszeć wszystko, co możesz nam powiedzieć na ten temat… chociaż nie, źle to sformułowałam. Chcemy usłysze .
– Niewiedza jest błogosławieństwem – powiedział Himerish.
– Słuchaj, wydaje mi się, że nikt tutaj nie ma ani czasu ani ochoty na filozoficzne dyskusje – prychnęła Irma. – Więc bądź łaskawy mówić wprost.
Wyrocznia westchnął tylko.
Zdawał sobie sprawę, że w oczach Strażniczek to on awansował do roli czarnego charakteru, wydając wyrok na jedną z nich. Nie potrafiły zrozumieć tego, że jednostka w oczach wszechświata nie miała jakiejkolwiek wartości. Nawet równania matematyczne, stosowane w ich własnym świecie, przy takich różnicach rzędów wielkości uznawały wartość pojedynczej osoby za równą zeru.
Nie dostrzegały, że czasami trzeba coś poświęcić, żeby zyskać cos innego. Świat żyjący w pokoju nie nauczył ich, czym tak naprawdę było poświęcenie wojownika, nie potrafiły określić momentu, w którym jedynie ostateczne mogło przynieść cokolwiek dobrego.
Z ich perspektywy śmierć była jedynie złą rzeczą, zbrodnią, czymś czego za wszelką cenę należy unikać.
On już dawno nauczył się, że czasami krew musiała zostać przelana, tylko po to, żeby zapobiec przelaniu krwi wielu, wielu innych.
– To była trudna decyzja – powiedział w końcu. – Ale po wszechświecie krążą kierowani nieznaną siłą czarnoksiężnicy i zbrodniarze, zdolni jedynie do bezmyślnej destrukcji, niszczący wszystko na swej drodze. Wasza porażka dowiodła, że bez Serca Kondrakaru nie jesteście w stanie utrzymać porządku, tak jak i my nie jesteśmy w stanie utrzymać wszechświata w ryzach. Prędzej, czy później dojdzie do ostatecznej zagłady, jeżeli czegoś nie zrobimy.
– Niby czego? – Yan–Lin uniosła brwi. – Will, dzięki opatrzności, zniknęła.
– Dlatego mamy prawo do strachu, droga przyjaciółko – powiedział wyrocznia. Jego głos był spokojny i chłodny. – Bez Serca Kondrakaru jesteśmy bezbronni. A jeżeli wcześniej dostęp do niego był… negocjowany moralnie, tak w tej chwili jest po prostu niemożliwy.
– I tylko dlatego chciałeś zabić Will? – Cornelia uniosła brwi. – Ze strachu?
– Czy nie odczuwałabyś lęku, widząc jak cały znany ci świat chwieje się w posadach i powoli popada w ruinę? – zapytał mężczyzna, spoglądając na nią badawczo.
– Nadal możemy to naprawić – odparowała stanowczo blondynka. – Zawsze jest jakieś wyjście, które nie wymaga zabijania.
– Owszem – przytaknął Himerish. – Zawsze można po prostu poddać się i czekać na śmierć.
xxx
Nie ruszyli się z miejsca. Nadal siedzieli na wzniesieniu, wśród wysokich, nieco twardych źdźbeł trawy o liściach, które lekko zakrzywiały się na końcu, prostych i sztywnych, kształtem nieco przypominających narty. Były też takie, które zwężały się wraz z długością, kształtem przypominając noże, oraz inne, wygięte w łagodne łuki i lśniące, które w dotyku okazywały się zaskakująco szorstkie.
Will westchnęła ciężko, gdy dotarło do niej, że właśnie myśli o tym, jak zdumiewająco różnorodna może być trawa. Ot, co może zrobić z człowiekiem towarzystwo jedynie nietowarzyskiego mruka, pomyślała. Zaczyna wariować, niedługo będzie równie pokręcona, co sam książę.
O ile świat się prędzej nie zawali. Sądząc z tego, jak intensywne emocje dało się odczuć w piosence, jaki niepokój melodia w niej budziła, mimo że znajdowali się tak daleko, że nie miała najmniejszego prawa jej słyszeć, prawdopodobieństwo było spore.
– Powinnyśmy wrócić – stwierdziła Will, ponuro wpatrując się w swoje buty. Mimo że powinny być magiczne, nie udało jej się ich do końca wyczyścić z błota.
– Dlaczego? – zapytał obojętnym tonem Phobos.
To była jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy, jaka nadeszła z jego strony – ta cała bezczynność i obojętność. Spodziewała się ataku, spodziewała się walki. A nie wzroku wbitego w niebo, czy gdzieś w przestrzeń i ściany ciszy.
Patrząc z pewnej strony, było to nawet straszniejsze, niż cokolwiek innego.
– Musimy! Przecież nie możemy zrezygnować tak łatwo, kiedy wszystko się wali…
– Nie pojmuję, dlaczego używasz liczby mnogiej, Strażniczko – burknął Phobos i ułożył się wygodniej. Nadal było zimno, ale szczególnie mu to nie przeszkadzało. Wściekle zielone źdźbła trawy otaczały go ze wszystkich stron. Jego i tylko jego, bowiem cała reszta dawno przyjęła burawą barwę, zwiastującą rychłe nadejście zimny. Tylko wokół księcia wszystko rosło jak porąbane.
– Z tego co rozumiem, to tylko ty możesz przełazić przez barierę rozstawioną przez Kondrakar – mruknęła niechętnie, siadając obok. – Nie wydostanę się stąd bez twojej pomocy.
– Skąd pomysł, że jej udzielę?
– Skoro wszystko jest ci takie obojętne, to dlaczego nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Will. Stanowczo za długo z nim przebywała, zaczynała mówić w podobny sposób.
Z drugiej strony… wykorzystywanie słów księcia przeciwko niemu samemu było nawet zabawne.
– Przestań to robić – burknął.
– Co? – zapytała, unosząc brwi.
– Chwytać mnie za słówka – uzupełnił wypowiedź.
– Do diabła, mój złowrogi plan został przejrzany – westchnęła teatralnie. – I co ja teraz biedna pocznę?
– To twoja sprawa – odparł i kontynuował ignorowanie wszechświata.
W tym był nieszczególnie dobry. Kiedy tylko zmieniła pozycję, zareagował na szelest i mimowolnie zerknął w jej kierunku, żeby zaraz wrócić do udawania, że nic i nikt go nie obchodzi.
Will przewróciła oczyma. Tego tylko brakowało. Nie dość, że była gdzieś poza Siecią, w miejscu gdzie władali jakąś groźną, obcą magią, to jeszcze jedynym towarzystwem był książę-tyran, który okazał się mieć jeszcze nerwicę w pakiecie. Chociaż tego akurat mogła się spodziewać, uznała po krótkiej chwili namysłu. Caleb i reszta buntowników z całą pewnością nie raz próbowali się go pozbyć. Podręcznik od historii również twierdził, że intrygi dworskie opierały się głównie na aplikowaniu nadmiernej ilości żelaza albo innej trucizny, do organizmu nielubianej osoby.
Phobos zdecydowanie należał do grupy tych nielubianych, jego urok osobisty potrafił odpychać ludzi z niezwykłą siłą.
Przyroda też zdawała się reagować na zły nastrój księcia. A może nawet robiła to naprawdę. Trawa wydawała się bardziej ostra i jakby specjalnie układała się szorstkim, twardym kilem i żeberkowaną stroną liści, żeby tylko utrudnić komukolwiek życie.
– Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziała Will, przesuwając palcami po źdźble trawy. – Czy ty w ogóle nad tym panujesz?
Phobos milczał wymownie w odpowiedzi, co jednoznacznie odpowiadało na jej pytanie.
Nie miał jakiejkolwiek kontroli nad zdziczałą mocą jaką dysponował, co jednocześnie wyjaśniało, dlaczego zdecydował się wybrać milczenie zamiast walki.
– Boisz się? – zapytała, obejmując ramionami swoje kolana.
– Dlaczego zadajesz tyle pytań? – warknął zniecierpliwiony i podniósł się do pozycji siedzącej. Jakieś samotne źdźbło zaplątało się w długie, jasne włosy, pojedynczy zielony akcent w morzu platyny.
– Dlaczego nie? – uśmiechnęła się lekko, a mężczyzna prychnął w odpowiedzi.
Kontakty międzyludzkie, w tym zdecydowanie był kiepski, pomimo wysokiego urodzenia i wielu lekcji, jakie z pewnością musiał odbyć, żeby poruszać się na tym polu. Elyon mówiła, że jej nie dawali spokoju, aż nie recytowała z pamięci i bez zająknięcia przelicznych i przeważnie przygłupich zasad etykiety.
Naburmuszony, z lekka rozczochrany książę z zielskiem we włosach, zdecydowanie łamał większość z nich. Gdyby nie świadomość, kim był, jakich rzeczy dokonał… chyba potrafiłaby go polubić.
Głupie, że historia ułożyła się, jak się ułożyła.
– Mogło być zupełnie inaczej – wymamrotała na tyle cicho, że chyba jej nie usłyszał.
Albo postanowił zignorować, pogrążony we własnych myślach.
Zielsko rosło bujnie dookoła niego, pędy zdawały się pełzać leniwie i ocierać się jak stary, złakniony pieszczot kocur. Naturalnie tylko o księcia.
Gdyby nie to, że rośliny nie miały prawa mieć strun głosowych will dałaby słowo, że jedna z łodyg na nią nasyczała, gdy próbowała jej dotknąć.
– Dlaczego chcesz wrócić? – zapytał zupełnie niespodziewanie Phobos. Uważnie przyglądał się dłoni Will przesuwającej się po źdźble trawy, na tyle intensywnie, jakby zależało od tego jego własne życie. Miał strasznie dziwny wyraz twarzy. Cienkie, drobne źrenice tylko podkreślały to, jak intensywny był kolor jego tęczówek, brwi lekko zmarszczone, otoczone jasną, prawie białą grzywką włosów. Wargi zaciśnięte w wąską kreskę, a kąt padania światłą sprawiał, że w zagłębieniu u nasady nosa znajdował się cień pogłębiający jeszcze powagę.
– To mój świat – odpowiedziała, po czym przygryzła dolną wargę. Ta rozmowa była ważna, czuła to wyraźnie.
– Jeśli wrócisz, to znowu będziesz zależna od Kondrakaru – stwierdził.
– Nie przeszkadza mi to – wzruszyła ramionami.
– Czyżby? – uniósł lekko brwi, a spojrzenie jego oczu z dłoni dziewczyny przeniosło się na twarz. Intensywne i przerażające, w głębi którego czaiło się coś, czego nie potrafiła nawet nazwać. – Próbowali cię zabić.
– Ale im się nie udało – ucięła. – Nadal mam im to za złe, najchętniej bym skopała Wyroczni tyłek, czy coś, ale nie chodzi mi o Kondrakar.
– A o co? – zainteresował się, nie opuszczając wzroku. Chyba nawet nie mrugał.
– Powinieneś wiedzieć – burknęła Will. – Mam tam przyjaciół. Moja mama pewnie strasznie się martwi. I jest wielu innych ludzi, których lubię, którzy mogą teraz potrzebować mojej pomocy…
– Zamierzasz się dla nich poświęcić?
– Zależy, co rozumiesz przez poświęcenie – stwierdziła Will. – Jeżeli chodzi o pomaganie im, bycie z nimi, kiedy tego potrzebują, czy nawet walkę dla nich, o ich bezpieczeństwo… nawet gdybym nie musiała, to i tak bym to robiła.
– Nawet bez mocy?
– A co to za różnica? – zdziwiła się. – Zrobiłabym wszystko, żeby ochronić ludzi, którzy są dla mnie ważni. Nawet, jeżeli by mnie to zabiło.
– Jeżeli uczucie jest odwzajemnione, to swoją śmiercią również zadałabyś im ból – zauważył Phobos.
– Dlatego staram się nie umrzeć – odwróciła wzrok, a na jej ustach pojawił się nerwowy uśmiech, zupełnie jakby chciała w ten sposób przegnać niepewność. – Kiedyś może nie być innego wyboru, ale póki jest…
– Często jest tak, że wolny wybór to tylko iluzja – powiedział książę, a Will była absolutnie pewna, że miał na myśli coś, co sam przeżył.
Nie wiedziała o nim wiele. Prawdę mówiąc tylko tyle, ile Kondrakar uznał za konieczne im powiedzieć, a doświadczenie ostatnich kilku godzin (albo i lat, jeżeli liczyć wszystkie potknięcia) wskazywało na to, że nigdy nie dostarczali wiadomości, które mogłyby sprawić, że ich wersja wydarzeń przestawała być wiarygodna lub jedyna i słuszna.
Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, co takiego sprawiło, że meridiański książę stał się tym, kim się stał. Potwory przeważnie nie powstawały same, ktoś musiał przyłożyć rękę do ich kreacji, wyrzeźbić twarde rysy, wsączyć w żyły jad i nienawiść do świata.
– Wiem – westchnęła. – I właśnie dlatego chcę wrócić. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele rzeczy, które uznawałam za pewnik były tylko kłamstwami, ale teraz przynajmniej mogę decydować w pełni świadomie.
– Nawet jeżeli wybierzesz trwanie w kłamstwie? – przechylił lekko głowę.
– Ten, kto powiedział, że prawda jest zawsze najlepszym wyjściem, musiał albo nie znać życia, albo być bardzo, bardzo pijany. Albo i obie te rzeczy jednocześnie.
Phobos zaśmiał się cicho i pokręcił głową, jego upiorne oczy w końcu oderwały się od Will.
Uniosła brew, zastanawiając się, czy reakcja rozmówcy ją zaskoczyła, czy jednak się jej spodziewała.
Przynajmniej tyle wiedziała, że się w tej kwestii zgadzali.
Życie było wykreowane przez kłamstwa, przynajmniej ich życie. O ile nie wszystkich innych. Półprawdy, prezentowanie wydarzeń w świetle, jakie wyda się korzystne dla którejś ze stron. Demonizowanie przeciwników, zabieranie im ludzkiej twarzy.
Półsłówka i sugestie, kreujące fałszywy obraz rzeczywistości pchały ich dalej i dalej, aż w końcu pod naporem kłamstw sama rzeczywistość się przeistaczała, bo ich działania prowadziły do tego, że prawda znikała gdzieś, pogrzebana, zapomniana.
Will miała wrażenie, że Phobos został potworem tylko dlatego, że tak przedstawił go Kondrakar. Prezentując księcia w ten sposób wciąż i wciąż, zsyłając na niego kolejnych bojowników sprawiedliwości doprowadzali do tego, że musiał się bronić, sięgać po coraz bardziej desperackie kroki, balansować na granicy tego, co można zrobić, tylko po to, żeby w pewnym momencie poddać się i ją przekroczyć i naprawdę stać się monstrum.
– Skoro tak bardzo chcesz, to wstawaj – powiedział nagle Phobos, podnosząc się z ziemi. Zagubione źdźbło trawy wymknęło się z jego włosów i zawirowało na lekkim wiaterku, który akurat ten moment wybrał sobie, żeby się pojawić.
– Dziękuję – uśmiechnęła się do niego ciepło.
– Za to, że umożliwiam ci popełnienie samobójstwa, kiedyś w przyszłości?
– Być może – wzruszyła ramionami. – Na razie za to, że mogę wrócić do przyjaciół i spróbować wyjaśnić całą sytuację zanim stanie się coś gorszego niż do tej pory.
– Planujesz tak stać i dziękować, czy łaskawie podasz mi rękę i będziemy mieć to za sobą? – zapytał zirytowanym tonem Phobos, a Will naprawdę bardzo się starała, żeby się nie roześmiać.
