Infernum, 18 września 2017 rok

Fabian Ableben ma dziś wyjątkowo dobry humor. Unosi do ust srebrny puchar wytrawnego wina i upija z niego niewielki łyk. W sali, w kótrej się znajduje, jest zimno i cicho. Siedząc na wygodnym, rzeźbionym fotelu stojącym na wysokim podeście, ma widok na całe pomieszczenie.

- Dobrze się spisałeś, Stanislavie - mówi mężczyzna do demona stojącego kilka metrów przed nim. Tamten powarkuje, poprawiając sztylet wiszący przy jego opasce na biodra.

- Złoto - charczy niskim głosem.

- Ależ dostaniesz je - odpowiada rozbawiony Fabian. - Jednak najpierw muszę cię prosić o jeszcze jedną przysługę.

- Zawarliśmy umowę. Najpierw zapłata.

Zielone oczy władcy ciemnieją. Wypiwszy kolejny łyk wina, zarzuca nogi na oparcie fotela. Lustruje swoje wojskowe buty krytycznym wzrokiem i, nie przenosząc spojrzenia na Stanislava, mówi:

- Ile to miało być?

- Dwieście.

- Chyba miałem lepszy dzień. Dam sto.

- Dwieście!

- Pięćdziesiąt.

- Głupcze! - warczy demon, zaciskając mocniej palce na rękojeści sztyletu.

Fabian wstaje z fotela, w jego dłoniach kumuluje się napięcie elektryczne, tworząc lśniące kule.

- Popełniłeś poważny błąd. Powierzyłem ci sekret, tylko ty wiesz o małym układzie pomiędzy mną a Abaddonem. Teraz śmiesz mnie nazywać głupcem. Życie ci niemiłe?

Stanislav pochyla głowę, wyczuwając, że może pogorszyć swoją sytuację.

- Wybacz, panie.

- Dwadzieścia pięć - rzuca krótko Fabian, rozprostowując palce.

- CO? - wykrzykuje demon, podnosząc szybko wzrok. Nie zdąża jednak dodać nic więcej, bo nagle drzwi się otwierają. Do komnaty wchodzi dziewczyna. Ma czarne włosy, bladą skórę i fioletowe, duże oczy. Talię ściska jej gorset czarnej wiktoriańskiej sukni.

Jest jedną z wielu. Jak dotąd chłopak jeszcze z nikim nie wytrzymał długo, zazwyczaj dziewczęta mu się nudziły, więc wymyślał dla nich malownicze śmierci. A potem znajdywał inne i tak w kółko. Oczywiście wszystko było pod przykrywką tego, że brat na siłę szuka mu partnerki, a on, jako niepoprawny romantyk, zakochuje się w niej. Każda historia taka sama, aż do znudzenia.

- Fabianie - odzywa się swoim z natury cichym głosem.

- Ach, Meduzo - Fabian nagle staje się zupełnie innym człowiekiem. Rysy twarzy nabierają łagodności, oczy tracą ostry wyraz. Nawet głos jest bardziej miękki, a nie szorstki. Z surowego władcy przemienia się w życzliwego chłopaka.

- Stanislav właśnie szukał Abaddona, ale nie mam pojęcia, gdzie on jest. Czy ty może...? - zaczyna, ale Meduza mu przerywa.

- Szedł kilkanaście kroków za mną - dziewczyna nerwowo bawi się dłońmi.

Fabian kiwa głową w zrozumieniu, a demon zaciska mocno szczękę. Nienawidzi, kiedy ci ludzie mieszają go w swoje sprawy i porachunki, a młody Ableben właśnie nieźle go wplątuje.

Jak na zawołanie, tuż zza progu wyłania się Abaddon. Ma długie, czarne włosy związane w kucyk i stalowe oczy. Jest wysoki i umięśniony, każdy jego krok niesie się głuchym echem po korytarzach zamczyska.

Zabij - syczy Fabian telepatycznie, by jego brat mógł go usłyszeć. Pozbawiony wolnej woli, niedbałym ruchem nadgarstka i z odległości kilku metrów, skręca Stanislavovi kark, a potem podchodzi i miażdży butem jego głowę o posadzkę. Meduza odwraca wzrok, zagryzając wargi niemalże do krwi.

- Bracie! - krzyczy Fabian, podbiegając do Abaddona. - Dosyć śmierci, on niczym ci nie zawadzał!

Abaddon wzrusza ramionami i zasiada na tronie.

- Zejdźcie mi z oczu.

Czarnowłosa podbiega do chłopaka i chwyta go za dłoń, a kiedy w pośpiechu opuszczają komnatę, przez głowę przechodzą mu tylko dwie myśli.

Po pierwsze, wykonał kawał dobrej roboty.

A po drugie, musiał zobaczyć się z Victoire. Ale żeby to zrobić, najpierw musiał "zdobyć" kilka wojennych ran.

Gabinet dyrektorki, Hogwart, 18 września 2017 rok

- Mam dobry humor i proszę, nie chcę stąd wyjść ze złym - mówię w kierunku Ivana, odkładając torbę na jedno z krzeseł. Jesteśmy w jednej z komnat w lochach, którą udostępnił nam Teophil Zang, nauczyciel Eliksirów. Znajduje się w niej profesjonalne wysposażenie do mikstur oraz setki, a może nawet tysiące różnorodnych składników.

- To zależy tylko od ciebie - odpowiada mężczyzna, podnosząc wzrok znad kociołka. Unoszę w złości brwi.

- Zacząłeś beze mnie? - pytam.

- Nie, to tylko herbata - Ivan wzrusza nieznacznie ramionami, a potem machnięciem różdżki wyłącza ogień. W powietrzu rzeczywiście unosi się zapach herbaty i mleka.

- Dzięki, ale nie przepadam - mówię i opadam na krzesło, obserwując poczynania czarodzieja.

- Nikt ci jej nawet nie proponował - jego spokojny głos drażni mnie bardziej, niż gdyby krzyczał.

Spokojnie, mówię sobie. Odkąd dostałam ugodzona tym sztyletem, wszystko mnie irytuje. Czasami jestem niemiła dla osób, które lubię, ale powoli mi to przechodzi. Wracam do normy.

Wyciągam dłoń w kierunku receptury leżącej na stole i podnoszę ją do oczu.

- Pan Horacy Slughorn musiał mieć naprawdę bardzo dobrze zaopatrzone stanowisko pracy - mówię, przesuwając wzrokiem po liście składników.

- Tak. Rzadko słyszę, żeby ktoś w twoim wieku mówił takim językiem - nagle zmienia temat.

- Chodzi ci o "nara" i "w porzo"? - prycham.

Kiwa głową.

- U mnie tego nie usłyszysz - wzruszam ramionami. - "W moim wieku", czyli siedemnaście. Ile ty masz lat?

- Dwadzieścia sześć.

- Naprawdę? - dziwię się. - Powiedziałabym raczej, że-

- Trzydzieści parę, tak? - unosi brew, a potem zanurza usta w herbacie.

- Mniej więcej - znów wzruszam ramionami. Przez spokojną twarz Ivana, jego zmęczone oczy i styrane dłonie, dałabym mu kilka lat więcej.

- Nie pierwszy raz to słyszę. Nie zależy mi na wyglądzie, nie to się w świecie liczy.

- Miłość? - podsuwam delikatnie, odkładając recepturę na jej należyte miejsce.

- Minus punkt, Weasley. Myślałem, że jesteś na tyle mądrzejsza od innych nastolatek, by nie wierzyć w takie bzdury.

- Miłość to nie bzdura - protestuję.

Ivan się śmieje.

- Ile z nim jesteś? - pyta.

- Prawie dwa lata, ale nic ci do tego!

- Czas to nie dowód na miłość.

- Nic nie wiesz. Ktoś najwyraźniej bardzo cię zranił, skoro nie wierzysz w najmocniejsze uczucie na świecie - mówię zniesmaczona, a potem odwracam wzrok.

- Miłość nie uleczy pani McGonagall - cicho warczy Ivan.

- Ale miłość uratowała Harry'ego Pottera. Jeśli dzięki niej nie ma już na świecie Voldemorta, to znaczy, że jednak potrafi coś zdziałać.

- Jesteś z nim spokrewniona?

- Tak - dumnie unoszę podbródek ku górze.

Kiwa głową ze zrozumieniem.

- Skąd wiedziałeś? - pytam.

- Słychać było to w sposobie, jakim wymówiłaś jego nazwisko.

- Aż tak łatwo przejrzeć człowieka? - unoszę brwi.

- Ciebie.

- Dzięki... - mamroczę.

- Dzisiaj nie zaczniemy nic robić, jedynie ustalimy, które składniki gdzie i jak zdobyć - mówi mężczyzna.

Potakuję głową na zgodę.

- Ale nie będziemy kraść? - pytam niepewnie.

Ivan śmieje się po raz pierwszy, odkąd go poznałam. Filiżanka z herbatą niebezpiecznie drży mu w dłoni.

- Nie. Aż tak przestępczo wyglądam? - pyta i chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że jest to pytanie retoryczne, to odpowiadam.

- Tak.

- Dziękuję.

- Ale tu nie ma za co dziękować - mówię oschle.

- Odstraszam ludzi, to dobrze.

- Żartujesz sobie? - unoszę zaskakująco wysoko brwi.

- Nie, nie przepadam za ludzkim towarzystwem. Zwierzęta są sto razy lepsze, nawet te najgorsze drapieżniki - odpowiada Ivan, odkładając na stół filiżankę.

- Bądź tak nastawiony jeszcze kilka lat, to wylądujesz w Amazonii jedynie z przepaską na biodrach, bez umiejętności mowy - prycham.

- Ale ja przetrwam, a wy się wszyscy wyrżniecie co do jednego. Już niedługo.

Te słowa mnie przerażają. Podnoszę wzrok na twarz czarodzieja.

- To zabrzmiało okropnie.

- Nie zgodzisz się z tym?

- Nie.

- To jesteś głupia.

- A ty nie masz do mnie ani odrobiny szacunku! - fuczę.

- Mam go z deka za dużo, przeważnie nie rozmawiam tak zażarcie z innymi ludźmi - wzrusza ramionami i spogląda na zegar wiszący na ścianie, a ja, podążając za jego wzrokiem, stwierdzam, że jeszcze zdążę na kolację.

- To proszę o jeszcze trzy deka więcej, bo jakoś go nie dostrzegam - kontynuuję.

- Wiesz, jakie jest moje życiowe motto? - pyta znienacka.

- Nie mam pojęcia - kręcę przecząco głową.

- "Milcz i pracuj".

Wielka Sala, Hogwart, 18 września 2017 rok

(Melody Charm)

Miranda Plugg, jedna z wielu psiapsiół Lucy Goyle, siada do stołu z podbitym okiem. Wywołuje to falę pomruków przy stole nie tylko Ślizgonów, ale także u uczniów z innych domów, którym udało się to zauważyć.

- Mówiłem, żeby założyła okulary, to nic jej się nie stanie - mówi Andrew Goldstein, Ślizgoński głupek, który udaje wielkiego chojraka. - Ale ona była taaka uparta - wzdycha.

Grupka niewyżytych, tępych koleżków wybucha śmiechem.

- Stul pysk, Andrew! - krzyczy Miranda i, cała zaczerwieniona, nabija kiełbaskę na widelec.

- Jedna parówka ci nie wystarczyła? - rechocze czarodziej i tym razem śmieją się także dziewczyny.

- Ty jesteś chory, odwal się ode mnie!

Niestety, pomimo młodego wieku, Miranda zaczęła być kobietą lekkich obyczajów. W tamtym roku szkolnym wszyscy się o tym dowiedzieli i teraz ma, co chciała. Ciskają w nią głupawymi tekstami, ale ona nadal... sprawia, żeby koledzy byli szczęśliwi. Zgrywanie cnotki nie przynosi skutków.

Odwracam wzrok od stołu Slyterinu, chociaż ciekawi mnie, co się stało z okiem dziewczyny. Może ośmiornica dorwała ją w swoje macki? A może ktoś tworzy jakąś sektę? Kosmici!

Tak, to na pewno oni.

Mimowolnie uśmiecham się pod nosem. Nalewam sobie szklankę soku dyniowego i zaczynam pogryzać precelka z sezamem.

- Cześć, Mel - obok mnie siada Freddie i kradnie mi precla.

- Ej.

- Mniam.

Wywracam oczami i sięgam po drugiego.

- Co tam? - pytam, przewracając stronę "Proroka Codziennego".

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale Scamander zjada się spojrzeniem.

- Co, który? - dziwię się i podnoszę wzrok znad artykułu o zatrutym żabim skrzeku wpuszczonym na rynek.

- Na godzinie jedenastej - mówi Freddie.

Lorcan Scamander siedzi przy przeciwnym końcu stołu, niż Miranda i reszta spółki. Ma chude ciało, bladą cerę i platynowe włosy, a jego granatowe oczy są dzisiaj dziwnie matowe. Nie mniej jednak, kiedy na niego spojrzałam, obserwował mnie. W ciągu ułamka sekundy zajął się już swoim jedzeniem.

Muszę przyznać, że jest cholernie przystojny, ale jest także Ślizgonem. Dwa lata młodszym Ślizgonem.

Daję Freddiemu pstryczka w nos.

- Może był zniesmaczony moim jedzeniem, zawsze żuję jak krowa - wzruszam ramionami, a potem prycham śmiechem.

- Pewnie już ma mokro - chłopak porusza szybko brwiami i robi szybki unik, bo wymierzam mu kuksańca.

- Fuuuu. Idź mi stąd - mówię z udawanym oburzeniem.

- No idę, idę. Zaraz mam zaklęcia. Gdzie Victoire? - pyta, dokańczając precla.

- Nie wiem. Powiedziała, że jest zajęta.

- Mmm.

- A ty jesteś niewyżyty! Jasna cholera, Fred, znajdź sobie dziewczynę - burczę, powstrzymując się od histerycznego śmiechu.

- Żadna mnie nie chce, chyba jestem zbyt idealny. Jak myślisz? - pyta, przeglądając się w łyżeczce od hebraty.

- Myślę, że w końcu znajdziesz sobie kogoś, kto wreszcie nauczy cię wiązać sobie buty - mówię promiennie i upiłam łyk soku, zrywając się z ławki. - Bądź grzeczny, idę na lekcje.

- Mhm, -obra - mówi Freddie z pełnymi ustami, bo przed chwilą wpakował tam sobie kawałek szarlotki.

Przerzucam torbę przez ramię i wychodzę z Wielkiej Sali. Trochę martwię się o Vic. Teddy wieczorem wyjeżdża, a ona cały dzień musi siedzieć w tym Skrzydle Szpitalnym i gnić w łóżku. Ciekawe, jak sobie radzi. Może wyjdę z jakiejś lekcji i ją odwiedzę?

Nie, nie byłaby zadowolona. Chciałaby, żebym się uczyła.

Cała Victoire. Dbając o innych, zapomina dbać o siebie.

Uch, tak bardzo ją kocham.

Zrobiła dla mnie w życiu tyle dobrego, że nie potrafiłabym sobie tego wyobrazić. To dzięki niej między innymi pozbyłam się traumy po... po wydarzeniach z ojcem. No, może nie całkowicie, ale jednak czuję wielką ulgę.

Będąc już prawie pod właściwą klasą, ktoś mnie zatrzymuje. Odwracam się i nieco mnie zamurowuje. Lorcan.

Unosi lekko kącik ust do góry. Widać, że jest zestresowany. W takim razie czemu mnie zaczepia?

- Ja tylko... chciałem wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku - odzywa się. Głos ma zaskakująco męski jak na piętnastoletniego, wątłego chłopaka. Muszę patrzeć nieco w górę, bo jestem kilkanaście centymetrów niższa.

- A z jakiej to racji? - pytam.

- Zemdlałaś i byłaś w Skrzydle Szpitalnym, więc pytam.

- To było dwa tygodnie temu - dziwię się. - Zresztą i tak nie wiem, co ty masz z tym wspólnego.

- Ja cię znalazłem.

- Och.

Wzrusza ramionami.

- Widzę, że chyba masz się dobrze. To ja już pójdę - mówi zakłopotany i już chce się odwracać, ale nie pozwalam mu odejść.

- Czemu odzywasz się dopiero po dwóch tygodniach?

- Jestem nieśmiały, długo się zbierałem. Co więcej jestem ze Slytherinu, więc ludzie z innych domów niechętnie ze mną rozmawiają.

- No, w sumie to się im nie dziwię - mówię z cichym śmiechem, a potem poważnieję. - O nie! Gdy mnie znalazłeś musiałeś mnie nieść, tyle korytarzy z takim ciężarem. I jesteś taki chudy. O nie. Jak się czujesz? Nie dostałeś przepukliny czy coś? - marszczę brwi.

Przez chwilę Lorcan wygląda, jakby się czymś zadławił. A potem wybucha głośnym śmiechem, tak że przechodzący obok uczniowie dziwnie się na nas patrzą. Dostrzegam łzy rozbawienia w kącikach jego oczu.

- Merlinie - wydusza z siebie.

- Z czego ty się śmiejesz? Ja się martwię, a ty mi taki numer odstawiasz.

Co dziwne, rozmawia mi się z nim w porządku, nie czuję żadnego zdenerwowania, nie jąkam się. Ale jest nieśmiały i to widać, chociaż zyskał u mnie plusa tym atakiem śmiechu. To znaczy, że nie jest sztywniakiem.

- Merlinie - powtarza. - Nie mam przepukliny, byłaś lekka, a ja wbrew pozorom nie jestem aż taki chudy, na jakiego wyglądam. Mam trochę mięśni.

- Oho, macho!

Chłopak kręci głową z dezaprobatą.

- Widzę, że z tobą okej. Cieszę się.

- Jesteś dziwnym Ślizgonem - wyskakuję nagle.

- Dlaczego?

- Bo jesteś miły - odpowiadam niepewnie.

- Do Slytherinu nie trafia się tylko za bycie wrednym - wzrusza ramionami. - Chodzi o spryt, moralność i ambicje.

- Właśnie zrodziła się we mnie nadzieja, że jednak jest tam u was parę zagubionych duszyczek - uśmiecham się. - Ale teraz muszę iść, pani profesor Moug za mną nie przepada. Nawet najmniejsze spóźnienie może mi zaszkodzić.

- Nie ma sprawy, cześć - delikatny uśmiech pojawia się na bladej twarzy Lorcana.

- Odezwij się jeszcze kiedyś, jeśli będziesz chciał - mówię i gdy kiwa głową, odchodzę z mimowolnym uśmiechem na ustach.

Skrzydło Szpitalne, Hogwart, 18 września 2017 rok.

Popołudnie jest wyjątkowo słoneczne jak na jesienny dzień, a długa przerwa obiadowa zachęca do wyjścia na zewnątrz. Teddy wieczorem wyjeżdża, więc korzystam z okazji i jestem z nim cały czas. Teraz jesteśmy w Skrzydle Szpitalnym - leżymy na wąskim łożku, oglądając rodzinne albumy. Mama mi je zostawiła, żebym się nie nudziła. Na stoliku leżało też kilka książek i choć Teddy twierdził, że lubi patrzeć na mnie zaczytaną, wolałam się nimi nie zajmować, póki miałam go przy sobie. Niemal wszystkie zdjęcia są tak wesołe i przedstawiają uśmiechniętych, szczęśliwych ludzi, że aż na głos dziwię się, jak to mogło się zmienić.

- Myślisz, że mroczne czasy kiedyś powrócą? - pytam, nie spuszczając zwroku z albumu.

- Raczej nie - odpowiada Teddy, wyręczając mnie z przerzucenia strony. - Ale nigdy nic nie wiadomo, trzeba zachowywać środki bezpieczeństwa.

- Niektórzy wciąż wierzą, że Voldemort powróci, tak mocno te wszystkie wydarzenia odcisnęły się na ich duszy.

- Tym razem na pewno nie wróci, mogą być pewni. Bardziej bałbym się o-

- Infernum? - przerywam mu.

Kiwa głową.

- To tylko domysły, przez tyle lat byli nieszkodliwi, więc dlatego akurat teraz miałoby się to zmienić? - Teddy otacza mnie ramieniem i całuje w skroń.

Przymykam oczy.

- Jeśli przebicie komuś brzucha niemal na wylot nazywa się byciem nieszkodliwym, to... - nie dokańczam.

- A więc o to chodzi? - marszczy brwi. - Vic...

- Daj spokój, nie chodzi o mnie. Inna dziewczyna może martwiłaby się, że nie będzie mogła założyć bikini z powodu blizny na brzuchu. Ja bardziej martwię się o to, że skoro udało im się coś takiego ze mną, to i inni mogą być zagrożeni.

- To nie powinno się powtórzyć, już niedługo pełnia i zamierzam... coś w tej sprawie zrobić - mówi.

Ostro zatrzaskuję album ze zdjęciami i podnoszę się do pozycji siedzącej.

- Co? - wykrzykuję.

- Nic takiego, po prostu-

- TED! - sama nie wiem, czy jestem zła, czy przerażona. Spuszczam nogi na posadzkę i zakładam na nie trampki. Podczas wiązania milczymy.

- Tylko z nimi porozmawiam.

- "Cześć, demony. To ja, wilkołak. Przyszedłem porozmawiać. Może odłożycie te wszystkie tasaki, noże i topory?" - prycham.

- Z Fabianem, nie z demonami - usprawiedliwia się.

- Co za różnica? Sam niedawno twierdziłeś, że jest groźniejszy, niż oni.
- Może nie miałem racji - wzrusza lekko ramionami.

Wstaję i gromię go wzrokiem.

- Teraz kłamiesz.

- Przepraszam - wzdycha.

- Proszę, nie idź tam - ton mojego głosu staje się miększy.

- Już postanowiłem, nie chcę, by cokolwiek ci się stało.

- Za późno.

- Cokolwiek więcej - koryguje.

- To się robi mdłe - jęczę i siadam z powrotem na łóżko. - Nie idź tam, może taki sen się nie powtórzy.

- A co, jeśli jednak? - twarz Teddy'ego wykrzywia grymas bólu, może troski. Patrzę w jego błyszczące oczy i nie mogę się powstrzymać, po prostu muszę położyć się koło niego i wtulić twarz w zagłębienie szyi.

- Wtedy ci powiem. I pójdziesz, zrobisz cokolwiek będziesz chciał - mówię wprost do materiału jego koszulki. Mimo to mnie słyszy.

- Skąd mam wiedzieć, że na pewno mi powiesz?

I choć z bólem to przyznaję... ma rację. Nie powiem mu, chyba że będzie to naprawdę konieczne. Jestem gotowa skłamać, by tylko uchronić go przed niebezpieczeństwem. Jestem gotowa na to, by znów przeszył mnie sztylet. By znów stanąć oko w oko z demonem. Byleby Teddy był bezpieczny.

- Masz moje słowo, chyba tylko na to możesz liczyć - mówię cicho, czując przenikliwy ból w klatce piersiowej, który tłumi ból pod bandażem. Przełykam słone łzy, by nie pozwolić im wypłynąć. Victoire Weasley nie płacze.

- Obiecujesz? - Teddy głaszcze mnie po ramieniu, czuję jego oddech na moich włosach.

- Obiecuję - powtarzam czując, że rozpadam się na kawałeczki.