W wieku czternastu lat, w kilka miesięcy po Dniu Końca Ery, chciałam być łamaczem zaklęć. Ale coraz częściej słyszałam o zniknięciach, morderstwach i atakach. Sama miałam o jedno doświadczenie straty za dużo. Zdecydowanie za często słyszałam wyzwiska na korytarzu. W połowie piątego roku zwierzyłam się Severusowi, że chyba chciałabym zostać aurorem. Wtedy pewnie nawet tego nie zauważyłam, ale teraz wydaje mi się, że twarz mu pociemniała i głos mu się zrobił nieco piskliwy. A może sobie to tylko ubzdurałam. Wtedy już zadawał się z Avery'm i Mulciber'em i wykazywał coraz większe zainteresowanie czarną magią. Powiedział, że może byłoby bezpieczniej, jakbym została jednak tym łamaczem zaklęć. Coraz częściej się też z nim wtedy kłóciłam, ale byłam zmęczona niesnaskami z własną siostrą, więc na część nieporozumień z Severusem zwyczajnie machałam ręką ze zrezygnowaniem.

Trzy miesiące później, po wielu takich machnięciach ręką i jeszcze większej ilości sygnałów, które powinny mnie były zaalarmować, na oczach – jak głosi legenda - połowy uczniów Hogwartu, Severus Snape, mój najlepszy przyjaciel, za którym wstawiałam się w wielu kłótniach z innymi Gryfonami, nazwał mnie najbardziej obraźliwym określeniem, jakim można było mnie wyzwać. Wypłakując sobie oczy w łazience Jęczącej Marty i robiąc duchowi niezłą konkurencję w tej dziedzinie zastanawiałam się, od jak dawna byłam dla mojego najlepszego i w gruncie rzeczy jedynego przyjaciela jedynie szlamą.