Aklimatyzacja na imprezie nie była trudna. W obszernym holu rozstawione były stoły z napitkiem i poczęstunkiem. Kelnerzy przechadzali się, wymuszając lanie alkoholu w gardziel. Na wysokim suficie przyczepione były, jak to Lupin określił, serpentyny na odwal się. Najmniej mu się tu podobało i sam już nie wiedział co konkretnie ma robić. Zresztą tak jak reszta. Próbowali wypatrzyć kogoś kto podejrzanie by wyglądał, lecz zupełnie im to nie szło. Coś się zaczęło, gdy wśród tłumu młodszych i starszych wypatrzyli Snape'a z Lucjuszem, cztery stoły dalej. Dwójka mężczyzn chwilę rozmawiali po czym Snape wybił się z pięty i uciekł gdzieś przez drzwi boczne do wewnętrznych partii budynku. Lucjusz zaś zmierzył Dumbledore'a i jego pomagierów dziwnym, kokietującym wzrokiem. Obserwowali go uważnie. Zdawał sobie z tego sprawę. Ubrany był w dostojne szaty, pod nimi mając coś na podobieństwo zbroi. Peleryna zwisała mu z barków.

Zakręcił młynka ręką w czarnej, eleganckiej rękawiczce i zwiewnym ruchem nadgarstka rzucił w ich kierunku małą, zgiętą karteczkę. Dzięki magii przefrunęła dzielący ich dystans nad głowami gości i wylądowała w ponczu na stole. Dumbledore wyciągnął ją prędko. Przeczytał i spochmurniał.

– Co napisał? – Lupin starał się nie okazywać emocji, czując na sobie wzrok Lucjusza.

– Napisał… Majteczki już wyprane?

Pokazał im. Poncz zdążył dojść do liter „prane" w ostatnim wyrazie i smętne smugi spadały w dół karteczki. Jak celowo rozmazany makijaż klauna.

– Maskarada przyprawiona mrokiem klauna-rzeźnika – wzdrygnął się z obrzydzenia Albus i beznamiętnie spalił karteczkę.

On, Filus, Remus, Horacy i Harry spojrzeli agresywnie na Lucjusza. Ten pił właśnie z kieliszka i puścił im oczko znad niego. Parsknął jednak zaraz po tym śmiechem, opluwając się i stojącą nieopodal panię szampanem. Bezradnie ocierał swoje ciało oraz te należące do pani serwetką. Nagle zakłębiło się tam masy ludzkiej, a gdy znów się przerzedziło, masa Lucjusza zniknęła. Jednym słowem, zmienił się moment bezwładności w danym punkcie przestrzeni trójwymiarowego układu współrzędnych, dajmy na to, żeby było klasycznie, x, y i z.

– Copperfield! – warknął niemiło Lupin, otrzepując marynarkę z godnością.

– Ale… – zagrzmiał Albus. – Do czego on pił? Czy do majtek w pralce w wieżowcu, tych, które wydawały nam polecenia i była to zwykła drwina czy…

– Czy wie, że my wiemy, że Majtki Umysłowe grasują i chcą tu dokonać czegoś wielce niepożądanego dla ogółu społeczeństwa… – dokończył Harry.

Mózgi parowały, lecz nawet gdyby to las równikowy parował, do niczego dojść by się nie dało na podstawie obecnej sytuacji.

– Harry, znajdź Snape'a – zarządził Albus, nie zaszczycając chłopaka wzrokiem. – Horacy, musisz znaleźć dyrektora szkoły. Zasłyszałem od kilku pryszczatych nastolatków, iż ma on w kulminacyjnym punkcie wykonać przemówienie, a potem odbędzie się pokaz fajerwerków sterowanych, to ci nowość, tak by the way... – Dumbledore ściągnął twarz ze zdziwienia. – Sądzę, że Majtki Umysłowe będą chciały przerwać wystąpienie dyrektora lub wkroczyć podczas pokazu. Twoja w tym głowa już, Horacy, żebyś użył wszelkiej charyzmy, by zmusić, jakimkolwiek sposobem, do opóźnienia tej atrakcji głównej.

Harry i Horacy, drużyna double-H, kiwnęli głowami i wyruszyli od razu, bez zagryzki, bez przysiadywania, bez rozgrzewki. Gdzieś w tłumie doszło do rozczłonkowania drużyny double-H i każdy udał się w partie uczelni, gdzie przeczuwali spotkać swe cele.

Dumbledore, Filius i Flitwick zaczęli gubić się we własnych myślach.

– A co my robimy? – Lupin masował sobie ręce z nerwów.

– Nerwy na bok, Remus. – Dumbledore błysnął okularami. – Cokolwiek by się nie stało. Czy to sekta, czy czarna magia, czy inna jeszcze potężniejsza siła, mam w zanadrzu jedną… – zaśmiał się prawie mrocznie. – …zdolność, która wydobędzie nas z każdych tarapatów.

Zapadło milczenie, niosące moc w serca. Flitwick przełamał je:

– A miałeś opowiedzieć o tym swoim śnie, skoro i tak nic nie robimy, to może…

– A! – Albusowi zapłonęły oczy. – Powiem wam, że wydawało mi się, że pamiętam wszystko dokładnie, w każdym szczególe każde li odczucie, które tam przeżyłem, w tej sennej krainie, ale to przeświadczenie minęło kilka chwil po przebudzeniu. – Przymknął oczy i pochylił głowę. – Byłem w podmorskim świecie. Naokoło właściwie pustka. Szedłem po dnie, nie wiem jak głęboko. Nikłe ślady życia. Tu morska trawka, tam mała rybka, nic znaczącego. Przede mną tylko siedział przy pianinie jakiś topielec i grał Podwodną Sonatę. Ni to zombie, ni to szkielet, cały w liszajach i wodorostach. Nie mrugał, bo nie miał powiek. W ogóle mnie nie zauważał. Tylko siedział i grał, skupiony był całkowicie na klawiszach. Patrzył na nie z taką melancholią, jakby sobie coś przypominał. A za nim… wzniesiona była przeogromna katedra. Mogłem dostrzec przez wodę wszystkie jej wieże i łuki! Była wspaniała, więc zapragnąłem tam wejść. Podziwiać witraże, które tam były, bo wiedziałem, że tam są, wiedziałem! Ale jak tylko podszedłem, katedra zawaliła się, jakby eksplodowała od środka. Topielec grał dalej, grał na jej dziedzińcu, ale żaden odłamek go nie przygniótł. Odczekałem w bezpiecznym miejscu aż piach opadnie, a przynajmniej trochę się ta cała zawierucha uspokoi. Z ciekawości pochodziłem po ruinach i wśród nich znalazłem zwłoki.

Albus wygiął usta w podkówkę, kiwając głową rozumnie. Remus przygryzł usta.

– Czyje to były zwłoki?

Przełknął ślinę. Modlił się w duchu, by nie jego lub Filiusa. Znając zmienność temperamentu Dumbledore'a ostatnimi czasy, obawiał się, że pod wpływem wspomnień ze snu, zapragnie zobaczyć jeszcze raz te zwłoki… lub zupełnie oszaleje, ponieważ zobaczy zwłoki ze snu jako żywe osoby i powyrzyna wszystkich naokoło.

– Moje, Remusie. – Zachrypiał, jednak z pewną mocą. – Znalazłem tam w ruinach moje własne zwłoki. – Zamyślił się. – Potem nie pamiętam... – dokończył i rozejrzał się po balujących.

Usłyszał za sobą kroki. W oczach Remusa i Filiusa ujrzał, że osobnik, który za nim stanął, skrywa oczy za okularami, jednak nie widział wyraźnie twarzy.

– Dzień dobry, panowie. – Dumbledore usłyszał piękną, harmonijną i płynną angielszczyznę i on, w tej angielszczyźnie, zakochał się.

Odwrócił się. Ujrzał Japończyka w średnim wieku.

– Pana angielski jest jak śpiew ptaków w najpiękniejszym dniu mego życia… – Albusowi zakręciła się łezka w oku.

– Ach, dziękuję, to miło z pana strony. – Uśmiechnął się i zdjął okulary. Miał przenikliwy wzrok i posiadł już kurze łapki, zapewne na jakimś tanim japońskim bazarku z drobiem. – Jeśli nie mieliby państwo nic naprzeciwko porwałbym na chwilę pana w marynarce H&M na dysputę. Zapewniam, że rozmowa, którą odbędzie pan tego wieczoru, odmieni pana życie.

Ukłonił się Remusowi.

– Mnie… znaczy moje? – Lupin zbladł.

Albus i Flitwick pomyśleli o jednym. Z Remusa to tchórz jakich mało, odkąd nie ma Voldemorta. Brak Lorda pozmieniał wiele rzeczy.

– Remusie… – starczo rzekł Dumbledore. – Pójdź z tym panem, którego angielszczyzna to czysty miód pitny dzielnych wojów, lejący się do mych uszu, jakoby by były gardłem. Tylko wracaj niebawem i pamiętaj, by… – spojrzał mocniej na Lupina – by pamiętać o marynarce.

Profesor pogładził rękaw i kiwnął głową. Poszedł za Japończykiem, który ukłonił się, i niemalże złapał go za rękę, jak dziecko.

– Myślisz, że da sobie radę? – Flitwick odprowadzał współczującym wzrokiem swego kompana.

– Zrobił się miętki, miałki i chyba transmutował w miętusa, lecz ma tę przewagę nad Japończykiem i jego przyjacielem w marynarce, iż posiada zdolności magiczne. To na pewno mugole, nie czuć u nich żadnej smykałki do magii, jak już to raczej do ciemnych biznesów.

– Ciemny biznes może pogrążyć najlepszego czarnoksiężnika – Filius uniósł mądrze palec.

– Nie wymądrzaj się i załatw mi szampana!

Zaśmiali się i zaraz po tym stuknęli kieliszkami.

– Coś czuję, iż sprawy powoli załatwiają się same za nas…

Pociągnął mocny łyk. Wtedy na środku sali stanął mężczyzna z mikrofonem. Upstrzony cekinami kabel ciągnął się z bliżej nieokreślonego miejsca, wił między ludzkimi nogami i podrygiwał, gdy żywiołowy mówca, wydobywał z siebie te oto frazesy:

– Proszę państwa… Mieliśmy to przedstawić na końcu, lecz by wlać jeszcze więcej entuzjazmu do zabawy, pomyśleliśmy, że przemowa naszego kochanego dyrektora odbędzie się tu i w tej chwili! Brawa!

Entuzjazm wylał się jak zupa przy obiedzie na obrus. Przynajmniej tak pomyślał sobie Albus i od razu zagadał do Flitwicka:

– Z pompą impra, nie?

Pseudo-goblin przytaknął ironicznie i odezwał się:

– Zdaje się, że Horacy chyba opatrznie zrozumiał polecenie…

Na środku stanął jegomość w podeszłym wieku wyglądający na przemęczonego i niechętnego, by w ogóle tu stanąć. Uśmiechnął się jednak i tak powiedział:

– Dzisiaj odchodzę na emeryturę!

Krzyknięto z nutą żalu i oburzenia. Dumbledore'owi podskoczyły brwi do góry.

– Wow… – nachylił się do Filiusa. – Chyba powinniśmy ich nauczyć, jak wygląda porządna impreza.

Dyrektor kontyngentował:

– Dlatego też, swym drobnomieszczańskim zwyczajem, ograniczę się do jednego słowa, które wypowiem raz i tylko raz z ogromną mocą: dziękuję! Dziękuję wam za te lata…

– Powiedział dwa razy! – Albus starał się przekrzyczeć przez skandujący tłum, wskazując ręką sylwetkę dyrektora.

Przemowa trwała dalej:

– Myślę, że teraz przekażę mikrofon memu następcy. Lucjuszowi Malfoyowi, którego syn kończy obecnie pierwszy rok jako najlepszy uczeń, bijąc dotychczasowe rekordy. Brawa dla nich i dla jego pięknej żony!

Brawa wypełniły salę. Lucjusz, Narcyza i ich syn ukazali się na środku.

Albusowi tym razem podskoczyła jedna brew. Niesymetryczność sytuacji i w ogóle jakaś krzywizna rzeczywistości wywołała asymetryczność brwiową na jego facjacie.

– Co za tandeta… – szepnął Filius.

– I to posypana zgniłym lukrem jakimś… – Albus klaskał, bo już mógł uwierzyć we wszystko.

Dyrektor już miał przekazać mikrofon i po uścisku dłoni i stanowisko, ale chyba wzięło go na sentymenty, gdyż jeszcze chwilę przytrzymał w ręku urządzenie.

– A i jeszcze jedno. Jeden z was, drodzy goście, miał mi coś ważnego do powiedzenia, nie bardzo zrozumiałem co, gdyż zostaliśmy rozdzieleni przypadkiem przez personel sanitarny i mój miły rozmówca, choć trochę szalony, jakby wyparował! Jeśli sprawa jest aktualna, to jestem dalej do dyspozycji. A teraz, Lucjusz!

– Nieaktualne już! – krzyknął Dumbledore, zagłuszany raz po raz przez liczne pary rak, i zaniósł się śmiechem jak dziecko, bowiem udzielił mu się nastrój ogółu.

– Albusie, tam! – Filius wskazał w górę.

Były tam dwie szyby, za którymi powinien siedzieć DJ lub ktokolwiek odpowiedzialny za muzykę i nagłośnienie. Jednak stał tam Horacy Slughorn i w dziwnej pozie leżał brzuchem na lekko pochylonym szkle, tłukąc o nie pięścią i coś wołając. Albus odczytał z ruchu warg, bo nauczył się tego jakiś czas temu.

– Zaklinowałem się… – powiedział bezrozumnie, obserwując zrozpaczonego Slughorna. – To przecież gorsze niż zaklinować się w składziku na miotły albo w kiblu! – machnął drapieżnie ręką. – Tam to zrozumiem, bo jest odpowiedni klimat do zaklinowywania się, ale tam, nad wszystkimi, skąd muza leci?! – Starał się wytrząsnąć z głowy marność sytuacji Horacgo, która mimowolnie tam się zakradała. – Gdzie jest DJ w ogóle? Ach… trzeba zaraz mu pomóc, posłuchajmy tylko co ten fanfaron ma do powiedzenia, może się pośmiejemy…

Lucjusz właśnie skończył przyjmować kwiaty i gratulacje. Wziął mikrofon w dłoń i dziarsko nim machnął, jakby właśnie ofiarowano mu szablę. Wywołał gromką falę, niepowstrzymanego śmiechu. Gdzieś powstała mini fala meksykańska. Fale Dunaju powstały na czole Albusa w postaci zmarszczek. Wszystko tu falowało.

– Cieszę się z tak zaszczytnego stanowiska – zaczął Malfoy. – Jestem dumny z mego syna, który zgarnia same najlepsze oceny, zapewne ma to po tacie! Nie zrobiłby tego jednak bez pomocy matki, która… dba o jego fryzurę. Zaczesana fryzura, zawsze to powtarzałem i powtarzać będę!, jest podstawą sukcesu w wielu dziedzinach życia. – Ugładził długie włosy, stojąc pewnie na nogach. Draco performował na sztywniaka. – Teraz muszę jednak podziękować już Draco i Narcyzie, gdyż zacznę mówić oficjalnie, już jako dyrektor w pełni. – Narcyza i Draco dostojnie udali się na stanowiska poboczne. Malfoy jeszcze raz ugładził włosy, widać było, że przechodzi do interesów. – Zmienię może trochę ton wypowiedzi, ale wyjdzie to wszystkim na lepsze, obiecuję wam. – Wziął oddech. – Są wśród was ludzie w pewien sposób wyjątkowy, być może macie go po swej prawej… lub po lewej. A może stoi za wami? Nie… to nie tak! Wy wszyscy jesteście wyjątkowi, ale o tym nie wiecie! Dobrze, przejdę do konkretów i wiedzcie, że cokolwiek teraz mówię, mówię na poważnie, świadom konsekwencji oraz będąc trzeźwym, a także w pełni władz umysłowych!

– Leje wodę jak strażacy, nudzi! – huknął Dumbledore, przyzwyczajony, że w momentach przerw powstaje burza oklasków, zagłuszająca jego chwytliwe teksty.

Speszył się odrobinkę. Kilku ludzi obejrzało się na niego. Lucjusz uśmiechnął się i podjął znów:

– Tak, ten starszy pan w nietypowym szlafroku coś o tym już wie… Ludzie, o których wam mówiłem, świadomi swej wyjątkowości, od lat należą do pewnych… organizacji, można by to nazwać sektą, lecz proszę nie wpadajmy w socjologiczne terminy, bo nie tak przecież powinniśmy kroczyć przez życie!

Ludzie zaczęli komentować. Albus posłyszał jak jeden ze studentów stwierdził: Nareszcie normalny dyrektor!

– Tyle że oni dotąd sami nie wiedzieli czyje rozkazy wykonują! I dziś są tu, by w końcu, po tych wszystkich latach, odkryć pełnię prawdy! Są to przedstawiciele sekcji z całego świata i przekażą nowiny wszystkim członkom! Od dziś zapanują trochę inne zasady, choć wszystko będzie, jak to się mówi, po staremu!

Lucjusz zaczął chodzić jak rasowy mówca. Nie przeczuwający niż studenci zaczęli klaskać, oddając się słowom dyrektora jak przebojowi na koncercie. Facjata Malfoya przybrała nowy wyraz, mroczniejszy i bardziej zaangażowany introwertycznie, choć nadal tak samo ekspresywna w odczuciu ogólnym.

– Czas na prawdę! – zakrzyknął Lucjusz.

Te słowa stanowiły chyba swego rodzaju hasło, bowiem chór ludzi, stojących losowo na całej sali zawtórował za przywódcą.

– Oto ona!

Lucjusz wyciągnął różdżkę i machnął nad głową. Powstały tam obrazy widoczne tak samo z każdej perspektywy. Przedstawiały pralki, najczęściej w opustoszałych miejscach. Obrazy zmieniały pozycję między sobą i ustępowały miejsca nowym.

– Te pralki, rozmieszczone na całym świecie, pod wpływem niesamowitych, nikomu niepojętych wibracji, przesyłają faksem polecenia! To te raporty codziennie przekazujcie swym podwładnym, a także sami je wykonujecie. I to cała prawda!

Sala zamilkła. Ci ludzie, którzy wcześniej zakrzyknęli, tak pełni energii i wiary w przywódcę zostali ogłuszeni, jakby uderzeni maczugą przez trolla. Lucjusz uśmiechał się jak szaleniec, cały spocony i wyczerpany, choć wytrwały.

– Protestuję! – krzyknął jeden z „sekciarzy".

– Na nic wasze protesty! Stało się! Działo się przez tyle lat i dziać będzie i nic, ani nikt na to nie poradzi! – Malfoy mierzył wzrokiem wrogo nastawionych popleczników.

Gniewnie mruczeli i rozpoczęli agresywny przemarsz ku dowódcy.

– To nie koniec! Wysłuchajcie jeszcze jednej rzeczy! Dzisiejszego wieczora Lord Voldemort odżyje! A raczej powróci do nas już na zawsze!

Część „sekciarzy" musiała być śmierciożercami, bo właśnie oni klęknęli, radośnie wznosząc ręce ku niebu.

– Proszę o wniesienie sprzętu!

Dwóch zamaskowanych śmierciożerców wtoczyło koło Lucjusza pralkę na kółeczkach. Wyszło to niezbyt zgrabnie i na dodatek jedno z kółeczek pękło, przez co pralka pochyliła się na bok.

– A teraz coś, co mogę specjalnie zadedykować starszemu panu w szlafroku!

Tym razem wszystkie oblicza skupiły się na Albusie Dumbledorze. Ten nic sobie z tego nie zrobił i pomachał przyjaźnie Lucjuszowi, nie wierząc w jego jadowite słowa. Malfoy wrócił do normalnego sposobu bycia. Całe szaleństwo z niego uszło. Przemawiał nosowym, lekko nudzącym, choć ostatecznie potrafiącym przykuć uwagę, głosem.

– Siedem horkruksów skrywające duszę Czarnego Pana zostały zniszczone. Ale Lord Voldemort wiedział, że posiada nie tylko ciało i duszę…, ale i potężną Moc! Wiedział, że Harry Potter, nędzna namiastka czarodzieja, pokona go tak czy siak, bo miał w sobie miłość daną mu przez rodziców! Czarny Pan nie był głupim ignorantem, który nie wiedział takich rzeczy! Więc, kierując się niesamowitym instynktem przetrwania, w jednym przedmiocie, skrył całą, powtarzam, całą swą Moc! Przez to osłabł niezmiernie. Tak, Albusie, potęga Czarnego Pana, z którą nie mogłeś zwyciężyć, była tak naprawdę nizinną namiastką jego wielkości!

Albus spróbował ziewnąć, ale akurat nie miał ochoty, więc wyszło średnio. Nagle z tłumu wynurzył się Lupin. Kiwnął głową i gestem pokazał Filiusowi i dyrektorowi, by skupili się na przemowie Lucjusza.

– I teraz, w tej pralce, narodzi się nam na nowo Lord Voldemort, jeszcze silniejszy niż przed ukryciem swej Mocy! A oto materia, w której Ją skrył.

Lucjusz wyjął z worka kawałek tkaniny i rzucił na podłogę.

– To są Majtki Umysłowe. Jedyne i prawdziwe! – Lucjusz rozejrzał się po zdezorientowanym tłumie, zahipnotyzowanym przemową. – A wiecie, czemu właśnie w takiej rzeczy nasz Pan skrył swą Moc? – Ludzie milczeli, Albus wzruszył ramionami. – Bo był inteligentny! Tak, inteligentny jak bies! Wiedział, że nikt nie będzie nawet podejrzewać, że podzieli się Mocą z tak haniebnym przedmiotem jakim są majtki! Niewykryta przez lata Moc! Siedzi w tych majtkach i śmieje się z was! Cha, cha! Tak się śmieje! Lord musiał się zniżyć do poziomu robaka, zanurzyć się w nieczystościach, pokonując odrazę, by osiągnąć szczyt! Spadł na dno, by móc się od niego wybić! Można go przyrównać do tej myszy, która wpadła do wiaderka ze śmietaną i tak długo się szamotała, że ubiła śmietanę na masło, po czym wyszła na wolność! Tak, wszyscy znacie tę myszkę!

– Jezus, co on bredzi… – Remus aż wytworzył miriady bruzd na swym czole.

Mówca ciągnął dalej:

– A teraz coś ciekawego, dla tych którzy zapragnęli by znów widzieć go pseudo-martwym. Dziesięć tysięcy mordów, które ja własnoręcznie dokonałem przez ostatnie trzy lata, poczynając od momentu, w którym Harry Potter pokonał jego ciało i duszę, spowodowało, że Moc ta stała się po stokroć większa! Fragmenty dusz ofiar, zawierające wszystkie pierwiastki niezbędne do osiągnięcia absolutu, schowane są w tych majtkach. Przyczepiły się, gdy życie ulatywało z mych ofiar! Z każdej coś innego, inny pierwiastek uskuteczniający Lorda! Majtki Umysłowe odwiedziły także głowę Harry'ego, w sensie stricte, i nauczyły się, będąc już absolutnie mocne, jak poradzić sobie z tym chłopakiem!

To wstrząsnęło Dumbledorem jak i Lupinem i Flitwickiem.

– Wchodzimy do akcji? – Flitwick już miał w pogotowiu swe przedłużenie ramienia, zwane różdżką.

– Ożesz…. – Dumbledore'owi zabrakło dechu. – Ożesz kurka! To zaczyna brzmieć prawdziwie! To one musiały wypaść z głowy Harry'emu, gdy był w celi! Jak mogłem o tym zapomnieć! Gdzie w ogóle ten chłopak polazł?!