Rozdział 10

Podejrzany


Przez cały następny tydzień po Wielkiej Sali na okrągło latały sowy. Z dnia na dzień przybywało rewelacji dotyczących ataku Darvy'ego, a to z kolei pogłębiało powszechnie prowadzoną dyskusję na ten temat. Ogólna atmosfera uległa pogorszeniu. Uczniowie z każdego Domu otrzymywali od rodzin informacje o bliskich przebywających w szpitalu; część także o ich śmierci. Albus odczuł ulgę, że jemu najbliższym nic się nie stało, ale wystarczyło jedno spojrzenie na twarze innych, by podzielić ten smutek.

Jeden siódmoroczny Ślizgon, któremu pożyczył kiedyś pióro, został pewnego ranka zabrany do domu, tuż po tym, jak dowiedział się, że jego matka została zamordowana. Dowiedział się również, że jedna z Krukonek straciła w ataku całe kuzynostwo. List, z prośbą o przekazanie wiadomości dalej, przyszedł nawet do Jamesa: Rolf Skamander, przyjaciel rodziny, stracił brata.

Mimo to Albus wyczekiwał poczty. Wiedział, że lada moment ktoś mu bliski może otrzymać podobne przerażające wieści, ale nie mógł nic na to poradzić. Nie oczekiwał listu informującego o czyjejś śmierci, a kolejnej dziwacznej notki od nieznanego nadawcy.

Najnowszą anonimową kopertę umieścił obok starej, dawno wygniecionej – tej, którą otrzymał pierwszego dnia szkoły. Posunął się nawet do porównania charakterów pisma i doszedł do wniosku, że miał rację – były identyczne. Niestety, to wyczerpywało jego detektywistyczne umiejętności.

– Okej, więc możemy wykreślić nieumyślnie wysłane skrawki pergaminu – stwierdził Scorpius na Zaklęciach, najłatwiejszych z zajęć, na których nie było problemu z prowadzeniem cichych rozmów. – Ale to wszystkie opcje, które możemy wyeliminować.

– Co nie zmienia faktu, że to pismo i tak wygląda na napisane przez dziecko – podsumował Morrison, swobodnie trzymając różdżkę, podczas gdy klasa ćwiczyła zaklęcie uciszające. – Może Albus ma zwyczajnie sekretnego wielbiciela z młodszego rocznika? Mam na myśli to, że w sumie te sowy były całkiem zwyczajne; może nawet z naszej sowiarni.

– Szczerze w to wątpię. – Potter rzucił urok na ropuchę. – Silencio! – Zwierzę ucichło natychmiast, przez co, niezwykle z siebie zadowolony, z czystym sumieniem mógł kontynuować dedukcyjne rozważania. – Tajemniczy wielbiciel skupiałby się na pisaniu mi różnych rzeczy, a nie zadawaniu pytań. A tak poza tym, to na pewno zauważyłbym, gdyby jakikolwiek pierwszoroczniak obczajał mnie na korytarzu.

– Co więcej, to istny cud, że Albus poderwał Mirrę. – Uśmiechnął się Scorpius. – Zostawmy w spokoju te wszystkie dziewczyny, którym życia nie uratował.

Niestety, doszukiwanie się większej logiki w listach nigdzie ich nie doprowadziło. Bardzo łatwo było znaleźć sprzeczne z najróżniejszymi pomysłami informacje, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż nie wiedzieli, czego tak naprawdę szukają. Brak było punktu wyjścia. Albus uważał, że jeżeli uda mu się określić cel listów – lub rozszyfrować ich treść – może odkryje, kto je wysyła. W jego mniemaniu tożsamość nieznanego nadawcy była o wiele ważniejsza, niż zadawane w nich pytania.

Próbował chyba wszystkiego – nawet doszukiwał się możliwych ukrytych znaczeń i sekretnych wiadomości, by w oparciu o nie odkryć, kim on jest; było to niesamowicie trudne. Przypomniawszy sobie słowa ojca, że list przypomina ostrzeżenie, przebadał pergaminy pod tym właśnie kątem, ale doszedł do wniosku, że nadawca nie posiadał szczególnie istotnych informacji. Mimo tego nagle coś sobie uświadomił – dwie wymięte kartki otworzyły mu szerzej oczy: zawierały w sobie rozpaczliwie błaganie.

– O, a spójrzcie tutaj. – Wskazał na pierwszą literę, oświetloną kominkowym ogniem. Morrison nawet nie zawracał sobie głowy spojrzeniem we wskazane miejsce, a Scorpius rzeczywiście to zrobił, wyraźnie zainteresowany. – Zignorujcie tamten odstęp i zobaczcie, wyjdzie zwyczajne „pomóż mi". W następnym liście jest „to ty?", a więc nadawca, kimkolwiek by nie był, prosi mnie, bym mu pomógł!

– Wszystko świetnie. – Scorpius przysunął do siebie podniszczony pergamin. – Co nie zmienia faktu, że zupełnie ignorujesz pierwszy człon pierwszego listu. „Raz słyszysz, potem nie"? Nie wiedziałem, że grasz w zgadnij-co-to.

– Cóż, jeszcze tego nie wykombinowałem! – niechętnie przyznał, przyciągając listy z powrotem do siebie. – To wymaga czasu.

– Pomijając ten fakt, to po kiego grzyba ktoś w ogóle prosiłby Ala o pomoc? – Morrison uniósł brew. Nie ulegało wątpliwością, że było to pytanie retoryczne. – Czy nadawca nie powinien zwracać się do Srebrnego Czarodzieja?

Chłopcy uśmiechnęli się szeroko. Zaledwie dzień wcześniej w gazecie ukazał się raczej niewielki, choć godzien uwagi artykuł opisujący ponowne wyczyny zagadkowej zamaskowanej figury. Tym razem związaną grubymi linami jedyną ofiarą był członek Zbawienia Różdżek. Notka zawierała w sobie także list gończy, taki sam, jak ten wiszący w Hogsmeade, ale Albus był bardziej niż pewien, że nikt nie chciał się w to angażować. Wśród uczniów, Srebrny Czarodziej był wyniesiony na piedestał i niemalże czczony.

Wyjątkiem od reguły był jeden hogwardzki nauczyciel. Puckerd zezwolił na dzień żałoby, a potem z radością wznowił swoje przesłuchania; czasem wzywał do siebie nawet dwóch czy trzech Ślizgonów dziennie – wszystkich, rzecz jasna, celem „nawiązania bliższej znajomości". Każdy przepytany później przez Albusa uczeń przyznał, że w rozmowie był wspominany Srebrny Czarodziej. Chłopiec uśmiechnął się, zadowolony, że Puckerd będzie musiał przekazać Fischer same złe wieści. Ze szczególną przyjemnością podsłuchał także niezwykle trudną rozmowę, którą mężczyzna przeprowadził z Morrisonem; miała ona miejsce tydzień po ataku. Zawczasu udzielił przyjacielowi szczegółowych instrukcji, co powinien powiedzieć i kiedy, a uszy dalekiego zasięgu dostarczyły efektów dźwiękowych, które potwierdziły, iż nowo obrana strategia jest nie tylko bezpieczniejsza od poprzedniej, ale też równie skuteczna.

– Sprawiasz wrażenie ucznia, któremu bardzo odpowiada temat dnia – stwierdził niby niezobowiązująco Puckerd, a Albus usłyszał szelest przewracanej kartki notatnika. – Coś działasz w związku z tym całym „Srebrnym Czarodziejem"?

– Nic szczególnego – odpowiedział niedbale Morrison, i Potter był pewien, że wzruszył przy tym ramionami. – Nigdy go nie spotkałem. Albo jej.

– Rozumiem. – Puckerd powoli zanotował tę informację. Westchnął, czym dał do zrozumienia, że jest dość zdenerwowany. Przez ponad dziesięć minut przesłuchiwany uczeń za każdym razem zaprowadzał go w ślepy zaułek. – Cóż, przypuszczam, że w takim razie wrócimy do ciebie; mam jeszcze masę pytań. Masz jakieś szczególne marzenia bądź aspiracje?

– Nic z tych rzeczy.

– Tak sądziłem – mruknął Mistrz Eliksirów. – Z czystej ciekawości, panie Vincent. Czy zdajesz sobie sprawę, że niewiele osiągnąłeś na moich zajęciach; masz bardzo słabe wyniki?

– Ano.

– Nie przeszkadza ci to? – Puckerd miał nadzieję zwęszyć okazję.

– To, co widzę, to SUMy, proszę pana. Jestem skupiony na końcówce roku bardziej niż na czymkolwiek innym. Uczę się we własnym tempie.

– Z pewnością nie miałbyś nic przeciwko dodatkowej pomocy, prawda? Popraw mnie, jeżeli się mylę, ale często widuję cię w towarzystwie pana Pottera, który jest… uzdolniony w temacie Eliksirów. – W głowie wykładowcy zabrzmiała nuta zawodu, jakby dokończenie zdania było dla niego co najmniej trudne. Albus wiedział, że Puckerd nienawidził go jakkolwiek chwalić.

– No, trzymamy się razem – odpowiedział Morrison.

– Owszem. Jak długo się znacie? – Profesor szybko to zapisał.

– Tak właściwie to poznaliśmy się dopiero w tym roku. Całkiem fajny facet.

Podczas gdy Puckerd co rusz natrafiał na ścianę, próbując dowiedzieć się czegoś na temat Srebrnego Czarodzieja lub swojego ulubionego Ślizgona, Albus musiał przyznać, że był zadowolony z tygodni poprzedzających przerwę zimową. I znowu, wiedział, że to niewłaściwe przez wzgląd na okoliczności, ale ciężko było zaprzeczyć temu, że porażki Puckerda znacząco poprawiły mu samopoczucie.

Jakimś cudem udało mu się dobrze poukładać sobie pracę, a z czasem i poprawił się z każdego szkolnego przedmiotu, o wiele bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – raz czy dwa nawet zrobił notatki z Historii Magii. W międzyczasie popracował także nad swoją drużyną; ugruntował graczy. Pierwszy mecz w sezonie dał Albusowi szansę na przeanalizowanie wad zespołu, tak więc cotygodniowe praktyki koncentrowały się na uzupełniany braków i przygotowywaniu gruntu dla ulepszenia umiejętności, niż rzeczywistym poprawianiu się; specjaliści w swoich dziedzinach byli na razie niepotrzebni.

Jedynym dylematem, który go męczył, było ultimatum postawione przez Lance'a.

– Nie wydaje mi się, żeby się to kiedyś stało, Al – powiedziała mu pewnego dnia Mirra, kiedy siedzieli razem w bibliotece. Przeglądała notatki z Zaklęć, zajęć, z których miała małe problemy, podczas gdy Albus szkicował na kartce wstępny plan następnej gry.

Zmarszczył brwi.

– „Nigdy" to naprawdę szmat czasu, nie sądzisz? W sensie, nie będziecie ze sobą rozmawiać przez kolejne dwa i pół roku?

– Nie powiedziałam, że skończyłyśmy ze wspólnymi rozmowami. – Z uporem wypisanym na twarzy, przewróciła stronę. – Miałam na myśli to, że nie wydaje mi się, żebym wyciągnęła do niej rękę. A tak w ogóle, to czemu mnie o to wypytujesz?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Jestem zwyczajnie ciekawy…

Nie zadał sobie trudu wtajemniczania jej. Z jednej strony czuł się okropnie, ukrywając przed własną dziewczyną prawdę, zwłaszcza że ostatnio jest ze wszystkimi boleśnie szczery, a z drugiej zaś miał świadomość tego, że próba wymuszenia na Mirze pogodzenia się z Rose tylko zaogni ten konflikt. Najprawdopodobniej jeszcze dodatkowo naskoczy na Lance'a, zacznie go obrażać i tyle z tego będzie.

Kiedy omawiali ten temat, Albus zobaczył, jak niczym małżeństwo idealne, obgadywana para siada w rogu biblioteki. Przez ostatni tydzień przychodzili dokładnie wtedy, gdy on uczył się z Mirrą i, choć wiedział, że nie robili tego specjalnie, nie mógł powstrzymać przebiegającego po kręgosłupie dreszczu i ogarniającego go uczucia niepokoju. Tunnels nie zwracała na nich większej uwagi, ale także ściszała głos.

– Trochę się tym martwię – wyznała. – To znaczy, obie jesteśmy zaproszone na ten ślub. I wiem, że obie idziemy…

Zaledwie dzień wcześniej Albus otrzymał od matki list z informacją, że poczyniono pewne przygotowania. Impreza ma się odbyć dwa dni po Bożym Narodzeniu, podczas przerwy świątecznej, a z racji tego, że mama Morrisona jest czarownicą i – bez względu czy Lisie się to podobało, czy nie – mieli w domu czynny kominek. Scorpius przyjedzie do rezydencji Potterów na krótko przed terminem ślubu, a potem wszyscy dostaną się na miejsce przy użyciu sieci Fiuu. Zaproszona została praktycznie cała najbliższa rodzina Albusa, mimo że rodzice Morrisona tak naprawdę w ogóle ich nie znali. Przyjaciel się postarał oraz ustawił też randki. Co więcej, zrobił tak, jak obiecał – zaprosił Rose, całkowicie pomijając przy tym osobę Lance'a.

– Nie przejmowałbym się tym – odpowiedział Albus. – Rose nie sprawi ci żadnych kłopotów, zwłaszcza że nie będzie tam ze swoim chłopakiem.

– Ona nie potrzebuje Lance'a, żeby rozpętać wojnę – burknęła Mirra. – Mam nadzieję, że Scorpius w końcu wykona swój ruch i przetańczą razem całą noc.

Na widok jej poważnej twarzy, uśmiechnął się szeroko, a następnie złapał ją pod stołem za rękę.

– Patrz, to wszystko minie – powiedział uspokajająco. – Naprawdę. Nawet się o to nie martw…

Mirra skinęła głową, po czym ścisnęła dłoń Ślizgona. Chłopiec nie mógł się skupić na tym cieple – zza głowy dziewczyny Lance właśnie rzucił mu znaczące spojrzenie, zupełnie jakby chciał zapytać o ewentualne postępy. Albus, nie poświęcając mu szczególnie dużo uwagi, pochylił się do przodu.

– Biblioteka trochę mi się znudziła.

– Och? – Uniosła wysoko brwi.

– Yhym. Coś czuję, że po przerwie świątecznej pokażę ci bardziej prywatne miejsce.

Morrison i Scorpius oburzyli się, gdy tylko im o tym powiedział.

– Och, no przestań, stary. Pokój Życzeń to nasza miejscówka! – Vincent był tak głośny, że Albus nie potrafił zrozumieć, jak przed momentem mógł narzekać na chęć podzielenia się tym sekretem.

– Nie chcę spędzać czasu w bibliotece, gdzie Lance może zagonić mnie w kozi róg i spróbować „przekonać" do pogadania z Mirrą. A tak poza tym, to właściwie nie używamy Pokoju Życzeń; to miejsce idealnie nadaje się do ukrycia się…

– Niewiarygodne. – Scorpius pokręcił głową, najwyraźniej nie chcąc, by powszechna wesołość spowodowana weekendem zniechęciła go do przyjmowania pesymistycznej postawy. – Proszę cię, żebyś ugłaskał swoją dziewczynę i przekonał, żeby się dostosowała; zrób wszystko, co w twojej mocy, żeby te randki były naprawdę miłe i przyjemne!

– Jest tylko jeden sposób na obejście tego. – Upił łyk soku pomarańczowego. – Lance nas tylko szantażuje…

– Ciebie… – natychmiast poprawił go Scorpius.

– Nas. – W głosie Albusa zabrzmiała stanowcza nuta. – Lance posunął się do szantażu, bo goni go czas, a nie chce, by jego dziewczyna przejmowała się tym bajzlem. Jeżeli spełni swoją groźbę, straci jedyną kartę przetargową i dodatkowo wszystko pogorszy. Nie mam zamiaru ingerować – pozwolę, by sprawy toczyły się własnym rytmem. Nie wydaje mi się, żeby dziewczyny naprawdę mogły tak wojować wiecznie.

Scorpius bezgłośnie coś do niego wymruczał i właśnie wtedy cztery uczniowskie stoły wszczęły straszliwy hałas. Albus spojrzał dziko w górę, spodziewając się sów, ale uświadomił sobie, że poczta została dostarczona jeszcze zanim w ogóle zszedł na śniadanie. O co więc chodziło? Co było przyczyną tego nagłego ryku? Zamrugał zdziwiony, po czym zerknął na stół nauczycielski. Pani dyrektor McGonagall wstała i odchrząknęła.

– Proszę o spokój! Natychmiast proszę się uciszyć! – powiedziała ostro, a mimo to co poniektórzy wciąż niewyraźnie coś bełkotali.

Albus rozejrzał się ponad głowami starszych uczniów, szukając źródła tego zamieszania. W oczy rzucił mu się siedzący zupełnie nieruchomo Puckerd, z okularami przyklejonymi do twarzy i włosami o wiele bardziej przylizanymi niż zwykle. Z przyczyn przekraczających ludzkie pojęcie sprawiał wrażenie dosyć ponurego. Kilka miejsc dalej…

– Rozumiem, że przybycie do Hogwartu pani Fischer jest czymś niespodziewanym, lecz mogę was zapewnić, że również o tym wcześniej nie wiedziałam. Niemniej jednak spodziewam się, że moi uczniowie będą zachowywać się grzecznie oraz okazywać szacunek, na który zasługuje tak wybitny pracownik Ministerstwa Magii oraz potężny rzecznik naszego bezpieczeństwa! Pani Fischer chciałaby zabrać głos…

Albus, ze zmrużonymi oczami, przyglądał się, jak kobieta wstaje. Ona także miała okulary praktycznie przyklejone do twarzy i niestety był to jedyny plus jej wyglądu. Kręcone włosy miała równie splątane, co zawsze, a szaty, w porównaniu do stanowiska, jakie zajmowała, sprawiały wrażenie nędzniejszych, niż powinny być. Fischer przeczyściła gardło i tym samym przyciągnęła powszechną uwagę.

– Witajcie, uczniowie. – Brzmiała tak surowo, jakby oskarżała ich o wszelkie niesprawiedliwości tego świata. – Z całą pewnością wielu z was zadaje sobie pytanie, co tutaj robię i kim tak właściwie jestem. Nazywam się Janine Fischer i z ramienia Ministerstwa Magii, jestem Szefem Biura Aurorów.

Współszefem! Współszefem! – buntował się z goryczą w myślach Albus i z niemałą satysfakcją odnotował, iż przy każdym ze stołów przynajmniej jedna lub dwie osoby także cicho poprawiły kobietę.

– Jako Szefa Aurorów moim obowiązkiem i jednocześnie przywilejem jest służyć w obronie waszej i waszych rodzin. To w pełni zrozumiałe, że ostatni atak wytrącił was z równowagi – kontynuowała, niezrażona. – Rozumiem także, że łatwo jest pomylić brak postępów z brakiem podejmowania wysiłku. Wiedzcie o tym, drodzy uczniowie: Ministerstwo Magii robi wszystko, co w jego mocy, by powstrzymać zagrożenie, z którym się teraz mierzymy. – Omiotła spojrzeniem Salę. – Jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę wyjaśnić; problem o znacznie większej wadze.

Cztery stoły zamrugały, wyraźnie zaciekawione. Albus żałował, że nie może się przyjrzeć ani swojemu bratu, ani siostrze, więc zadowolił się zerknięciem na Puckerda, który ze słabo skrywaną radością siedział na podniesieniu. Kątem oka dostrzegł także twarze innych nauczycieli. Większość z nich wyglądała całkiem normalnie, choć pani dyrektor McGonagall i Neville sprawiali wrażenie rozwścieczonych. Hagrid z kolei zaczerwienił się gwałtownie.

– Zwracam się do wszystkich. – Fischer zmrużyła lekko oczy. – Mam na myśli przypadek Srebrnego Czarodzieja.

Albus uderzył się dłonią w czoło. Ojciec powiedział mu wcześniej, że Fischer uważa Renegatów za główne zagrożenie, ale żeby tak bardzo skupiać się na pojedynczej jednostce; na Sekretnym Obrońcy, który – z tego, co wiedział – zaangażował się w trzy oddzielne sprawy?

Żaden z uczniów nie wyciągnął wiele z tego oświadczenia, gdyż ciche mamrotanie przemieniło się w głośniejszą nieskrywaną rozmowę. Fischer uciszyła Salę, dziko machając rękami w sposób, do którego nikt nie był przyzwyczajony.

– Pojmuję, że takie stwierdzenie mogło wywołać pewne zamieszanie – podniosła głos, a jej oczy przybrały ciemniejszą barwę. – Wiedzcie, że to najważniejsze. Ministerstwo Magii widzi, że jest to inteligentna fasada. Niezwykle łatwo, w tych ciemnych czasach, niepoprawnie nazwać osobę z małym poszanowaniem dla ogólnie przyjętych zasad i przepisów, symbolem sprawiedliwości. Niestety muszę was rozczarować – osoba, o której tak namiętnie czytacie w artykułach prasowych, jest tylko produktem waszej nadziei i wyobraźni. W rzeczywistości mamy do czynienia z olbrzymim zagrożeniem. Ministerstwo Magii, a przynajmniej większość z nas, uznało Srebrnego Czarodzieja za groźbę dla stabilności czarodziejskiego społeczeństwa oraz bezpieczeństwa naszego ludu.

Nieszczególnie uspokoiło to uczniów, którzy chcieli wiedzieć więcej. Fischer przez chwilę wymownie milczała, po czym kontynuowała.

– Srebrny Czarodziej nie zwraca żadnej uwagi na otaczających go ludzi. Przypadkowe ataki – nawet na tych, którzy mogą być podejrzani o niszczycielską działalność – zagrażają życiu niewinnych obywateli. Co więcej, Srebrny Czarodziej jak dotąd miał szczęście – wszyscy, których zatrzymał, byli winni. Niezależnie od tego, kim tak naprawdę jest, nikt nie jest w posiadaniu informacji, kto jest zagrożony, a kto nie. Radzę wam, żebyście dogłębnie przemyśleli, jak byście się czuli, gdyby bardzo bliska wam osoba doznała przypadkowej śmierci z powodu zwyczajnego powiązania.

Oczy kobiety skoncentrowały się na stole Gryffindoru a Albus instynktownie wyczuł zaniepokojenie Gryfonów. Fischer najprawdopodobniej miała na myśli fakt, iż rodziny kilku, bądź nawet kilkunastu uczniów było powiązanych z Renegatami.

Nastolatek musiał przyznać, że było to ciekawe podejście do sprawy. Czy Srebrny Czarodziej wciąż byłby tak bardzo wielbiony, gdyby spadła na niego odpowiedzialność za śmierć kogoś takiego jak ojca Donovana Hornsbrooka?

– W Hogwarcie będę gościć cały dzień. – Głos Fischer był lodowaty, co wywołało falę zaskoczenia. – Radzę każdemu będącemu w posiadaniu jakichś informacji, niezależnie od stopnia ich pozornej banalności, zwrócić się bezpośrednio do mojego podwładnego – tu wskazała Puckerda – oraz waszego Mistrza Eliksirów; on zorganizuje rozmowę. Cieszcie się dniem.

Dyrektorka nie skomentowała tego małego śniadaniowego przemówienia, a reszta dnia rzeczywiście okazała się uczniowskim czasem wolnym. Albus, zdając sobie sprawę z tego, iż tym razem nie został zaangażowany w te bzdury, zdecydował, że wykorzysta tę okazję do wyprzedzenia materiału naukowego. Z rozmyślań wyrwały go rozmowy prowadzone przez współdomowników.

– Wydaje mi się, że znam kogoś, kto coś tam wie…

– Myślicie, że jest jakaś nagroda?

– Zastanawiam się, dlaczego tak w ogóle Ministerstwo strasznie się na tym skupia…

– Ile osób rzeczywiście może zgłosić się do Fischer? – zapytał Albus w drodze powrotnej.

– Zapewne kilka osób.

– A ile z nich tak naprawdę ma jakieś informacje? – Morrison uniósł brew.

– Zero – odpowiedział stoicko spokojny Scorpius i, co zaskakujące, wydawał się pewien swego. Co dziwniejsze, w połowie kroku rzucił Fischer ukradkowe spojrzenie przez ramię.

– Co ci chodzi po głowie? – spytał zaintrygowany Potter, gdy byli już na schodach prowadzących do lochów.

– To zwyczajnie dziwne, to wszystko. Ci wszyscy czarodzieje i Szef Biura Aurorów…

– Współprzewodnicząca! – Zaczerwienił się Albus.

– Dobrze wiesz, co mam na myśli! – Scorpius przewrócił oczami. – Wszyscy czarodzieje, w tym także Fischer, wydaje się myśleć, że Hogwart to wręcz cudowna skarbnica informacji. Czy ta kobieta, zamiast myszkować tutaj, nie powinna przesłuchiwać innych pracowników Ministerstwa?

– Może już to zrobiła – stwierdził luźno Morrison, kiedy zbliżyli się do kamiennej ściany prowadzącej do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Nie musieli podawać hasła, gdyż idący przed nimi uczeń, otworzył wejście.

Melonie Grue prawie ich stratowała.

– Och, wybacz mi – warknęła mrocznie do Vincenta. – Idę akurat do tej babki z Ministerstwa. Powinna wiedzieć, że jesteś Srebrnym…

– Hej, bo w Ministerstwie nikt nic nie wie, więc czemu Fischer w ogóle oczekuje, że z uczniami jest inaczej? – Scorpius bezczelnie przerwał dziewczynie, wracając do głośnych rozmyślań. – Nie ma sensu wyposażać dzieci w wiedzę, co tak naprawdę się teraz wyprawia…

– Nieważne, stary. Nieszczególnie mnie to interesuje. – Albus wzruszył ramionami. – Wiem tylko, że nie dostanie tego, czego chce; to mi wystarczy. Może zaczniemy od Mugoloznawstwa?

Ostatecznie w Pokoju Wspólnym spędzili cały ranek. Przejrzeli pracę domową, żeby upewnić się, że dobrze się spisali. Może było to dziwne, ale Albus był zadowolony z tego, jak sobie radził z nauką. Obawiał się obciążeń związanych z rokiem SUMów, ale – paradoksalnie rzecz ujmując – nie mógł się wręcz doczekać egzaminów końcowych. Miał wrażenie, że podoła wyzwaniu i nie spaprze sprawy.

Uczniowie co chwilę wchodzili lub wychodzili z Pokoju Wspólnego, więc korzystał z okazji i wszystkim im się przyglądał. Zastanawiał się, czy ktoś poszedł do Puckerda umówić się na rozmowę z Fischer.

– Wyglądasz na zdenerwowanego – zauważył siedzący obok Scorpius. Morrison nie zwracał na nich większej uwagi, skutecznie rozproszony przez Melonie. We dwójkę grali we własny wariant czarodziejskich szachów, ponieważ chłopak nie radził sobie dobrze z oryginalnym. Rozmawiali tak cicho, że można byłoby wziąć to za szept.

– Nie denerwuję się. – Wzruszył ramionami. – Co jak co, ale ten rok jest naprawdę dobry.

– Mam na myśli wyraz twojej twarzy, kiedy tylko ktoś stąd wychodzi. Co cię obchodzi, kto idzie do Fischer?

– Nie wiem – odpowiedział szczerze, po czym spojrzał na kominek, nagle żałując, że nikt się tam nie czai. – Po prostu czuję, że to jedna z tych rzeczy, co do których mój tata nie podszedłby przychylnie. No wiesz, Fischer jest w Hogwarcie i przesłuchuje uczniów.

– Yhym. W pełni się z tobą zgadzam. Z kilku powodów. – Uśmiechnął się tajemniczo Scorpius.

Albus odwrócił się do niego, zaintrygowany. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, do Pokoju Wspólnego wszedł nastolatek w, co zaskakujące, czarno-żółtych szatach. W oparciu o jasne kręcone włosy i wystające zęby, rozpoznał w nim Prefekta Hufflepuffu, którego nie znał z imienia i nazwiska.

– Albus Potter! – zawołał Puchon, przyciągając tym uwagę wszystkich.

– Tak?

– Profesor Puckerd chciałby cię widzieć.

Że co takiego?

Prefekt odwrócił się i dłonią wskazał wyjście.

– Mam cię eskortować.

Albus wymownie zerknął na rozłożony przed sobą podręcznik i leniwie przewrócił stronę. Wolałby nie główkować nad tym, czego chce od niego Puckerd; lub raczej Fischer.

– Przekaż profesorowi, że jestem zajęty – powiedział chłodno, na co wielu Ślizgonów odetchnęło z ulgą.

– Pokaż im wszystkim, Al! – krzyknął Bartleby Bing.

Niestety, Prefekt nie był pod wrażeniem nieprzyjemnej odmowy – nawet nie mrugnął.

– Chodź ze mną – powiedział stanowczo, co przywiodło Albusowi na myśl Młota.

Wiedząc, że przedłuża nieuniknione, głośno jęknął i z trzaskiem zamknął książkę. Gwałtownie wstał z miejsca i wzburzony, wyszedł za Puchonem z Pokoju Wspólnego. Pilnował się, by nie przyspieszać i iść kilka kroków za nim. Przez całą drogę nie odezwał się ani słowem, z uporem wybierając milczenie. Zdziwił się lekko, gdy jak gdyby nigdy nic minęli pracownię Eliksirów i zaczęli się wspinać po schodach. Co chwilę mijali ich inni uczniowie, kompletnie nieświadomi tego, gdzie zmierzają. Finalnie zatrzymali się przed dwoma kamiennymi gargulcami.

– Tutaj? – Albus uniósł brwi, zmieszany. Od dłuższego czasu nie był gościem w biurze pani dyrektor.

Prefekt skinął głową.

– Hasło to Wulfric – powiedział, po czym odszedł.

Ślizgon wbił tępy wzrok w kamienne stworzenia. Strażnik się oddalił. Mógłby się odwrócić na pięcie i na spokojnie wrócić do nauki. Był jednak szalenie ciekawy, w jakim celu został wezwany. Co gorsza, mógł znaleźć się w dużych kłopotach, jeżeli zdecydowałby się na taktyczny odwrót…

– Wulfric.

Gargulce rozsunęły się, odsłaniając znajome spiralne schody. Westchnął ciężko i wszedł na nie. Nie minęła minuta, kiedy znalazł się naprzeciwko wypolerowanych mosiężnych drzwi. Uniósł dłoń i zapukał.

– Wejść. – Usłyszał paskudny głos, w niczym nieprzypominający ciepły, choć jednocześnie surowo brzmiący McGonagall.

Otworzył drzwi i stanął oko w oko z dwoma niespodziankami. Po pierwsze, nigdzie nie było widać dyrektorki szkoły – w pokoju znajdowały się tylko i wyłącznie dwie osoby. Zza biurka Janine Fischer patrzyła na niego surowo, zaś stojący obok niej niczym cień Puckerd zwyczajnie taksował go wzrokiem; w dłoni tradycyjnie trzymał otwarty już notatnik.

Po drugie, portrety czarodziejów na ścianach zachowywały się co najmniej dziwacznie. Wszyscy przyglądali mu się uważnie, przez co mimowolnie zauważył, że na ich twarzach malało się coś więcej niż ciekawość. Zadrżał, gdy uświadomił sobie, że przypominają gotowych do działania szpiegów.

Najnowszy portret, który – jak wiedział – należał do Severusa Snape'a, był pusty. Mimowolnie zastanowił się, dokąd mężczyzna się udał, bo wydawało mu się, że nie ma innej osobistej ramy w szkole. Wtem uwagę chłopca przykuł portret obok, gdyż śpiący stary czarodziej zachrapał tak głośno, że długa, szara broda aż podskoczyła do góry. Profesor Dumbledore udawał sen, był tego pewien. Zanim Albus odwrócił się do Fischer, imiennik tak sztucznie puścił mu oko, że prawie wypadł ze swojej ramy.

– Spotykamy się ponownie, panie Potter – powiedziała kwaśno kobieta.

– Witam – odpowiedział beznamiętnie.

Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, Puckerd zaczął natychmiast pisać. Jakich cudów dowiedział się ze zwykłego powitania…?

– Wendell przekazał mi, że byłeś bardzo pomocny jako osobisty asystent – stwierdziła. – Tak właściwie, to tak bardzo, że podziękuję ci już za współpracę.

– Cieszę się, że mogłem pomóc. – Albus miał wielką ochotę wrzasnąć z frustracji na dźwięk skrobania pióra. Wiedział, że cierpliwość jest kluczem, więc czekał, aż będzie mógł w końcu usiąść.

– Zapewne zastanawiasz się, dlaczego tutaj jesteś – kontynuowała Fischer.

– Gdzie profesor McGonagall? – wypalił, zanim się powstrzymał.

– Twoja dyrektorka była na tyle uprzejma, by pozwolić nam na prywatność.

– Ale dlaczego jesteśmy akurat w jej biurze?

Czarownica rzuciła mu pogardliwe spojrzenie. Najwyraźniej nie spodobało jej się odwrócenie ról – nie chciała być przesłuchiwana.

– Nie planuję zostawać tu długo. – Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na stojący w rogu pokoju kominek. – Biuro dyrektora jest jedynym pokojem w zamku, który ma pełną władzę nad siecią Fiuu.

Albus także rzucił okiem w tamtym kierunku i z trudem powstrzymał się przed uniesieniem brwi na widok miseczki pełnej charakterystycznego żółtego proszku. Insta-Fiuu.

Fischer nie dała mu okazji do skomentowania czegokolwiek.

– Jak już mówiłam, zapewne zastanawiasz się, dlaczego tutaj jesteś.

– Nieszczególnie – odpowiedział. Z jakiegoś powodu czuł, że to on kontroluje tę rozmowę. Najprawdopodobniej odniósł takie wrażenie przez wzgląd na górowanie nad osobą siedzącą – nieoczekiwanie stanie przyniosło mu pozytywy.

– Och? – Kobieta uniosła brew, a Puckerd przestał notować. – W takim razie wiesz, dlaczego zostałeś wezwany?

Albus skinął głową.

– Mam pewne przypuszczenia – powiedział jakby od niechcenia, ciesząc się władzą.

– Masz zamiar się nimi podzielić?

– Cóż, wydaje mi się, że to jeden z dwóch powodów. – Usiadł na krześle naprzeciwko rozmówczyni.

Puckerd wydał z siebie niedowierzające sapnięcie.

– Usiadł bez pozwolenia, pani Fischer! Czy teraz widzi pani te trudno… – przerwał wpół zdania, ponieważ przełożona uciszyła go, unosząc w górę dłoń.

– Mów dalej – oznajmiła wolno, prawie nie mrugając.

– Uważam, że albo chce pani porozmawiać o moim tacie, albo o Srebrnym Czarodzieju.

– Na jakiej podstawie wyciągnąłeś takie wnioski? – Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

Albus wziął głęboki oddech. Mógł powiedzieć w tym miejscu naprawdę wiele rzeczy, ale czy aby na pewno powinien? Ojciec kazał mu trzymać język za zębami w towarzystwie Puckerda i był przekonany, że ta zasada dotyczyła także Fischer. Niemniej jednak był jedynym ze swojego rodzeństwa, który był informatorem taty. Przemyślawszy sprawę, doszedł do wniosku, że mężczyzna chciał, by w odpowiednim momencie podjął samodzielną decyzję.

– Och, może na takiej, że każda jedna osoba, z którą on – tu szarpnął głową w kierunku Mistrza Eliksirów – ucina sobie małą pogawędkę, potwierdza, że jest na koniec pytanie o jeden z tych właśnie dwóch tematów. Najpierw chodziło tylko o tatę, a potem, po kilku artykułach w gazecie o Srebrnym Czarodzieju, i o niego. Bazując na tym, że nie wziął mnie na osobiste spytki, wywnioskowałem, że pani spróbuje swoich sił.

Ku zaskoczeniu Albusa, Fischer się uśmiechnęła.

– Cóż, to oczywiste – powiedziała, na co chłopiec się spiął. – Chciałabym się zapytać, panie Potter, czy wie pan, dlaczego mnie to interesuje? A dokładniej… czy wie pan, dlaczego zażyczyłam sobie aż tak prywatnej rozmowy?

Otworzył usta, ale nie wydał z siebie nawet pojedynczego dźwięku. Miał świadomość faktu, iż Puckerd przykleił się do niego, żeby dowiedzieć się czegoś na temat Harry'ego Pottera, ale nie rozumiał, dlaczego coraz bardziej schodzą na temat Srebrnego Czarodzieja; dlaczego podejrzewano go o posiadanie jakichś informacji. Nie był pewien, czy Fischer jest legilimentką czy też nie, ale – nawet nie nawiązując kontaktu wzrokowego – wydawała się czytać mu w myślach.

– Skoro nie połączyłeś jeszcze ze sobą faktów, to powinieneś się zastanowić, czemu te dwa osobne pytania stawiam obok siebie. Może właśnie dlatego, że sądzimy, że dostarczysz nam odpowiedzi, których potrzebujemy?

I znowu, Albus nie znalazł języka w buzi. Kobieta uśmiechnęła się słodko, po czym wymieniła groźne spojrzenie ze swoim pieskiem. Potem ponownie skupiła wzrok na ofierze.

– Wiemy, że wie pan więcej, niż mówi, panie Potter.

Ten komentarz, bardziej niż wszystkie poprzednie, bardzo go zaskoczył. W sprawie swojego taty – być może, ale w sprawie Srebrnego Czarodzieja nie wiedział nic ponadto, co przeczytał w gazecie.

– Hm…

– Wiemy również, że jesteś niechętny, by dzielić się z nami tymi informacjami. To zrozumiałe, oczywiście. Jednakże nie wierzę, byś w pełni rozumiał, jak bardzo możesz być pomocny, albo nawet jak bardzo korzystna może być ta współpraca. Co zrobi pan, kiedy powiem, że samo istnienie Srebrnego Czarodzieja zagraża życiu pańskiego ojca?

Albus nie odpowiedział. Najzwyczajniej w świecie pozwolił, by te słowa dotarły do jego świadomości, w międzyczasie uważnie studiując ruchy warg Janine Fischer.

– Ach, w jaki sposób? – Ciekawość zwyciężyła.

Puckerd na sekundę schował nieodłączny notatnik, żeby wyciągnąć z kieszeni szat bardzo oficjalnie wyglądający kawałek pergaminu. Przełożona bez słowa i zbędnego spojrzenia odebrała go.

– Po ostatnim ataku Srebrny Czarodziej zostawił tę oto wiadomość. Została napisana przy pomocy magii. Proszę. – Położyła kartkę na biurko, po czym popchnęła ją w kierunku Albusa.

Przekażcie Harry'ego Pottera, najgorszego z nich wszystkich!

Ślizgon parokrotnie przeczytał tę notkę. Z każdym kolejnym razem coraz mniej z niej rozumiał. W niczym nie przypominała tajemniczych, źle napisanych listów, które dotychczas dostawał. Nakaz był spójny, ale jednocześnie bezsensowny. Zamrugał, gdy coś sobie uświadomił. Wydawało mu się, że…

– Okłamała mnie pani?

– Słucham? – Głos Fischer przybrał na ostrości, a Puckerd wrócił do sporządzania notatek.

– Czy właśnie mnie pani okłamała? – powtórzył. – To nie jest wiadomość zostawiona przez Srebrnego Czarodzieja, prawda?

Kobieta oblizała usta, nagle spragniona informacji. Wendell pokręcił głową, a potem zaczął mruczeć pod nosem.

– Przesłuchiwany… rozpoznaje… fałsz…

– Skąd taki pomysł? – zapytała lodowatym tonem Fischer. – Skąd wiesz, że wiadomość jest fałszywa? – Pochyliła się do przodu, przez co Albus musiał odchylić się na krześle, by nie czuć jej oddechu na swojej skórze.

– Och, więc jest nieprawdziwa? – Nie zamierzał się wygadać, dopóki nie otrzyma potwierdzenia zakładanej tezy.

– Owszem – wydusiła mrocznie przez zaciśnięte zęby. – A teraz, wyjaśnij mi, proszę, skąd wiedziałeś, że notka nie została zostawiona przez Srebrnego Czarodzieja. Czy to dlatego, że sporo wiesz na temat jego tożsamości, czy może…?

– Domyśliłem się, bo to po prostu oczywiste – stwierdził łagodnie Albus.

– Wyjaśnij.

Puckerd także pochylił się do przodu.

Wytknięcie strategicznego błędu sprawiło, że chłopiec poczuł, że ma więcej władzy niż przedtem. Uśmiechnął się szeroko.

– Srebrny Czarodziej jest skoncentrowany tylko i wyłącznie na Renegatach i członkach Mrocznego Sojuszu – mój tata nie jest zwolennikiem ani jednych, ani drugich. Jeżeli rzeczywiście by to napisał, można byłoby to odczytać w ten sposób, że Harry Potter jest najgorszym pracownikiem Ministerstwa Magii, a pani jest chyba z nim najbardziej skłócona. Mam wrażenie, że Czarodziej nie ma nic do mojego ojca.

– Och, tak myślisz? – Fischer uniosła brwi. – Twierdzisz, że tak właśnie jest? Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że nie wiesz wszystkiego, bo nie wszystko podawane jest do wiadomości publicznej? Mogło się zdarzyć, że zwyczajnie nie słyszałeś o atakach na pracowników Ministerstwa. To mogły być poufne informacje; tak poufne, że…

– Nie. Nie było takich ataków – powiedział stanowczo.

– Skąd wiesz? – Drżały jej usta.

– Ponieważ nie lubi mnie pani. – Oczywistą oczywistość skwitował lekkim wzruszeniem ramion. – I wie pani, że to uczucie jest odwzajemnione. To z kolei oznacza, że jest pewne, że powtórzę każdą rzecz, której się tutaj dowiem. Jeśli takie ataki nadal miałyby pozostać tajemnicą i jeśli byłyby naprawdę ważne, nie zdradziłaby mi tego pani; nie chciałaby pani, żeby wieść się rozniosła. Powtórzę: atakowani są tylko Renegaci i podwładni Darvy'ego. Fakt, że wymyśliła pani to kłamstwo, tylko mi potwierdza, że notka jest fałszywa. – Zrobił efektowną pauzę. – Czy podrobiła pani tę wiadomość, żeby mnie oszukać i wmanewrować w powiedzenie czegoś istotnego?

Albus rozkoszował się klęską Fischer. Na twarzy zarówno jej, jak i Puckerda, wypisana była mieszanina nienawiści i zaskoczenia; nie tak powinien patrzeć dorosły na dziecko bądź nastolatka.

– Masz piętnaście lat, prawda? – Głos kobiety był chrapliwy.

– Tak. – Uśmiechnął się szeroko, myśląc, jak to dobrze, że skończyły się jej argumenty.

Fischer westchnęła cicho, a Puckerd cofnął się do swojego kącika. Co dziwne, zamiast skrzętnie notować, śledził wzrokiem zapisane linijki, przez co wyglądał, jakby wykreślał niepotrzebne zdania.

– Jest pan bardzo bystry jak na swój wiek, panie Potter. – Wyraźnie nie była zadowolona z podziwu, który był słyszalny w jej głosie.

Nie mogąc się powstrzymać, Albus dobił leżącego.

– Nieszczególnie. – Wzruszył ramionami, w duchu ciesząc się, że komentarz przyniósł oczekiwany skutek. Fischer zrozumiała przekaz, a jej nozdrza zadrgały nerwowo. Ostatni atak ukierunkowany był na inteligencję – Ślizgon nie obraził siebie, a Współprzewodniczącą Biura Aurorów.

Czarownica wstała tak gwałtownie, że Albus był pewien, że po raz drugi skieruje ku niemu różdżkę. Całe szczęście, nic takiego nie miało miejsca. W milczeniu zarzuciła na siebie pelerynę, po czym przeczesała zaklęciem włosy. Następnie obeszła chłopca szerokim łukiem i udała się ku kominkowi, gdzie wzięła garść proszku. Zanim opuściła teren szkoły, odwróciła się jeszcze do podwładnego.

– Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam twój raport, Wendell. Sprawuj się także dobrze na stanowisku Mistrza Eliksirów. – Ostatni raz spojrzała na Albusa, a potem krzyknęła coś niezrozumiałego i zniknęła.

Ślizgon odwrócił się do Puckerda, który akurat chował swój notes.

– Możesz odejść – powiedział lodowato mężczyzna.

Albusowi nie trzeba było mówić dwa razy. Wstał z krzesła i wyszedł z biura pani dyrektor. Ze schodów zszedł z przeogromnym uśmiechem na twarzy. Niezależnie od tego, ilu uczniów się sprzedało, Fischer nie miała kompletnie nic: na temat Harry'ego Pottera lub zamaskowanego czarodzieja, który sprawiał Ministerstwu tylko kłopoty. Co więcej, Albus bezczelnie wyciągnął z niej informacje, odsłonił karty i zagrał na nosie; sprawił, że wyszła na idiotkę! Ojciec zapewne byłby dumny, gdyby dowiedział się, jak rozegrał tę partyjkę. Myśl to ucieszyła go bardziej niż cokolwiek innego.

W drodze do dormitorium główkował nad dziwnością tego małego przesłuchania. Byłą jedna rzecz, która nie dawała mu spokoju – po głębszym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że Fischer spodziewała się, iż przejrzy jej kłamstwo. Po stwierdzeniu, że wiadomość Srebrnego Czarodzieja jest fałszywa, szybko się pozbierała i od razu zadała mu pytanie o tok myślowy. Z całą pewnością nie chciała sprawdzić jego zdolności dedukcyjnych. Co ona sobie wyobrażała? Czy naprawdę wydawało się jej, że wie coś więcej na temat tych ataków? Próbowała złapać go w pułapkę, żeby przyznał, że notki o tacie nie zostawił Srebrny Czarodziej…

Zaczął szybciej łączyć ze sobą fakty. Serce przyspieszyło swój rytm, gdy jedna wskazówka przyciągała do siebie drugą. Zanim dotarł do lochów, prawie obijał się o ściany, pragnąc znaleźć się w Pokoju Wspólnym.

– Gaunt! – Przejście otworzyło się, wpuszczając go do środka.

Podczas przesłuchania kilkoro uczniów wyszło, ale w gruncie rzeczy, przy stołach siedziały praktycznie te same osoby, co wcześniej. Morrison i Melonie zrezygnowali z szachów na rzecz Eksplodującego Durnia – gry, która najprawdopodobniej nie zaszkodzi niczyjemu ego. Scorpius siedział dokładnie w tym samym miejscu, nadal czytając książkę z tą różnicą, iż był to inny podręcznik.

Zdecydowawszy, że Morrisonowi powie później, kiedy ten nie będzie tak rozproszony, dopadł drugiego przyjaciela.

– Scorpius!

Ten uniósł głowę.

– I jak ci tam poszło? – spytał, przygotowując się do wznowienia nauki.

– Wydaje mi się, że Fischer i Puckerd uważają, że to mój tata jest Srebrnym Czarodziejem! – powiedział bez tchu.

Scorpius zamrugał powoli a potem uśmiechnął się głupkowato.

– Pozwól, że będę szczery, stary. Trochę się z nimi zgadzam.