Rozdział X
Minęły dwa dni od tamtego pamiętnego wieczoru, a Harry wciąż nie wpadł w żadne tarapaty. Jak na standardy panujące w 1942 roku, był to naprawdę niezły wyczyn.
Odkąd Riddle postawił Harry'emu ultimatum, obaj nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Ich wzajemne konwersacje ograniczały się do wymiany krótkich zdań typu: „dzień dobry, Haroldzie", „nie odzywaj się do mnie, Riddle", „dobry wieczór, Haroldzie", „zostaw mnie, Riddle". I tak w kółko.
Jednak dzięki tej względnej ciszy Harry miał wystarczająco dużo czasu na zebranie myśli. Oczywiście jego największym zmartwieniem wciąż było to, w jaki sposób powróci do domu — Dumbledore obiecał się tym zająć, ale odkąd została otwarta Komnata, miał pilniejsze rzeczy na głowie.
Drugim największym zmartwieniem Harry'ego było niedziałające priori incantatum. Nie żeby stanowiło to dla niego problem, raczej uznał to za błogosławieństwo, ale wciąż nie znalazł racjonalnego wytłumaczenia. Najlepsze na jakie do tej pory wpadł zakładało, że skoro nie próbowali się nawzajem z Riddle'em pozabijać, to zaklęcie nie miało powodu, by zainterweniować i im w tym przeszkodzić. A może jego różdżka po prostu zdała sobie sprawę, że jeśli zrobi coś nietypowego, to się jej pozbędzie? A może i to, i to?
Jego trzecie zmartwienie było bardziej przyziemne i związane z głupią kłótnią o bekon, w którą wdał się z Riddle'em podczas niedzielnego śniadania — teraz musiał go unikać niczym zarazy. Problem polegał na tym, że naprawdę, naprawdę miał ochotę na kanapkę z bekonem.
Była środa, trzydziesty września, zajęcia już dawno się skończyły, a Harry właśnie skradał się w kierunku kuchni, uważając, by Riddle ani go nie zauważył, ani nie zaczął śledzić, ani — co gorsza — nie powstrzymał przed zjedzeniem upragnionego posiłku. Tego już by nie zdzierżył!
Chcąc upewnić się, że nie wlecze się za nim żaden niepożądany Śligzon, Harry zerknął przez prawe ramię. Przemknął przez Główny Hol i skręcił w korytarz prowadzący do obrazu z półmiskiem pełnym owoców, który na szczęście wisiał na ścianie także w tej dekadzie. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku Harry musiałby obejść się smakiem. Niestety bezszelestne skradanie się okazało się o wiele trudniejsze niż na szpiegowskich filmach, które oglądał Dudley. Harry, zbyt zajęty ciągłym sprawdzaniem, czy nic nie czai się za jego plecami, nie patrzył gdzie stawia stopy, przez co, gdy tylko wszedł w zakręt, wpadł na nadchodzącego z naprzeciwka ucznia. Siła zderzenia była tak wielka, że obaj o mało co nie wylądowali na ziemi.
— Przepraszam — wymamrotał Harry, robiąc krok w tył i poprawiając okulary na nosie. A potem zamarł.
— Powinieneś patrzeć, gdzie chodzisz, wężu — odwarknął siódmoroczny uczeń. Również poprawił okulary i odgarnął z czoła kosmyk niesamowicie rozczochranych, ciemnobrązowych włosów. Harry w tym czasie po prostu stał i się gapił. Charlus Potter. Jego dziadek. Łał! Podróżowanie w czasie było naprawdę dziwne. Co prawda od swojego przybycia do przeszłości kilka razy widział tego starszego chłopca, ale po raz pierwszy miał okazję z nim porozmawiać. — Mam coś na twarzy? — spytał podejrzliwie Charlus, gdy Harry wciąż stał i wlepiał w niego wzrok.
— E… Nie… — wydukał Harry, wyrywając się z szoku. — Ja… Ja… Przez chwilę myślałem, że jesteś kimś, kogo znam, bo wyglądasz zupełnie jak on.
— No cóż, to super i w ogóle. — Charlus spojrzał na niego z politowaniem i zrobił krok w bok, by go wyminąć i przejść do Głównego Holu.
— Czekaj! — wykrzyknął Harry, próbując w jakiś sposób przedłużyć to nieoczekiwane spotkanie.
Charlus odwrócił się w jego stronę i wyczekująco uniósł brew, podczas gdy Harry starał się wymyślić, co może powiedzieć, by zatrzymać chłopaka na dłużej. Na szczęście nie musiał tego robić, bo Charlus nagle zmarszczył czoło.
— Hej, czy to nie jesteś tym nowym dzieciakiem, o którym wszyscy gadają?
Harry zamrugał.
— Uh… Chyba tak — odparł i natychmiast dodał: — czekaj! Wszyscy o mnie gadają?
Charlus wyszczerzył zęby, a jego wcześniejsza wrogość wyparowała.
— To chyba oczywiste. Pojedynkowałeś się z Riddle'em w trakcie klubu pojedynków z nie do końca sprawną różdżką i nie przegrałeś. Fakt, również nie wygrałeś, no ale wciąż! Poza tym nikt nigdy nie wyzywa Riddle'a!
— Nikt? — powtórzył Harry. — Dlaczego?
Gryfon wzruszył ramionami.
— To chyba oczywiste? Jest geniuszem jeśli chodzi o zaklęcia i najprawdopodobniej już wie o magii więcej niż połowa grona nauczycielskiego, a jest dopiero na szóstym roku. Ludzie boją się z nim pojedynkować. Co jest całkowicie zrozumiałe, bo po co to robić, skoro i tak wiadomo, że nie ma się żadnych szans na wygraną?
Harry ledwo co powstrzymał się przed rozdziawieniem ust.
— Więc po prostu siedzicie w kącie i pozwalacie sobą pomiatać? — zapytał z niedowierzaniem.
Charlus spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem.
— Hę? Pomiatać? Tom tego nie robi. Powiem ci coś, tylko nie mów tego nikomu; Tom jest całkiem w porządku, jak na Ślizgona oczywi…
— Chwila — powiedział powoli Harry nie wierząc własnym uszom. — Rozmawiamy o tym samym Tomie Riddle'u?
No wiesz, tym który otworzył Komnatę Tajemnic, wyrósł na masowego mordercę, zabił moich rodziców i zrujnował mi życie. Tego oczywiście nie powiedział na głos.
— Z tego co wiem w Hogwarcie uczy się tylko jeden Tom Riddle — oparł Charlus.
— Ale on jest draniem! — nie wytrzymał Harry.
Gryfon odsunął się nieco do tyłu i zmrużył oczy.
— Słuchaj, nie wiem, co się dzieje pomiędzy tobą a Tomem, ale to sprawy pomiędzy wami, mnie do nich nie mieszaj. Już mam jeden szlaban za zwianie dzisiejszego ranka z Obrony i nie potrzebuję żadnych innych kłopotów.
Charlus wyminął go pośpiesznie, a Harry stał jeszcze przez chwilę w opustoszałym korytarzu, nie mogąc się nadziwić jak ślepi byli ludzie w 1942 roku. Dlaczego tylko on dostrzegał kim naprawdę był Riddle? Potworem.
Jednakże ta krótka i niefortunna rozmowa z własnym dziadkiem nie była wystarczającym powodem, by Harry zrezygnował ze swojego planu zdobycia kanapki z bekonem. Dlatego kontynuował przerwaną wyprawę, może tylko w nieco gorszym humorze. Niestety prawdziwe kłopoty czekały, aż w zasięgu wzroku Harry'ego pojawi się obraz z półmiskiem pełnym owoców.
Harry odrywał właśnie stopę od podłogi, by zrobić kolejny krok, gdy czyjaś ręką znienacka owinęła się wokół jego nadgarstka, wciągając go do ciemnej, opustoszałej klasy przylegającej do korytarza,
— Zjeżdżaj, Riddle! — warknął odruchowo, próbując dojrzeć coś pomimo panującej wokół ciemności. Wykręcił nadgarstek i wyślizgnął z uścisku. W jego ręce natychmiast pojawiła się różdżka. — Lumos — wymamrotał i omalże nie wypuścił jej z dłoni.
Bo przez nim stał nie Riddle, a Aber Rosier, krzepki piątoroczny, który niedzielnego wieczoru oskarżył go o bycie dziedzicem Slytherina. A tuż za nim, poza kręgiem światła, czaił się jeszcze jeden Ślizgon.
— Aber Rosier — przedstawił się młody czarodziej, wyciągając rękę, którą Harry automatycznie potrząsnął. Mimo oszołomienia nie rozluźnił uścisku na rozświetlonej różdżce trzymanej w prawej dłoni.
— A ja jestem Silas Yaxley — odezwał się drugi Ślizgon, robiąc krok naprzód, by blask wydobywający się z różdżki padał także na jego twarz. Czystokrwisty był opalony, prawie tak samo wysoki jak Riddle, a proste blond włosy opadały mu schludnie na ramiona.
— Jasne — powiedział Harry, przeskakując szmaragdowymi oczami z jednego Ślizgona na drugiego, próbując dociec, jak bardzo godni zaufania mogli być. Chwila, ostatnie do wymazania. Ślizgoni z 1942 roku godni zaufania? Mało prawdopodobne. — I eee… Dlaczego wepchnęliście mnie do ciemnej, opuszczonej klasy? — zapytał.
— Bo musimy z tobą porozmawiać — odparł Aber, a jego zazwyczaj potężny głos zastąpił zniżony szept.
— W porządku… — Harry zmrużył podejrzliwie oczy. Dlaczego miał wrażenie, że nie spodoba mu się to, do czego to wszystko zmierza? — Zdajecie sobie sprawę, że równie dobrze moglibyśmy porozmawiać, no nie wiem, na przykład w pokoju wspólnym albo Wielkiej Sali?
— Nie, nie moglibyśmy, jeśli nie chcemy, by inni uczniowie widzieli, że to robimy — wytknął Yaxley.
— A dlaczego nie chcecie, by ktoś nas widział? — spytał powoli Harry.
Aber uśmiechnął się do niego, błyskając zębami.
— Słuchaj, Harold. Nie mogliśmy nie zauważyć, że niezbyt przepadasz za Riddle'em…
Harry prychnął. Niezbyt przepada? Co się stało z nienawiścią?
— Chodzi o to, że chcemy pozbyć się Riddle'a i myślimy, że jesteś na to naszą najlepszą szansą.
Harry zamrugał. A potem wziął głęboki wdech. Tego się nie spodziewał… w ogóle. Niedzielnego wieczoru odniósł wrażenie, że Aber nie lubi Riddle'a, ale żeby aktywnie mu się przeciwstawiał? O to by go nie podejrzewał. Oczywiście sam robił to kilka razy na godzinę, no ale on mógł, bo Riddle zabił mu rodzinę. A co takiego Ślizgon zrobił Aberowi?
— Jak to jestem waszą najlepszą szansą? — spytał.
— Ano tak to, bo Riddle zaoferował ci miejsce w swoim wewnętrznym kręgu — odparł natychmiast Yaxley. — Dzięki temu mielibyśmy kogoś swojego w śro…
— Nie! — przerwał mu gwałtownie Harry, nie pozwalając nawet dokończyć zdania. Już trzymał dłoń na klamce, gdy poczuł, jak ktoś chwyta go mocno za ramię, zapobiegając ucieczce. — Łapy precz, Rosier! — wysyczał, piorunując wzrokiem pucołowatego chłopca. Kiedy Aber jedynie przewrócił oczami, Harry wykręcił różdżkę, celując nią wprost w twarz piątorocznego ucznia.
— Hej, spokojnie — próbował załagodzić sytuację Yaxley, nerwowo zerkając na koniuszek różdżki Harry'ego. — Pomyśl o tym przez chwilę. Z jednej strony będziesz udawać członka wewnętrznego kręgu Riddle'a, ale z drugiej on nie będzie miał pojęcia, że planujesz wbić mu nóż w plecy, dopóki nie będzie za późno.
Harry uniósł pytająco brwi, nieco obniżył różdżkę.
— I ty naprawdę wierzysz, że Riddle nie będzie niczego podejrzewać? Raczej nie nazwałbym go idiotą, on doskonale wie, że nigdy dobrowolnie do niego nie dołączę.
— Dlatego musimy wykorzystać dostępny czas na przekonanie go, że jednak byś to zrobił — wytknął Aber. Najwyraźniej uznał, że Harry mu nie ucieknie, bo puścił jego ramię. — Słyszałem, jak mówił, że następny atak nastąpi w Halloween, 30 października, więc mamy cały miesiąc.
— Wciąż nie rozumiem jak…
Yaxley westchnął.
— Harold, przestań nam przerywać i pozwól dokończyć. Mamy plan. Nie wiem, ile wiesz na temat hierarchii w Slytherinie, ale obecnie znajdujesz się na świeczniku. Pokazałeś, że jesteś kompetentnym czarodziejem, ale równocześnie nie masz w domu żadnych sojuszników ani przyjaciół.
Harry zmarszczył czoło.
— Hej! Mam przyjaciół…
— Nie bierz tego do siebie — Aber uśmiechnął się pod nosem — ale naprawdę nie masz.
— Aber — syknął ostrzegawczo Yaxley. — Nie pomagasz! W każdym razie — znowu zwrócił się do Harry'ego — uważamy, że Riddle albo chce, żebyś do niego dołączył, albo planuje pozbyć się ciebie z Hogwartu. — Harry już miał zaprotestować, ale młodszy Ślizgon nie dopuścił go do głosu. — Ostatnią rzeczą, której pragnie, jest zobaczenie, że nawiązujesz własne kontakty wewnątrz domu. Bo to nie tylko zagroziłoby jego planom, ale i też wywołało u niego zazdrość.
— Niby skąd to wiesz? — zaciekawił się Harry, chociaż widząc zaborczość Riddle'a musiał zgodzić się z tym ostatnim.
— Bo to właśnie przytrafiło się Mariusowi — powiedział Aber. — Gdybyś nie zauważył, jest moim kuzynem.
— Och, rzeczywiście. — Harry przekrzywił głowę i podniósł wyżej różdżkę. — Teraz, kiedy o tym wspomniałeś, widzę podobieństwo. Te włosy…
Aber rzucił mu gniewne spojrzenie i skrzyżował ręce na piersi. Wyprężył pierś i napuszył się, przybierając pozę, która miała go zastraszyć.
— Interesuje cię to, co mamy ci do powiedzenia czy nie?
Harry wzruszył niezobowiązująco ramionami, ale machnął rękę na Yaxleya, by kontynuował.
— Jeśli będzie zazdrosny — podjął chłopak — będzie próbował spędzać z tobą więcej czasu. A to dostarczy ci wielu możliwości, byś mógł udawać, że im lepiej go poznajesz, tym bardziej zaczynasz zdawać sobie sprawę, że wcale nie jest taki zły, jak ci się początkowo wydawało. Wtedy będziesz mógł mu wcisnąć kit o tym, że kiedy przybyłeś do Hogwartu, byłeś zdołowany z powodu tego, co przydarzyło się twoje rodzinie, że nie byłeś sobą, i tak dalej, i tak dalej…
Harry z wahaniem przytaknął.
— W porządku. Powiedzmy, że Riddle uzna, że można mi zaufać i pozwoli mi dołączyć do wewnętrznego kręgu. Co wtedy?
Na twarzy Abera pojawił się pełen zadowolenia uśmiech.
— Wtedy doprowadzimy do tego, że zostanie wyrzucony ze szkoły — oznajmił. — Każdy kto jest w Slytherinie i ma choć trochę rozumu wie, że to on jest dziedzicem. Musimy po prostu sprawić, by reszta szkoły także się o tym dowiedziała.
— Wiesz, kiedy tak o tym mówisz, wydaje się to dziecinnie proste i oczywiste — zauważył kąśliwie Harry, ale trybiki w jego głowie już zaczęły się poruszać. Jeśli zrobiłby to, co początkowo planował — wyzwał Riddle'a na pojedynek, który niewątpliwie by przegrał, bez względu na to, ile by się do niego przygotowywał — skończyłby całkowicie sam. A potem pozostałoby mu jedynie obgryzanie paznokci i czekanie na kolejny ruch Riddle'a.
Ale gdyby skorzystał z tej nieoczekiwanej, dziwnej możliwości, mógłby pokrzyżować Ślizgonowi szyki. Całkiem prawdopodobne byłoby też to, że rzeczywiście udałoby mu się doprowadzić do wyrzucenia Riddle'a ze szkoły, a przy okazji uratowałby życie Marcie. Tyle, że… jeśli tylko nie utknął w jakiejś równoległej rzeczywistości, a naprawdę cofnął się w czasie, to mógłby przez to nieźle namieszać w przyszłości, zmieniając w niej nie wiadomo co. Może wszystko.
— Więc jak, wchodzisz w to? — dopytywał Yaxley, z nadzieją spoglądając na Harry'ego.
Harry przygryzł wargę, zielonymi oczami znowu przeskakując z jednego chłopca na drugiego.
— Myślę, że tak — powiedział w końcu. Nikomu to nie szkodziło. W przyszłości mógł przecież w każdej chwili zerwać ten dziwny sojusz, a na chwilę obecną wydawał się on całkiem niezłym planem. Poza tym, choć go to irytowało, musiał przyznać Aberowi rację. Nie miał wśród Ślizgonów żadnych przyjaciół.
— Wyśmienicie — podsumował Yaxley, a Aber uśmiechnął się szeroko. — Zacznijmy od razu. Dołączysz do mnie podczas kolacji?
Kiedy Harry zakończył swoją pierwszą lekcję z bycia Ślizgonem i został wypuszczony z opustoszałej klasy, w jego głowie kołatały się dwie myśli. Pierwsza dotyczyła tego, że być może będzie mógł się zemścić na Riddle'u, raz a porządnie, a druga, że w końcu dorwie się do swojej upragnionej kanapki z bekonem.
~o.O.o~
— To, że jest duchem, nie znaczy, że nie może dać ci szlabanu — zauważył Lycoris, spoglądając z naganą na Alpharda siedzącego po drugiej stronie stołu.
— Nie obchodzi mnie to! — oznajmił młody Black, bez humoru dźgając widelcem ziemniak w mundurku. — Historia magii jest głupia. Po co mam robić zadanie domowe, jeżeli nie nauczę się z niego niczego interesującego?
— Bo tak — odparował Lycoris, sztyletując Alpharda wzrokiem, podczas gdy dziedzic Malfoyów parsknął w swój talerz. — Tom?
— Alphard, zrób zadanie — rzucił niedbale Tom, wpatrując się w wejście do Wielkiej Sali. Nawet nie tknął nałożonego na talerz jedzenia.
Lycoris posłał Alphardowi zarozumiały uśmieszek, jak gdyby słowa Toma ostatecznie rozwiązywały tę kwestię — bo rzeczywiście rozwiązywały.
— No już, przestań. To tylko wypracowanie na trzy stopy. Co w tym złego?
— Co w tym złego? — powtórzył z niedowierzaniem Alphard, otwierając szeroko oczy. — Całe trzy stopy! To marnotrawienie mojego czasu!
— A szlaban to nie marnotrawienie czasu? — wytknął Lycoris.
— Och, zamknijcie się obaj — nie wytrzymał Marius. — Mógłbym przysiąc, że ta kłótnia powtarza się co wieczór.
— Bo tak jest — przytaknął Abraxas. — To już trzeci raz w tym tygodniu, a mamy dopiero środę.
Lycoris z irytacją uniósł ręce.
— To dlatego, że Alphard nigdy nie robi…
— Dlaczego Harold idzie z Yaxley'em? — zapytał znienacka Tom, a jego ostry ton natychmiast zakończył kłótnię.
Jak jeden mąż wewnętrzny krąg spojrzał na wejście do Wielkiej Sali. Rzeczywiście, Harold Luxtor i Silas Yaxley właśnie przemierzali salę pogrążeni we wspólnej rozmowie.
— Tom, wyluzuj — powiedział natychmiast Abraxas. — Harold jeszcze nie orientuje się w scenie politycznej Slytherinu, na pewno spotkał Silasa w bibliotece, zaczął z nim rozmawiać o szkole i stwierdził, że przyjdzie z nim na kolację.
Tom nie wyglądał na przekonanego.
— Nie byłbym tego taki pewien — oznajmił chłodno, obserwując jak wspomniana dwójka siada przy stole. — Yaxley nie jest byle jakim pionkiem, jest z ekipy Rosiera.
— Wciąż nie uważam, żeby… — zaczął Abraxas, ale Tom już wstawał i odsuwał od siebie talerz z kolacją.
— Zostańcie tutaj — rozkazał, odchodząc od swoich Ślizgonów. Przeszedł na drugi koniec stołu, tam gdzie właśnie usiedli Harold i Yaxley. — Będziecie mieć coś przeciwko, jeśli do was dołączę? — zapytał niewinnie, przywdziewając na twarz maskę wzorowego ucznia.
Harold nie wyglądał na zachwyconego, ale Yaxley uśmiechnął się uprzejmie.
— Jeżeli tylko masz ochotę — powiedział łaskawie czystokrwisty blondyn, wskazując na puste miejsce obok siebie.
— Dziękuję — odparł Tom, siadając. — Lycoris i Alphard prowadzą dość uciążliwą kłótnię i nie sądzę, bym mógł dłużej ją wytrzymać bez uszczerbku dla mojego zdrowia psychicznego. Mam nadzieję, że w niczym wam nie przeszkodziłem?
— Skądże — wymamrotał Harold, przewracając oczami.
Yaxley spojrzał na nich z rozbawieniem malującym się na twarzy.
— Rozmawialiśmy o tym, jak Haroldowi podoba się w Hogwarcie — zdradził chłopak, rzucając nowemu uczniowi wymowne spojrzenie.
Interesujące, zanotował Tom.
Po trwającej ułamek sekundy wymianie spojrzeń z Yaxley'em, Harold, wychylając się ponad swoim talerzem, nawiązał kontakt wzrokowy z Tomem. Riddle z zachwytem zauważył, że w zielonych tęczówkach brakowało płonących zazwyczaj ogników.
Chłopak przytaknął.
— Na chwilę obecną bardzo podoba mi się obrona przed czarną magią — stwierdził. — Profesor Merryweather jest całkiem niezłym nauczycielem.
— Naprawdę? — spytał Tom, zaskoczony faktem, że Harold był w stanie prowadzić z nim cywilizowaną, normalną rozmowę. — A mnie zawsze wydawało się, że jest nieco… przestarzała.
Harold wzruszył ramionami, wpychając do ust ziemniaki i fasolkę.
— Cóż — powiedział po przełknięciu; dobrze wiedzieć, że nowy uczeń posiadał lepsze maniery niż Alphard. — W porównaniu do nauczycieli, których miałem. — Chłopak uśmiechnął się do siebie, jakby właśnie powiedział żart, który tylko on był w stanie zrozumieć.
— Jestem pewien, że nie chcemy wiedzieć, co się za tym kryje — stwierdził Yaxley, podnosząc brwi.
— Raczej nie — zgodził się z nim Harold. — Prawie wszyscy z nich mieli bzika.
Ku rosnącemu zdumieniu Toma, Harold przebrnął przez obiad ani razu nie okazując otwartej wrogości ani ostentacyjnej nieuprzejmości. Było kilka momentów, w których w oczach chłopaka pojawiły się dziwne błyski, ale poza tym zachowywał się niczym najzwyklejszy uczeń. Co oczywiście sprawiło, że w głowie Toma rozległy się ostrzegawcze dzwonki.
— I jak? — wyrzucił z siebie Abraxas w tej samej sekundzie, w której Tom z powrotem dołączył do ich grupy. — Co myślisz?
Tom nachylił się do przodu, a niebieskie oczy rozbłysły niebezpiecznie.
— Albo Harold desperacko pragnie wypaść dobrze w oczach Yaxleya, albo coś kombinują — odparł cicho. — Był nadzwyczaj uprzejmy.
— Aber? — podsunął Marius.
Tom odchylił się do tyłu i wzruszył ramionami.
— Kto wie? Myślę, że na razie najlepiej będzie stanąć z boku i obserwować rozwój wydarzeń.
Lycoris spochmurniał, ale nie odezwał się. Tom i stanięcie z boku? Wyglądało na to, że w Domu Węża miały nastać ciekawe czasy.
