A/N: Czsem bez dialogów po prostu się nie obejdzie, Madi! ;-) Co do reszty, zobaczymy...


X

„PÓKI SIĘ ZNÓW NIE SPOTKAMY"

Te kilka godzin lotu upłynęło mi jak z bicza strzelił i zanim się zorientowałem, obudził mnie głos Thora, wydobywający się z radiowęzła statku.

Otworzyłem oczy i przetarłem je jedną ręką, podczas gdy druga tradycyjnie znalazła drogę ku moim roztrzepanym włosom. Wiedziałem, że choćbym chciał, to i tak ich nie poskromię, więc tylko podrapałem się po głowie, a potem dla świętego spokoju przyklepałem je tu i tam, i wstałem.

- Yup! Starość, nie radość.- pomyślałem, gdy moje kolana zaskrzypiały znajomo. Myślałby kto, że sarkofag je wyleczy… Nic z tego. Widać jego „błogosławione" skutki trwają długo tylko w przypadku, gdy używasz go tak często jak te przeklęte węże. Nie tęsknię jednak za tą kamienną trumną. Nie tęskniłby za nią nikt, kto chce pozostać przy zdrowych zmysłach, za wyjątkiem tych gadów oczywiście…

Tak czy owak, przeciągnąłem się i usłyszawszy kolejne wezwanie na mostek, podążyłem tam, gdzie czekał na mnie mój mały kolega.

- Zbliżamy się do orbity Ziemi, O'Neill.- poinformował mnie dowódca asgadzkiej floty.- Za chwilę przetransportuję SG-1 oraz generała Cartera na powierzchnię, a następnie będę musiał się oddalić. Otrzymałem bowiem pilną wiadomość, że jeden z naszych transportowców napotkał wrogą jednostkę i pilnie potrzebuje wparcia. „O'Neill III" jest w tej chwili najbliżej tego statku i muszę odpowiedzieć na wezwanie.- poinformował mnie.- Czy mam przenieść cię w to samo miejsce, z którego cię zabrałem?- zapytał.

- Dzięki, kolego, ale to nie będzie konieczne.- odparłem .- Generał Hammond z pewnością będzie chciał raportu z akcji i jestem pewien, że po wszystkim zorganizuje mi podwózkę do domu.- zapewniłem łagodnie.

- Jak sobie życzysz, O'Neill.- powiedział tylko i niedługo potem rozpoczął hamowanie swojego rydwanu wojny.

Patrząc na tę potęgę, nie umiałem powstrzymać uśmieszku dumy, w końcu, nie co dzień nazywają twoim imieniem sprzęt zdolny anihilować planetę, co? Miałem nadzieję, że ta zabaweczka przetrzyma jednak dłużej niż dwie poprzednie, inaczej zacznę wpadać w kompleksy…

Nim stanęliśmy, Teal'c Jonas i Daniel dołączyli do nas na pokładzie dowodzenia i stanęli obok Jake'a, który ostrożnie wyjmował Carter z kapsuły medycznej. Było jasne, że chcieli jak najszybciej znaleźć się w domu i wcale im się nie dziwiłem.

Po krótkim pożegnaniu z Thorem, który tak na wszelki wypadek zostawił mi swój osobisty komunikator (nigdy nie wiadomo, czy Asgard nie będzie chciał kolejnej błyskotliwej rady od swojego ulubionego człowieka!), zostaliśmy szybko przeniesieni na powierzchnię i zmaterializowaliśmy się dokładnie pośrodku komory Wrót.

- Jednostki defensywne, spocznij. Grupa medyczna pilnie proszona do komory Wrót!- usłyszałem głos George'a, który po sekundzie zwrócił się do nas znacznie już spokojniejszym głosem:- Jacob, Jack, SG-1… Witajcie w domu.

- Dzięki, generale!- zasalutowałem rubasznie.- Dobrze być w domu.- powiedziałem w imieniu swoim i moich zmęczonych towarzyszy, z których jeden już był ładowany na nosze i wieziony do skrzydła szpitalnego. Mowa oczywiście o Carter…

- Znacie dryl.- kontynuował Hammond.- Badania, a za dwie godziny sprawozdanie w sali odpraw.- przypomniał i się skrzywiłem.

- Awww… George! Czy naprawdę muszę? Wiecie, jak nie lubię igieł!- wymamrotałem z miną zbitego psa.

- Przykro mi Jack, ale cywil czy nie, nadal podlegasz tej samej procedurze co reszta.- roześmiał się mój były dowódca.- Jeśli jednak powstrzymasz się przed narzekaniem, dr Bringman z pewnością zachowa grube igły dla kogoś innego!- mrugnął przekornie.

Westchnąłem ostentacyjnie.

- Człowiek się poświęca i tak mu odpłacają.- stwierdziłem, oddając sprzęt i kierując się w znajomy korytarz.

Odpowiedział mi tylko głośny śmiech…

Zanim nas obstukali, obsłuchali i pozbawili co najmniej litra krwi (No dobra, może przesadzam, ale te osiem fiolek, to już chyba przegięcie!), minęły owe dwie godziny i przytomna część naszej grupy znalazła się przy znajomym stole.

Jako pierwsi swój raport przedstawili moi ex- podwładni, opowiadając po kolei, jakim cudem zostali pochwyceni przez siły Ba'ala. Dość powiedzieć, że nie byłem zachwycony faktem, iż stało się to, ponieważ dzięki naiwności Danny'ego oraz Jonasa dali się wkręcić jak małe dzieci. Myślałem, że po tylu latach i wpadkach już nauczyli się, że nie wszystko złoto, co się świeci, ale widać byłem w błędzie. Nie tylko zaufali niewłaściwym ludziom (a może lepiej powiedzieć "kosmitom"), wciągając w tarapaty Carter i Teal'ca, lecz jeszcze na dodatek stracili wszystkie GDO. Bóg jeden wie, jak zamierzali wrócić do domu, skoro podobno na Alfie też założono osłonę na Wrota (w sumie nie powinienem tego wiedzieć, skoro już nie jestem członkiem programu, ale różne rzeczy się słyszy siedząc za szpitalnym parawanem…).

Potem przemówił Jacob, by przybliżyć okoliczności, w jakich dowiedział się o uwięzieniu SG-1 i swojej córki. Tu sprawa była prosta, bo jak zwykle chodziło o szpiegów Tok'ra w szeregach Władców Systemów. Gdy Jake skończył, przyszła pora na mnie…

Ze względu na Daniela, T oraz Jonasa, streściłem szybko niespodziewaną wizytę Thora, a potem przeszedłem do szczegółów misji. Opowiedziałem, jak z Jacobem dostaliśmy się do twierdzy i co się działo potem…

- A więc pułkownik Carter nie było w celi razem z resztą SG-1?- spytał Hammond.

- Nie, sir.- zaprzeczyłem jak za starych czasów.- Teal'c poinformował mnie, że w tamtym czasie torturował ją Ba'al, więc zdecydowałem, że Jake wyciągnie chłopaków, a ja pójdę po Carter. W końcu tylko ja dobrze znałem rozkład pomieszczeń i wiedziałem, czego się tam spodziewać…- mówiłem.- Już na miejscu zneutralizowałem strażników pod drzwiami i wślizgnąłem się do środka…

- Co tam zastałeś, Jack?- zapytał George.

- Powtórkę z rozrywki, generale.- odpowiedziałem z niesmakiem.- Bocce właśnie bawił się kijem bólu, a obiektem tej zabawy była nieprzytomna pułkownik Carter.- dodałem.- Po krótkiej i bezowocnej rozmowie mającej na celu skłonienie pasożyta do uwolnienia Carter, zmuszony byłem zakończyć sprawę raz na zawsze. Wpakowałem mu nóż w gardło, a potem patrzyłem jak zdycha.- stwierdziłem z satysfakcją.

- Zabił pan Ba'ala, pułkowniku?- wyszczerzył się Jonas.- Fajnie!

- Dzięki, mały, ale mów mi Jack. Nie służę już w wojsku, więc rangi nie mają znaczenia.- sprostowałem.- Co do Bocce… Owszem, zabiłem go na śmierć. Bydlak gryzie ziemię, a w zasadzie gryzłby, gdybym go nie zdezintegrował. Nie chciałem, by jego słudzy wsadzili go do sarkofagu. Jego zejście w takim układzie mijałoby się z celem, tak więc definitywnie pozbyłem się zwłok…- wyjaśniłem.- Następnie szybko uwolniłem Carter z pola grawitacyjnego, które ją trzymało, z grubsza patrzyłem najgorsze rany i wziąwszy ją na ręce, rozpocząłem odwrót do miejsca zbiórki.- kontynuowałem.- Wkrótce dołączyłem do reszty, przedarliśmy się przez zaalarmowane siły Jaffa i opuściliśmy fortecę, którą zdalnie wysadziłem, zanim Thor przeniósł nas na swój niszczyciel i odwiózł do domu. Tak pokrótce wyglądał mój udział w misji.- zakończyłem z uśmiechem.

- Dziękuję, Jack.- odezwał się generał Hammond.- Nie muszę ci mówić, jak wielką wyświadczyłeś nam przysługę, ryzykując życiem dla uwolnienia naszej flagowej ekipy i przy okazji likwidując tak niebezpiecznego wroga naszej planety. Raz jeszcze mamy wobec ciebie dług.

- Nie ma sprawy, generale. Cieszę się, że mogłem pomóc przyjaciołom.- skwitowałem.- Mam jednak małą prośbę…- dodałem.

- Słucham, synu. Postaramy się ją spełnić w miarę możliwości.- odparł dyplomatycznie George.

- Czy moglibyście mi załatwić transport do Nowego Jorku?- spytałem otwarcie.- Mój syn tam jest, a z tego wszystkiego, jak to mówią, zostawiłem portfel w innych spodniach i nie mam na bilet lotniczy...

Hammond się roześmiał.

- Z tym nie będzie problemu, Jack.- zapewnił.- Już załatwiliśmy ci miejsce w najbliższym transportowcu do bazy Stewart, a stamtąd jakiegoś jeepa, który odwiezie cię gdzie zechcesz. Choć tyle możemy uczynić.- powiedział.

- Dziękuję, sir.- uśmiechnąłem się.- Chcę powiedzieć, że mimo upływu czasu, jak zwykle miło było mi was wszystkich znów spotkać i z wami pracować.

- I wzajemnie, Jack.- stwierdził generał wespół z Jacobem, a cała reszta pokiwała głowami.- Dziękuję też za tę whiskey, którą przysłałeś mi na urodziny. Doskonały trunek.- dodał już prywatnie.

- D'oh! W końcu sam pędziłem!- wypaliłem pół żartem pół serio i wszyscy się roześmieli.

- Hej!- odezwał się znowu Daniel.- Jak to jest, że generałowi przysyłasz whiskey, a mnie przez ten czas nie wysłałeś nawet kartki z pozdrowieniami?- wymamrotał Jackson.

- Jak stuknie ci sześćdziesiątka, Danny-boy, przyślę ci cały karton, jeśli tak ci zależy i może nawet dorzucę kartkę!- odparłem wesoło znów rozbawiając zebranych.

- Ty się nigdy nie zmienisz, co Jack?- powiedział Jake.

- Po co?- uśmiechnąłem się od ucha do ucha.- Nie poprawia się ideału!

Jeszcze chwilę pożartowaliśmy, a potem przyszedł czas na pożegnania.

- Dzwoń, Jack.- poprosił Daniel, a T przyłączył się do tej prośby. Jonas, rozemocjonowany jak zawsze, ofiarował mi jeden z tych swoich uścisków, a Jake i George, choć nie musieli, salut, który oddałem z równym szacunkiem.

Zanim eskorta odprowadziła mnie na powierzchnię (musiałem ją mieć, bo technicznie nie miałem uprawnień do przebywania w bazie), z pewnymi oporami zajrzałem jeszcze raz do szpitala, by upewnić się, że z Carter wszystko w porządku.

Lekarka pozwoliła mi wejść na moment do jej izolatki i gdy stanąłem przy łóżku Sam, po raz pierwszy od dawna poczułem się spokojny i wolny od żalu.

- Zdrowiej i bądź szczęśliwa, Carter.- powiedziałem w końcu i lekko ścisnąwszy jej dłoń pożegnałem ją po raz wtóry, tym razem na dobre.

Godzinę później byłem już w powietrzu…

tbc