9 lipca 1996 rok, wtorek, godzina 22.00, Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru
– Harry! – madame Pomfrey i profesor McGonagall weszły do wieży Gryffindoru. Chłopak uniósł głowę znad notatek do transmutacji. Hermiona tak długo wierciła mu dzisiaj dziurę w brzuchu, że dla świętego spokoju zabrał się za powtarzanie materiału z piątej klasy. Wolał to, niż kłótnię z dziewczyną, która była w wyjątkowo bojowym nastroju.
Poza tym nadal trenował oklumencję i nawet udawało mu się osiągnąć stan uspokojenia umysłu, ale wciąż miał wrażenie, że gdzieś tkwi w nim przyczajony wąż, gotów w każdej chwili podnieść głowę i kąsać...
Teraz szybko podniósł się z fotela i ukłonił.
– Harry, mamy do ciebie prośbę – powiedziała wyraźnie zakłopotana pielęgniarka.
Hermiona szybko odłożyła na stolik nowy podręcznik do zielarstwa i wstała z sofy, patrząc uważnie na obie kobiety.
– Siadajcie – profesor McGonagall skinęła głową. – Harry, chodzi o to, byś spał dzisiaj w ambulatorium. Sev... Profesor Snape niestety, nie czuje się dobrze i nie powinien być sam, a my obie musimy zaraz wyjechać do Glasgow. Wrócimy rano. Nic nie powinno się stać, ale na wszelki wypadek, lepiej żeby ktoś był przy chorym. Nie chcemy angażować skrzatów, a profesor Dumbledore ma mnóstwo roboty.
– Oczywiście, już idę – Harry skierował się do dormitorium po piżamę i ręcznik, ale przyhamowała go nagła myśl. – Przepraszam, a gdyby coś się działo...
– Dyrektor jest w zamku, w razie potrzeby go powiadomisz. Damy ci komunikator z alarmem. Wystarczy nacisnąć przycisk i profesor Dumbledore zaraz się zjawi – powiedziała uspokajająco pani Pomfrey.
– Odprowadzę cię – oznajmiła Hermiona.
Harry czuł lekki niepokój idąc do sali szpitalnej. Bał się jak Snape zareaguje, gdy go zobaczy. Nie widział Mistrza Eliksirów od dnia, w którym profesor odzyskał przytomność. Pani Pomfrey kategorycznie zakazała wtedy odwiedzin. A może to sam profesor nie chciał go widzieć? No i wspomnienie reakcji Snape'a na jego widok nie wpływało uspokajająco na nastrój chłopaka. Na szczęście Mistrz Eliksirów już spał, więc Harry uspokoił się trochę. Przynajmniej do rana rozmowa z profesorem mu nie grozi. Chłopak bał się konfrontacji ze Snape'em, a jednocześnie bardzo chciał z nim porozmawiać. O tak wiele spraw pragnął go zapytać, ale miał świadomość, że chyba nigdy się na to nie odważy...
Litościwy sen chwycił go w objęcia, ledwo dotknął głową poduszki.
Śnił, że jest wężem. Olbrzymim wężem, kobrą królewską ze skrzydłami za kapturem. Leżał na łóżku w ambulatorium. Uniósł głowę i zasyczał. Na sąsiednim łóżku spał profesor Snape. Oddychał spokojnie, a po jego bladej twarzy powoli przesuwały się plamy księżycowej poświaty. Koc zsunął się z ramion mężczyzny. Skulił się, wyraźnie było mu zimno. Harry zauważył, że profesor strasznie schudł. Chłopak pomyślał ze współczuciem, że Mistrz Eliksirów drogo zapłacił za swoją odwagę w wypełnianiu szpiegowskiej misji. Było bardzo cicho. Olbrzymi wąż zsunął się z materaca i rozejrzał dookoła. Szybko chwycił w pysk koc z pustego łóżka i delikatnie rozwinął go na ciele śpiącego mężczyzny. Podciągnął oba pledy pod brodę Snape'a, bardzo przy tym uważając, by nie pobrudzić ich jadem z kłów. Udało mu się to. Zadowolony z siebie zwinął się i rozpostarł kaptur nad głową śpiącego. Nagle Snape otworzył oczy. Uśmiechnął się radośnie.
– Dziękuję ci, Lily – szepnął z wdzięcznością. – Ty zawsze wiesz, czego potrzebuję... Cieszę się, że jesteś przy mnie... – sennie wymruczał znów zasypiając. Zdumiony Harry cofnął się i wpełzł z powrotem do swego łóżka.
Ale to nie miał być jego jedyny sen tej nocy...
***
dziewiąty lipca 1996 rok, wtorek, Ministerstwo Magii, godzina dwudziesta trzecia siedem.
Percy Weasley siedział w swoim gabinecie i z trudem tłumił zniecierpliwienie. Zerknął na zegarek. Do wyznaczonej godziny brakowało jeszcze prawie czterdziestu minut. Pomyślał z satysfakcją, że Knot traci grunt pod nogami. Co prawda dla Percy'ego utrata posady przez tego idiotę mogła oznaczać nieliche kłopoty, ale chłopak nie czuł żalu ani niepokoju. Wymyślił już sposób na pozostanie w Ministerstwie, choć oczywiście nie mógł mieć nadziei na zachowanie stanowiska sekretarza przyszłego Ministra Magii. Ze złośliwą uciechą obserwował, jak Knot rozpaczliwie się miota i próbuje szukać sojuszników. Odwracali się już od niego nawet najwięksi głupcy i wazeliniarze. Wszyscy czekali na ruch Dumbledore'a, który zwołał na jutro posiedzenie Wizengamotu. Powszechnie się spodziewano, że stary Dumbel zażąda wyboru nowego ministra. Percy westchnął. Mentor odwiedził go tuż przed swoim wyjazdem do Francji i przekazał mu kierownictwo nad grupą specjalną. Weasley przysiągł sobie, że go nie zawiedzie. Pomyślał gorzko o Crouchu i Knocie. Podziwiał ich obu i naiwnie wielbił, a oni po prostu go wykorzystywali i lekceważyli. A Mentor w niego wierzył, wyszkolił i traktował jak równego sobie. Jak przyjaciela... To dziwne. Percy zamyślił się. Dlaczego właściwie zaufał temu człowiekowi? Zawiódł się przecież tak bardzo i to dwukrotnie, czemu więc ten młody mężczyzna – prawie jego rówieśnik – stał się dla niego kolejnym idolem? Może jednak tym razem słynna weasleyowska intuicja go nie zawiodła... Mentor imponował mu odwagą i determinacją, ale nie tylko. Chyba głównie tym, że był kompetentny. Nie zgrywał ważniaka, ani nie nadymał się, jak Crouch i Knot. Nie plótł wzniosłych banałów, wręcz przeciwnie, jego cynizm był niesamowity – Snape by się go nie powstydził! A mimo to był jakiś taki... ciepły. Może wreszcie on, Percy – zyskał prawdziwego przyjaciela?
Weasley uśmiechnął się pod nosem. To nic, że czeka go dziś jeszcze wiele godzin ciężkiej pracy. Penelopa czekała na niego. Kochał ją i wiedział, że nie dopuści, by znów się pokłócili. To ona miała rację! A dla niej i Mentora warto było się narażać. Poczuł przypływ adrenaliny. To, co miał zaraz zrobić było niesamowicie podniecające. Sięgnął do kieszeni swojej szaty i namacał niewidzialną buteleczkę. Już czas... Niedługo wybije północ.
Kierując się do głównego holu Percy starał się wyglądać na zmęczonego i niezbyt przytomnego. Po najeździe Riddle'a na Ministerstwo wszyscy pracownicy musieli wychodzić przez budkę telefoniczną, bo zablokowano wszystkie inne wejścia, kominki odcięto od sieci Fiuu i cały budynek otoczono odnowioną strefą antyteleportacyjną. Weasley uznał to za pomyślną okoliczność. Dzięki temu, dziewczyna w recepcji dokładnie zapamięta, o której godzinie wyszedł z pracy.
A że te działania zabezpieczające były kompletnie bez sensu, to inna sprawa. Nic nie dawały przez piramidalną głupotę urzędującego ministra. Knot nie zgodził się na przesłuchanie wszystkich pracowników Ministerstwa z użyciem Veritaserum w celu wyłapania pracujących tu szpiegów Voldemorta, więc poplecznicy tego psychopaty mogli się czuć całkowicie bezpiecznie. Oczywiście, dopóki ten półgłówek Knot był na stanowisku. Ale nikt już nie ośmielił się popierać go otwarcie, bo nawet osobnicy o inteligencji tylko nieco powyżej gumochłona, zdawali sobie sprawę, że takie poparcie dość jednoznacznie klasyfikuje kto jest kto.
Młoda czarodziejka w recepcji widząc Percy'ego Weasleya idącego ciężkim krokiem ku wyjściu pomyślała ironicznie, że ten kretyn niepotrzebnie się przepracowuje. Knot prawdopodobnie jutro przestanie być ministrem. Ciekawe, co Weasley wtedy zrobi... Zaraz kończyła swój dyżur i nie mogła się już doczekać powrotu do domu. Koleżanka z poprzedniej zmiany powiedziała jej, że Weasley siedzi tu od samego rana i tylko raz wyszedł, około trzeciej po południu. Wrócił podobno szybko, po niecałej godzinie. Skrzywiła się. Ten chłopak zawsze wydawał się jej okropnie bezbarwny i nieciekawy. Kujon i lizus – zdumiewające, że był w Gryffindorze. Ona sama była Puchonką i – do diabła! była z tego dumna! Obserwowała z nudów poczynania Weasleya. Zanim wyszedł, transmutował sobie szatę w mugolskie ciuchy. Zauważyła z dezaprobatą, że nie bardzo mu się to udało, bo marynarka wyszła za duża, a spodnie się marszczyły. Skrzywiła się. Taki prymus, wszystko zdał na najwyższe oceny, a nie dał rady porządnie zmienić szaty. A, może był po prostu zmęczony. Mniejsza z tym. Wyciągnęła z torebki najnowszy numer „Czarownicy" i czekając na swoją zmienniczkę zagłębiła się we frapującym artykule o nowych trendach mody w upiększaniu paznokci.
Percy po opuszczeniu budki telefonicznej szybkim krokiem podążył do pobliskiego McDonalda, czynnego całą dobę. Zamówił małą kanapkę z pieczonym kurczakiem i czekając na swoje danie usiadł w kącie nad kawą. Znudzonym wzrokiem rozglądał się po lokalu. Od niechcenia bawił się ciemnymi okularami. Po kilku minutach wstał i poszedł do toalety. W korytarzu nikogo nie było. Percy stanął w miejscu, którego (co sprawdził wcześniej) nie obejmowała kamera. Nie czekał zbyt długo. Lekki trzask aportacji przyjął z prawdziwą ulgą. Wysoki brunet w nieco za luźnej marynarce pojawił się tuż przy nim. Uśmiechnął się z satysfakcją i uniósł kciuk do góry. Percy skinął głową i wyciągnął z kieszeni marynarki niewielką buteleczkę z gęstym, brunatnym płynem. Szybko wypił jej zawartość, po czym wyjął różdżkę i wypowiedział kilka słów, wskazując nią na siebie. Brunet obserwował go z aprobatą. Po chwili rysy Percy'ego zmieniły się, urósł o kilka centymetrów, jego ramiona stały się szersze i bardziej masywne, a marynarka nie wisiała już na nim jak na kiju, chociaż nadal sprawiała wrażenie nieco zbyt luźnej. Włosy zmieniły kolor. Percy Weasley zmienił się w bliźniaka stojącego przed nim bruneta. Pierwszy brunet wysunął z rękawa swojej marynarki różdżkę. Cicho wypowiedziane zaklęcie zmieniło go w rudowłosego Percy'ego Weasleya. Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie, uśmiechając się identycznym, nieco złośliwym uśmiechem. Percy zmieniony w bruneta rozluźnił krawat i wyjął zza koszuli zawieszony na szyi na cienkim łańcuszku medalion z klepsydrą.
– Godzina piętnasta siedemnaście – powiedział z uśmiechem Percy.
– Pamiętam – zaśmiał się brunet. Obrócił szybko klepsydrę kilka razy i zniknął.
Kilka godzin wcześniej, o piętnastej siedemnaście, Percy Weasley stał w tym samym miejscu i czekał. Antymugolskie zaklęcie zabezpieczające działało. Pomimo tego, że w barze było pełno ludzi, nikt nie próbował tędy przechodzić. W chwili, gdy wskazówka sekundowa dotknęła cyfry dwanaście, a minutowa stała na drugiej kresce za cyfrą trzy – przed rudowłosym pojawił się całkowicie bezgłośnie wysoki brunet w eleganckim garniturze. Wyglądał wytwornie, mimo, że jego marynarka była trochę zbyt luźna.
– Wstaniesz od biurka dokładnie o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć – powiedział ciemnowłosy mężczyzna i zniknął z cichutkim, prawie niesłyszalnym trzaskiem.
Percy cofnął zaklęcie i postanowił coś zjeść. Miał przed sobą pracowite popołudnie i wieczór.
Percy wrócił na salę. Jego kanapka była już gotowa.
– Rozmyśliłem się – powiedział do kelnerki. – Proszę mi to zapakować, zjem w domu.
Dziewczyna skinęła głową i szybko spakowała gorącą potrawę do plastikowego pojemnika.
– Dobranoc – powiedziała z westchnieniem. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Weasley skinął jej głową.
– Dziękuję i nawzajem życzę dobrej nocy.
Rudowłosy chłopak zniknął za drzwiami. Dziewczyna pożegnała go nieco smutnym uśmiechem. Gdyby zauważyła, że nie dotarł do rogu ulicy może by się trochę zdziwiła... Ale nie widziała, jak młody mężczyzna w okularach rozpłynął się w powietrzu, więc nie zastanawiała się nad tym. Następnego dnia miała wolne i z przyjemnością myślała o tym, że pójdzie ze swoim chłopakiem do kina. Należała jej się ta przyjemność. Zdopingowana nadzieją na miłe spędzenie jutrzejszego dnia, starła okruszki ze stolika i weszła na zaplecze.
Śmierciożerca mający za zadanie pilnowanie sekretarza ministra zaklął ordynarnie. Nie usłyszał trzasku teleportacji, ani nie wyczuł jej śladu. Ten piekielny Weasley stanowczo zbyt wiele potrafił! Bezśladowa i bezgłośna teleportacja uchodziła za mit. Niestety, on sam przekonał się już wielokrotnie, że to fakt, a nie legenda. Cztery godziny tkwił jak głupi przy budce telefonicznej, stanowiącej wejście do Ministerstwa, czekając aż ten pracuś wreszcie opuści budynek. Jego koledzy – śmierciożercy, pracujący w tej kretyńskiej instytucji poinformowali go, że Weasley twardo siedzi u siebie i tylko raz wyszedł, tuż przed trzecią, do mugolskiej jadłodajni. Zjadł tam kurczaka i pieczone ziemniaki oraz ohydną sałatkę, ociekającą tłustym majonezem. Prawie nigdy nie jadał w ministerialnym bufecie. No, cóż, Weasley... Jego ojciec to przecież znany wielbiciel mugoli. Sam Percy, co prawda, odciął się od rodziny i nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, ale weasleyowskie wychowanie co chwila z niego wyłaziło, jak słoma z butów prostaczka. No i co teraz? Wściekły mężczyzna postanowił sprawdzić, czy młody Weasley wrócił do siebie. Co prawda czujnik, jaki założono w jego mieszkaniu z niewiadomego powodu nie działał, ale obserwacje wykazały, że pan sekretarz ministra Knota pojawia się tam czasami. Nie miał na co czekać. Zniknął z głośnym trzaskiem. Niewidzialny Percy uśmiechnął się złośliwie. Ślad śmierciojada był bardzo wyraźny. Zdąży zawiadomić ekipę. Połów tej nocy będzie obfitszy, niż się spodziewał. Szybko wyjął komórkę i wysłał sygnał do Penny. Aportował się prawie bezgłośnie. Do mistrzostwa Mentora jeszcze mu sporo brakowało, ale nie wątpił, że się nauczy. Trenował pilnie i nie zamierzał na tym poprzestać.
Penny była szybsza od niego. Gdy Percy z różdżką w dłoni pojawił się w swoim starym mieszkaniu, pierwszym, co ujrzał, był leżący na podłodze, związany zaklęciem antyteleportacyjnym śmierciożerca, błyskający wściekle oczami. Penelopa i Alice stały nad nim z minami łowców smoków po udanym polowaniu.
– No, no – westchnął chłopak. – Kogóż my tu mamy? Pan Nelson Archiboldt, proszę, proszę...
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż z kuchni wyszedł Albert. Miał na sobie kelnerski smoking, widocznie nie zdążył się przebrać.
– Odłóż tego kurczaka, Percy – zaśmiała się Penelopa. Chłopak dopiero w tym momencie się zorientował, że wciąż trzyma w ręku firmowe pudełko z McDonaldsa. Rzucił je na stół i pochylił się nad więźniem.
– Co z nim zrobimy? Przesłuchamy sami, czy podrzucimy aurorom? – spytał Albert.
– Przesłuchamy. On na pewno wie, kto szpieguje w ministerstwie dla Voldemorta – zdecydował Weasley. – Powie nam...
– Niczego wam nie powiem! – ryknął z furią Archiboldt. – Jak śmiesz ty brudny wielbicielu szlam i mugoli nazywać Czarnego Pana jego imieniem!
– Możesz się nie fatygować – syknęła Alice. – Powiesz nam wszystko, co chcemy wiedzieć – uśmiechnęła się krzywo.
– Ściągnijmy tu Shacklebolta – zaproponowała Penelopa, patrząc z obrzydzeniem na śmierciożercę.
– Słusznie – zgodził się Percy.
***
Kingsley Shacklebolt po dniu pełnym wrażeń nie zamierzał jeszcze kłaść się spać. Wrócił już do własnej postaci, w której czuł się jednak znacznie lepiej, niż w cudzej skórze. Usiadł w skórzanym fotelu przed kominkiem i sięgnął po butelkę kremowego piwa. Chciał przemyśleć to wszystko, czego się dziś dowiedział, ale nie był mu pisany spokojny odpoczynek.
– Kingsley! – okrzyk z kominka poderwał go na nogi. Wśród zielonych płomieni tkwiła głowa Penelopy Clearwater.
– Co się stało? – spytał cicho.
– Schwytaliśmy śmierciożercę. Śledził Percy'ego – wyjaśniła rzeczowo. – On na pewno wie, kto w Ministerstwie szpieguje dla tego gada!
– Gdzie jesteście? – Kingsley, jak zawsze, gotów był do natychmiastowego działania.
– W mieszkaniu Percy'ego. Możesz się tu aportować. Znasz współrzędne?
– Tak. Zaraz będę.
– Czekamy – głowa dziewczyny zniknęła.
Pojawienie się Kingsleya całe towarzystwo przyjęło z wyraźną ulgą.
– Gdzie ten śmierciożerca? – spytał auror bez wstępów.
– Tutaj – Alice wskazała siedzącego na podłodze, związanego mężczyznę.
– Nelson Archiboldt! – mruknął Shacklebolt. Nie był zaskoczony. Podejrzewał tego Krukona już wcześniej o to, że związał się z Voldemortem.
Veritaserum również tym razem zadziałało bezbłędnie. Archiboldt podał nazwiska szpiegów Riddle'a działających w Ministerstwie. Problem polegał na tym, że nie o wszystkich wiedział.
– Myślę, że najlepiej będzie, jak go pan zabierze na posterunek. Zmodyfikujemy mu pamięć, żeby nie mógł powiedzieć o dziewczynach, ani o mnie – zaproponował Albert.
– To chyba dobry pomysł – zastanowił się Percy. Popatrzył na Kingsleya. – Będzie pamiętał, że mnie śledził, a ty go zauważyłeś i schwytałeś. Szedłeś do Ministerstwa, żeby się ze mną spotkać i się na niego natknąłeś...
– Wspaniale – oznajmiła Alice.
– Też tak uważam – zdecydował auror.
Dostarczenie Archiboldta na posterunek, potwierdzenie jego zeznań i udowodnienie przynależności do śmierciożerców, a potem załatwienie wszystkich spraw urzędowych zajęło Kingsleyowi mnóstwo czasu.
No i przesłanie raportu profesorowi Dumbledore'owi do Hogwartu też trochę trwało.
W rezultacie spać poszedł dopiero nad ranem.
***
Noc z 9 na 10 lipca 1996 roku, godzina 23.30; Hogwart, Ambulatorium.
Czarna sowa bezszelestnie wleciała przez otwarte okno do ambulatorium, upuściła zapieczętowany zwój pergaminu na koc okrywający Mistrza Eliksirów i tak samo cicho jak przybyła, opuściła szpitalną salę. Severus Snape ocknął się i rozejrzał dookoła niezbyt przytomnie. Na sąsiednim łóżku spał Harry Potter. Profesor skrzywił się i usiadł. Jego wzrok padł na list. Był pewien, że wie, jaką treść zawiera. Wreszcie z ociąganiem wziął go do ręki, złamał czarną pieczęć i rozwinął pergamin. Dłonie mu drżały. Przeczytał i zwiesił głowę. Ile jeszcze ciosów na niego spadnie?! Zacisnął pięści. Nie podda się. Wytrzyma.
Zwinął list tak, że widoczne były tylko ostatnie zdania:
„...Ja się wszystkim zajmę. Kochamy Cię! Nie umieraj i nie daj się zabić, bo zostałeś nam już tylko Ty!"
Mężczyzna schował szybko zwój pod poduszkę.
Nie chciał umierać, bo przecież ma dla kogo żyć. Tym bardziej teraz, po tym, co się stało. Ogarnęła go straszliwa nienawiść. Zemścić się! Musi się zemścić! Morderca nie będzie więcej tryumfował. To ostatni raz. Ostatni.
Więc musi jak najszybciej wyzdrowieć. I zacząć działać.
Popatrzył jeszcze raz na śpiącego chłopaka. Potarł dłonią czoło. Usiłował sobie przypomnieć swój sen... A może to mu się jednak nie śniło? Musiał jak najszybciej porozmawiać z dyrektorem i profesor McGonagall. „Jeszcze i to!" – pomyślał posępnie. Ale przecież nie powinien się czuć zaskoczony. TO było do przewidzenia. Cóż, do rana daleko, może tej nocy już nic więcej się nie stanie. Postanowił, że chociaż spróbuje zasnąć. Ułożył głowę na poduszce.
***
Noc z 9 na 10 lipca 1996 roku, tuż po północy. Gdzieś we Francji, w małej prowansalskiej wiosce.
W małym, kamiennym domku otoczonym ogrodem, w którym dominowały kwitnące hortensje we wszystkich barwach, światła w oknach nie gasły długo w noc. Przy drewnianym stole w kuchni siedziały cztery osoby – dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Starsza z dwóch dziewcząt, mniej więcej dwudziestoletnia szatynka, nalała sobie herbaty i powoli podniosła do ust filiżankę. Upiła łyk, przerwała to absorbujące zajęcie i popatrzyła na swoich towarzyszy. Pozostała trójka siedziała prawie nieruchomo, wszyscy najwyraźniej pogrążeni w ponurych myślach. Młody mężczyzna i para nastolatków – na oko mieli oboje piętnaście, może szesnaście lat – wyglądali na przygnębionych i nieco przerażonych. Wielki białozłoty kruk, siedzący wysoko na szczycie kredensu, rozwinął skrzydła i sfrunął na ramię jasnowłosego chłopca, który pogłaskał go machinalnie po grzbiecie. Ptak pociągnął blondyna pieszczotliwie za włosy i zeskoczył na blat stołu, po czym zaczął skubać płat wędliny z talerza szatynki.
– Długo jeszcze macie zamiar tak siedzieć i milczeć? – przerwała ciszę młodsza dziewczyna – brunetka, o bardzo bladej twarzy i podkrążonych oczach – Musimy wreszcie coś zrobić!
– Co możemy zrobić?! – wybuchnął jasnowłosy chłopak. Ukrył twarz w dłoniach. Ramiona mu zadrżały.
– Możemy zrobić bardzo wiele – odezwał się karcącym tonem młody szatyn. – Chcecie się poddać?! Bo ja nie!
Zerwał się zaciskając pięści i podszedł do okna. Odchylił firankę. Noc była bardzo jasna, a światło gwiazd, zmieszane z blaskiem ogrodowych lamp odbiło się w jego brązowych oczach.
– Taa... Już to widzę, jak gołymi rękami pokonujesz smoka! – zadrwił blondyn. Mężczyzna zignorował go.
– Gdzie on jest? – spytał odwracając się do brunetki.
– Gdzieś w Bretanii. Liże rany. Solidnie oberwał – odpowiedziała spokojnie.
– To znaczy, że co najmniej przez najbliższy miesiąc nie będzie ataków smoków. Dobre i to – skomentowała starsza dziewczyna.
– Ale nie ustanie rabowanie banków – mruknął brązowowłosy. – Do tego wystarczą ludzie, Laeticio. I nie muszą to być czarodzieje. Mugole też sobie świetnie radzą z taką robotą.
– Fakt – westchnęła nieco zmieszana dziewczyna.
Znów zapadło milczenie. Spod stołu wysunął się wielki biało – czarny pies. Podszedł do mężczyzny i energicznie skubnął go za rękaw. Brązowowłosy przykucnął i podrapał zwierzaka za uszami. Pies polizał go w policzek.
– Głodny jesteś, Karelku? – spytał pieszczotliwie mężczyzna. – Accio, kotlet! – zręcznie chwycił nadlatujący ku niemu kawałek mięsa i podał psu, który warknął z aprobatą i zajął się jedzeniem. Jego pan podniósł się i znów patrzył w okno.
– Ten twój... Percy... Przysłał już raport? – spytał z wahaniem w głosie blondyn.
– Jeszcze nie. Przypuszczam, że właśnie rozmawia ze swoim bratem. Ustaliliśmy, że się zgłosi natychmiast po tym, jak skończą – odpowiedział żywo młody mężczyzna.
– Podejrzewam, że coś się tam stało... – mruknęła z ponurą miną brunetka.
– Owszem, Świetliku, napad na bank. Nie oglądałaś wiadomości? – spytał jadowicie blondyn.
– Racja, nie musisz być złośliwy, mój drogi – odpowiedziała ugodowo dziewczyna. Potarła z zakłopotaniem swój nos ozdobiony małym garbkiem. – A jednak... Czuję przez skórę, że ten Percy ma jakieś kłopoty – dodała cichutko.
– Da sobie radę. Ufam mu – oznajmił kategorycznie szatyn.
– Jak myślicie... Czy nasza sowa już doleciała do Hogwartu? – spytała Laeticia.
– Jestem tego pewien, kochanie – westchnął ciężko mężczyzna. Wszyscy znów umilkli.
– Zapomnieliście, że dzisiaj jest pierwsza rocznica waszego ślubu – powiedziała nagle odkrywczo brunetka, patrząc na Laeticię i szatyna.
– A, rzeczywiście – odpowiedział smutno mężczyzna. Odwrócił się od okna i popatrzył z czułością na swoją żonę.
– To było wczoraj – sprostowała młoda kobieta. – Minęła północ. Nieważne. Zapomniałam o tym – dodała zmęczonym głosem.
– Żebyście mogli świętować kolejne rocznice, musimy wygrać! – bojowym tonem oznajmiła czarnowłosa.
– Wygramy! – szatyn podszedł do stołu. Uśmiechnął się drapieżnie, odsłaniając długie, ostre kły.
– Wezwanie? – zaniepokoiła się Laeticia.
Jej mąż skinął głową.
– Uważaj na siebie – szepnęła brunetka.
– Przyjmiecie raport od Percy'ego – powiedział szybko mężczyzna. – Chyba, że zdążę wrócić wcześniej – dodał i zniknął prawie bezgłośnie.
***
Harry stał w kręgu śmierciożerców. Aportowali się i ustawiali wokół niego. Znów był Voldemortem i patrzył jego oczami, ale wcale go to nie peszyło. Ostatnie miejsce w kręgu pozostało puste. Ale tylko przez moment. Pojawił się w nim mężczyzna. Wysoki, szczupły, jasnowłosy. Twarz zasłaniała mu, jak pozostałym śmierciożercom, biała maska. Umysł Harry'ego zalała fala potwornego głodu. Kolejny przekaz mentalny rozbawił Voldemorta. Przybysz emanował wściekłą żądzą rozerwania gardła Bellatrix Lestrange i wypicia jej krwi.
„Krew kobiety smakuje lepiej, niż mężczyzny" – chłopak usłyszał w swojej głowie myśl wampira – „Jestem głodny!"
– Bella, nakarm go! – rozkazał Voldemort. – Jörge musi przestać myśleć o swoim głodzie. Chyba przerwaliśmy mu polowanie... – zadrwił.
Czuł złośliwą satysfakcję, obserwując kobietę starannie skrywającą odrazę. Lestrange błyskawicznie wyczarowała kubek i różdżką przecięła swój nadgarstek. Wampir przełykał nerwowo ślinę, obserwując krew spływającą do kubka. Zaciskał pięści, wysuwał i chował szpony. Gdy kubek się napełnił, chwycił go niecierpliwie i chciwie wypił jego zawartość, starając się nie uronić ani kropli. Oblizał wargi i spojrzał prosto w oczy Voldemortowi – Harry'emu.
– Dzięki, panie – wampir skłonił głowę. Harry poczuł jego wielką wdzięczność. Dręczący mężczyznę głód nieco zelżał, ale nie zniknął. Czaił się gdzieś w głębi jego trzewi i w każdej chwili mógł znów opanować umysł.
– Wezwałem was, bo musimy ukarać zdrajcę i wykryć tego, kto nasyła na nas smoki! – wysyczał Voldemort. Harry wyczuł w jego umyśle wściekłość i strach. Tak! On się bał! Nie wiadomo skąd, chłopak nagle nabrał pewności, że tym razem Riddle nie ma pojęcia, że jest podsłuchiwany. Harry uciszył własne myśli i emocje, dostrajając się do Voldemorta i starając wychwycić jak najwięcej z rozgrywających się zdarzeń.
– Sssnape... Zdradził mnie... Zapłaci za to...
Nienawiść, jaką Voldemort czuł do Mistrza Eliksirów mogłaby przepalić grube kamienne mury, ale Harry pozostał chłodny, gdyż jego nienawiść do Snape'a już przeminęła, choć nadal odczuwał do niego niechęć. A Riddle czuł się nie tylko zdradzony, lecz przede wszystkim upokorzony tym, że jeden z jego niewolników go oszukał. Na samą myśl o Severusie Snape'ie Voldemortowi z wściekłości wrzała krew w żyłach.
– Sprawdzisz, czy on jest w Hogwarcie! – rozkazał Riddle, wskazując dłonią wampira.
– Polecę, panie... Wiem, że tam jest... Czuję go! Mówiłem ci, panie, że łączy nas więź nierozerwalna... On ukrył się w zamku, a stary mag go chroni... I jego potężna moc...
Jasnowłosy wampir odsłonił kły w odrażającym uśmiechu. Jednocześnie umysł Harry'ego – Voldemorta znów zaatakowała fala głodu, pomieszanego z jakimś dziwnym uczuciem... To było coś, co Harry bardzo dobrze znał. Tylko – co to było?!
– Leć tam! I sprawdź! – zażądał ostro Czarny Pan.
– Tak, panie. Natychmiast!
Wampir rozwinął olbrzymie skrzydła tak nagle, że stojąca obok niego Bellatrix Lestrange nie zdążyła uskoczyć i upadła na ziemię, uderzona prawym skrzydłem krwiopijcy. Harry wyczuł rozbawienie Voldemorta tym incydentem.
– Zaczekaj! – warknął Riddle. – Polecisz za chwilę. Najpierw mi powiedz, czy wiesz już coś o smokach?!
Wampir zadrżał. Z jego umysłu emanował teraz okropny lęk. Harry ujrzał we wspomnieniach krwiopijcy scenę ucieczki przed dwoma osaczającymi go smokami. To były węgierskie rogogony.
– Boję się smoków, panie. Polują na wampiry – odparł cicho Jörge na pytanie Voldemorta.
Riddle skinął głową.
– Leć! Do Hogwartu! – rozkazał.
Wampir z wdziękiem uniósł się w powietrze. Zatoczył koło nad głowami zebranych i zniknął z cichym trzaskiem.
Voldemort odwrócił się do pozostałych śmierciożerców.
– Przeszukajcie swoje archiwa i kroniki – wysyczał. – Musimy trafić do tych władców smoków!
Zebranie się skończyło. Voldemort zniknął i sen chłopca nagle się urwał.
Harry gwałtownie usiadł na łóżku.
Nie miał pewności, czy to, co widział przed chwilą wydarzyło się naprawdę, czy może znów była to fałszywa wizja, zaszczepiona mu w umyśle przez Voldemorta.
