Była niedziela. Obudziłem się bardzo wcześnie, mimo, że zasnąłem dopiero nad ranem. Wciąż nie mogłem wyrzucić z głowy wczorajszego spotkania z Blainem. Wydawało mi się, że moje myśli krzyczą tak głośno, że zaraz ogłuchnę. Wstałem szybko, postanawiając odwalić poranną rutynę, która ku mojej rozpaczy, nie zajęła mi tak długo jak przypuszczałem. Rozejrzałem się dookoła. Musiałem zająć czymś ręce, cokolwiek, żeby tylko przestać myśleć. Na biurku zauważyłem drobinki kurzu. Bingo. Zmieniłem ubranie na takie, którego nie szkoda mi było zniszczyć i udałem się po środki czyszczące. Kiedy skończyłem sprzątać, wziąłem kosz z nieuprasowanymi ubraniami. Zaczerwieniłem się lekko widząc bieliznę Finna. Cóż. Musiałem się przyzwyczaić. Wyciągnąłem deskę do prasowania i żelazko.
„I tak nie uciekniesz", powiedział cichy głos w mojej głowie. „W końcu będziesz musiał usiąść i przemyśleć to wszystko."
Ignorując myśl, że prawdopodobnie mam rozdwojenie jaźni, pomyślałem „A co jeśli nie ma nad czym? Zaśpiewał piosenkę, tyle. Piosenkę, która nic nie miała wspólnego z naszą relacją. Po prostu. To nie było żadne wyznanie."
„Skoro tak uważasz."
Wyłączyłem żelazko. Jak na pełną rodzinę, ubrań było zdecydowanie zbyt mało. Pomyślałem, że zaraz oszaleję. Zgarnąłem wciąż stojące na biurku środki czyszczące i zabrałem się za sprzątanie łazienki. Po pewnym czasie usłyszałem dobiegający z mojego pokoju głos Finna.
- Kurt, jesteś?
- Czyszczę łazienkę! – odkrzyknąłem.
Cisza.
- O siódmej rano?
- Kto rano wstaje… i tak dalej – powiedziałem z zakłopotaniem. – Choć ty nigdy nie wydawałeś się fanem tego zdania. Wszystko gra? Dlaczego nie śpisz?
- Nie mogłem zasnąć.
„To jest nas dwóch", pomyślałem.
- O. Często ci się to chyba nie zdarza.
- Nie da się ukryć.
Otarłem pot z czoła. Ku swojej rozpaczy, nie było już, co sprzątać. Mogłem spokojnie się przebrać.
- Finn, podałbyś mi tę kremową koszulę od Alexandra McQueena?
Usłyszałem ciężkie kroki, a potem dźwięk otwieranych drzwi. Jęk.
- Któ… Którą?
Westchnąłem ciężko.
- Mam tylko jedną kremową koszulę od McQueena.
- Ale tu jest pełno kremowych koszul. I kto to jest McQueen? Jakaś rodzina tego gościa z „Wielkiej ucieczki"?
Opadły mi ręce.
- Nie, Finn, to nie jest żadna rodzina gościa z „Wielkiej ucieczki". To projektant mody. Ech… Ile razy mam ci tłumaczyć? Ubrania ułożone mam według pór roku, następnie alfabetycznie nazwiskami projektantów, a wreszcie kolorami. Szukaj w południowo-zachodniej części garderoby.
Cisza.
- To ta taka, która wygląda jak sukienka mojej mamy?
Wywróciłem oczami.
- To koszula. Poza tym, zawsze powtarzam - moda nie ma płci. Za to… ma wiek. A'propos, kiedy ostatnio byłeś na zakupach?
Zero odzewu.
- Dobra, masz tę swoją koszulę.
Drzwi łazienki uchyliły się i na podłogę upadło zawiniątko. Westchnąłem po raz kolejny, dusząc w sobie chęć nawrzeszczenia na Finna za takie traktowanie moich ubrań. Zważywszy, że już jutro miałem znów nałożyć daltonowski mundurek, włożenie czegoś normalnego sprawiło mi wiele radości. Kiedy wszedłem do pokoju, Finn wciąż tam tkwił.
- Skoro już tu jesteś, weź swoje ciuchy, niedawno prasowałem.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Ekhm. Dzięki. Ale nie musiałeś tego robić. Zawsze prasujesz w domu?
- Nie ma sprawy – wzruszyłem ramionami. – I… tak. Po śmierci mamy ktoś musiał przejąć jej obowiązki. A tata pod tym względem jest jak dziecko, nie wiem, co by zrobił beze mnie… Dobrze, że teraz jest Carol.
Finn zamyślił się.
- Miałem cię już dawno zapytać i… - uniosłem brwi. - Czy… Wszystko w porządku? Nie masz nic przeciwko temu, że mieszkamy teraz razem? To znaczy… Pamiętam, że niezbyt ci pasowała moja relacja z twoim tatą. Jak jest teraz?
Udałem zainteresowanie kremami stojącymi na toaletce.
- Lepiej.
- Jesteś pewien?
Obróciłem się jakimś cudem zdobywając się na uśmiech.
- Finn, jesteśmy teraz rodziną. Wierz lub nie, ale ja naprawdę się z tego cieszę.
- Nie czujesz się… zastąpiony? – spytał zbierając swoje ciuchy. Wyraźnie unikał kontaktu wzrokowego. Ta rozmowa była dla niego tak samo niezręczna jak dla mnie.
- Nie… Już nie –spojrzałem na ubranie, które wsadził sobie pod pachę. - Nie gnieć tego, na litość boską, wiesz jak ciężko prasuje się ten materiał? Jak nie zaczniesz szanować pracy innych, będziesz sobie prasował sam!
- Brzmisz jak moja mama – wywrócił oczami. Był już w drzwiach, ale ku swojemu własnemu zdziwieniu, zatrzymałem go.
- Poczekaj chwilę. Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.
- Tylko nie przynoś mleka.
Wywróciłem oczami i westchnąłem cicho.
- Więc… Przerwij mi, jeżeli stwierdzisz, że wtrącam się w nieswoje sprawy, ale… Gdzie byłeś tamtej nocy?
Zapadła cisza. Po chwili Finn opadł na moje łóżko i przejechał dłońmi po twarzy.
- Nie jestem pewien czy powinienem ci mówić.
Skrzyżowałem ręce na piersi.
- Spróbuj.
Westchnienie.
- Więc… Nie wiem czy słyszałeś, ale… Ojciec Karofsky'ego wyrzucił go z domu.
Moje serce przyspieszyło.
- Nie wydajesz się zaskoczony – zauważył Finn.
- Mercedes coś wspominała… - wymamrotałem.
Uniósł brwi, ale nic nie powiedział.
- Nikt nie wie, dlaczego to zrobił. W każdym razie… Kilka dni temu, po powrocie z treningu zorientowałem się, że zostawiłem w szkole telefon. Kiedy po niego wróciłem, zobaczyłem Karofsky'ego śpiącego w szatni.
Zaniemówiłem.
- Nocuje w szkole? – wykrztusiłem w końcu. – Nie ma żadnych przyjaciół, żeby…
Finn roześmiał się.
- Kogo? Azimio? Swoją drogą, to faktycznie ciekawe… Ostatnio się unikają, nie rozmawiają ze sobą na treningach. Nie wiem, o co poszło.
Przełknąłem ślinę.
- Co to ma wspólnego z twoim nocnym wychodzeniem?
Finn zamyślił się.
- Nie wiem czy mi uwierzysz, ale… Naprawdę przejąłem się tą całą sytuacją. Wiem, że powinienem go nienawidzić po tym, co ci zrobił – zdrętwiałem. – Ale… Ten chłopak naprawdę potrzebuje teraz pomocy. Przynoszę mu jedzenie, takie tam rzeczy. Początkowo nawet nic do niego nie mówiłem. Byłem zbyt wściekły. Jednak tamtej nocy faktycznie trochę się zasiedziałem, porozmawialiśmy. Wiesz… On nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
- Rozumiem – powiedziałem cicho.
Finn spojrzał na mnie uważnie.
- Kurt? Mogę cię o coś prosić?
Nerwowo skinąłem głową.
- Nie mów o tym nikomu. Jesteś pierwszą osobą, której o tym powiedziałem i… wolałbym, żeby to zostało między nami.
Posłałem mu nieco wymuszony uśmiech.
- Masz moje słowo – zawahałem się nieco. – A… Tamten telefon?
Finn westchnął.
- To już inna historia. Wybacz, stary, ale w to nie mogę cię wtajemniczyć. Na razie.
Robert i ja biegliśmy przez korytarz. Byliśmy już spóźnieni na próbę The Warblers, co ostatnio zdarzało nam się coraz częściej. Zdyszani zatrzymaliśmy się przed znajomymi drzwiami. Kiedy weszliśmy do sali, David rozdawał już wszystkim nuty. Zmarszczyłem brwi.
- Nowa piosenka?
Robert wzruszył ramionami, tak samo zaskoczony jak ja. Chwyciliśmy kartki. Mój przyjaciel podskoczył z radości.
- „Every breath you take"! Uwielbiam to!
- Chyba tylko ty – mruknąłem rozglądając się wokoło. Większość członków The Warblers miało kwaśne miny i wymieniało spojrzenia. Usiedliśmy niedaleko Blaine'a, który posłał mi zakłopotany uśmiech. Starałem się uspokoić bicie serca.
- Warblersi, proszę o uwagę – powiedział Wes. – Wczoraj wieczorem nasza rada zorganizowała małe spotkanie w sprawie repertuaru na zawody. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że musimy wybrać coś, co wszyscy znają, co porwie tłum. Zazwyczaj wybieramy… Nieco inne piosenki, ale uznaliśmy, że ta jest bardziej przystępna. W dodatku, konkurencja nie spodziewa się po nas klasycznego rocka. Cóż… Więcej mówić nie muszę, rozpisaliśmy wszystko dość jasno. Zobaczmy jak to wyjdzie. Blaine, jesteś gotowy?
Blaine skinął tylko głową i wstał z miejsca. Ustawiliśmy się naokoło niego. Po chwili salę wypełnił jego ciepły głos.
Every breath you take
And every move you make
Every bond you break, every step you take
I'll be watching you.
Początkowo wszystko brzmiało nieco chaotycznie, jednak z każdą sekundą głosy Warblersów nabierały harmonii łącząc się w tak charakterystyczną dla nich jedność.
Every single day
And every word you say
Every game you play, every night you stay
I'll be watching you.
Wszystkie nasze ruchy były zgrane, synchroniczne. Czasem sam zastanawiałem się jak to możliwe. Kiedyś zapytałem o to Blaine'a, ale on uśmiechnął się tylko lekko i powiedział, że to właśnie magia śpiewania w grupie.
Oh, can't you see?
You belong to me
How my poor heart aches
With every step you take
Every move you make
Every vow you break
Every smile you fake, every claim you stake
I'll be watching you.
Głos Blaine'a przybrał na sile. Wymieniliśmy z Robertem znaczące spojrzenia. Uśmiechnąłem się do siebie.
Since you've gone I've been lost without a trace
I dream at night I can only see your face
I look around but it's you I can't replace
I feel so cold and I long for your embrace
I keep crying baby, baby, please…
Całą tę perfekcję przerwał trzask kartek o podłogę. Wszyscy zamarli. Chłopak, którego nie znałem z imienia wystąpił z szeregu z wyrazem wściekłości na twarzy.
- W porządku, mam tego dość!
Stojący koło niego Ian wywrócił oczami. Najwyraźniej nie pierwszy raz działo się coś takiego.
- Jaki znów masz problem, Charlie?
Chłopak roześmiał się histerycznie.
- Jaki mam problem? Jaki WY macie problem? – jego twarz zwróciła się w stronę Blaine'a, który tylko wytrzeszczył oczy. – Powiedz nam, jakim cudem przekonujesz ich, żeby dawali ci te wszystkie solówki? Bo niewiele ma to wspólnego z twoim talentem, nie jesteś aż tak dobry. Więc? Może podzieliłbyś się z nami swoim cudownym sposobem?
Blaine zaniemówił.
- Ja… Ja nikomu nie narzucam… - wyjąkał w końcu. – Nigdy nie prosiłem się o bycie liderem.
- Ale nigdy nie miałeś nic przeciwko, prawda? Całkiem fajny widok musi rozlegać się z tego twojego wysokiego piedestału. Odpowiedz mi jednak na jedno proste pytanie. Kiedy ostatnio któryś z nas dostał solo?
Zapadła cisza.
- Żaden z was nigdy nie oponował…
- Cóż, ten moment musiał w końcu nadejść. Myślałem, że w The Warblers wszyscy są równi. Ale są też równiejsi, prawda? – rzucił rozzłoszczone spojrzenie w stronę Wesa, Blaine'a i Davida.
Atmosfera zgęstniała. Wymieniliśmy z Robertem zaniepokojone spojrzenia. Wes wstał.
- Charles, jestem zmuszony prosić cię o opuszczenie tej sali – powiedział cicho, ale stanowczo.
Chłopak zacisnął wargi.
- Nie – zaprotestował Blaine. Wzrok miał utkwiony w podłodze. – On ma rację. Daj mu mówić.
- Blaine, Warblersi mają tworzyć jedność – David spojrzał z obrzydzeniem na Charlesa. – Nie tylko głosów! Powinniśmy tworzyć jedną drużynę, szanować się wzajemnie! Wszystkie zgrzyty należy bezwzględnie usuwać.
Blaine roześmiał się.
- Czy ty się w ogóle słyszysz? To tylko chór! Ale w jednym się z tobą zgodzę. Jedność jest bardzo ważna. Jeżeli mamy wygrać zawody, musimy być zgrani, naprostować zgrzyty, a nie usuwać je! Jestem pewien, że nie tylko Charles uważa, że coś jest nie w porządku. Znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie ma w nim na tyle odwagi, żeby przemawiać bez świadomości, że ktoś stoi za nim murem. Coś czuję, że przemawia nie tylko w swoim imieniu – westchnął. Jego wzrok spoczął na każdym członku The Warblers z osobna. – Nie możemy unikać nieporozumień, jeżeli już się pojawiają. Powinniśmy je rozwiązywać, wspólnie. Jak rodzina.
Wszyscy zamilkli. Pomyślałem, że nigdy wcześniej postawa lidera nie była tak widoczna w Blainie, jak w tamtym momencie. Z twarzy innych Warblersów wyczytałem, że nie tylko ja o tym pomyślałem.
- Przejdźmy na kompromis. Każdy, kto chce się ubiegać o solo, wykona za tydzień dowolną piosenkę. Zmierzy się ze mną. Później przeprowadzimy głosowanie. Osoba, która zbierze najwięcej głosów, będzie głównym głosem na zawodach.
- Blaine, jesteś pewien? – Wes wydawał się zaniepokojony.
- Absolutnie.
David odchrząknął.
- A więc… Kto jest za?
Prawie wszystkie ręce uniosły się w górę.
Po skończonej próbie, musiałem włożyć wiele wysiłku, żeby dogonić Blaine'a. Położyłem mu rękę na ramieniu.
- Blaine, wszystko w porządku?
Uśmiechnął się słabo.
- Jasne. Właściwie… Spodziewałem się czegoś takiego. Musiało nadejść prędzej czy później. Jest dobrze.
Nie uwierzyłem mu. Doskonale wiedziałem jak wielka jest w nim potrzeba bycia lubianym i szanowanym przez grupę, nawet jeżeli tego nie przyznawał. Pod tym względem przypominał mi nieco Finna. Zapadła niezręczna cisza.
- Więc… Jaką piosenkę zaśpiewasz? – zapytał po chwili.
Zamrugałem kilkakrotnie.
- Co?
Westchnął.
- Na solo. Jestem pewien, że przeszło ci to przez głowę.
- Blaine, ja nigdy bym… - zakłopotanie odebrało mi mowę. Chwilę zajęło mi sformułowanie dalszego ciągu wypowiedzi. – Przyjaźń z tobą znaczy dla mnie dużo więcej niż głupie solo. Nie jestem już w New Directions. Będę cię wspierać, choć… Nie potrzebujesz tego. Jesteś najlepszy i nawet Charles o tym wie.
Blaine uśmiechnął się do mnie.
- Dziękuję, ale… Powinieneś spróbować – spojrzał mi głęboko w oczy. - Masz niesamowity talent, Kurt. Jesteś gwiazdą i… Warblersi zasłaniają twój blask. Nie możesz na to pozwolić. Ja nie mogę na to pozwolić.
- Podjąłem już decyzję. Zresztą… Wciąż świecę wystarczająco jasno. Potrzeba czegoś więcej niż kilku chłopaków, żeby mnie przyćmić.
Blaine spojrzał na mnie ciężko.
- I nie ma sposobu, żeby cię namówić?
Byliśmy teraz bardzo blisko. Ciężko było oprzeć się spojrzeniu rzuconemu spod wachlarza czarnych rzęs. Moje serce przyspieszyło.
- Nie wydaje mi się.
Uśmiechnął się lekko. Dystans między nami się powiększył.
- Cóż. Pozostaje mi próbować.
Westchnąłem.
- Powodzenia. A teraz przepraszam, mam pilną sprawę do załatwienia – zawahałem się. - Chyba, że potrzebujesz…
W jego oczach znów pojawił się uśmiech.
- Dam sobie radę, Kurt. Idź.
W miarę jak budynek McKinley rósł w moich oczach, rosło we mnie zdenerwowanie. „Kurt, nie wygłupiaj się. To nie może się skończyć dobrze", powiedział głos w mojej głowie. „Zawróć."
„Nie", powiedziałem sobie stanowczo. „W razie co, Finn wie, że tu jestem. Muszę to zrobić. W przeciwnym razie wyrzuty sumienia mnie zabiją. Zresztą, nawet nie wiem czy go zastanę". Z tą pokrzepiającą myślą wszedłem na scenę swojego tak niedawno odgrywanego dramatu.
Zamknąłem oczy. Znajome drzwi. Znajomy korytarz. Znajomy strach. Przyspieszyłem kroku. Nagle usłyszałem muzykę. Stanąłem przed tak dobrze znaną mi salą.
Mercedes i Rachel siedziały obok siebie, śmiejąc się z jakiegoś żartu Tiny. Santana mierzyła wrogim spojrzeniem wszystkich na około, Brittany zaś uważnie słuchała instrukcji Artiego, który uczył ją jak wiązać sznurówki. Pan Schuester stał przy muzykach i dyskutował o czymś z Bradem. Poczułem ukłucie zazdrości. Tak bardzo chciałem wbiec przez te drzwi, jak gdybym nigdy nie odszedł. Pokłócić się z Rachel o solo, podyskutować z Mercedes o wyprzedaży w centrum handlowym. Ale nie mogłem. Zastanowiłem się czy kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane wrócić do New Directions. Czy kiedykolwiek jeszcze poczuję tę radość. Przymknąłem oczy. Nagle zza moich pleców rozległ się znajomy głos.
- Porcelanko, muszę ci powiedzieć, że nie tego się po tobie spodziewałam. Zakradanie się, szpiegowanie… Wbijasz nóż w plecy starym przyjaciołom, po trupach pniesz się do zwycięstwa… Jestem z ciebie dumna. Czuję w tobie wielkiego ducha niejakiej Sue Sylvester. Aż żałuję, że nie możesz znów dołączyć do moich cheerleaderek.
Odwróciłem się speszony.
- Nikogo nie szpieguję.
Brwi pani Sylvester powędrowały w górę.
- Chcesz mi wmówić, że ot, tak, po prostu znajdujesz przyjemność w przesiadywaniu w miejscu, które z pewnością wciąż jest tłem twoich koszmarów? Porcelanko, musisz przyznać, że to nie trzyma się kupy. Chyba, że jesteś masochistą, jak miliony twoich rówieśników, co w sumie też by miało sens. Dzieciaki w tych czasach znajdują przyjemność w użalaniu się nad sobą i cierpieniu.
Przygryzłem wargę.
- Jestem tu, bo mnie zaprosili – skłamałem.
- Więc dlaczego nie wejdziesz do środka?
Zapadła cisza. Z opresji uratował mnie nadchodzący nauczyciel od fizyki, pan Jones.
- Sue! Czy to prawda, że włamałaś się do mojego gabinetu i dałaś swoim cheerleaderkom odpowiedzi do testu?
- Daj spokój, Clark. Nie masz żadnych dowodów, a jak pójdziesz z tym do Figginsa, wszystkiego się wyprę. Poza tym, jeżeli uważasz, że twój przedmiot coś znaczy…
- Chcesz mi wmówić, że machanie pomponami jest ważniejsze od nauki?
Pani Sylvester wywróciła oczami.
- Machanie pomponami, które zapewni tym dziewczynom miejsce na najlepszych uczelniach Ameryki!
Zaczynała się rozkręcać. Postanowiłem skorzystać z okazji i cicho uciekłem z korytarza. Nikt niczego nie zauważył. W drodze do szatni doszedł mnie jeszcze donośny głos trenerki:
- …poza tym, ta rozmowa mnie nudzi. Wiem, że na mnie nie naskarżysz, pozwolisz więc, że udam się do swojego gabinetu. Zdaje się, że zostawiłam macicę w innych spodniach.
„Nie dam rady. Muszę uciec."
Stałem przed wejściem do szatni jak ostatni idiota. Nie mogłem zmusić się do wejścia do środka. „Co mam mu powiedzieć? Co jeżeli stwierdzi, że to wszystko moja wina i…"
Odgoniłem od siebie czarne myśli. Przywołałem z pamięci obraz przedstawiający moją dawną szkolną szafkę i ten napis… Ten sam, na który patrzyłem za każdym razem, kiedy miałem ruszyć korytarzem. CÔURAGÉ.
Wszedłem do szatni.
Początkowo myślałem, że nikogo tu nie ma. Już miałem wychodzić, kiedy usłyszałem dobiegający zza moich pleców znajomy głos.
- Co tu do cholery robisz, Hummel?
Zdusiłem w sobie chęć ucieczki. Panika odebrała mi mowę. Z trudem się odwróciłem.
- Finn o wszystkim ci powiedział, prawda? Wiedziałem, że nie można ufać temu gnojowi! – jego wzrok omiótł szatnię i ukłonił się. – Witaj w moich skromnych progach! Mam nadzieję, że satysfakcjonuje cię ten widok, jestem pewien, że o tym marzyłeś!
Wciąż milczałem. Nagle poczułem jak cały strach, panika opuszczają mnie jak za dotknięciem magicznej różdżki. Wróciło znajome uczucie ogarniające mnie od palców po czubek głowy – furia. Nie wytrzymałem.
- Jak śmiesz mnie obwiniać? Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś, po tym wszystkim co JA dla ciebie zrobiłem… - Karofsky otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem mu na to. - Nawet nie próbuj mnie wpędzać w wyrzuty sumienia, Karofsky! Zniszczyłeś moje życie! Odebrałeś mi wszystko, rozumiesz? Wszystko! Kiedy ktoś zapyta mnie o mój pierwszy pocałunek, co mam mu niby powiedzieć? Że zostałem zgwałcony przez kretyna, który nie umie zaakceptować, kim jest? I wiesz co jest najśmieszniejsze? Mógłbym ci wybaczyć, naprawdę, mógłbym! Ale istnieje limit rzeczy, które mogę znieść i ty ten limit przekroczyłeś!
Próbowałem złapać oddech, żeby nabrać sił do dalszych oskarżeń, kiedy nagle usłyszałem:
- Pomóż mi.
Zatkało mnie.
- Że co?
- Pomóż mi – powtórzył Karofsky tym samym cichym głosem. Gdyby nie poruszające się usta, nigdy nie uwierzyłbym, że to powiedział. Wstał. Przypomniało mi to sytuację sprzed kilku miesięcy, kiedy również byliśmy sam na sam w szatni. Echo tamtego dnia sprawiło, że ledwie ustałem na nogach.
- Ja… Nie mam pojęcia, co robię! – jego twarz wykrzywił ból. – Wiesz, co powiedział mi ojciec zanim wyrzucił mnie z domu? Że mogę wrócić, jeżeli znów będę normalny! NORMALNY, rozumiesz? Jakby to wszystko zależało ode mnie!
Ku swojemu zaskoczeniu, uśmiechnąłem się słabo.
-…jakby ktokolwiek chciał sobie wybrać bycie nieszczęśliwym do końca życia?
Uniósł wzrok.
- Skąd wiedziałeś?
- Przechodziłem przez to. Czy ci się to podoba, czy nie, mamy ze sobą sporo wspólnego.
Podskoczyłem, kiedy uderzył pięścią w szafkę.
- Nie jestem taki jak ty, Hummel! Zapamiętaj to sobie.
Skrzyżowałem ręce na piersi.
- Oczywiście, że nie. Bo w przeciwieństwie do ciebie, ja nie mam problemu z zaakceptowaniem tego, że jestem…
- Nie wymawiaj tego słowa – warknął.
Parsknąłem śmiechem.
- Bo co? Unikanie go, wcale nie zmieni tego, kim jesteś. Jak już mówiłem, przechodziłem przez to.
- Nie jestem taki jak ty – powtórzył.
- Myślisz, że wszyscy geje są tacy jak ja? – prychnąłem. – Kiedy zrozumiesz, że to po prostu ludzie? Jesteśmy normalni, Dave. Normalni. Zaakceptowanie siebie niczego tak naprawdę nie zmieni. Nie oznacza to, że nagle znienawidzisz football i zaczniesz prenumerować Vogue'a. Ale będzie ci łatwiej… Bo nie ma nic gorszego niż okłamywanie samego siebie.
Milczenie.
- Zaprzeczanie w niczym ci nie pomoże. Jesteś jaki jesteś. Powodzenia z zaakceptowaniem tego.
Poprawiłem torbę i zebrałem się do wyjścia.
- Prześlę przez Finna listę osób, które… Mogą ci pomóc – dodałem jeszcze. - Nie tylko ze znalezieniem miejsca do spania.
- Kurt.
Zamarłem. Nigdy nie zwrócił się do mnie po imieniu.
- Czy ja… Czy ja jestem w tobie zakochany?
Roześmiałem się.
- Uważasz, że znam odpowiedź? Ale skoro pytasz… Nie. Chyba nie. Straciłeś panowanie nad sobą, spanikowałeś… I stało się, co się stało. Miłość miała z tym niewiele wspólnego.
Zacisnął wargi i utkwił wzrok w podłodze.
- Zawsze tak jest?
- Jak?
- Ciężko. We wszystkim.
Westchnąłem.
- Życie jest beznadziejne, nieważne czy jesteś gejem czy hetero, Dave. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.
Posłałem mu wymuszony uśmiech i wyszedłem z szatni.
Szedłem korytarzem internatu starając się zebrać myśli. Pomyślałem, że zaraz wybuchnie mi głowa. Zbyt wiele rzeczy ostatnio się wydarzyło, zbyt wiele niedomówień i kłamstw musiałem znieść. Miałem ochotę po prostu rzucić się na łóżku i zasnąć. Otworzyłem drzwi od pokoju.
Blaine siedział na moim łóżku nerwowo pocierając dłonie. Z jego twarzy wyczytałem, że myślami jest bardzo daleko. Zamarłem.
- Co…?
Otrząsnął się jakby i posłał mi przepraszające spojrzenie.
- Wybacz… Było otwarte i… i… - westchnął. Przejechał dłońmi po twarzy. – Proszę, nigdy więcej mi tego nie rób.
Uniosłem brwi.
- Czego mam nie robić?
- Finn do mnie zadzwonił.
Zatkało mnie.
- Finn…? Skąd…
- Sam byłem zdziwiony. Powiedział, że… Wie, że o niczym mi nie powiesz. A uważał, że powinienem wiedzieć, gdzie dzisiaj byłeś.
Zacisnąłem wargi.
- To… Nie dotyczy ciebie – zacząłem cicho. Unikałem jego wzroku. - Zresztą jak widzisz, wszystko jest w porządku. Nie wiem, dlaczego miałbyś się denerwować.
W końcu spojrzałem na twarz Blaine'a. Zaniemówiłem. Nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie.
- Zwariowałeś? Umierałem ze strachu! Ten chłopak jest nieobliczalny! Co jeżeli postanowiłby się zemścić? Jeżeli by cię skrzywdził? Czy ty w ogóle wiesz jak ja bym się wtedy czuł? Gdybym musiał odwiedzać nie tylko Daniela, ale i ciebie? Może nawet dzielilibyście salę!
Patrzyłem na niego i czekałem aż się uspokoi. Nagle poczułem jak narasta we mnie rozbawienie. Próbowałem walczyć z mięśniami twarzy, ale szybko przegrałem bitwę. Roześmiałem się. Nie był to jednak zwykły chichot, śmiałem się tak bardzo, jakbym śmiał się pierwszy raz w życiu, jakbym od urodzenia dźwigał jakiś ciężar, który nagle spadł z moich barków. Zgiąłem się w pół próbując złapać oddech. Blaine wciąż był zły i jakby nieco urażony.
- Co… Co jest takie zabawne?
Wyraz zdezorientowania w jego oczach wywołał we mnie kolejny wybuch wesołości.
- Ja… po prostu… - śmiech utrudnił mi dokończenie wypowiedzi. – Nie, nie mogę…
Jego brwi powędrowały w górę. Wziąłem kilka głębokich wdechów.
- Po prostu w końcu udało mi się cię zmusić do złości… - wciąż chichotałem. – I teraz wydało mi się to tak dramatyczne…
W całym swoim życiu nie śmiałem się tak bardzo jak w tamtym momencie. Musiałem oprzeć się o ścianę, w przeciwnym razie chyba wylądowałbym na podłodze. Blainowi zaś zupełnie nie było do śmiechu.
- Chyba nie nadążam… Kurt, jesteś pewien, że niczego nie piłeś?
Uspokoiłem się nieco i uśmiechnąłem szeroko.
- Po prostu… Nigdy się nie zmieniaj, dobrze? Tak się cieszę, że jesteś!
