UWAGA: wypowiedzi „głosów wewnętrznych" Lucjusza oznaczone są innym stylem czcionki: sumienie, strach, pycha.

Wtorek był ostatnim wolnym dniem dla uczniów i nauczycieli. Było ciepło, więc Agnieszka i Misiek wybrali się na całodzienny spacer. Oczywiście, Filip miał na sobie swój zwykły strój tropiciela smoków. Szata wyjściowa nie nadawała się na rodzinny piknik w plenerze. Misiek dawno już przerósł matkę, która zawsze była drobna.

-Mamo… a właściwie dlaczego nazwałaś to „rodzinnym piknikiem", skoro jest nas dwoje? – zapytał Filip. Agnieszka uśmiechnęła się tajemniczo.

-Zaraz zobaczysz – powiedziała. Rzeczywiście, zobaczył.

-Jejku… mamo… a ja myślałem, że całkiem zerwałaś z nimi kontakty! – wykrzyknął rozradowany Misiek. Agnieszka uśmiechnęła się lekko.

-Niedawno odnowiłam. Cześć, Radek – uściskała młodszego brata. – To mój syn, Filip. A to, jak się spodziewam, twoja żona i dzieci?

-Tak. Pisałem ci o nich.

-Jejku, Filipku, jaki ty jesteś chudy! – zawołała ciotka. Filip westchnął. Nie lubił, gdy ludzie robili uwagi dotyczące masy jego ciała. Miał niedowagę, ale czy to powód, żeby wszyscy się go czepiali? W jego wieku pewna niedowaga była rzeczą normalną…

Mimo wszystko miło spędził ten dzień. Wujek Radek pokazał mu kilka ciekawych rzeczy, a kuzynostwo było chyba jeszcze bardziej absorbujące niż cała klasa pierwsza stopnia piątego. Filip nigdy nie widział nikogo, kto potrafiłby jednocześnie jeść i mówić – wyraźnie mówić.

Anglia, dwór Malfoyów

Lucjusz ocknął się, leżąc na podłodze z koszmarnym kacem. Smętnie się zastanowił, czy Avada skierowana we własną pierś by zadziałała i czy w takim stanie w ogóle mógłby ją rzucić. O ile pierwszego problemu nie zdołał rozwikłać, o tyle odpowiedź na pytanie drugie prawdopodobnie brzmiała „nie". Potem usiłował przywołać wspomnienia wczorajszego wieczora. Pamiętał wino. Wino i Agnieszkę… ale skąd ona by się miała wziąć? Pewnie delirium.

-Skończyłeś już się użalać nad sobą?

-Sumienie… to znowu ty?

-Jak najbardziej. A kogo się spodziewałeś? Myszki Miki?

-Czego?

-Nieważne. To jak, doszedłeś do jakiegoś sensownego wniosku?

-Tak, już nigdy więcej się nie upiję…

-Nie o tym mówię. Co robisz dalej?

Lucjusz westchnął.

-Wracam do niej… czegoś się dowiedzieć. Jeżeli mnie zabije… to jej podziękuję.

-Nieee! Ty się czujesz jak gówno, bo jesteś skacowany! Napij się wody z ogórków, to poczujesz się lepiej… i odechce ci się wracać!

-No! Chyba się nie będziesz przed nią płaszczył?

-Zamknijcie się, wszyscy… - jęknął Lucjusz. – Moja głowa…

Ledwo wstał, a już musiał się oprzeć o stół. Wątpił, czy uda mu się rzucić jakiekolwiek zaklęcie w tym stanie. Mroczny Znak znów dał o sobie znać. Lucjusz go potarł. Mrowienie nie ustało. Wiedział, co to oznaczało: Voldemort odzyskiwał moc.

-A mogłeś do niego nie dołączać.

-Mówiłem, żebyście się WSZYSCY zamknęli…

Lucjusz wszedł na górę, do sypialni i położył się obok jeszcze śpiącej Narcyzy. Miał nadzieję, że po pijanemu nie powiedział nic o Agnieszce…

-Płonne nadzieje.

-Zamknij się.

Okolice Łodzi

Misiek pożegnał się z matką i pobiegł do lasku, żeby deportować się do szkoły. Agnieszka uśmiechnęła się smutno, gdy odchodził. Bez niego ten dom wydawał się pusty i strasznie cichy. Tego popołudnia nie miała już nic do roboty: klasówki były sprawdzone, lekcje przygotowane. Cóż jeszcze można robić? Spać i czekać, jak kot w pustym mieszkaniu1.

Anglia, dwór Malfoyów

Lucjusz wstał, czując się już znacznie lepiej. Mimo protestów swojego strachu, rzucił zaklęcie lokalizacyjne. Uch, daleko… trzeba by się teleportować na dwa skoki…

Na wszelki wypadek zdjął obrączkę.

Okolice Łodzi

Agnieszka postanowiła przejść się do szklarni, która była od początku do końca własnością Miśka – chłopak zaradny, sam uzbierał pieniądze na ten zakup, wszystko zarobił na trzęsiawce i wydatek już dawno mu się zwrócił. Nigdy nie prosił, żeby nie wchodziła do szklarni, ale jeszcze tam nie była. Pchnęła drzwi i weszła.

Pierwsze, co ją uderzyło, to duża wilgoć przy stosunkowo niskiej temperaturze. Filip z całą pewnością sam opracował zaklęcie, które utrzymywało te warunki. Powietrze było przesycone parą. Agnieszka nie wiedziała, jak jej syn tu wytrzymywał – przecież zdarzało mu się i całymi dniami tu przesiadywać!

Po pierwszym szoku przyszedł czas na zachwyt. W niezliczonej ilości okrągłych ni to doniczek, ni to tac, kłębiły się pędy galaretowatych roślin najrozmaitszych barw. Większość można było przypisać do jakiejś grupy: były wielokolorowe, złociste i czarne – ale sporo było albo mieszanych czarno-złocistych czy różnobarwnych przetykanych czernią, niektóre były jednego koloru – i były to pojedyncze doniczki. Agnieszka domyśliła się, że jej syn tu eksperymentuje. Niektóre roślinki wyglądały na uschnięte, mimo, że cienka warstewka ziemi, na której rosły, była całkiem mokra…

Nagle rozległ się dzwonek u drzwi. Pewna, że to Misiek czegoś zapomniał, Agnieszka nawet nie pytała, kto przyszedł. Tym większym zaskoczeniem była dla niej twarz przybysza.

-L-lucjusz? – zdziwiła się.

-Tak… to ja… - mruknął Lucjusz.

-Niezła chata. Prawie że godna ciebie.

-Uważaj, zaraz ci przyłoży. A mówiłem, zostać?

-Widzisz, jak ona na ciebie patrzy? Tęskniła za tobą… nie widzisz, jaka ona jest smutna?

-Tak długo cię nie było… - szepnęła Agnieszka. – Dlaczego?

-Jak się dowie, to nieźle oberwiesz.

-Zasługuje na prawdę. Tyle czasu na ciebie czekała…

-No właśnie! Czekała! Chyba nie chcesz jej teraz zranić?

-Kłamstwo ci nie pomoże! Potem będziesz się musiał jeszcze bardziej tłumaczyć!

-Siedziałem – mruknął Lucjusz ledwie słyszalnie. – Już miałem do ciebie wracać… gdy mnie złapali i wsadzili.

-Tajes! Wspaniała bajeczka! Wszystko tłumaczy!

-Idiota! Kiedyś się i tak dowie!

-Moje biedactwo… - szepnęła Agnieszka współczująco. – Dopiero teraz cię wypuścili?

-Tak, dzisiaj rano. A chciałem się trochę odczyścić, zanim przyszedłem…

Zrobił krok do przodu i objął Agnieszkę. Pochylił się, żeby wtulić twarz w jej włosy.

-Azkaban… tamto miejsce zabrało mi prawie wszystko, co dotyczyło ciebie. Twój głos… dotyk twojej skóry… zapach twoich włosów…wiesz, że przy strażnikach zostają tylko najgorsze myśli… więc myślałem, że już mnie nienawidzisz za to, że nie wróciłem… że twoja rodzina, która przecież nie popierała naszego związku, cię wyrzuciła… że jesteś gdzieś, nie wiadomo gdzie, sama, głodna…

Agnieszka uśmiechnęła się lekko.

-Nie jestem sama.

Lucjusz posmutniał.

-Czyli masz kogoś… no jasne, po prawie osiemnastu latach miałaś wszelkie prawo o mnie zapomnieć…

Agnieszka uśmiechnęła się szerzej.

-Nie mogłam o tobie zapomnieć. Cały czas na ciebie czekałam i myślałam o tobie… Filipek już mówił, że nigdy nie wrócisz, ale ja miałam nadzieję… jak widzę, słuszną…

-Filipek?

Agnieszka uściskała Lucjusza z radością.

-Nasz syn – wyjaśniła. – Wczoraj skończył siedemnaście lat. Byłbyś godzinę wcześniej, to jeszcze byś go spotkał… teraz jest w szkole.

-W szkole? Gdzie?

-W Jabłonkowie. Tam jest szkoła dla Czarodziców.

-Nasz syn… Czarodzic?

-No a kim innym mógłby być twój syn? Twój syn nie mógłby być byle kim. No, no… całkiem nieźle, że jednak tu przyszedłeś… Draco przecież jest zwykłym czarodziejem… powiedziałabym nawet – przeciętnym…

-Tak. Ma piątkę w skali. Najsilniejszy talent, jaki może mieć Czarodzic.

-Chciałbym się z nim teraz zobaczyć…

-Teraz jest w szkole, ale może przyjechać na weekend. Chcesz?

-Oczywiście… do tej pory nie miałem pojęcia, że mam dziecko! Kocham cię.

Pocałowali się zupełnie jak gdyby ostatnio widzieli się tydzień, a nie osiemnaście lat temu.

Jabłonkowo

Misiek wszedł do szkoły i od razu rzuciło mu się w oczy zawiadomienie o badaniach lekarskich. Szlag, znowu. Nie cierpiał badań: zawsze zalecali mu jeść więcej i ograniczyć mleko. Ha! Równie dobrze mógłby ograniczyć powietrze. Albo brokuły.

Każdy miał swoje małe przyzwyczajenia. Misiek lubił brokuły. Bardzo lubił. Udało mu się nawet stworzyć zaklęcie, dzięki któremu mógł zamienić cokolwiek w brokuła.

To były dwa nałogi Miśka: mleko i brokuły. O ile pierwszy wymuszała skaza, o tyle drugi był tylko przyzwyczajeniem, w dodatku jakże niewinnym… nie licząc tego, że brokuły miały niezwykle mało kalorii, więc niedowadze Miśka nie przeszkadzało nawet upodobanie do mlecznej czekolady. Cóż, jedni topią troski w alkoholu, inni w czekoladzie, a Misiek w brokułach. Przez to jedni zapadają na marskość wątroby, inni tyją, a Misiek chudł. Nie było w tym nic dziwnego, skoro podstawą jego wyżywienia było mleko i brokuły…

W zeszłym roku opracował eliksir na bazie mleka i brokułów. Eliksir był właściwie słabszą wersją Felix Felicis, jednak działał dłużej i był trudny do wykrycia. Niestety, dla większości eliksir był bardzo niesmaczny.

Misiek czasami go pijał. To dzięki temu interesy z trzęsiawką szły tak dobrze. Uważał, że skoro już ojciec go opuścił, to coś mu się od życia należy.

Teraz, tuż przed badaniem, także łyknął eliksiru. Wiedział, że przed kolejną dietą wysokokaloryczną go to nie uchroni, ale przynajmniej obędzie się bez zrzędzenia.

Mógł się spodziewać wyników badań: wzrost prawidłowy, nieco ponad przeciętną, wzrok i słuch wspaniały, dziesięć kilo niedowagi. Zalecenia: ostra dieta wysokokaloryczna. Dostawał takie co pół roku. Przez pierwszy tydzień szkolna pielęgniarka go pilnowała, a potem przestawała – i Filip wracał do swojej piramidy żywieniowej, której podstawę stanowiło mleko (przez pierwsze dwa miesiące pełnotłuste, żeby nieco uspokoić sumienie).

Późnym wieczorem Misiek położył się w swoim łóżku na wznak. Jego matka nie mogła wiedzieć, że znalazł jej certyfikat Twardzielski. Tak samo nie mogła wiedzieć, że teraz zwyczajnie po ludzku się o nią bał. Ilu Twardzieli zginęło na akcjach… ba, ilu Twardzieli co miesiąc ginęło na akcjach!

Można bać się różnych rzeczy. Tym, czego Filip bał się najbardziej, był powrót do pustego domu. Nieważne, gdzie ten dom był, czy to było poddasze jakiejś mugolskiej kamienicy, czy suterena, w której mieszkali później, czy też – jeszcze później – domek pod Łodzią. Dom był tam, gdzie była mama. Nieważne, że nazywali go czasem maminsynkiem. Był do mamy przywiązany jak nikt inny z jego klasy, bo od urodzenia miał tylko ją. Dlatego też stosował proste zaklęcie – nie było to „czytanie", bo jego umysł zaledwie muskał jej myśli, ot, tyle, żeby wyczuć jej nastrój – żeby zawsze wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Mówili, że takie działanie wyraża jego tęsknotę za życiem płodowym. A tam. Niech gadają.

Okolice Łodzi

Lucjusz czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd. Leżał, obejmując śpiącą Agnieszkę – wydawała się przy nim mała jak dziecko. Śpiąc, tuliła się do niego, z błogim uśmiechem na twarzy.

-Ona nie wie, jaki jesteś naprawdę. Znowu ją oszukałeś.

-Możesz się przymknąć?

-A co masz zamiar teraz zrobić?

-No jak to co? Zostaję tutaj. Na zawsze. Czy mógłbym zrobić coś innego?

-Ach tak? Więc jednak porzucasz swój dworek?

-Nie. Wystąpię o rozwód z Narcyzą, pobierzemy się i wyjedziemy. Zamieszkamy w moim dworku.

-Lepiej zostań tutaj, żeby Voldzio cię nie dorwał.

-No pewnie! Co ci tam jakaś Narcyza? Przecież Agnieszka jest młodsza, ładniejsza…

-No! I Voldzio nigdy nie atakował Polski! Tu będziesz bezpieczny! Oczywiście, o ile twój syn cię nie uszkodzi, he, he, he…

Agnieszka poruszyła się i otworzyła oczy.

-Sen…? – wymamrotała niewyraźnie. Lucjusz ją przytulił.

-To nie sen, kochana. To prawda. Jestem tutaj.

Ufnie wtuliła się pomiędzy jego ramię a pierś i znów zasnęła. Lucjusz westchnął. Jak dawno nikt się do niego tak nie przytulał…

Łańcut, nad ranem

Charlie osiągnął sukces: obudził się sam. Mniej więcej pół minuty zanim Kazia przyszła go wyrwać z legowiska. Czuł się całkiem wypoczęty. Udało mu się wyczesać Kerri-lai bez żadnych problemów, co było niemal cudem. Niestety, chwilę później wylądował w błocie – na Kazi. Nie musiał nawet sprawdzać, kto siedział na nim. To był już aksjomat.

Z drugiej strony Kerri-lai była coraz sympatyczniejsza. Zdarzało się, że podawała mu różne rzeczy w pysku. Przyzwyczaiła się już, że jak się domaga czułości, to nie za mocno. I tylko skakania nie zarzuciła. Podobnie jak wkładania pyska pod koszulę Charliego, ale to było bardzo przyjemne. Była taka cieplutka… prawidłowa temperatura ciała smoka wahała się zależnie od rasy, od trzydziestu do czterdziestu kilku stopni Celsjusza.Dlatego – jak usłyszał od Kazi – dużo ludzi brało swoje smoki domowe do łóżka. Oczywiście, ze smokami rasy Assalen nie można było tak robić, głównie z powodu ich rozmiaru. Natomiast zawsze mógł ją poklepać po karku i podrapać za uszami…

Jabłonkowo

Filip obudził się wczesnym rankiem. Od razu zobaczył pluszka matki za oknem. Otworzył je. Chłodny, poranny wiatr uderzył go w twarz, rozwiewając mu włosy. Przez chwilę tak stał, a potem odebrał list. Wiadomość była krótka: „Przyjedź na weekend do domu". Misiek znów musnął umysł mamy. Wszystko w porządku, a ona mnie prosi o powrót? Ale… coś jeszcze jest… Mama jest szczęśliwa… dawno taka nie była…Dziwne, pomyślał. Ale po chwili skupił się na czymś innym. Czekał go egzamin z miotlarstwa.

Kraków

Krysia łyknęła eliksiru przeciwko zmęczeniu i kontynuowała warzenie eliksiru powstrzymującego poranne wymioty. Eliksir był bardzo skomplikowany, między innymi dlatego, że musiał zawierać także składniki chroniące dziecko. Dlatego nie był bardzo rozpowszechniony, ale Krysia wymiotowała tak, że uznała, że warto. Na pewno chłopiec albo rudzielec, pomyślała. Albo – uśmiechnęła się na wspomnienie siedmiu ciąż młodszej siostry – Czarodzic.

Spojrzała na półprodukt: kleistą maź koloru jasnej ochry. Zamieszała i wrzuciła garść preparowanej trzęsiawki złocistej. Eliksir mocno ściemniał. Teraz należało poczekać piętnaście minut i dodać tak zwany „rosół na wilkołaku" – wywar z mieszanej sierści wilkołaków pomieszany pół na pół z sokiem ze śmigiełki. Na ten czas usiadła na krześle. Znów kręciło jej się w głowie. Miała nadzieję, że eliksir wykonywała prawidłowo. Na szczęście przepis obejmował opisy produktów pośrednich, więc na bieżąco mogła je kontrolować.

Po dodaniu rosołu na wilkołaku eliksir stał się połyskliwie zielony. Krysia zamieszała, dodała korzenia kesh i posiekanych płuc czarnego koguta, znów zamieszała i w osobnej probówce strąciła osad wodorotlenku miedzi (II), który również wlała do kociołka. Eliksir znacznie zwiększył objętość, przyjmując barwę głębokiego różu. Jeszcze tylko posiekane korzonki pszenżyta, zamieszać, trzy krople naparu z pokrzyku, śluz winniczka i gotowe.

Krysia z satysfakcją spojrzała na jasnożółtą, wodnistą ciecz w kociołku. Potem wzięła chochelkę i zaczerpnęła porcję. Wypiła. Eliksir miał delikatny, słodkawy smak. Robiło się od niego ciepło w całym ciele, aż po koniuszki palców. Krysia rozejrzała się po pracowni. No, to teraz do roboty, pomyślała.

Anglia, dwór Malfoyów

Narcyza obudziła się. Lucjusza nadal nie było! Zaczęła się poważnie bać. Nie wiedziała, co się z nim działo. Najpierw cały czas chodził przygaszony, potem się upił, teraz gdzieś zniknął i nie miała pojęcia, gdzie ani też kiedy wróci…

Co w niego wstąpiło?, pomyślała. Nigdy nie robił takich numerów… dawno nie mówił, że mnie kocha – chyba odkąd się pobraliśmy… jak to mówią – in vino veritas… ale gdzie on jest? Co się z nim dzieje?

Rozpędzona wyobraźnia podsuwała jej coraz czarniejsze scenariusze. A jeśli ktoś go zaatakował? A jeśli Czarny Pan naprawdę powrócił? A jeśli…

Nagle jej wzrok padł na stolik, na którym Lucjusz zostawił obrączkę. Rozpoznała ją. Przecież Lucjusz ani razu jej nie zdjął od ich ślubu! Dlaczego tym razem …? Czy on mnie zdradza?, pomyślała.

W głowie Narcyzy kawałki układały się w pewną całość. Całość całkiem logiczną, lecz bardzo nieprzyjemną. Myśl o zdradzie wcale nie sprawiała, że Narcyza martwiła się mniej.

Gdzie on jest?!

Okolice Łodzi

Agnieszka delikatnie obudziła Lucjusza. Była już całkiem ubrana i gotowa do wyjścia. Lucjuszowi dobrą chwilę zajęło przypominanie, gdzie właściwie jest. Uśmiechnął się do Agnieszki.

-Dokąd idziesz, kochanie? – zapytał. Agnieszka uśmiechnęła się do niego.

-Do pracy. Uczę w szkole… właściwie nie musiałabym, ale to lubię. Wrócę koło czwartej. Jedzenie jest w lodówce, a w szafie powinieneś znaleźć coś w swoim rozmiarze… ogólnie czuj się jak u siebie w domu. Bo przecież… jesteś w domu.

Wstał i przytulił ją. Tak, czuł, że to tu jest jego dom. Tu mieszkała kobieta, którą kochał.

Jabłonkowo

Filip zaliczył test z miotlarstwa. Składał się z trzech części: testów quidditchowych, akrobacji i lotu w trudnych warunkach. O ile jego masa pomagała mu w akrobacjach i testach pozycji szukającego, o tyle w trudnych warunkach wiatr miotał nim jak chciał. Dlatego nigdy nie zostanę profesjonalnym graczem, pomyślał. Test zdał, ale nie najlepiej. Franek jak zwykle był lepszy, jednak Filip mu nie zazdrościł. On też miał swoje atuty.

Jego ostatnim wynalazkiem był pasek, do którego przypięty był kartonik mleka ze słomką. Na kartonik rzucone było zaklęcie Inneset, dzięki któremu mleko nigdy się nie wyczerpywało. Niezależnie od pozycji, póki pasek był na ramieniu, mógł pić mleko – i rzucać zaklęcia. Mogło się przydać w wypadku powrotu Waldemara.

Ten powrót był blisko, Misiek to czuł. Lewa ręka bolała go coraz częściej. Dawniej w takich sytuacjach kradł lub robił różdżkę, krzywdził kogoś, porzucał różdżkę i uciekał – teraz topił ból w mleku i brokułach. No, i czasami czekoladzie.

-Miiisieeeek! – usłyszał głos jednej ze swoich aniołeczków, tej, z którą był spowinowacony. Ania, tak chyba miała na imię…

-Tak?

-Czekoladę przyniosłam! Mleczną!

-Dziękuję. Chciałabyś czegoś w zamian?

-E, ja nie po to tą czekoladę przyniosłam…

-Ale nie chcę na was żerować. Chciałabyś czegoś? Śmiało!

-No… właściwie to… jakiego zaklęcia użyć do zmiany koloru?

Filip z uśmiechem sięgnął po gruby zeszyt, w którym zapisywał wszystkie zaklęcia. Zeszyt był, oczywiście, zaczarowany, tak, że za każdym razem otwierał się na tym, czego potrzebował.

-Zaklęcie Ussade, potem mówisz jaki kolor.

-Dziękuję!

-Nie ma za co.

Filip uśmiechnął się pod nosem, gdy Nina wyszła, napił się mleka i skierował różdżkę na swoje włosy.

-Ussade kasztanowy – kolejny łyk mleka, przesunął różdżkę niżej, kierując ją na oczy – Ussade zielony.

Wiedział, że na weekend będzie musiał cofnąć te zaklęcia. Mama nie lubiła, jak się zmieniał. Wolała mieć żywą podobiznę tego Lucka.

Właśnie. Lucek. Misiek zaczął przygotowywać kolejny sen.

Hogwart

Syriuszek wyczesał Pieszczocha i poszedł na zielarstwo. Nie mógł się już doczekać Trzeciego Zadania. Chciał pokazać im raz jeszcze, że to Polacy są najlepsi.

Na razie wszyscy patrzyli na niego z podziwem i niedowierzaniem. Niektórzy szemrali, że powinno się go zdyskwalifikować, ale się tym nie przejmował. Byli też tacy, którzy otwarcie mu kibicowali. Zaczął Draco Malfoy, kiedy tylko się dowiedział, że są ze sobą spokrewnieni.

Zielarstwo. W Łańcucie uczyli się tylko podstaw pielęgnacji jabłonki Nari, a nie o skaczących strączkach (które w eliksirach można było zastąpić wilkołaczą sierścią). Było to ciekawe doświadczenie, ale niekoniecznie teraz. Mógłby się przygotowywać do zadania…

Następnego dnia przy śniadaniu Draco dostał list. Z twarzy chłopaka Syriuszek wyczytał, że musiało się stać coś złego. Poczuł się winny. Czyżby jego ciche życzenia się spełniły?

Okolice Łodzi

Nareszcie nadszedł wyczekiwany przez Lucjusza weekend. Wreszcie pozna swojego pierworodnego syna…

-Nie wiadomo, jak twój syn cię przyjmie… lepiej poczęstuj go tą samą bajeczką, co Agnieszkę… jest Czarodzicem, więc pewnie jest potężny…

Lucjusz już wcześniej odwiedził bank Gringotta i kupił synowi prezent urodzinowy. Teraz tylko czekał.

-Widzę, że się cieszysz, że poznasz Filipka? – uśmiechnęła się Agnieszka. Lucjusz się rozpromienił.

-Nawet nie wiesz, jak bardzo. W końcu… to mój syn…

Rozległ się charakterystyczny dźwięk aportacji, stuknięcie różdżki w klamkę i drzwi się otworzyły. Wszedł wysoki i chudy chłopak. Rozczochrane, jasne włosy związał na karku. Jego oczy koloru stali omiotły bystrym spojrzeniem cały pokój. Westchnął, pokręcił głową, zamaszystym ruchem odsunął krzesło od stołu i usiadł.

-Dzień dobry – powiedział uprzejmie, choć chłodno. – Miło, że pan przyjechał nas odwiedzić. Czy przyjechał pan z całą rodziną? – Filip mocno akcentował „pan". Zupełnie, jakby chciał podkreślić dystans, pomyślał Lucjusz. Mimo to uśmiechnął się do syna.

-Bardzo się cieszę, że cię widzę, synu. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin… nieco spóźnione, ale… - Lucjusz przysunął prezent w stronę Filipa. Chłopak go nawet nie dotknął.

-Jak się czuje pańska żona? – zapytał. Lucjusz zbladł.

-O kim ty…

-Pana żona. Narcyza z rodu Blacków. Mam jeszcze panu przypomnieć datę ślubu? – Filip nie czekał na odpowiedź, tylko dokończył. – Piąty września roku 1977… nadal pan nie może sobie przypomnieć żony?

Lucjusz milczał. Skoro Filip wiedział…

-A może syna łatwiej pan sobie przypomni? Draco ma na imię… w tym roku skończy piętnaście lat…

-Lucjusz…! Ty masz żonę i syna?! – wykrzyknęła Agnieszka ze łzami w oczach. – Oszukałeś mnie?!

-Kochanie, to nie tak, jak myślisz…

Agnieszka podeszła do niego.

-Wyjdź – powiedziała stanowczo.

-Kochanie, ja…

-WYJDŹ! I więcej nie wracaj. Dość już namieszałeś w moim życiu.

Lucjusz próbował ją objąć, ale go odepchnęła. Niemal wypchnęła go za drzwi i zamknęła je od środka na cztery zaklęcia. A potem się rozpłakała.

-Świnia – wyszlochała. – Niech sobie wraca do żony…

Filip przytulił matkę. Poczuł się współwinny jej płaczu. Tulił ją, póki się nie uspokoiła. Potem zgarnął żuka z parapetu.

-Cholerne robactwo – warknął. – Znowu mi się będzie do trzęsiawki dobierać. Mamo, przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej…

-Skąd ty właściwie to wszystko wiedziałeś?

-Opiekuję się klasą. Jedna dziewczynka jest spokrewniona z żoną ojca… i od niej wiem.

-A… dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?

-Wybacz. Wydawało mi się, że tylko nadzieja, że ojciec wróci, utrzymywała cię w jako takim porządku… nie chciałem ci tego odbierać. Nie wiem, dlaczego wrócił, ale myślałem, że jeśli nawet, to będzie miał dość przyzwoitości, żeby powiedzieć ci prawdę. Ech… powinienem wiedzieć, że po nim nie można spodziewać się żadnej przyzwoitości. Przepraszam. Ale teraz… teraz wszystko będzie po staremu, prawda? Tylko ty i ja…

-Tak – szepnęła Agnieszka. – Kocham cię.

-Tak, wiem… ja też cię kocham, mamo.

Nieco dalej

-I co teraz masz zamiar zrobić? Twój syn miał rację.

-Zamknij się. Wracam do domu się schlać.

-A mówiłeś, że więcej się nie upijesz.

-Zamknij się.

Hogwart

-Allegro Malsucto! – wykrzyknął Syriuszek, kierując różdżkę w zlewkę ze spirytusem. Zaklęcie się rozpuściło. Syriuszek ostrożnie przelał roztwór do słoika, zakręcił i poszedł do sowiarni. Bezwstydnie używał szkolnych sów do przesyłania rozpuszczonych zaklęć do Kirane. To zaklęcie przesyłał już po piątej korekcie. Co prawda pisali mu, że Poprawiacze mogą się tym zająć, jednak wolał sam to robić. Czymś w końcu trzeba było wypełnić nudę lekcji, na których uczyli się pojedynczych zaklęć zamiast przypisać je do siedmiu grup i wyłożyć cechy każdej grupy. Jedynie zielarstwo i eliksiry były ciekawsze. Na pozostałych lekcjach siedział wśród własnych notatek i tworzył zaklęcia. Na eliksirach czasami też zdarzało mu się błądzić myślami gdzie indziej – stąd na marginesach podręczników pojawiały się notatki typu „śluz trzęsiawki czarnej zmieszany ze sproszkowanym pancerzem sklątki tylnowybuchowej katalizuje warzenie Veritaserum – sprawdzić" lub „spróbować dodać skórki Nari i kwiatu akacji do eliksiru tojadowego, powinien być smaczniejszy". Nie wiedział, na czym będzie polegać Trzecie Zadanie, więc stwarzał proste zaklęcia różnych typów. Na szczęście Aquilla się już odczepiła. Mógł swobodnie zajmować się tworzeniem zaklęć. Po dwóch godzinach siedzenia nad notatkami westchnął, wstał, przeciągnął się i otworzył drzwi.'

-Pieszczoch, Kah-kah-lai, idziemy na spacer – powiedział wesoło. Oba smoki przybiegły do niego. We trójkę poszli na błonia. Tam spotkali Draco.

-Cześć, Draco – mruknął Syriuszek. – Co to się stało?

-Mój ojciec zginął – westchnął Draco. Syriuszek zbladł.

-Zginął… nie żyje?

-Nie wiem. Po prostu we wtorek gdzieś poszedł i dotąd nie wrócił…

-O kurczę… może Waldemar… wiesz… odzyskał moc?

-Wtedy ojciec zostawiłby mamie jakąś wiadomość, nie sądzisz?

No tak. To było logiczne. Wobec tego musiało się coś stać…

-Strasznie mi przykro, Draco…

Draco uśmiechnął się.

-Jak dawno nikt spoza rodziny nie powiedział do mnie „Draco". Wy to fajni jesteście… ty i Ania… macie więcej rodzeństwa?

-Tak, w sumie jest nas siedmioro – Syriuszek uśmiechnął się szeroko. – Tad, Karolinka, Jarema, Agnieszka i Maria. No i Ania. I ja.

-Jak Weasleyowie kurczę blade… i co, dobrze wam tak, jak jest was tylu?

-Świetnie! Nigdy nie jest nudno, jak się dostanie jakiś prezent, który się nie spodoba, to jest komu oddać, no i – Syriuszek zachichotał – zawsze jest na kogo zwalić winę…

-Chciałbym mieć brata – westchnął Draco. – Najlepiej starszego… tak o dwa lata…

Pieszczoch otarł się o nogi Draco.

-Pogłaszcz go – rzucił niedbale Syriuszek. – Tak, rodzeństwo to świetna rzecz. Nie zamieniłbym ich na górę złota.

-Chciałbym mieć brata – powtórzył Draco.

-Pożyczyć ci mojego?

-Skoro jest od ciebie młodszy…

-E, wygląda na jakieś szesnaście lat. Taka skaza.

-Jaka skaza?

-Czarodzicielska. Każdy Czarodzic ma coś, co sprawia, że nie jest mu najlepiej… ja na przykład muszę codziennie składać ofiarę.

-Ofiarę?

-Chleb, ser i cukier… raz do roku krew.

-Krew? Swoją krew?

-No a czyją? Za wszystko się płaci, za bycie Czarodzicem też. No i większość Czarodziców nie ma rodzeństwa!

-Dlaczego?

-Gdy pierwsze dziecko okazuje się Czarodzicem, rodzice często nie decydują się na następne. Chcą porządnie wychować to jedno. Ja miałem masę szczęścia. Gdyby rodzice byli typowi, w ogóle by mnie nie było! – Syriuszek roześmiał się. – Nasi sąsiedzi mają córkę, która jest Czarodzicem. I jedynaczką. Ma tę samą skazę co Tad. I jeszcze mamy znajomych, których dzieci są Czarodzicami, a nie są jedynakami tylko dlatego, że urodzili się jako trojaczki!

-Ci to mają szczęście…

Łańcut

-Mama! Rob mi dokucza! – piszczał Ed, próbując wytrącić bratu z ręki fiolkę z eliksirem.

-Nie znasz się na żartach, Mysza? – Robcio żartobliwie poczochrał włosy „starszego" brata. – Powinieneś chyba się ostrzyc. Albo uczesać. Hej, bierzemy Ryśka i idziemy do zagrody! Wyczeszemy Kerri-lai, wyczeszemy wzgórzowe i wyczeszemy ciebie.

-A Tad i Anetka?

-Czulą się do siebie w lesie – poinformował Mateusz. – Pójdziemy we czwórkę, niech te dwa gołąbki do siebie gruchają…

-To przecież wilkołaki, i raczej do siebie wyją… - mruknął Ed, zapominając, że miał być wściekły. We trójkę, w całkowitej zgodzie poszli po Bursztynowego Ryśka, a potem do zagrody.

Rysiek poszedł po szczotki i szybko się cofnął.

-Nie idźcie tam – szepnął i zaczął szczotkować Kerri-lai. Bliźniacy popatrzyli po sobie. Dziwne. Cóż on takiego zobaczył?

Nagle Kerri-lai wywinęła się i pobiegła w to samo miejsce. Było to jeszcze dziwniejsze. Zawsze lubiła szczotkowanie…

Nie mogąc powstrzymać ciekawości, Ed poszedł za nią. I co zobaczył? Klasyczną „kanapkę": na samym spodzie leżała Kazia, na niej jakiś rudzielec, którego Ed nie znał, a na samym wierzchu – Kerri-lai. Z bardzo zadowolonym wyrazem pyska.

-Dzień dobry – powiedział na tyle głośno, że cała trójka zwróciła na niego uwagę. Kerri-lai rzuciła się na niego. Zaczęła go entuzjastycznie lizać. Chłopiec poddał się smoczym pieszczotom. Nawet je lubił, zwłaszcza, że na nim Kerri-lai kładła tylko przednie łapy. Chichotał, gdy język smoczycy go łaskotał. Tymczasem i Kazia, i Charlie zdołali się podnieść. Rudzielec objął dziewczynę wpół. Drugą rękę zanurzył w jej włosach, mimowolnie naśladując smocze pieszczoty. I, podobnie jak smoki, zaczął pocałunek od polizania Kazi po wargach.

Kerri-lai zeszła z Eda. Chłopiec poklepał ją po karku.

-Chodź, Kerri-lai. Jeszcze nie zdążyliśmy cię wyszczotkować.

Smoczyca znów przewróciła go na trawę.

-Czy ona mu nie zrobi krzywdy? – zaniepokoił się Charlie. Kazia roześmiała się.

-Smoki nigdy nie krzywdzą Kaki, nieważne czy swoich, czy cudzych. A oni wszyscy są jeszcze Kaki.

-Dziećmi, a nie Kaki.

-Dla smoków to to samo.

-No tak… - Charlie popatrzył, jak czterech chłopców bawiło się z Kerri-lai. Smoczyca włożyła pysk pod koszulkę największego z nich.

-Co tam trzymasz, Bursztynku? – zapytał Rob. Rysiek roześmiał się.

-Brałem niedawno ziołową kąpiel. Mama się upiera, żebym to robił co tydzień… ponoć to mi dobrze robi na skórę. I pewnie nadal pachnę…

Kerri-lai przewróciła młodego wilkołaka i zaczęła go oblizywać. Nie tylko twarz, ale i szyję, pierś i brzuch…

-N-n-nie tutaj! – chichotał Rysiek, gdy lizała go pod pachami. – To łaskocze!

Jabłonkowo

Mleko jest dobre, alkohol zły. Wie o tym każde ośmioletnie dziecko, zwłaszcza, gdy jest Czarodzicem. Niestety, po paru latach o tym zapomina.

Ania – i cała jej klasa – jeszcze pamiętała. Właśnie siedzieli, wszyscy dziesięcioro, i popijali pełnotłuste w świetlicy, gdy wpadł Misiek.

-Mleczko! – ucieszył się. – Podzielicie się ze mną?

Sylwia podsunęła mu w połowie pełny karton, który Misiek opróżnił jednym haustem, otarł usta rękawem i wybiegł.

-Znowu coś knuje – mruknął Darek. – Kto zagra w mariasza?

Misiek nic nie knuł. Po prostu nadszedł czas na odświeżenie niektórych szkolnych zaklęć, a on, jako Hetman Wielki, musiał w tym uczestniczyć. Właśnie do tego potrzebował mleka.

Dzięki pewnemu eliksirowi (składającemu się głównie z soku z dyni i brokułów) nie musiał pić mleka przed każdym zaklęciem. Wystarczyło, że wypił odpowiednią ilość na początek dnia. Było to znacznie wygodniejsze niż kartonik na pasku, zwłaszcza, że zaklęcie Inneset rzucane na kartonik wyczerpywało się po kilku dniach, a eliksir musiał pić tylko raz na trzy tygodnie. I mógł go długo przechowywać… wystarczyło więc przygotować go „raz do roku na Wielkanoc". Jedyną wadą było to, że eliksir był stosunkowo skomplikowany i wymagał użycia składników, które nie były dostępne w oficjalnym handlu – na przykład łzy bursztynowego wilkołaka. Niestety, jeszcze nie miały substytutu. Dlatego musiał zdobywać je sposobem. Odwiedzał pewnego wilkołaka i kupował od niego. Było to drogie, ale warte swojej ceny.

1 Wisława Szymborska, „Kot w pustym mieszkaniu"