Przez kolejne dni Severus czuł się rozdrażniony i wiedział, że winny temu był ten cholerny wypad do Hogsmeade. Wkurzało go, że Black bagatelizuje sprawę, nawet nie zastanawiając się, na ile dalekosiężne może to wywołać skutki. Nawet nie chciał myśleć, co będzie, kiedy po feriach Hogwart znów zapełni się uczniami i powrócą Ślizgoni. Taka perspektywa nie napawała optymizmem.

Pierwszy raz nie miał nawet ochoty dotykać kociołka i magicznych składników. Wiedział, że w obecnym stanie oderwania znów mógłby popełnić błąd. Ustalili z Blackiem, że do rozpoczęcia letniego semestru dają sobie na wstrzymanie, więc rozgrzeszał się ze swojej bezczynności tą obietnicą. Liczył, że po Nowym Roku jakoś się ogarnie i wszystko wróci do normy. Bardzo chciał w to wierzyć.

Poza tym odkrył uroki sypiania do późnych godzin porannych i jedzenia minimum trzy razy dziennie, w porywach do pięciu. Zachodził do Wielkiej Sali trochę z nudów, a w dużej mierze dlatego, że nie miał najmniejszej ochoty wysłuchiwać narzekań Gryfona, który z lubością okazywał niemal matczyną troskę, doprowadzając Snape'a na skraj opanowania.

Całe dnie, pomimo braku zajęcia, mijały nadzwyczaj szybko.

Właściwie zupełnie niepostrzeżenie przeszło Boże Narodzenie, które przesiedzieli z Blackiem w Pokoju Życzeń, nie przywiązując za bardzo wagi do tego, że według ogólno przyjętych norm ten dzień powinien być świętowany jakoś szczególnie. Dla niego samego to były wbrew pozorom jedne z lepszych świąt, jakich doświadczył do tej pory. Zdecydowanie lepsze niż ostatnie święta w domu. Tego roku było po prostu… spokojnie.

Gryfon przyłaził do Pokoju Życzeń tak jak wcześniej, chociaż zasadniczo nic ciekawego się w nim nie działo. Żadnego warzenia eliksirów, żadnych nagłych niedoszłych zgonów. Nie gadali o Hogsmeade, o wspólnym biznesie, jako że byli na urlopie, ani też, dzięki Salazarowi, nie poruszali żadnych osobistych tematów.

Na dobrą sprawę Severus za cholerę nie wiedział, jak właściwie minęło im tych kilka dni. Po prostu zanim się zorientował, był już Sylwester.

Jak co wieczór siedział w Pokoju Życzeń, który teraz dla odmiany nie przypominał już lochów, skoro z eliksirowego wyposażenia nie było chwilowo żadnego pożytku. Wcześniejsza pracownia stała się obskurną kanciapą. Black od siebie dodał drugą, śmiesznie wielką kanapę wymoszczoną poduszkami, a dwie ściany oraz połowę sufitu oblepił plakatami z quidditchem i skąpo odzianymi przedstawicielkami płci odmiennej. Snape ozdobił swoją połowę pomieszczenia półkami z książkami i kominkiem. Nie miał pojęcia, dlaczego akurat kominek, ale patrzenie w ogień było dla niego na swój sposób fascynujące. Płomienie, liżące czerwonymi językami kamienne ściany, dawały jasne światło, zupełnie inne niż dojmująca zieleń jeziora, przytłaczająca dormitorium Slytherinu.

Szlag. Nigdy dotąd nie czuł takiej niechęci na myśl, że po Nowym Roku znów będzie zmuszony się tam pojawiać.

Usłyszał skrzypienie drzwi, ale nawet się nie poruszył, kiedy do Pokoju wszedł Black. Nie, żeby jakoś szczególnie go to zdziwiło, skoro Huncwot robił to codziennie. Lekkim zaskoczeniem było z kolei zaopatrzenie, jakie Gryfon ze sobą przytaszczył. Severus spojrzał z niedowierzaniem i sceptycznie uniósł brew.

– Nie mam zamiaru powitać Nowego Roku bez huku, a już na pewno nie widzi mi się, żebym jutro sam obudził się na kacu – oświadczył Gryfon głosem nie przyjmującym sprzeciwu, pobrzękując dla lepszego efektu dwiema butelkami Ognistej Whisky. – Podprowadziłem z halloweenowej imprezy, prosto z profesorskiego stołu. Ogden's Old, najlepszy rocznik.


Syriusz nie był pewien, co mu do łba strzeliło, ale Sylwester był dla niego zawsze szczególnym dniem. Od pierwszego roku zawsze obchodzili go wspólnie z pozostałymi Huncwotami, czasem mniej, a czasem bardziej hucznie, jak choćby w minionym roku, kiedy pierwszy raz naprawdę się wstawili. Wspomnienia z zeszłego Sylwestra były mocno zamglone, ale pozostawiły posmak radości i swoistej wolności, chociaż już mniej fajnie było dnia następnego, kiedy poznali smak kaca, boleśnie objawiający się łupaniem w czaszce i nadwrażliwością na dźwięki. W tym roku James był w Rumunii, Remus został dłużej u rodziców, a Peter… Hmm, Black jakoś nie zarejestrował, gdzie ugrzązł Peter.

Tak czy inaczej, Sylwester był szczególnym dniem i Syriusz nie miał najmniejszego zamiaru spędzać go pijąc do lustra albo idąc grzecznie spać, jak McGonagall przykazała.

– Black, musisz być naprawdę zdesperowany – stwierdził po prostu Snape, zerkając na płynne zaopatrzenie.

– Jak zwał, tak zwał – nie zaprzeczył – ale zasadniczo nie masz chyba ciekawszych pomysłów na wieczór, co nie, Snape?

Ślizgon gapił się na niego chwilę w milczeniu. Głęboko rozważał sprawę.

Syriusz pomyślał już, że bez dodatkowych środków perswazji się nie obędzie, ale tamten sięgnął po różdżkę i delikatnym ruchem oczyścił stół z zawalonych nim papierów, a kolejnym przywołał dwie szklanki.

– Jakbyśmy nie robili już głupszych rzeczy – podsumował ironicznie Snape, biorąc z ręki Gryfona butelkę i sprawnie odkorkowując ją, by napełnić puste szkło.

– Nie uważasz, że to dziwaczne? – zapytał Syriusz jakiś czas później, kiedy alkoholu znacznie już ubyło.

– Że zalewamy się w trupa ukradzioną profesorom Ognistą? Czy że w ogóle siedzimy w jednym pomieszczeniu i nie rzucamy w siebie klątwami?

– Nad tym przeszedłem już do porządku dziennego. Chodzi mi o zajęcia Slughorna.

– A z nimi co znowu? – zapytał ze zdziwieniem Ślizgon.

– Czemu masz u niego zadowalający? Nawet ja miałem w zeszłym roku powyżej oczekiwań – kontynuował Black, nie za bardzo wiedząc, czemu teraz akurat to przyszło mu do głowy. – Jesteś w te klocki lepszy niż większość jego Ślimaków.

– No to sobie odpowiedziałeś. Nie mam zamiaru włazić Slughornowi w dupę, a już na pewno nie chcę się znaleźć w tym jego towarzystwie czystokrwistych dupowłazów. Mam to gdzieś – stwierdził rzeczowo Snape. – W Slytherinie nie zawsze dobrze jest się wybijać, ale tę taktykę mam już z głowy. Dzięki wielkie. Po twoim akcie skrajnej głupoty u Scrivenshafta zrobię się kurewsko rozpoznawalny.

– To znaczy? Nie wiem, o co się tak ciskasz.

– Nie jesteś Wężem i nie załapiesz. Poczekaj, to sam zobaczysz – uciął Ślizgon lekko zirytowanym głosem, sięgając po świeżo napełnioną szklankę. – A taki Avery choćby – wrócił myślami do poprzedniego tematu – jest kompletnym półmózgiem i gdyby nazywał się Smith albo inny Jackson, jechałby na samych nędznych, a tak jest w Klubie Ślimaka. Też byś był Ślimakiem, gdybyś nie wylądował w Gryffindorze. Slughorn to pieprzony rasista.

– Snape, czy ty właśnie powiedziałeś, że mam zadatki na mistrza eliksirów?

– Aż tak pijany nie jestem. Dostałbyś się po nazwisku i za przynależność.

– Czyli uważasz, że nie potrafię zrobić porządnego eliksiru?

– Black, z twoim ADHD za cholerę nie zostawiłbym cię samego przy kociołku.

– To się załóżmy – wyzywająco zaproponował Syriusz, dotknięty nieco słowami kolegi.

– Poważnie? – zapytał z lekceważeniem Snape.

– Uwarzę diabelnie dobry eliksir, a ty to odszczekasz.

– Nie mogę się doczekać – prawie z rozbawieniem stwierdził tamten, patrząc na Syriusza lekko szklistym wzrokiem. – Możesz sobie nawet wybrać. Jakieś ramy czasowe? Żebym nie czekał do śmierci.

– W ciągu miesiąca uwarzę nieziemsko dobry eliksir i jeśli mi się uda – Syriusz zawiesił głos, by zbudować napięcie – to skończysz w Klubie Ślimaka.

– A jeśli polegniesz – Snape chwilę się zastanawiał – wypolerujesz swoją pastą miotły całej ślizgońskiej drużynie quidditcha – dokończył z satysfakcją.

Syriusz przez chwilę kalkulował ryzyko, ale widząc wredny półuśmieszek, postanowił zaryzykować.

– Stoi.

– Cholera, Black. Aż się boję myśleć, na jakie genialne pomysły wpadniemy w połowie drugiej butelki.


Severus nieszczęśliwie doświadczył, jak czuje się człowiek następnego dnia, poprzedzonego nocą ostrego dawania w palnik. Miał ochotę umrzeć.

Jego najmniejszym zmartwieniem był wirujący, rozmyty obraz, niepokojąco do tego skaczący z każdą próbą szerszego otworzenia oczu. Dużo gorzej odnosił się do piekielnego łupania z tyłu głowy, nieskończenie bardziej wykończającego niż rozsadzające mózg migreny, których nabawił się od jęków i zawodzeń tej widmowej wariatki z łazienki na pierwszym piętrze. Ale najgorsze było uczucie nieposkładania, jakby każda kończyna i każdy mięsień istniały sobie niezależnie, absolutnie ignorując polecenia od centralnego układu nerwowego.

Chłopak zwyczajnie nie miał żadnej kontroli nad swoim ciałem, a odczucie było trochę przerażające.

– O szlag – dobiegło z drugiego końca pomieszczenia, boleśnie raniąc bębenki.

– Ciszej… – wyjęczał błagalnym głosem. Miał szczerą nadzieję, że Black cierpi bardziej. W końcu ta pieprzona Ognista była jego genialnym pomysłem.

– Czyli żyjesz. I dobrze, leżenie w pokoju z trupem byłoby niepokojące – bełkotał Black, chyba za bardzo nie wiedząc, że pieprzy bez ładu i składu.

– Dobij mnie – wycedził Severus, nie do końca niepoważnie.

– Żebym tak… O cholera, wiem! – wrzasnął entuzjastycznie Gryfon, podnosząc się ze swojego posłania i rozglądając za butami.

– Zgiń – rzucił cierpiącym głosem Ślizgon, ponownie zamykając oczy i usiłując zapanować siłą woli nad bolesnym łupaniem w głowie.

– To ja spadam, postaraj się nie zejść, bo muszę zobaczyć twoją minę, jak skończę – z ożywieniem oznajmił Gryfon i jakimś cudem dotoczył się do drzwi, niczego po drodze nie przewracając.

– Gdzie cię niesie? – zapytał Snape, ponownie podnosząc powieki, skądinąd coraz mocniej zaintrygowany.

– Do biblioteki – usłyszał od drzwi, które zamknęły się po chwili z trzaskiem.

Severus nie był pewien, jak przeżyje dzisiejszy dzień, ale przynajmniej nie zaobserwował u siebie trwałych zmian psychicznych. Co do Blacka, nie ulegało wątpliwości, że Ognista wyżarła mu poprzedniej nocy mózg do ostatniej synapsy, bo niczym innym nie można było wytłumaczyć jego nagłego pociągu do odwiedzenia zacisznej biblioteki.


Tak oto skończyliśmy pierwszy semestr szóstego roku i wybaczcie, jeśli wkradła się demoralizacja nielatów, ale Sylwester tak z soczkiem?

Jestem hazardzistką i ciekawi mnie, czy ktoś zgadnie, jakiego rodzaju eliksir zdecyduje się uwarzyć Syriusz. Oczywiście - to może być wszystko, ale myślę, że w bardzo syriuszowym stylu. Szczęśliwcy, którzy trafią (przynajmniej mniej więcej), mogą ode mnie wyegzekwować trzy kolejne rozdziały (11-13) na maila ;)


W tym miejscu dziękuję jeszcze raz za komentarze wszelakie, z uwzględnieniem Gościa i GalliAnonimy - bardzo motywujące, więc nie krępujcie się. Jeśli chodzi o sprawę ewentualnego slasha... wszystko wyjaśni się w Walentynki, za rozdziałów kilka, żeby nie psuć zabawy ;)