15 czerwca, popołudnie

- Shizuo!
Ochroniarz przystanął i powitał rosyjskiego sprzedawcę sushi krótkim skinięciem głowy.
- Zjesz sushi? Naprawdę dobre, świeże sushi, tanie sushi..
- Może innym razem, Simon.
- Słyszałem coś, że nasz informator niedługo wychodzi ze szpitala, hm?
- A, tak – z roztargnieniem pokiwał głową. – Chyba już za kilka dni.
Simon uśmiechnął się pogodnie.
- Przyprowadź go któregoś dnia na sushi. Powinien się dobrze odżywiać, dobre, porządne sushi na pewno nie zaszkodzi.
- Ja?
- Słyszałem, że ostatnio się zaprzyjaźniliście. To bardzo dobrze, trzeba się przyjaźnić. Przemoc jest zła, Shizuo.
Blondyn podrapał się w tył głowy. Po raz kolejny doszedł do wniosku, że w tej okolicy jakimś cudem wszyscy o wszystkim wiedzą, nawet kiedy informator jest czasowo wyłączony z rozgrywki.
- Z tym sushi może być ciężko – przyznał szczerze. Ta kwestia nurtowała go już od jakiegoś czasu. Zawieszenie broni między nim i Izayą działo przez cały jego pobyt w szpitalu i właściwie sprawdzało się całkiem nieźle. Nawet lepiej niż nieźle. Trudno było jednak przewidzieć, co się stanie, kiedy informator zdrowy i pełen wigoru powróci do miasta.
- Boisz się, że jak tu wróci znowu będziecie się kłócić , hm? – wtrącił Simon, idealnie wpasowując się w tok jego myśli.
Shizuo powoli pokiwał głową. Końcówka papierosa złamała się w jego ręku.
- Nie ma potrzeby martwić się na zapas, Shizuo – Rosjanin poklepał go po ramieniu z siłą, która moglaby powalić konia pociągowego. – Może nie będzie tak źle, ludzie się zmieniają. Może jednak wejdziesz na sushi?
- Nie, naprawdę dzięki – odparł ochroniarz i odszedł w swoją drogę. Simon miał do pewnego stopnia rację. Ludzie się zmieniają. Pytanie tylko, czy ta reguła dotyczy też demona z Ikebukuro.


15 czerwca, nieco później

- Cześć, Shizuniu, tu twój najgorszy koszmar
Bez trudu zidentyfikował rozbrzmiewający w słuchawce głos.
- Czego chcesz, gnido? – spytał zdawkowo.
- Zasadniczo to ciebie – odparł wesoło informator, po czym jakby wyczuwając irytację rozmówcy dodał. – To znaczy chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił. Masz czas za godzinę?
Shizuo niepewnie spojrzał na stojące coraz niżej słońce. On i Tom mieli w planach odwiedzić jeszcze dwa, góra trzy miejsca. Nie powinno być większego problemu.
- Zasadniczo tak, o co chodzi?
- Czy mógłbyś mnie wyręczyć w jednej sprawie?
- Hm? – mruknął ze zniecierpliwieniem. Tom spojrzał na niego pytająco przez ramię i zatrzymał się na moment.
- Jeden typ chce się ze mną spotkać, podobno ma dla mnie jakieś interesujące informacje. Nie wiem czy mam go spławić, czy powiedzieć, że wyślę pośrednika.
Ostatnimi czasy Izaya wznowił swoją aktywność zawodową i w niektórych przypadkach prosił ochroniarza o załatwienie bardziej pilnych spraw, oczywiście za odpowiednią, satysfakcjonującą obie strony opłatą.
- Gdzie mam iść?
- Sunshine, ostatnie piętro. Jeśli oczywiście byłbyś tak miły.
- Za godzinę?
- Tak.
- Przekaż gościowi że będę – powiedział Shizuo, po czym nie dbając o to, że Izaya wciąż coś mówi, zakończył połączenie.


15 czerwca, późne popołudnie

- Celty!
Zachamowala gwałtownie, słysząc za plecami znajomy głos. Wołanie dochodziło z okolicznego placu zabaw, bez namysłu podjechała więc w tamtym kierunku. Wiedziała, że to mało prawdopodobne, by informator znów pojawił się w mieście, potrzebował czasu, żeby wrócić do formy, ale… musiała to sprawdzić.
Izaya siedział na jednej z drabinek i machał do niej radośnie. Zaparkowała motocykl przy barierce i podeszła do niego.
„Co tu robisz?" napisała. „Shinra mówił, że wychodzisz dopiero za kilka dni".
- Ach, kochana, podejrzliwa Celty – uśmiechnął się, spoglądając na nią z góry. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak za tobą tęskniłem.
Wzruszyła ramionami.
- Swoją drogą - włożył ręce do kieszeni kurtki. – Powinienem ci podziękować, zafundowałeś mi naprawdę interesującą łamigłówkę, dopiero niedawno udało mi się ją rozwikłać.
„Co masz na myśli?"
- Doktorek wspominał coś, że szalenie się o mnie martwiłaś, więc to całkiem naturalne że zaczęło nurtować mnie pytanie: czemu w takim razie mnie nie odwiedziłaś? Może jako dullahan nie masz ludzkich odruchów, albo masz je tylko w stosunku do Shinry, a może jako jedyna byłaś na tyle mądra, żeby oprzeć się mojej manipulacji…

Informator wychylił się w dół i zerknął jej przez ramię.
- Poczekaj, poczekaj – lekceważąco machnął ręka. – Wszystko w swoim czasie. Najpierw przedstawię ci rozwiązanie zagadki.

- Otóż… nie chciałaś mnie odwiedzać, bo jesteś dullahan. Pamiętasz tylko tyle, że kiedyś przejeżdżałaś pod oknami ludzi przepowiadając ich śmierć, ale niestety nie masz swojej głowy, więc nie pamiętałaś, jak to działa i po prostu wolałaś nie kusić losu. Mam rację?
Celty skupiła się na wierceniu butem dziury w otaczającym drabinki piasku. Izaya roześmiał się radośnie i zaklaskał w dłonie.
- A więc jednak – zawołał, odgarniając opadające mu na oczy kosmyki. – więc jednak zasymilowałaś się z ludźmi do tego stopnia, że twoje reakcje tez do pewnego stopnia stały się ludzkie. Interesujące, ale z drugiej strony… trochę szkoda. Momentami byłem już prawie pewien, że mnie rozgryzłaś.
„Jeśli teraz powiesz, że jednak nie byłeś chory, to…"
- Nie, nie – zaprzeczył ze śmiechem. – Byłem i ściślej mówiąc wciąż jestem. Po prostu za bardzo lubię ludzi, żeby taka drobnostka przeszkodziła mi w moich obserwacjach. Widzisz – wspiął się na wyższy szczebel drabinki i szeroko rozłożył rece, by utrzymać równowagę. – Zarówno Shinra jak i mój drogi Shizunia pozwolili sobie na ten sam głupi błąd: zakłozyli że skoro jestem prawdopodobnie umierający, to automatycznie przeszedłem tez przemianę duchową.
Czarna materia wystrzelila z ręki motocyklistki, jednak uniknął jej w ostatniej chwili i zwinnie przeskoczył na sąsiedni szczebel. Najwyraźniej odzyskał już znaczną część swojego dawnego refleksu.
-Ciekawa sprawa – kontynuował, opierając się o barierkę i przyglądając się kurierce z rozbawieniem.– Wystarczy, że delikatnie dasz do zrozumienia, że coś ci dolega, a nagle twoi wrogowie kompletnie nie mają pojęcia, jak się zachować. Zaczynają się gubić. Mimo, że z początku nie ufają ci i czują do ciebie pogardę, zaczynają się zastanawiać, czy może nie powinni pomóc, bo przecież chory wróg to już nie to samo, to inna kategoria. Wygląda na to, że niewielu ludzi czuje się dobrze z ideą gnębienia chorych i osłabionych. Chociaż najbardziej sensownym i logicznym rozwiązaniem byłoby zniszczenie przeciwnika właśnie wtedy, gdy jest najsłabszy, z jakiegoś powodu częściej do głosu dochodzi… bo ja wiem… litość? Współczucie? Honor? Zamiast zabić, postanawiają pomóc. W miarę jak otaczają cię opieką, sytuacja się komplikuje. Zaczynają się do ciebie przywiązywać. Wydaje im się, że coś sobie uświadomili, dochodzą do wniosku, że w sumie nie wiedzą, skąd się brała ta wzajemna niechęć. Może nie otwarcie, ale jednak oczekują wdzięczności, liczą na możliwość pojednania, na jakąś zmianę… I paradoksalnie, chociaż jesteś najsłabszym ogniwem, nagle okazuje się, że to oni są zależni od ciebie i możesz ich sobie w dowolny sposób owinać wokół palca. I wmówić im wszystko, nawet to, że ci na nich zależy. Bardzo pouczający eksperyment, powinnaś kiedyś spróbować.
Celty nie potrzebowała już słyszeć nic więcej. Bez słowa wskoczyła na motocykl I odjechała. Miała cichą nadzieję, że zdąży znaleźć Shizuo zanim zrobi to informator.


15 czerwca, wieczór

Kiedy Shizuo wjechał windą na ostatnie piętro Sunshine, obiecanego faceta jeszcze nie było. Nie był pewien, czy powinno go to niepokoić, czy jeszcze na to za wcześnie. Ostatecznie uznał, że priorytetem jest zapalenie papierosa. Poczęstował się ostatnim, jakiego znalazł w paczce i sięgnął po zapalniczkę. I wtedy jego uwage przyciągnęły uchylone drzwi ewakuacyjne prowadzące na dach. Zawsze chciał zapalić na dachu najwyższego budynku w okolicy a nigdy jakoś nie było okazji. Poza tym nie ma miejsc bardziej odpowiednich do spotkań z potencjalnym elementem społecznym niż dachy wieżowców. Bez dalszego namysłu ruszył po schodkach prowadzących na górę. Zamknął za sobą drzwi i głęboko wciągnął powietrze w płuca.
Słońce zachodziło już nad Ikebukuro i cały dach zalany był delikatnym, czerwono-złotym blaskiem. Zwykły szum miasta dobiegał z dołu przytłumiony i dziwnie uspokajający. Naprawdę bardzo, bardzo piękny wieczór. Ochroniarz po prostu patrzył na ostatnie promienie odbijające w oszklonych ścianach budynków i podrzucał trzymaną w dłoni zapalniczkę. Dopiero po dłuższej chwili kontemplacji zaczął rozglądać się w poszukiwaniu tajemniczego interesanta.
I wtedy go zobaczył.
W pierwszym momencie był pewien, że mu się przywidziało. Przecież jego nie mogło tutaj być, wciąż czekał na wypis ze szpitala.
- I-Izaya? – wyszeptał ze zdumieniem.
Informator stał na murku otaczającym kawędzi i spoglądał w dół. W swojej bluzie z dekoltem w serek i czarnej kurtce z futerkiem przy kapturze był jak najbardziej realny, wręcz kłujący w oczy. Nie zareagował na głos ochroniarza, zresztą całkiem możliwe że przy takim wietrze po prostu go nie usłyszał. Shizuo zrobił kilka kroków w jego kierunku i stanąl prawie za jego plecami. W milczeniu spoglądał na drobną, wychudzoną sylwetke oświetlaną przez miękkie światło zachodzącego słońca.
- Ach – informator obrócił głowę dokładnie w momencie, kiedy przybysz wyciągał rekę, by lekko dotknąć jego ramienia. – Nareszcie przyszedłeś. Czekałem tu na ciebie.
- Co to ma być? – spytał Shizuo, spoglądając na niego podejrzliwie. – Czemu mnie tu ściągałeś? I w ogóle co ty tu robisz, popieprzyło cię do końca? Myślałem że jesteś…
- W szpitalu, hm? – Izaya lekko przekrzywił głowę. – To mało prawdopodobne, wziąwszy pod uwagę fakt, że jestem tutaj.
- Powiesz mi, o co tu chodzi? Co się dzieje? Nie powinieneś jeszcze wstawać, nie mówiąc już o łażeniu po dachach!
- Uwielbiam, kiedy jesteś taki nadopiekuńczy – uśmiechnął się słabo, po czym nagle nieco posmutniał. – Ściągnąłem cię tutaj, Shizuniu, bo chciałem się z tobą pożegnać.
- Że co?!
- Z dniem dzisiejszym opuszczam Ikebukuro i nie zanosi się na to, żebym kiedykolwiek miał wrócić.
Ochroniarz spoglądał na niego rozszerzonymi z przerażenia oczami, zupełnie nie wiedząc co się dzieje i o czym Izaya tak właściwie mówi. Zrobiło się nieco upiornie. Słońce prawie zaszło i w oknach budynków zapalały się pierwsze światła. Informator przyglądał im się z zachwytem, przechadzając się po samej krawędzi dachu.
- Naprawdę chciałbym tu zostać trochę dłużej– westchnął z rozmarzeniem. – To wspaniałe miejsce. I wspaniali ludzie, aż żal tak was wszystkich za sobą zostawiać.
- Co…? – spytał ze zdumieniem Shizuo. – Coś ty znowu wymyślił, hm?
Izaya odwrócił się w jego stronę ze smutnym uśmiechem.
- To, co powinienem był zrobić już dwa miesiące temu.
Dwa miesiące temu? Ochroniarz popatrzył na niego z niepokojem. Mniej więcej dwa miesiące temu zaczęła się ta cała awantura. Mniej więcej dwa miesiące temu Izaya uciekł ze szpitala by wrócić do Ikebukuro i został uratowany przed pędząca ciężarówką.
- O jasna cholera – przesunął dłonią po twarzy. – Tylko mi nie mów, że znowu stchórzyłeś i uciekłeś. Już to przerabialiśmy.
- Wyszedłem na własna prośbę – odparł spokojnie Izaya, delikatnie przesuwając czubkiem buta po krawędzi dachu. – Poczciwi panowie doktorzy nie mieli nic przeciwko temu, i tak nie mogli nic dla mnie zrobić.
- Ale…
- Och, wybacz, cały czas zapominam, że niekiedy trzeba się dostosować do poziomu rozmówcy. Tak więc krótko i na temat: terapia nie przyniosła spodziewanych rezultatów – informator rozłożył bezradnie ręce. – Czasem tak bywa, uprzedzali mnie o tym.
Shizuo przyłożył do twarzy drugą rękę i oparł się plecami o murek, na którym stał Orihara.
- I… co teraz? – spytał, obawiając się, że dobrze zna odpowiedź.
– Obiektywnie rzecz biorąc zostały mi dwa, może trzy tygodnie życia i jakoś nie bardzo mam ochotę je marnować na szpital.
- Co ty znowu bredzisz?! – warknął ochroniarz i wyciągnął rękę, by pochwycić go za kaptur i przyciągnąć do siebie. – Przecież… wyglądasz normalnie, łazisz po dachach i w ogóle.
Izaya uchylił się zręcznie i zrobił kilka zwinnych, tanecznych kroków.
- Chwilowa poprawa. Nie mam zamiaru czekać, aż minie.
- Ale przecież Shinra mówił, że powinno się udać, że to ci pomoże.
- Shinra jest genialnym lekarzem – przyznał Orihara. – Ale nie może być specjalistą we wszystkich dziedzinach. W tej akurat nie jest a ja nie dostarczyłem mu wszystkich potrzebnych danych.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, co? – wrzasnął na niego Shizuo, uderzając pięścią w kamienny murek na którym stał informator. Nieco tynku posypało się pod jego stopy. – Dlaczego od razu nie powiedziałeś ani mnie, ani jemu…?!
- Ach, nie myśl, że nie próbowałem – Izaya odwrócił się do niego plecami i zapatrzył na miasto rozpościerające się u jego stóp. – wspomniałem mu o tym raz czy dwa, ale uznał, ze jak każdy normalny pacjent histeryzuję i wyolbrzymiam sprawy. Chyba nie do końca potrafił sobie z tym poradzić i czepiał się fałszywej nadziei – stwierdził z nutą rozbawienia. – Typowa reakcja, nie uważasz?
- To znaczy… Wiedziałeś, że to tak się skończy? – spytał z niedowierzaniem blondyn. – Wiedziałeś, że umrzesz?
- Od samego początku.
- W takim razie czemu zgodziłeś się na leczenie? Mogłeś przecież po prostu…
- Skoczyć z wieżowca, co nie? – wpadł mu w słowo informator – Zdecydowałem się leczyć bo odniosłem wrażenie, że tego właśnie chcesz. Tak uroczo prosiłeś, ze po prostu nie mogłem odmówić.
- Chciałem, żebyś się naprawdę wyleczył, ty gnoju – krzyknął na niego ochroniarz i odruchowo zamachnął się ręką. Izaya odskoczył zręcznie i wylądował na betonowej płycie obok Shizuo. Zwinny i niemożliwy do pochwycenia, tak jak za dawnych czasów przed chorobą. – Nie, żebyś się zgadzał na jakieś męczarnie tylko po to, żeby… po co właściwie?!
– Chciałem mieć cię blisko siebie.
- Ty… - ochroniarz zacisnął ręce w pięści gotowy do jego ciosu, ale Izaya znów odsunął się z pola rażenia.
- Pozwól mi wyjaśnić – zaproponował unosząc ręce do góry w pojednawczym geście. Shizuo nie odezwał się, nie rozluźnił tez zaciśniętych w pięści ręce. – Prawda jest taka ze zawsze miałem do ciebie słabość.
- Izaya…
- Słabość to mało powiedziane. Fascynowałeś mnie od naszego pierwszego spotkania. Chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Przekonać, czy moje domysły były słuszne i czy chociaż częściowo odwzajemniasz moje uczucia. To była moja ostatnia szansa. I jedyny sposób
- Mogłeś mi powiedzieć – wycedził przez zęby Shizuo. - Powinieneś mi powiedzieć.
Izaya ze śmiechem pokręcił głową.
-Kochany, naiwny Shizunia… Gdybym powiedział ci, że umieram, traktowałbyś mnie inaczej. Nie byłbyś wobec mnie szczery. Musiałem cię postawić przed dramatycznym wyborem, musiałem sprawdzić co zrobisz, kiedy będziesz miał poczucie, że moje życie jest w twoich rękach. Czy będziesz chciał mnie ocalić. Czy ci zależy.
Ochroniarz przez chwilę stał w bezruchu, zaciskając mocno powieki i walcząc z ogarniającym go bezwładem. Czuł się tak, jakby tym razem to Orihara cisnął w niego czymś bardzo ciężkim. Czymś znacznie większym od lodówki czy maszyny z napojami. Czymś wielkości tamtej cholernej ciężarówki pod którą powinien był zginąć.
- Ty…Ty gnoju!
Izaya zręcznie prześlizgnął się pod wyciągniętym ramieniem ochroniarza i stanął za jego plecami.
- Shizuniu –mocno objął go w pasie. - Ranienie ciebie było ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął. – wyszeptał, stając na palcach by dosięgnąć jego ucha. – Co nie zmienia faktu, ze wciąż było na liście. Przykro mi.
Shizuo na oślep wyciągnął ręce by go złapać, ale i tym razem przeciwnik zdołał się wyślizgnąć. Ochroniarz otworzył oczy, zacisnął zęby i rzucił się do ataku. Wciąż ogłuszony ciężarem nowych informacji tylko częściowo zdawał sobie sprawę z tego, co robi i co się dzieje dookoła. Uświadamiał sobie tylko niejasno, że są na dachu, ze mają pod sobą ponad pięćdziesiąt pięter i że Izaya raz po raz musi uchylać się przed jego ciosami i uskakiwać na bok.
- Cóż, ostatecznie – wydyszał Orihara między jedną serią uników a drugą i odgarnął lepiące się do czoła włosy. – Zawsze chciałem zginąć w walce z tobą. To byłby dla mnie zaszczyt.
- Zamknij się – warknął ochroniarz, próbując pochwycić go za ramię i unieruchomić. Bezskutecznie. – Przynajmniej raz w życiu się zamknij! Cholerna. Egocentryczna. popaprana menda! – krzyczał, przy każdym słowie wyprowadzając kolejny cios.
- Nie trzeba było ratować mi życia.
Izaya wskoczył z powrotem na murek. Pochylił się, opierając ręce na kolanach by złapać oddech.
- Powinieneś mi powiedzieć – powtórzył ze złością Shizuo, spoglądając w górę. – Naprawdę powinieneś.
- I co byś zrobił?
- Sam bym cię zepchnął z tego dachu! – wrzasnął i również wskoczył na murek, by dosięgnąć informatora.
Izaya ostrożnie obejrzał się przez ramię. Gdzieś głęboko w dole, pod nimi było Ikebukuro. Rozświetlone setkami świateł, przyciągające i niebezpieczne.
- Cóż – powiedział powoli. – To nie jest tak, że okazja przeleciała ci koło nosa.
Shizuo podażył w ślad za jego wzrokiem. Na moment zaparło mu dech w piersiach. Z tej perspektywy otchłań pod ich stopami wyglądała dość przerażająco. Informator stał spokojnie, obserwując jego reakcję z łagodnym zainteresowaniem. Wiatr wydymał poły jego bluzy i targał czarne włosy, sprawiając, że naprawdę wyglądał jak zły duch tego miasta.
A później bez słowa odwrócił się plecami do krawędzi, rozłożył szeroko ręce i zrobił krok w tył.
Gdzieś w dole rozległ się znajomy ryk czarnego motocykla.