Dedykuję ten rozdział Yaarie, która przez cały tydzień motywowała mnie, żebym pisała ten rozdział ;_; było ciężko. Specjalne podziękowania należą się płycie "No place in heaven" od MIKA, już ją znam na pamięć. Tak więc przekazuję Wam to 11,4k słów, chyba mój życiowy rekord, biorąc pod uwagę zarówno ilość, jak i szybkość. PS jest tutaj sporo nawiązań do różnych książek, filmów oraz piosenek - jak je znajdziecie/znacie to ❤️❤️❤️
Ostrzeżenia: krótkie nawiązanie do samookaleczenia, myśli samobójcze, PTSD, atak paniki
W sobotni poranek Lukas obudził się przy akompaniamencie ptasich pieśni godowych, nad którymi zachwycał się popularny lektor dokumentów przyrodniczych.
Zasypianie na siedząco przed grającym telewizorem powoli zaczynało wchodzić mu w nawyk, z czego na pewno nie będzie zadowolony, kiedy pocztą przyjdą rachunki za prąd.
Z przyzwyczajenia sięgnął do kieszeni i zmarszczył brwi, gdy okazała się pusta. Czyżby Emil...?, przeszło mu przez myśl. Zaraz jednak przypomniał sobie, że poprzedniego wieczora wręczył swoją ostatnią paczkę papierosów Matthiasowi. Koniec z głupimi nałogami.
Aby wyprostować plecy, położył się wzdłuż kanapy. Gdy oparł głowę o poduszkę, coś zaszeleściło. Znalazł pod nią na wpół zjedzoną paczkę żelków. No pięknie, przeszło mu przez myśl, sam jednak chwycił żelkę w kształcie butelki Coca-Coli i wpakował do ust.
Jakiś czas później, w łazience, napełnił wannę do połowy ciepłą wodą. Lustro zaparowało się prawie natychmiast, więc dla równowagi temperatur uchylił niewielkie okno. Zanurzył się aż po szyję i rozluźnił na tyle, na ile było to możliwe dla jego wiecznie spiętych mięśni. Opuszkami palców głaskał swoje udo, próbując za pomocą dotyku odróżnić rozstępy od równie podłużnych blizn.
Na zewnątrz jakieś auto przejechało z piskiem opon i Lukas odruchowo schował całą głowę pod wodę, chcąc odgrodzić się od nieprzyjemnych bodźców słuchowych. Leżąc tak z zamkniętymi oczami i powoli wypuszczając powietrze przez nos, zastanawiał się, w jakim stopniu rozkładu są ciała jego rodziców. Albo jak bardzo bolałoby, gdyby nabrał w płuca wody. Osiemdziesiąt procent wolnego czasu w ciągu ostatnich dwóch lat spędził na obsesji na punkcie śmierci i kontemplowaniu bezsensowności swojego życia. Powstrzymywał się od czynów tylko dlatego, że zdawał sobie sprawę z tego, kto najprawdopodobniej znalazłby jego zwłoki.
Nie potrafił myśleć o przyszłości w pozytywnym świetle, ale ostatnio miał wrażenie, że coś zaczyna się zmieniać. Chciał o siebie zadbać. Być może w końcu czas zaczynał leczyć jego rany?
Emil siedział przy biurku i malował jakieś wzorki na kremowym kubku. Zajęcie, do którego na początku podchodził niechętnie, urosło w jego oczach po zrozumieniu, że może obdarowywać ludzi unikatowymi podarunkami. Tym sposobem zarówno Emma jak i Natalia nie mogły narzekać na małą kolekcję kolorowych kubków.
- Robisz prezenty pod choinkę? - zapytał Lukas, kładąc przed nim talerz z jajecznicą oraz dwiema kanapkami.
- Mhm... Myślisz, że pani Natalia się ucieszy? - Pokazał mu kubek, z którego uśmiechały się ziemniaki o ludzkich twarzach. Pewnie jakieś nawiązanie do jej chłopaka.
- Na pewno.
- Pani Natalia będzie z nami na kolacji wigilijnej?
- Obawiam się, że w tym roku nie. - Zmarszczył brwi, widząc minę Emila. - Coś nie tak?
- Lubię cię, Lukas, ale czasami mam cię dość. Dwuosobowe wigilie są nudne.
- Nic ci na to nie poradzę. Możemy pójść na spotkania opłatkowe organizowane przez jakąś restaurację?
- Lepsze to niż nic.
Lukas wrócił do kuchni, aby tam zjeść swoją porcję śniadania. Przynajmniej z odżywianiem nie miał problemów. Chwycił telefon i z nudów przejrzał skrzynkę pocztową.
-Może pójdziemy wieczorem do kina? Dawno nie byliśmy - powiedział nagle Emil, stając w drzwiach z pustym talerzem i sztućcami, które niebezpiecznie balansowały na krawędzi naczynia.
- Wieczorem jestem zajęty.
- Co robisz?
- Mam coś do załatwienia w pracy. Emma z tobą zostanie.
Co prawda Emma jeszcze o tym nie wiedziała, ale na pewno nie będzie miała nic przeciwko, żeby zostać z Emilem. Lubiła dzieci i potrafiła z nimi nawiązać świetny kontakt.
Lukas przez chwilę oczekiwał jakiejś emocjonalnej reakcji, płaczu albo chociaż krzyku, ale Emil mruknął jedynie pod nosem:
- Niech diabli wezmą tę głupią firmę.
Przestronna sala, którą w okolicy znano jako gospodarza eleganckich przyjęć, została do przesady udekorowana kiczowatymi choinkami, skarpetami oraz kolorowymi lampkami. W kogoś za mocno weszła magia świąt, pomyślał Lukas wkraczając na salę wraz z Natalią i Ludwigiem, czym zasłużył sobie na ciekawskie spojrzenia reszty gości. Nienawidził tego momentu, gdy wszystkie pary oczu zwracały się na niego, oceniały krój garnituru, bladość skóry, szeptały rzeczy w stylu „Czy to nie ten, któremu zmarli rodzice?". Zawsze kurczył się w sobie i jąkał, kiedy musiał odpowiadać na grzecznościowe pytania potencjalnych partnerów biznesowych.
Nim wszystkich uczestników przyjęcia zaproszono do stołu na specjalnie wyznaczone miejsca stali oni grupkami przy ogromnej choince i gadali o dupie Maryny.
- Ech, co my tu robimy? - westchnęła Natalia, ogarniając wzrokiem całe przypudrowane towarzystwo.
- Idziemy ugłaskać twojego brata - odparł Lukas.
- A następnie zdenerwować go do granic możliwości - dodał Ludwig.
Wspomnianego brata Natalii nie widać było na radarze, za to pojawiła się jej siostra. Odłączyła się od towarzystwa i właśnie zmierzała w ich stronę miarowym krokiem, z głową zadartą w górę.
Katyusha Bragińska ledwo skończyła trzydzieści lat, a już kilkakrotnie znalazła się na prestiżowych listach dla młodych przedsiębiorców. Cała rodzina Bragińskich miała wyjątkową smykałkę do biznesu, a odziedziczona po rodzicach fortuna tylko pomagała im w realizowaniu ambitnych przedsięwzięć.
- O, Natalka! Jak miło, że się pojawiłaś~! - Następnie zniżyła głos do szeptu. - A to kto? Twój chłopak?
- Ludwig Beilshmidt - przedstawił się i cmoknął jej dłoń.
Katyusha zlustrowała go wzrokiem od góry do dołu i powiedziała po rosyjsku coś, co sprawiło, że Natalia spąsowiała.
- Ty glupaya...
Siostry, pomyślał Lukas, domyślając się, co mogło być przedmiotem uwagi Katyushy. Szkoda, że nie było z nim Aleksandra, na pewno z (nie)chęcią by to przetłumaczył. Ciekawe, jak sobie radzi z urlopem. Muszę później do niego zadzwonić.
- Lukas, jak miło cię widzieć! - Katyusha, o dziwo, przytuliła go, co nieśmiało odwzajemnił.
- Z wzajemnością.
- Co u ciebie? Masz już jakąś dziewczynę?
- Obawiam się, że nie. - Uśmiechnął się grzecznie. - Nie chcę, żeby musiała konkurować z Emilem.
Wszyscy się zaśmiali. Natalia trochę słabiej niż reszta; spoglądała na Lukasa wzrokiem mówiącym „przepraszam za to".
- Woohoo boys! - krzyknął Alfred F. Jones, który znikąd wyrósł tuż za ich plecami.
Alfred, wbrew pozorom, nie zjawił się na przyjęciu jako tak zwany „+1" Katyushy, tylko otrzymał własne zaproszenie. Miał skromną, lecz rosnącą w popularności sieć z fast foodami. I chociaż nigdy nie przepracował nawet dnia w gastronomii, uważał, że wie o obsłudze klienta więcej niż jego pracownicy.
- Oto i mój Alfie! - rozpromieniła się Katyusha. Para sprzedała sobie kilka siarczystych całusów, a Lukas odwrócił wzrok, zgorszony.
- Pomyślałem, że możesz być głodna, więc przyniosłem ci ciasto - powiedział Alfred i wręczył jej talerz z bogato przystrojonym sernikiem.
- Z jagodami?
- Oczywiście. For my princess.
Co ja tu robię?, pomyślał Lukas, po raz kolejny zmuszony odwrócić wzrok. Natalia i Ludwig mieli na tyle godności, by nie wymieniać się przy nim czułościami, ale kto bogatemu zabroni? Mówisz zupełnie jakbyś sam nie był bogaty, przypomniała mu własna podświadomość.
Lukas nigdy nie uważał, że jego przeznaczeniem jest zostanie wielkim. Ale oto był na przyjęciu dla wielkich przedsiębiorców ze spuścizną po rodzicach, której nigdy nie chciał, i tytułem zbyt poważnym dla tak złamanego człowieka.
- Lukas! What's with this grave expression? Czaisz? - Zaśmiał się Alfred. - Rozchmurz się!
Potrzebował chwili nim zrozumiał grę słów. Posłał Jonesowi najbardziej złowrogie spojrzenie, jakie potrafił zaimprowizować w ciągu ułamka sekundy. A gdzieś w głębi zrobiło mu się przykro.
- Easy, man! - Alfred podniósł obie dłonie w obronnym geście. Przeprosił, gdy Katyusha wbiła mu łokieć pod żebro.
- Pozwólcie, że pójdziemy przywitać się z innymi - mruknęła Natalia i pociągnęła obu swoich towarzyszy za sobą.
Zdążyli tylko zamienić kilka słów z Wangiem Yao nim zostali poproszeni przez kelnerów o zajęcie miejsc przy ogromnym podłużnym stole. Lukas odetchnął z ulgą, gdy odnalazł wizytówkę ze swoim imieniem tuż obok Natalii, która z kolei została usadzona obok swojego brata, a naprzeciwko Katyushy. Lukas nie spodziewał się, że zasiądzie tak wysoko w hierarchii.
Iwan Bragiński, znany za granicą jako „rosyjski diabeł biznesu", już siedział na swoim honorowym miejscu na krańcu stołu. Lukas od razu dostrzegł, że nie miał na sobie swojego śmiesznego szalika, o którym wszyscy zawsze mówili, ale nigdy w jego obecności.
- Witam was, moi drodzy przyjaciele! - powitał wszystkich, stojąc na baczność.
Wtedy Lukas przypomniał sobie, jak wysoki jest ich gospodarz. On, ze swoim marnym metrem siedemdziesiąt pięć, mógł co najwyżej pooglądać sobie z bliska nos Iwana podczas rozmowy twarzą w twarz.
Lukas nie wsłuchiwał się uważnie w przemowę Bragińskiego, ponieważ wiedział, że jej przedmiotem na pewno są takie wartości jak współpraca oaz partnerstwo. Czyli coś, czego miał już po dziurki w nosie. Nim się obejrzał, kelnerzy podali do stołu.
Nagle poczuł na udzie krótką wibrację i wyjął telefon. Pod stołem, aby nie wyjść na niegrzecznego.
Matthias Kohler
mój tata łysieje
co jak kiedyś też skończę łysy?
tak, wiem, problemy ludzi z krajów pierwszego świata:/
Poczuł na sobie czyjś wzrok; Natalia posyłała mu tajemniczy uśmiech. Uniósł brwi pytająco.
Ja
Podobno produkują coraz wygodniejsze peruki.
Rzeczywiście nie był dobry w small talku.
Jeszcze miesiąc temu stwierdziłby, że Matthias zachowuje się zbyt nachalnie, zadając mu różne pytania czy dzieląc się nic niewnoszącymi uwagami, ale w ostatnim czasie z każdą otrzymaną wiadomością na jego ustach wykwitał niewielki uśmiech. Podziwiał go, że wciąż się nie poddał, widząc, jaka z Lukasa niemowa. Zarówno w prawdziwym życiu, jak i przez Internet.
Gdzieś w połowie przyjęcia nadeszła pora na konwersację, której Lukas unikał jak ognia.
Iwan podszedł do niego z szerokim uśmiechem na ustach i rękami zaplecionymi za plecami.
- Jak miło, że w końcu zjawiłeś się na jednym z moich przyjęć - powiedział niby nonszalancko, ale Lukas wiedział, że pod tymi słowami kryje się jad i niechęć.
- Ja także. Ostatnio nie mam za dużo wolnego czasu.
- Ach tak... Jak się miewa mały Emil?
- Jest zdrowy i uczy się dobrze.
- Kto wie, być może któregoś dnia przejmie stery i zajmie się prowadzeniem firmy.
- Jeśli będzie chciał.
- Może jemu uda się wskoczyć na wyższy szczebel i w końcu dorównać Bragiński Co. Brakuje mi porządnej konkurencji - westchnął.
Mam większe powodzenie niż ty, pomyślał Lukas wyniośle, ale nie śmiał powiedzieć tego na głos. Zresztą, Iwan pewnie sam zdawał sobie z tego sprawę, lecz jego ego nakazywało mu stawianie się na piedestale.
- Czasem naprawdę brakuje mi twojego ojca. Był prawdziwym biznesmenem. Ile to już minęło?
- Dwa lata.
- Ach, jak ten czas leci. Teraz nawet jeszcze bardziej widać, że odziedziczyłeś rysy twarzy po swojej matce. Naprawdę piękna kobieta.
- I inteligentna. Wraz z tatą bardzo cenili twoją współpracę - powiedział ze sztucznym uśmiechem. - Jeśli chciałbyś zobaczyć, jak sprawy się mają wewnątrz firmy, zapraszam w przyszłym tygodniu na kawę - dodał, widząc, że zbliżają się do nich Alfred z Katyushą. W końcu przyszła pora na cyrk, który Natalia obiecywała mu już miesiąc temu.
Lukas odsunął się trochę, a para chwyciła się za ręce.
- Alfred i ja planujemy się pobrać - oznajmiła Katyusha, podstawiając Iwanowi pierścionek zaręczynowy pod nos. Lukas żałował, że nie widzi jego twarzy. Znał Iwana na tyle, że potrafił dostrzec subtelne drgania w uśmiechu wiecznie przyklejonym do jego ust.
Jednocześnie dziwił się Alfredowi, że ten potrafi ustać na nogach. Sam nie wiedział, czy zniósłby morderczy wzrok, czy zwyczajnie ugiąłby się pod jego ciężarem.
- Naprawdę? - zapytał Iwan z nieludzko szerokim uśmiechem. - Co za niespodzianka! Gratulacje.
Odwrócił się do ludzi siedzących przy stołach i zawołał:
- Kochani! Moja słodka starsza siostra się zaręczyła! Brawo! - I zaczął klaskać. Lada chwila cała sala poszła w jego ślady.
Lukas musiał mu pogratulować idealnie zachowanych pozorów i maski idealnego człowieka, której nie zdjął ani na sekundę. Słyszał sporo o Iwanie od Natalii, dzięki czemu wiedział, że taki rozwój sytuacji nie przypadnie mu do gustu. Prędzej liczył, że jego kochana Kasieńka oraz Alfred rozstaną się.
Widząc, że do Iwana zaczynają zbliżać się Natalia i Ludwig, pewnie po to, by ogłosić własne plany na przyszłość, Lukas pozwolił sobie na krótki uśmiech wyższości. Jednak dla bezpieczeństwa odsunął się jeszcze bardziej.
Matthias miał poważne problemy ze wstawaniem do pracy odkąd wszyscy wokół zaczęli rozmawiać o świętach i wiążącymi się z nimi dniami wolnymi. Godziny w biurze ciągnęły się niemiłosiernie i nie pomagał nawet fakt, że mógł bez konsekwencji spędzać je na graniu w gry czy przetrzepywaniu artykułów na wikipedii. Chyba cieszyłby się bardziej, gdyby jednak miał jakieś obowiązki.
- Czemu nie mogą nas po prostu wcześniej zwolnić? - westchnął w stołówce, siedząc przy jednym stoliku z Feliksem, Vladem, Torisem, Tino oraz Berwaldem. - I tak nic nie robimy.
- Zawsze możesz wziąć urlop. - Wzruszył ramionami Berwald.
- Mnie nie chciał dać - mruknął Vlad z przekąsem.
- Ale Elizie i Roderichowi dał? - zauważył zdziwiony Tino.
- Bo Elizka ma taryfę ulgową, zapomniałeś? - Wywrócił oczami Vlad.
Matthias już wcześniej słyszał podobny komentarz, ale nadal nie znał szczegółów, więc postanowił o nie zapytać.
- Jak odszedł poprzedni kierownik Finansów, to Elizka zaczęła brać nadgodziny i odpowiedzialność za niektóre większe projekty, bo chciała wskoczyć na jego miejsce. Wszyscy byliśmy pewni, że awansuje, ale zamiast tego wybrano Vasha Zwingli.
- W sensie, że Lukas wybrał?
- No tak. Ale ponoć ta decyzja nie wyszła od niego, tylko od kogoś jeszcze wyżej.
- Ale nie ma nikogo wyżej - zauważył Matthias.
Wszyscy rozłożyli ręce albo wzruszyli ramionami.
- Jak chcesz wiedzieć więcej, to wiesz kogo pytać - powiedział Vlad.
- To Elizka nie jest kierownikiem? Przecież pojawia się na wszystkich spotkaniach.
- Powiem tak - mruknął Vlad. - Wszyscy traktujemy ją jak kierownika, bo naprawdę zna się na rzeczy i dużo robi dla tego wydziału, ale z tytułu jest tylko zwykłym pracownikiem. Vash zabiera ją na spotkania, bo sam by nie dał rady tego wszystkiego ogarnąć.
- Bez sensu - skwitował. Był pewien, że gdyby Elizavetta znalazła się na miejscu Vasha, ze wszystkim dałaby sobie radę sama. Lub z drobną pomocą Rodericha. Co mogło sprawić, że Lukas podjął taką a nie inną decyzję?, zastanawiał się.
Odpakował kanapkę z masłem orzechowym. Zauważył, że jego zwykłe połączenia powoli zaczynały mu się nudzić, ale nie wyobrażał sobie robić kanapek z mokrymi warzywami takimi jak pomidor. Kątem oka zauważył, że Toris coś czyta.
- Nie musisz już czytać „Zbrodni i kary". - Poklepał go po plecach. - Natalia jest w ciąży.
Biedaczek prawie zadławił się bułką. Matthias zdał sobie sprawę, że mógł być delikatniejszy.
- To nie znaczy, że nie moglibyście porozmawiać o „Zbrodni i karze" - próbował naprawić sytuację. - Ale wielką miłością to się chyba nie skończy...
- Ha, wygrałem zakład - pochwalił się Feliks i wyjął telefon, aby napisać szybką wiadomość.
- Ty i te twoje głupie zakłady - mruknął Vlad, wyraźnie czymś zniesmaczony. - Z kim zaszła? Z Lukasem? - zwrócił się do Matthiasa.
- Coś ty! - Dopiero ułamek sekundy po tym, jak te słowa wyszły z jego ust, zdał sobie sprawę, że jego reakcja była zbyt nasiąknięta zbulwersowaniem. Ty matole, przecież oni nie wiedzą o Lukasie, zbeształ samego siebie. - Ma chłopaka. Albo już narzeczonego. Nie pytałem, bo nie chciałem wyjść na nachalnego.
Tino gdzieś w tle parsknął śmiechem; próbował go zagłuszyć, pakując sobie do gęby łyżkę granoli. Matthias spojrzał na niego z pogardą, co tylko wzmogło napad chichotów.
Toris w końcu się odezwał i bynajmniej nie było to coś, czego Matthias się spodziewał:
- Szkoda... Liczyłem na to, że wżenię się w rodzinę multimilionerów.
Cały stolik wybuchnął śmiechem, a Matthias dalej nie potrafił stwierdzić, czy to prawda, czy Toris po prostu tak dobrze potrafił ukryć swoje zranione uczucia.
Gdy wracał z przerwy, zastanawiał się, czy dobrze postąpił, mówiąc im o ciąży Natalii. Nie wiedział, czy to jakiś wielki sekret czy nieszkodliwa informacja. Zawsze muszę coś wygadać, pomyślał. Po drodze spotkał Lukasa, co jeszcze mocniej wpłynęło na jego wyrzuty sumienia.
Lukas stał twarzą w twarz z przeszkloną szybą i obserwował jadące na ulicy auta. Matthias od razu zauważył, że coś jest nie tak.
To nie były oczy, które spoglądały za okno, żeby podziwiać panoramę miasta. To były oczy, które z fascynacją przyglądały się chodnikowi i wyobrażały sobie lot z dziesiątego piętra.
Nie zamierzał patrzeć na to z obojętnością. Lukas przeniósł na niego swoje spojrzenie; biło z niego wołanie o pomoc, do którego na pewno nigdy by się nie przyznał.
- Wszystko w porządku?
- Oczywiście.
Kłamstwo, ocenił Matthias. Podszedł do Lukasa, który w odpowiedzi uniósł pytająco brew.
- A tak naprawdę? - zapytał cicho.
- Mam do podjęcia ciężką decyzję - odpowiedział tajemniczo. - Nie chcę o tym rozmawiać - dodał, jakby wyczuwając nadchodzące pytanie.
Gdyby stał przed nim normalny, relatywnie zadowolony Lukas, to Matthias na pewno nie zostawiłby tego tematu w spokoju, ale widząc, że ten rzeczywiście nie wydaje się być w nastroju na rozmowę, postanowił odpuścić. Przynajmniej na razie. Miał w głowie kilka pomysłów na poprawienie mu humoru, ale co by to dało? Doświadczenie podpowiadało mu, że czasem trzeba pozostawić ludzi samym sobie.
- Będę miał na ciebie oko - powiedział.
- Nie martw się, nie wyskoczę przez okno.
Matthias odpowiedział uśmiechem. Normalnie nie uwierzyłby takim zapewnieniom, ale z ust Lukasa brzmiały one wiarygodnie. Miał ochotę go przytulić. Nie wiedział, w jakim stopniu ukoiłoby to jego stargane nerwy i przykre myśli, ale przynajmniej wiedziałby, że Matthiasowi naprawdę na nim zależy. Wciąż pamiętał wyznanie Lukasa, jakby to było wczoraj - że nie potrafi się otworzyć i ma ciągłe wrażenie, że zanudza swoich rozmówców. Zwłaszcza gdy dzieli się swoimi problemami.
- Jak tam Natalia? Dawno nie widziałem jej w pracy. - Postanowił rozpocząć lekką konwersację.
- Przygotowują się z Ludwigiem na święta z rodziną Bragińskich.
- Mam rozumieć, że chodzi o psychikę?
- Owszem. Zwłaszcza Ludwiga. Masz szczęście, że nigdy nie poznałeś Iwana.
- Na zdjęciach wydaje się miły.
Lukas spojrzał na niego z miną o nazwie „zastanów się dwa razy nim coś powiesz". To chyba znaczyło, że Matthias nie miał ani trochę racji.
- Nie patrz tak na mnie! Nic o nim nie wiem.
- Byłem u niego na przyjęciu w ten weekend. Mam kolejną traumę do kolekcji.
Zaśmiał się, ale Matthiasowi nie było do śmiechu. Stali tak chwilę w zupełnej ciszy.
- Tak w ogóle to nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać o piątku - wspomniał nagle Lukas.
Matthias poczuł w sercu iskierkę nadziei, że być może ten wieczór znaczył dla Lukasa tak dużo jak dla niego. Nie, żeby był on jakiś przełomowy dla ich relacji, ale na pewno zbliżył ich do siebie.
- Jeśli masz na myśli papierosy, to wyrzuciłem je przed wejściem do domu.
- To dobrze. Nie chciałbym, żebyś się przypadkiem uzależnił.
- Nie zamierzam palić. Raz spróbowałem i nigdy więcej - uspokoił go.
- Co sądzisz o Emilu?
Niecodzienne pytanie, ale Matthias skłamałby, gdyby powiedział, że wcale się go nie spodziewał.
- Jest bystry. Ale też trochę ekscentryczny. Nie potrafiłem za nim nadążyć.
- Jestem jego bratem, a też nie potrafię. Zastanawiam się, czy nie powinienem kupić mu na święta jakiegoś porządnego telefonu.
- Jeszcze nie ma? - Zdziwił się Matthias. Sam w wieku ośmiu lat, na Pierwszą Komunię, dostał swoją pierwszą cegłę. Dzieci miały szczęście, że teraz już takich nie produkowano.
- Nigdy nie potrzebował, ale ostatnio narzekał, że wszyscy w klasie mają, tylko nie on.
- Jeśli jesteś gotowy na uzależnienie od internetu, to śmiało.
- Tego chyba nie uniknę.
Ruszyli w stronę biura. Gdy już się przed nim znaleźli, wzrok Matthiasa przykuł nowy błyszczący dodatek na drzwiach. Tabliczka z jego imieniem i nazwiskiem. Najchętniej powiedziałby nonszalancko coś w stylu "najwyższa pora", ale euforia nakazała mu okazać pokorę i zadowolenie, a nie pewność siebie. Uśmiechnął się szeroko. Idealny prezent na święta.
- Podoba ci się? - zapytał Lukas, dostrzegając, że Duńczyk się zatrzymał.
- Wiesz, że pierwszego dnia zapytałem Arthura Kirklanda, czy też kiedyś taką dostanę? - Zaśmiał się na to wspomnienie. Teraz wydawało mu się niezwykle odległe.
- Marzenia się spełniają.
Wyjął telefon i zrobił zdjęcie, lecz aktywny flesz sprawił, że nic z niego nie wyszło. Druga próba okazała się udana. Nie mógł się powstrzymać i porozsyłał zdjęcie rodzinie, znajomym, a nawet biednemu Lovino. Skąd ja w ogóle mam jego numer telefonu?, pomyślał. Musiał go wyciągnąć podczas jakiejś pijanej eskapady, a tych wcale nie było mało.
Lukas przerwał mu ten cudowny moment otwierając drzwi i zapraszając go kiwnięciem dłoni do środka.
- No już. Masz jeszcze dużo czasu, żeby się tym nacieszyć.
Około piętnastej, gdy tak przeglądał różne ciekawe grupy na twarzoksiążce, usłyszał, że do gabinetu Lukasa ktoś wszedł. Pięć minut później przez jego drzwi przedarło się silne buczenie ekspresu do kawy. Czyżby Natalia przyszła na małą pogawędkę? Nie chciał się wtrącać, więc zaczął rozwiązywać sudoku. Czasami trochę brakowało mu matematyki na poziomie, jaki pamiętał ze studiów. Uwielbiał liczby i miał nadzieję, że gdy Natalia przejdzie na urlop macierzyński, dostanie mu się więcej roboty związanej z cyframi. Nie pogardziłby także jakimiś zaawansowanymi algorytmami.
Gdy po niecałej pół godzinie drzwi po drugiej stronie znów trzasnęły, Matthias postanowił wyłonić się ze swojego boksu i zamienić kilka słów z Lukasem. Wtedy czas leciał mu najszybciej, a poza tym i tak już wcześniej zapowiedział swoje przybycie, gdy oznajmił, że będzie miał na niego oko.
Pomysł piękny i fajny, ale na drodze stanął fakt, że w biurze nie znalazł Lukasa.
Po drugiej stronie biurka siedział wysoki mężczyzna w jasnym szaliku i uśmiechał się niewinnie. Na widok intruza uniósł nieznacznie brwi, a na Matthiasie spoczęło wrażenie, że powinien jednak był zostać w swoim boksie.
- O, a któż to? - mężczyzna zapytał z akcentem podobnym do akcentu Natalii.
Matthias chyba wiedział, z kim ma do czynienia.
- Matthias Kohler. - Przedstawił się. - Pracuję z Lu...z panem Bondevikiem. I panną Bragińską.
- Panną... - Iwan zmarszczył czoło; poza tym jego twarz nawet nie drgnęła. - Jak to ładnie brzmi. Niestety, nie na długo. Moje słodkie siostry... - westchnął, a jego mina zrzedła. - Kocham je obie cały sercem, ale marnują sobie życie. Jedna wychodzi za Amerykanina, a druga zakłada rodzinę z Niemcem.
Widząc jego twarz bez uśmiechu i słysząc ten dziwny ton głosu, Matthias potrafił zrozumieć, czemu ludzie drżą na myśl o Iwanie. Dotychczas myślał, że wszystkie plotki na temat jego oziębłości są przesadzone, że ludzie negatywnie zabarwiają wszystkie związane z nim historie, aby stworzyć nową legendę środowiskową, tak jak to miało miejsce w przypadku Lukasa. Ale w Iwanie rzeczywiście drzemało coś, co nakazywało rozmówcy trzymać się na baczności.
- Co to ma do rzeczy? Natalia jest szczęśliwa z Ludwigiem. - Czuł, że nie wypadało mu się odzywać, ale nie mógł znieść pasywnych obraz pod adresem swojej koleżanki.
- Och, chłopcze... Nie słyszałeś nigdy o drugiej wojnie światowej? Albo o zimnej wojnie? Rosyjskie dziewczyny z dobrych domów nie powinny iść do łóżka z wrogiem.
- Te wojny to stare dzieje.
- Nie w sercu mojego narodu. - Iwan posłał mu uśmiech, który sprawił, że Matthias poczuł ciarki. - A ty? Skąd jesteś?
- Z Danii.
- Ach tak? Widzę, że Lukas wdaje się w moje siostry. To jego umiłowanie do obcokrajowców... Powinien zatrudniać więcej Norwegów, a nie robić z porządnej firmy jedno wielkie multi-kulti.
- Ale wszyscy chwalą sobie tę politykę... - Próbował się z nim sprzeczać, ale czuł się nieswojo w towarzystwie kogoś tak wpływowego. - Uważają międzynarodową kadrę za największy atut tej firmy. To dzięki niej odnosimy takie sukcesy na rynku...
Iwan spojrzał na niego jak na robaka, ale Matthias wiedział, że ma rację. Przeczytał sporo opinii stażystów oraz artykułów w prasie, i każdy chwalił sobie pobyt w Bondevik Co. W przeciwieństwie do firmy Iwana, gdzie zatrudniano samych Rosjan. Matthias nawet ośmieliłby się o stwierdzenie, że generalnie lepiej im się powodzi na rynku, ale nie chciał przypadkiem obrazić gościa Lukasa.
- Mów, co chcesz, ale niedługo boom na różnorodność przeminie - westchnął Iwan, z nudów przerzucając leżące przed nim kartki. - A jak tam praca? Dobrze się czujesz pod szefostwem Lukasa?
Matthias od razu zauważył, że ci dwaj mówią do siebie po imieniu; nic dziwnego, skoro Natalia jest ich wspólnym znajomym. Przez chwilę milczał, próbując odkryć, w czym leżała podchwytliwość tego pytania. Pewnie w odpowiedzi, pomyślał od razu.
- Nie mam na co narzekać.
- Nikt nigdy nie ma na co narzekać - westchnął zawiedziony. - A zarobki?
Już otwierał usta, nawet wydał z siebie cichy dźwięk, gdy przypomniał sobie, że nie ma obowiązku przed nikim odpowiadać. Oprócz jednej osoby, oczywiście. Iwan przyglądał mu się wszechwiedząco, może nawet z cieniem uznania.
- Radziłbym zapytać o to pana Bondevika.
- Jeśli miałeś do niego jakąś sprawę, to obawiam się, że będzie musiała zaczekać, bo aktualnie jesteśmy w trakcie małego spotkania.
- To nic niecierpiącego zwłoki - zapewnił natychmiast. To idealny moment, aby się wycofać, zrozumiał szybko. Liczył na to, że Lukas nie będzie miał mu za złe, że nie chciał dotrzymać panu Bragińskiemu towarzystwa.
A skoro mowa o Lukasie, spadł Matthiasowi jak anioł z jasnego nieba w momencie, w którym był najbardziej potrzebny. Wrócił do biura i zrobił wielkie oczy na widok tego, co zobaczył. Pod pachą niósł kilka grubych teczek z archiwum.
- Już jestem - oznajmił, posyłając mu pytający wzrok. - Matthias, porozmawiamy potem.
Matthias przeprosił za to, że przeszkodził i wrócił do swojego boksu z nieco podkulonym ogonem.
W środę wieczorem, dzień przed planowanym wylotem do Rumunii, Vlad usiadł przed otwartą walizką, z której zionęło pustką.
Masz całą noc, spokojnie, pomyślał, wklepując w Google "co spakować na tygodniowy wyjazd?". Rankiem tego dnia był pewien, że pakowanie zajmie mu co najwyżej godzinę, bo w końcu nie wymagało to zbyt wielkiej filozofii, lecz teraz wizja zapomnienia majtek czy też szczoteczki do zębów przerażała go bardziej niż bezsenna noc.
Rozważał zapytanie Aleksandra, ale nie chciał zostać wyśmiany. W końcu dorosły człowiek w wieku dwudziestu pięciu lat powinien wiedzieć, jak przygotować się do dłuższej podróży.
Kij do selfie, żelazko podróżne, suszarka do włosów, zatyczki do uszu, nić dentystyczna… Vlad naprawdę doceniał zaangażowanie i trud niektórych blogerek, aby stworzyć idealną listę, ale nie sądził, że połowa z tych rzeczy mu się przyda. Rzucił się na łóżko i westchnął głęboko.
Ja
Jak ci idzie pakowanie? 23:03
W końcu, nie mogąc się powstrzymać, wysłał krótkiego smsa. Nie spodziewał się odpowiedzi. Ta jednak nadeszła pomimo późnej godziny.
Aleksander B.
Skończone
A pod spodem zdjęcie niewielkiej walizki stojącej obok sofy, którą Vlad zapamiętał ze swojej ostatniej wizyty. Tamtej nocy Aleksander, o dziwo, pozwolił mu nocować w swoim mieszkaniu, co Vlad odebrał jako dowód zaufania. Chociaż równie dobrze mogło to oznaczać tyle co nic, na przykład zmęczenie uniemożliwiające mu dalsze droczenie się.
Vlad czuł ekscytację na myśl o wspólnie spędzonym tygodniu. Dziwnie by było, gdyby nie czuł niczego; taka okazja trafiała się raz na dziesięć lat. Starał się jednak ostudzić swój entuzjazm, bo bał się, że zbyt wielkie oczekiwania względem Aleksandra zamienią ich wyjazd w pasmo rozczarowań. A kto miał większą skłonność do snucia fantazji niż Vlad? Na pewno nikt znajomy.
A skoro mowa o fantazjach… Vlad wyjął z walizki wielką cegłę, zwaną potocznie papierowym wydaniem książki "Księżyc w nowiu", i położył ją na półce pod stolikiem. Uznał, że nie będzie taszczyć ze sobą takiego zbędnego balastu. Poza tym, na pewno nie będzie mieć chwili do stracenia na takie czasochłonne czynności jak czytanie.
Odpalił laptopa i napisał na blogu krótkie ogłoszenie, w którym informował swoich wiernych fanów o krótkiej nieobecności. Ziewnął przeciągle i dopisał jeszcze obietnicę, że po powrocie z Rumunii wstawi kolejną szczerą recenzję jakiejś popularnej książki. Pewnie dodam ją za miesiąc, pomyślał, uśmiechając się gorzko. Już wiedział, jak to jest z dedlajnami - mówi się jedno, a robi drugie.
Widząc, że stracił już pół godziny na pierdoły, podniósł z łóżka swoje cztery litery i dopadł rozwalającej się szafy, która robiła mu za garderobę. Wyjął z niej trzy pary spodni oraz ciepłe, grubaśne bluzy zakupione kilka dni temu, aby udowodnić rodzinie z Rumunii, że mieszkanie za granicą znacznie poprawiło jakość jego życia. Wrzucił je do walizki i poczłapał do łazienki, gdzie zebrał wszystkie potrzebne kosmetyki i włożył je do przezroczystego, wodoodpornego pojemnika. Kolejnym punktem na liście okazała się bielizna. Vlad oczywiście przetrzepał swoją szufladę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu najlepszych jakościowo majtek.
Pakowanie okazało się być o wiele bardziej męczącą czynnością niż z początku mu się wydawało. Na kilka minut przed północą odczuwał ciężar swoich kończyn i niekomfortowy ból pleców, pamiątka po okresie studiów. Położył się plackiem na łóżku, które zaprotestowało pod nagłym ciężarem. Sięgnął po telefon i leniwie przejrzał stronę główną pewnej popularnej aplikacji. Im głębiej się zapuszczał, tym cięższe stawały się jego powieki. Nic dziwnego, skoro o tej porze zwykle już chrapał.
Spojrzał na zegarek. Północ. Za kilka godzin wsiądzie do samolotu i poleci na krótkie wakacje ze swoim crushem. Jeszcze miesiąc temu nie śmiałby przypuścić, że dojdzie w ich relacji do takiego rozwoju wypadków. Czasem aż chciałby zapytać samego siebie, czy to nie sen. Po raz pierwszy jego życie przypominało filmowy scenariusz. Cóż mogłoby pójść nie tak?
Nagle poczuł zimno tak okropne, jakby ktoś otworzył na oścież okno i zrobił przeciąg; temperatura z pokojowej w sekundę spadła o dziesięć stopni. A przynajmniej takie miało się wrażenie.
Vlad może odczuł ten nagły skok, lecz nie zaalarmowało go to. Jedną nogą był już we śnie pełnym kreatur rodem z folklorystycznych opowieści. Przewrócił się na bok, próbując narzucić na siebie kołdrę.
- Fantome stupide - mruknął przez sen po rumuńsku. Głupie duchy.
Obudziwszy się rano, Vlad odruchowo sięgnął po telefon. Przewrócił się na plecy i uniósł ręce, odsuwając jasny ekran od swojej twarzy. Chciał go odblokować, lecz w tym samym momencie asekurujące go palce zawiodły i urządzenie rąbnęło go prosto w nos.
Zaklął szpetnie i dotknął bolącej kości z największą delikatnością. Wydawała się w porządku. Czy na nosie mogą zrobić się siniaki?, przeszło mu przez myśl, gdy podnosił się powoli do pozycji siedzącej. Powitało go totalne pogorzelisko; oświecone światło, o którym musiał zapomnieć, furgająca firana i rozwarta paszcza walizki. Kichnął potężnie i po raz kolejny sięgnął po telefon. Ugryzł się w język, kiedy próbował w jakiś werbalny sposób zareagować na godzinę wyświetlaną przez ekran. 09:12. Zaspał. Miał spotkać się z Aleksandrem koło ósmej.
Jedno nieodebrane połączenie. Pięć esemesów. W normalnej sytuacji zapewne ucieszyłby się z takiego zainteresowania, jednak teraz nie było mu do śmiechu. Jakim cudem zapomniał o nastawieniu budzika?
Aleksander B.
gdzie jesteś?
?
czekam
pospiesz się
halo Vlad?
Najnowsza wiadomość pochodziła sprzed pięciu minut.
Jestem w czarnej dupie, pomyślał, jestem totalną porażką. Tyle planowania poszło w pizdu.
Jeszcze nie wszystko zostało stracone - trzymał się tej nadziei jak tonący brzytwy. Wciąż zostało im trochę czasu do odlotu, więc jeśli Vlad się spręży, to powinni zdążyć. Nawet z tłumami na lotnisku, powszechnymi w okresie bożonarodzeniowym.
Nie chcąc dalej użalać się nad sobą, przyjrzał się zawartości walizki i na szybko oszacował, czego w niej jeszcze brakuje. Po kilku minutach przymknął wieko i sięgnął po rączkę, aby postawić walizkę do pionu. W połowie drogi w górę plastik pękł, a kufer z impetem zwalił mu się na stopę. Vlad zaskomlał cicho; dawno nie czuł się tak żałośnie. Usiadł na podłodze, masując bolącą kość. Za oknem lało niczym z cebra.
I wtedy zrozumiał.
- O nie… Nie, nie, nie…
Gdy wszedł w spis kontaktów na telefonie, miał wrażenie, że spogląda przez niedopasowane soczewki; serce obijało się o żebra, pompując krew tak głośno, że słyszał ją w uszach. Czuł, jak dwudziestokilogramowy odważnik zgniata mu płuca; nie wiedział, czy to żółć w przełyku utrudnia mu oddychanie, czy zwyczajnie hiperwentyluje. Bał się, że gdy tylko otworzy usta, wydobędzie się z nich brzydki szloch.
Aleksander odebrał niemalże od razu.
- Vlad? Co się dzieje, miałeś…
- Nie mogę jechać - szepnął, położywszy dłoń na sercu. Po dwóch sekundach stracił rachubę w liczeniu uderzeń.
Spodziewał się potoku słów i niezadowolenia, Aleksander jednak zaskoczył go swoim opanowaniem.
- Czemu? Coś się stało? Jesteś w stanie rozmawiać?
- Ja… - Miał ochotę zapewnić go, że wszystko w porządku. - Nie czuję się dobrze.
Nie wiedział, czy rzeczywiście wypowiedział te słowa. Pomyślał o nich, ale czy wyszły one z jego ust? Nie pamiętał. Czuł się jak w surrealistycznym obrazie Daliego.
- Trzymaj się tam, zaraz będę - odpowiedział jego rozmówca z drugiej strony telefonu.
Vlad nie potwierdził ani nie zaprzeczył w żaden sposób; jego ręka jakby zwiotczała i telefon osunął się na podłogę wraz z nią.
Po kilku minutach siedzenia na podłodze i skupianiu się na oddechu Vlad zdał sobie sprawę, że przesadził z paniką. Chłód paneli pozwolił mu ochłonąć; gdy wydostał się z potrzasku myśli, przejrzał na oczy, jak łatwo dał się wciągnąć w wir negatywnych uczuć i czarnych scenariuszy.
Starał się nie zrzucać winy na siebie, tylko na psychikę, na którą nie miał wpływu. Mimo to czuł, że jego samoocena nieco ucierpi, gdy tylko dotrze do niego, jak głupio się zachował.
Jego spiralę pesymizmu przerwał dzwonek do drzwi.
Aleksander zjawił się, tak jak obiecał, za co Vlad był mu dozgonnie wdzięczny. Nie chciał zostać sam ze sobą. Momenty samotności takie jak ten uświadamiały mu, że wcale nie różni się od Aleksandra tak bardzo, jak dotychczas dał sobie wmówić. Obaj udawali, że wyobcowanie ich nie dotyczy, lecz w głębi duszy pragnęli kogoś - przyjaciela czy partnera, obojętne - kogoś, kto w chwilach rozpaczy zdejmie zły urok lub zburzy tamę i wytłumaczy, że złe samopoczucie jest okej.
Aleksander wyglądał, jakby zaraz miał oznajmić jakąś złą nowinę - długi czarny płaszcz popruszony topniejącymi płatkami śniegu, kruczoczarne włosy przylegające do czoła oraz nieobecna nigdy wcześniej aura desperacji i pośpiechu.
- Vlad - sapnął Aleksander, biorąc głębokie oddechy. - Co się stało?
Od progu żąda wyjaśnień. To takie typowe, pomyślał Vlad. Machnął w stronę kanapy, gdzie sam się usadowił, podciągając kolana pod brodę.
Aleksander jednym ruchem zrzucił z siebie płaszcz. Dwie sekundy później pozbył się także i butów. Gdy siadał obok i marszczył brwi, bruzda na jego czole powiększyła się; Vlad wcześniej jej nie zauważył.
- Martwiłem się. - Aleksander wypowiedział te słowa z bezbronnością, bez sztucznej otoczki sarkazmu czy pogardy. Vlad wiedział, jak wiele dumy go to kosztowało.
Westchnął głęboko, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiarygodnie zabrzmi jego wytłumaczenie.
- Po pierwsze, przyznaje, że być może trochę spanikowałem - zaczął ostrożnie, nie chcąc od razu wyjeżdżać z najcięższym kalibrem.
- Okej, ale co się stało, że tak się wystraszyłeś? - Aleksander dalej nie potrafił odnaleźć się w sytuacji.
Vlad wskazał na walizkę, z której bez życia sterczały długie rękawy i okazjonalne nogawki spodni, oraz na pękniętą rączkę.
- To szajstwo prawie złamało mi stopę - mruknął obrażony, patrząc z odrazą na ciężki kufer. - No i do tego zaspałem. A potem sobie przypomniałem, że za kilka godzin mamy wsiąść na pokład samolotu.
Aleksander patrzył na niego wzrokiem o nazwie "chciałbym zrozumieć, ale chyba zgubiłeś po drodze logikę". Vlad nie mógł mieć mu tego za złe, sam wiedział, jak absurdalnie się zachowuje.
- I to sprawiło, że miałeś mini atak paniki?
- Poniekąd - odparł, przeciągając lekko każdą samogłoskę. - Źle się poczułem, bo zdałem sobie sprawę, że dzisiaj jest ten dzień.
Aleksander uniósł brew, co wyglądało nieco sugestywnie. Gdyby sytuacja nie wymagała powagi, Vlad na pewno nie hamowałby się z komentarzami na temat tego, jak wiele dłuższy urlop zmienił w wyglądzie bruneta. Na lepsze, oczywiście.
- No, ten dzień - powiedział konspiracyjnym szeptem. - Dzień, kiedy wszystko się wali, wpadam pod koła samochodów, brudzę sobie krawaty, spóźniam się na autobusy. Kto wie, może i umieram w wypadkach samolotowych!
- To wszystko? Jeśli tak, to bierz się w garść i zejdź z walizką na dół. Przyjechałem samochodem, więc powinniśmy zdążyć. - Trudno stwierdzić, czy Aleksander był zdenerwowany, czy zwyczajnie zmęczony głupotami wychodzącymi z ust Vlada.
A Vlad doskonale wiedział, że tak będzie. Ludzie z góry patrzyli na wszelakie przesądy, astrologię, paranormalne zjawiska, całkowicie wykluczając możliwość scenariusza, w którym okazują się one choć częściowo prawdziwe. Może i trochę łudził się, że Aleksander zareaguje pozytywniej niż reszta ludzi, ale już po chwili uznał, że oschłość to najlepsza reakcja, jaką mógł mu zaoferować. Muszę pamiętać, żeby nie oceniać jego zachowań przez pryzmat tego, jak je sobie wyobraziłem we własnych fantazjach, pomyślał, studząc rozczarowanie cisnące mu się na usta.
- Mógłbyś wziąć mnie na poważnie? Nie wymyśliłem sobie tego. Naprawdę miewam takie dni.
- Jesteś gapa i tyle.
Vlad skrzyżował ręce na piersi.
- Nie jestem. To po prostu jakaś klątwa - podzielił się swoim przypuszczeniem. - Och, no nie patrz tak na mnie, zaraz brwi ci się schowają w linii włosów.
- Jesteś szalony. Klątwa? Naprawdę? Po prostu powiedz mi wprost, że nie chcesz ze mną lecieć.
Mimo że Vlad słyszał te słowa już setki razy, to z ust Aleksandra zabolały jak nigdy wcześniej. Dużo osób, począwszy od członków rodziny, a skończywszy na Elizavecie nazywało go szalonym. Może i to prawda, ale Vlad nie potrzebował głębszego dołu niż ten, w którym nadal tkwił.
- Chcę, ale... - Nie potrafił się wysłowić, dlatego rzucił mu błagalne spojrzenie.
Aleksander stanął w progu, zlustrował całą jego postawę i westchnął. Vlad zastanawiał się, co wyczytał z mowy jego ciała.
- Okej, przepraszam. Trochę mnie poniosło, bo...bo naprawdę chcę tam z tobą jechać. - Aleksander odwrócił wzrok, speszony. Zaraz jednak przeniósł go z powrotem na Vlada, nie chcąc okazywać słabości.
- Popatrz no kto stał się gotowy, by mówić o swoich uczuciach - mruknął figlarnie.
- Już więcej nie będę, bo tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. Nie jesteś szalony, to ja nie znam twojego punktu widzenia. Więc chodź i opowiedz mi całą historię.
Vlad przesunął się, by zrobić Aleksandrowi więcej miejsca na kanapie.
- Tak serio, to nawet lubię, jak ludzie nazywają mnie szalonym. Tylko w twoim tonie nie brzmiało to ładnie - wytknął mu, oparłszy policzek o kolano.
- Zawsze mogę go zmienić.
- Możesz mi śpiewać „jesteś szalona", to popularna piosenka w kraju Feliksa.
- Myślałem, że nie lubicie się z Feliksem.
Vlad wzruszył ramionami. Feliks był specyficzny, a relacje z nim jeszcze bardziej.
- Dobra, nieważne. Przejdź do rzeczy, bo lada chwila serio spóźnimy się na samolot - pogonił go Aleksander.
Nie ma mowy, nie wsiądę do żadnego samolotu. A ty tym bardziej, pomyślał, zerkając na zegarek. Wciąż mieli potąd czasu, nawet w tak ruchliwy okres jak Boże Narodzenie. Ten jeden jedyny raz przezorność Aleksandra, który upierał się, by wyjechali na lotnisko o kilka godzin wcześniej niż wystarczyło, okazała się właściwą decyzją.
- Nie wiem, czy wiesz, ale swego czasu siedziałem dość głęboko w okultyzmie. Duchy i te sprawy.
- Czy to nie jest czasem niebezpieczne?
- Zaraz do tego dojdziemy. No więc bawiłem się różnymi tabliczkami... I generalnie nic się nie działo, tylko moja podświadomość często szalała. Bałem się spać, chodzić po ciemku, zostawać sam w domu.
Na samo wspomnienie o krokach niewiadomego pochodzenia, które musiał ignorować, leżąc po nos przykryty kołdrą, poczuł na skórze gęsią skórkę. Nie wspominając już o paraliżach sennych, gdzie nawiedzały go przeróżne senne mary, siadały mu na klatce piersiowej i utrudniały żność poruszenia chociażby małym palcem - przerażenie, jakie czuje się w takich sytuacjach, jest nie do opisania.
- Ale tak jak mówią, ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła. - Wzruszył ramionami. - Dlatego nie przestałem, tylko czekałem, aż w końcu coś się stanie. No i stało się. Raz, jak już prawie przysypiałem, nagle coś mnie tknęło, żebym otworzył oczy. Na fotelu, tuż przy oknie, siedziała jakaś postać. Najpierw pomyślałem, że to Gheorghe, mój współlokator, ale on nie nosi sukienek. - Parsknął cicho śmiechem. Gdy tak opowiadał tę historię, miał wrażenie, że każde kolejne zdanie brzmi coraz bardziej infantylnie.
- A więc to była kobieta? - zapytał Aleksander, dziwnie przejęty opowieścią. - Może twoja babcia?
Pokręcił głową.
- Zdecydowanie za młoda. Pamiętam tego ducha jak przez mgłę, ale nie dałbym jej więcej niż pięćdziesiąt lat. No i miała ciemne włosy, a bunică siwe. Odkąd tylko pamiętam.
- Może prababcia? Albo praprababcia?
Vlad pokręcił głową. Gdy przymknął powieki i próbował przywołać obrazy tamtej nocy, w miejscu twarzy widział jasną plamę - oprócz oczu, które przypatrywały mu się bez złośliwych intencji.
- Potem powiedziała coś po rusku i rozmyła się w powietrzu.
- Po rusku? - Ten mały detal przykuł uwagę Aleksandra. - Pamiętasz co dokładnie?
- Nie. Rosyjski i rumuński to kompletnie dwie różne bajki. A co?
- Znam ruski, więc mógłbym pomóc w tłumaczeniu.
- Nie mów, że jesteś z tych lat, kiedy uczyli go w szkołach zamiast angielskiego.
Aleksander tylko wywrócił oczami. Widocznie zaczął powoli przyzwyczajać się do przytyków pod adresem jego wieku.
- Moja mama była z Rosji. Wychowywała mnie w dwóch językach.
- Zazdroszczę. Też chciałbym na start umieć dwa języki.
Zalęgła między nimi krótka cisza, przerwana jedynie bębnieniem deszczu o szybę. W głowie Vlada narodziła się szalona myśl.
- Może ten duch to była twoja mama? - zapytał ostrożnie. Nie mógł przewidzieć reakcji Aleksandra. Nie wiedział, czy to czasem nie wrażliwy temat.
- Czemu miałaby przychodzić do ciebie? Bez sensu.
- Może dlatego, że jestem twoim kolegą?
- Kiedy ta cała sytuacja miała miejsce? Jeszcze pół roku temu nie miałem pojęcia, jak się nazywasz.
- No...trochę ponad rok temu. Ale już wtedy dużo o tobie myślałem.
- Vlad, do diaska, takich rzeczy się nie mówi na głos! - Aleksander chyba chciał warknąć, ale wyszło z tego nieśmiałe chrapnięcie poprzedzone kilkunastoma sekundami milczenia. - Dobra, dokończ tę swoją historię.
- O, racja. No więc po tej niespodziewanej nocnej wizycie miałem chyba najbardziej pechowy dzień swojego życia. Dostałem wymówienie z mieszkania, bo dzierżawcy coś odbiło, spadłem ze schodów, na pogotowiu powiedzieli mi, że moje ubezpieczenie jeszcze nie weszło w życie... Takie tam pierdoły. I potem każdego miesiąca to się powtarzało. Niekiedy bywało ciężko - westchnął. Na wspomnienie niektórych rzeczy omal nie dostawał gęsiej skórki.
- Okej, ale czy kiedykolwiek twoje życie było jakoś poważnie zagrożone? Tak że otarłeś się o śmierć?
- Aż tak źle to nie było. Oprócz tego spadnięcia ze schodów. No i raz prawie wpadłem pod auto, ale to akurat z mojej winy, bo źle popatrzyłem.
- W takim razie nie musisz się obawiać, bo zginąć i tak nie zginiesz. Chodź, pomogę ci się spakować.
Bezceremonialnie wstał z kanapy i przetrzepał walizkę Vlada od góry do dołu, aby oszacować, czego mu jeszcze brakuje. W minutę poskładał wszystkie ubrania w idealne kostki, dzięki czemu w kufrze zrobiło się dwa razy więcej miejsca. Na samo dno wepchał buty, oczywiście po uprzednim sprawdzeniu, czy są czyste. W bocznej siatce jakimś cudem zmieścił wypchaną po brzegi przezroczystą kosmetyczkę.
Vlad siedział na kanapie i starał się zrozumieć, co się właśnie działo. Tak płynne i staranne pakowanie było dla niego czarną magią. Widocznie oglądanie „Perfekcyjnej pani domu" wyszło Aleksandrowi na dobre. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że zamiast się zachwycać powinien protestować.
- Hej, ale ja się nie zgodziłem! Nie ma mowy, nie wsiądę do samolotu. Prędzej rzignę.
- Nic ci się nie stanie. Ufasz mi?
Widząc te śliczne ciemne oczy patrzące na niego z dołu i znając, oczywistą zresztą, odpowiedź, Vlad tylko westchnął.
Matthias nie miał okazji, by porozmawiać z Lukasem o tej dziwnej wizycie Iwana aż do czwartkowego popołudnia. Wychodząc z drugim śniadaniem do stołówki, podjął szybką decyzję i usadowił się po drugiej stronie biurka, naprzeciwko Lukasa, który znieruchomiał z palcami nad klawiaturą.
- Ten cały Bragiński serio jest straszny - oznajmił ni z gruchy, ni z pietruchy.
- Robi wrażenie.
- Pytał mnie o zarobki, ale nic mu nie powiedziałem. - Uznał, że może pochwalić się trochę swoim krytycznym myśleniem pod presją.
- Tylko o zarobki?
- I czy jesteś dobrym szefem.
- Nie chcę wiedzieć, co odpowiedziałeś.
- Że nie mam na co narzekać. - Widząc nieprzekonany wyraz twarzy Lukasa, nieco się oburzył. - No co? To prawda!
Lukas uśmiechnął się lekko, co w praktyce oznaczało, że poczuł się połechtany po ego, a Matthias wygrał sprzeczkę. Odpakował kanapkę, kątem oka obserwując Lukasa. Ten spiął się nieznacznie, ale kontynuował pracę na komputerze.
- Nic nie jesz? - zapytał Matthias z troską.
- Zjem potem na mieście z Emilem.
- Jak chcesz, to mogę się podzielić kanapkami. Z masłem orzechowym. - Podstawił mu jedną pod twarz.
- Jestem uczulony. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Ale dzięki za ofertę.
Podczas gdy on sam nie wyobrażał sobie przychodzić do pracy bez drugiego śniadania, Matthias wiedział, że istnieli ludzie, którym zwyczajnie było ono zbędne. Potrafili świetnie funkcjonować bez dodatkowego posiłku, opierając się tylko na porządnym śniadaniu. Wierzył, że Lukas także należał do tej grupy, a nie na przykład głodził się z powodu jakiegoś widzimisię.
Gdy tak jadł, znów złapał się na tym, że zawiesza wzrok na twarzy Lukasa. Kiedyś czuł z tego powodu dziwne wyrzuty sumienia, ale teraz uznał to za niewinny grzech. Kto by się mu dziwił? Rysy twarzy Lukasa naprawdę wyróżniały się na tle innych mężczyzn, którymi Matthias był w przeszłości zauroczony. Wydatne policzki, lecz delikatnie zakończony podbródek. Linia szczęki, którą mógłby ciąć, ale szerokie oczy otoczone gęstymi rzęsami. Mleczna skóra oraz kremowe usta, ekspresywne jak żadne inne. To im zazwyczaj poświęcał najwięcej czasu, szczególnie wieczorami, gdy pozwalał sobie na wymyślanie infantylnych scenariuszy. Naprawdę jestem w dupie, pomyślał, a właściwie zacytował Gilberta, który non stop mu to powtarzał.
- Czemu Iwan jest taki krytyczny względem swoich sióstr? - zapytał, analizując tamtą rozmowę.
- Co dokładnie masz na myśli?
- Nie popiera ich związków. To trochę okropne z jego strony.
- Cóż... Iwan myśli bardzo patriotycznie. Też tego nie popieram. - Wzruszył ramionami. - Ale potrzeba by cudu, żeby zmienić jego poglądy.
- Na miejscu Natalii bym się na niego wypiął.
- To nie takie łatwe, gdy chodzi o rodzinę - mruknął Lukas, przyglądając się zdjęciu po swojej prawej. Matthias wiedział, co przedstawiało.
Chciał jeszcze zapytać o przebieg rozmowy między Iwanem i Lukasem, ale przeszkodziły mu w tym wibracje własnego telefonu. Poprzedniego dnia jego mama ekscytowała się zdjęciem nowiuteńkiej platynowej tabliczki, winszując mu tak prędkiego sukcesu ("Mamo, to nie moja wina, że Natalia niedługo idzie na urlop"), a dzisiaj powitała go takim smsem:
Mama
Skarbie co ty na to żeby zaprosić Lukasa na kolację wigilijną?
Najchętniej przytuliłby swoją mamę za jej wspaniałomyślność.
- Opowiedz mi więcej o swojej mamie - poprosił Vlad, kiedy już jechali samochodem na lotnisko. Nie wiedział o niej zbyt wiele. - Jak miała na imię?
- Lyubov.
- Ooo, czy to nie znaczy czasem „miłość" po rusku?
Pokiwał głową.
- Znaczenie imienia prawie nigdy nie obrazuje natury człowieka, ale w jej przypadku wszystko się zgadzało.
- Byliście blisko?
- Bardzo. Poświęciła się mojemu wychowaniu jak mało która matka. Miała dar do zajmowania się dziećmi. Niestety, zdążyła urodzić tylko mnie nim wycięli jej oba jajniki.
- Och. - Skrzywił się Vlad. - Nowotwór?
Aleksander przytaknął, nie odrywając wzroku od drogi.
- Potrafiła wrócić z chemioterapii, zwymiotować w łazience i ugotować obiad z uśmiechem na ustach. Pierwszą walkę wygrała, ale kolejny nawrót raka wyżarł połowę jej narządów. Nie wiem, czy chcesz o tym słuchać. To dość depresyjne wspomnienia.
- Mów. Sam poprosiłem, żebyś mi opowiedział.
- Po maturze poszedłem na studia, napisałem licencjat. Potem miałem ze dwa lata przerwy z powodu problemów psychicznych. Trochę się wtedy stoczyłem, więc mama namówiła mnie, żebym poszedł na magisterkę do Anglii. Zgodziłem się. Hmm... Co dalej? W międzyczasie mama się rozchorowała, ale postanowiła mi o tym nie mówić, bo wiedziała, że rzucę studia i wrócę do Bułgarii.
- Niech zgadnę, jak tylko się dowiedziałeś, to rzuciłeś studia i wróciłeś do Bułgarii?
Aleksander uśmiechnął się kącikiem ust.
- Nikt nie zna swojego dziecka tak dobrze jak matka.
Oj, tutaj mógłbym się nie zgodzić, pomyślał od razu Vlad, trzymał jednak język za zębami. To nie był ani odpowiedni moment, ani czas, aby wylewać z siebie hektolitry żali.
- Nie żałuję, że je wtedy rzuciłem. Z mamą było naprawdę źle, ale cieszyła się, że wróciłem. Dowiedziałem się od jej koleżanek. - Przerwał na chwilę, by wykonać gwałtowny zwrot w lewo. - Zadzwoniła do nich o północy i powiedziała: „Aleksander jutro przyjeżdża, więc czekałam, aż upiecze się jego ulubione ciasto, a jutro wstanę z samego rana, żeby posprzątać mieszkanie". To było jakoś trzy tygodnie przed jej śmiercią. Nie byłem gotowy. Mama nie miała ubezpieczenia, a ja pieniędzy. Rodzice Lukasa wsparli mnie finansowo.
- Tak w ogóle, to skąd ich znasz?
- Mieliśmy na uniwersytecie dodatkowy moduł ekonomiczny i oni go prowadzili. Kilka razy do nich zagadałem.
Vladowi trudno było sobie wyobrazić taki scenariusz. Aleksander zagadujący do obcych ludzi (ba, nawet znajomych) kłócił mu się z obecną wersją.
- Wtedy jeszcze nie miałeś syndromu aliena?
- Tak, czasem sam zapominam, że byłem w stanie prowadzić rozmowy trwające dłużej niż pięć minut - powiedział z nutą ironii.
- Popracujemy nad tym. Czemu właściwie przestałeś być, no wiesz, rozmowny?
- Trudno stwierdzić. Po śmierci mamy trochę mi się pochrzaniło w głowie. W sensie, potrafiłem rozmawiać tylko o tym, jak się czuję, co w pewnym momencie zaczęło przerastać moich znajomych. I jakoś po kolei wszyscy zniknęli z mojego życia. Chyba do dzisiaj zostało mi trochę strachu przed podobnymi sytuacjami i nie chcę zanudzać ludzi jakimiś pierdołami. - Machnął ręką.
- Teraz też masz wrażenie, że mnie zanudzasz?
- Żebyś wiedział.
Aleksander zaparkował w zarezerwowanym przez Vlada miejscu. Wygramolili się z samochodu. Na wspomnienie tego, co niedługo ich czeka, Vlad zobaczył przed oczami wszystkie zdjęcia wypadków samolotowych ze strony planecrash info. Gratulacje, mózgu, no naprawdę się popisałeś, przewrócił oczami. Najlepszym sposobem na rozluźnienie atmosfery była angażująca rozmowa.
- Nie zanudzasz mnie - powiedział nagle, a Aleksander zmarszczył brwi. Pewnie wydawało mu się, że wątek został wyczerpany. - To była naprawdę ciekawa historia. Szkoda, że nie zdążyłem poznać twojej mamy.
- Naprawdę chciałbyś?
- No jasne. Brzmi jak złota kobieta. No i fajnie by było powiedzieć do niej „mamo". - Rzucił mu sugestywne spojrzenie spod przymrużonych powiek.
Niepewny wyraz twarzy Aleksandra w ułamek sekundy zmienił się w przepiękny uśmiech.
- Zawsze miała w sercu miejsce dla szalonych ludzi, więc myślę, że by cię polubiła.
- Nie tylko polubiła. Pokochała. Czyż nie jestem wspaniały?
- Co to, jakiś Dzień Dobroci dla Vlada?
- Oj, nie mógłbyś choć raz powiedzieć o mnie dobrego słowa? Jestem twoim jedynym przyjacielem.
- Jesteś w porządku.
- Hm. Nad tym też musimy popracować.
Lotnisko o tej porze roku rzeczywiście było oblegane; ludzie kręcili się w te i we wte, szurając walizkami albo męcząc się pod ciężarem podróżnych toreb. Wszystkim zależało, aby na święta wrócić do domu i spędzić je z rodzinami. Plany Vlada i Aleksandra różniły się pod tym względem; lecieli do Cluj-Napoca, aby odpocząć, zwiedzać i spacerować. Vlad lubił Wigilię i rozumiał jej wartość zarówno w życiu rodzinnym, jak i kościelnym, ale póki co nie dogadywał się ani z rodzicami, ani z Bogiem. Czas pokaże, czy kiedyś się to zmieni.
- Pokaż mi swój paszport - powiedział, gdy czekali w kolejce do odprawy.
Aleksander przez chwilę wahał się, ściskając dokument mocniej, zupełnie jakby bał się, że Vlad mu go wyrwie, ale w końcu przekazał go z nonszalancją. Vlad przyjrzał się złotemu napisowi Република България, udając, że go to interesuje, po czym rzucił się na zdjęcie.
- O mój Boże. Wyszedłeś, jakbyś miał depresję.
- Tak właściwie to miałem. Wtedy. Czyli z osiem lat temu?
- Och, rozumiem. - Pokiwał powoli głową. Niezbyt wiedział, jak zachowywać się w przypadku takiego wrażliwego tematu - Już jest lepiej?
- Nieporównywalnie.
- Cieszę się. Zasługujesz, żeby być szczęśliwy.
Aleksander zerknął na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Vlad przez chwilę bał się, że powiedział coś nie na miejscu.
- Mama też tak mówiła. Przez ciebie przypominam sobie, jak bardzo ją kocham.
- To miłe z twojej strony.
- Hm?
- Że nie mówisz tego w czasie przeszłym.
- Nie chcę kłamać. - Aleksander znów uśmiechnął się do niego i Vlad poczuł motyle w brzuchu.
Uśmiechnął się. Naprawdę żałował, że los nie pozwolił im się poznać. Każde wspomnienie o tej kobiecie tylko utwierdzało go w przekonaniu, że miałby do czynienia z aniołem. Chociaż to na pewno pochopna ocena. Każdy człowiek ma drugą twarz.
Wrócił do analizy dokumentu.
- Aleksander Marinov Balakov? Dziwnie to brzmi.
- Marinov jest od imienia ojca.
- Nie powinno być Aleksander Marinovich?
- To w Rosji. W Bułgarii najczęściej dodaje się przyrostek -ov.
- Cóż, jak to mówią: codziennie dowiadujesz się czegoś nowego. - Wzruszył ramionami i oddał mu paszport. - Słowiańskie języki są dziwne. Generalnie słowiańska kultura jest dziwna.
- Sam jesteś dziwny. Mówisz tak tylko dlatego, że kojarzysz Słowian z alkoholem i „suka blyat"
- A jest inaczej? W sensie, nie robicie sobie zdjęć z wódką, w dresie z Adidasa i słowiańskim przykucu?
- Oj, Vlad, Vlad... - westchnął Aleksander zrezygnowany. - Sam mam takie zdjęcie. To część dorastania we wschodniej Europie.
Vlad spojrzał na niego, jakby miał przed oczami samego Edwarda Cullena.
- Muszę. Je. Zobaczyć - wycedził z desperacją i uwiesił się na płaszczu Aleksandra. - Proszę. Zrobię wszystko, tylko pokaż mi to zdjęcie.
Aleksander wyglądał na rozkojarzonego tym nagłym przejawem entuzjazmu, ale Vlad nie zamierzał spocząć na samym tworze swojej wyobraźni.Musiał zobaczyć to zdjęcie, choćby kosztowało go to życie. Równie dobrze możesz je stracić podczas tego lotu, przypomniał mu niesforny mózg, przez co Vlad jeszcze mocniej przywarł do drugiego mężczyzny. Kilka osób posłało im zdegustowane spojrzenia, a co poniektórzy całkiem odwrócili wzrok.
- Robisz scenę - mruknął Aleksander. - Pokażę ci, jak przejdziemy odprawę.
Żadna wcześniejsza kolejka nie ciągnęła się Vladowi tak bardzo, jak ta, w której stał teraz. Na szczęście Aleksander dotrzymał słowa i pokazał mu elektroniczną wersję starego zdjęcia zrobionego jeszcze aparatem z kliszą. Vlad prawie zawył. Rzeczywiście, zdjęcie przedstawiało znacznie młodszego Aleksandra z papierosem w ustach i butelką wódki chowającej się za kolanem. Nie zabrakło także tradycyjnych trzech białych pasków. Jedynie brak kaszkietu i rozczochrane włosy do ramion psuły iluzję.
-O kurczę, ale byłeś przystojny. To znaczy, teraz też jesteś, masz w sobie coś ze starzejącego się wina, ale wtedy... - Powachlował się otwartą dłonią. - Musisz mi przesłać to zdjęcie.
- Wolałbym nie - mruknął nieśmiało, chowając pod włosami czerwone uszy.
W końcu jednak dał się namówić, a Vlad uczynił ze zdobyczy swoją nową tapetę. Nikt nie raczył mu wspomnieć, że to trochę too much.
Czemu ja się dałem na to namówić?, pomyślał, siedząc na swoim miejscu i obgryzając paznokcie ze stresu. Ludzie wokół niego śmiali się i rozmawiali o pierdołach, podczas gdy on zastanawiał się, jak mogą nie odczuwać strachu, skoro znajdują się na pokładzie razem z nim.
W nagłym przypływie trwogi splótł ręce i odmówił modlitwę. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Nie wiedziałem, że jesteś pobożny - powiedział Aleksander, przyglądając mu się z boku.
- Pobożny, ale nie praktykujący.
Zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie może podchodziło już trochę pod paranoję, ale nie potrafił zatrzymać obrazów rozgrywających się przed jego oczami; wybuchające silniki, otwarte drzwi ewakuacyjne, szaleństwo pilota-samobójcy, a nawet taka głupota jak porwanie przez kosmitów.
Jego natłok myśli uspokoił się dopiero wtedy, gdy samolot zaczął ruszać; o dziwo, nie poczuł, kiedy oderwali się od ziemi. Machiną trzęsło mocniej, im wyżej się wzbijali, ale na pewnej wysokości powietrze wokół nich uspokoiło się.
- Nie było aż tak strasznie - mruknął do Aleksandra, który spojrzał na niego wymownie.
- Oczywiście, że nie. Teraz idź spać, bo nie chcę słyszeć paniki za każdym razem, jak poczujesz turbulencję.
- Bla, bla, bla - przedrzeźniał go, formując z dłoni kłapiące usta.
Odchylił głowę do tyłu, opierając ją wygodnie o zagłówek. Wytrzymał w takiej pozycji ledwo pół godziny; emocje w jego wnętrzu wciąż jeszcze wrzały, a żeby zasnąć w takich warunkach potrzebowałby chyba podwójnej dawki hydroksyzyny.
Tknięty nagłym pomysłem, połączył się z WiFi (dzięki ci, linio lotnicza!) i wprawił Google w ruch. Z triumfem przekrzywił tułów w stronę Aleksandra i oznajmił uroczyście:
- Sprawdziłem, co znaczą nasze imiona. Sława i obrońca.
- Moje zawsze sprowadza się do Aleksandra Wielkiego.
- Skoro tak, to szkoda, że ja się nie nazywam Hefajstion.
Aleksander posłał mu pełne politowania spojrzenie.
- Wiem, do czego zmierzasz. Przestań.
- Wiesz, kim był Hefajstion?
- Oczywiście. Bardzo lubię historię, zwłaszcza antyczną.
- Właściwie to wyglądasz jak pasjonat historii - stwierdził nagle. - Brakuje ci tylko okularów.
- Noszę soczewki.
- Studiowałeś historię? - zapytał, bo zdał sobie sprawę, że nie wie, co Aleksander robił na uniwersytecie.
- Architekturę.
- Fiu fiu. Więc co robisz w korpo?
- Pracuję. Ale dobrze, że mi przypomniałeś.
- Hm?
- W Cluj-Napoca znajdują się dwie budowle, które chciałbym zobaczyć z bliska.
- Czyżby pomnik Corvina? Albo pałac Bánffy? - mruknął. Był w tych miejscach już dziesiątki razy i nie napawały go one ani krztą podziwu.
- Brzmią ciekawe, ale nie. Musimy znaleźć dwie budowle Vasilea Mitrei, zintegrowane krużganki oraz budynek usług komunalnych, Palatul Telefoaneor.
-N igdy wcześniej nie słyszałem ani o tym kolesiu, ani o tych miejscach.
- Socjalistyczny modernizm nie jest zbyt popularny. Czy tam brutalizm. Albo socrealizm? Nie umiałem znaleźć definitywnej klasyfikacji.
- Co z ciebie za architekt? - parsknął żartobliwie.
Aleksander posłał mu karcące spojrzenie.
- To było dziesięć lat temu. I nie pracuję w zawodzie.
- Wiem, wiem, spokojnie... Czym te nurty się w ogóle charakteryzują?
- Jak zobaczysz, to zrozumiesz.
Co za odpowiedź, pomyślał naburmuszony, a jednocześnie zdziwiony, że ktoś tak pozornie nieinteresujący jak Aleksander był w stanie zaskoczyć go wiedzą o jego własnym mieście. To nie tak, że Vlad uważał go za nudnego, wręcz przeciwnie, po prostu Bułgar rzadko dzielił się swoimi przemyśleniami czy hobby. Dlatego chłonął jak gąbka każde słowo nawiązujące do prywatności Aleksandra.
Odważył się zerknąć za okno i od razu ucieszył się, że koło niego nie siedzi. W przeciwieństwie do jego towarzysza.
Vlada nigdy nie zachwycały krajobrazy, ale gdy Aleksander, oczarowany, siedział przyklejony do szyby i obserwował niknące w oddali miasto, zapragnął jakoś uwiecznić ten widok. Póki co mógł go tylko odcisnąć w pamięci.
Pierwsza godzina lotu minęła bez żadnych fajerwerków ani przykrych niespodzianek. Vlad nawet oswoił się z widokiem chmur, które towarzyszyły mu za każdym razem, gdy nerwowo zerkał za okno. Może to nieco infantylne, ale wyobrażał sobie, jak kładzie się na jednej, w ciepłym, miękkim puchu i dryfuje, machając przelatującym obok samolotom i zaintrygowanym ludziom. Wolał nie dzielić się tą wizją z Aleksandrem, bo nawet dla niego świadomość, że myśli o takich głupotach, wydawała się żenująca.
W połowie drogi postanowił posłuchać trochę muzyki, więc wyjął swój stary odtwarzacz mp3. Nie wiedział, czy jego psychika wytrzyma zderzenie z hitami, które zgrał na urządzenie kilka lat wcześniej. Włożył Aleksandrowi do ucha jedną słuchawkę, na co ten otworzył oczy i zamruczał, podczas gdy Vlad przeskakiwał z utworu na utwór, szukając czegoś dziwnego. O-Zone, Voltaj, Celia, Akcent. Aż w końcu...
Aleksander spojrzał na niego dziwnie.
- Nie - powiedział.
- Tak.
- Nie. Żadnego Sandu Ciorby.
- Ale „Pe cimpoi" to klasyk!
- Klasyk to jest „Numa numa".
- "Numa numa" jest z Mołdawii. A ty musisz poznać rumuńską kulturę.
- Zaraz poznasz moją pięść.
- Masz na myśli to chuchro? - Stuknął go palcami w ramię. - Jesteś anemikiem, nie masz nawet siły, żeby zrobić zamach.
Został zgromiony spojrzeniem, ale przynajmniej nie dostał wciry. W zamian za to Aleksander zaczął grzebać w torbie, skąd wyjął plastikową butelkę z ciemnym napojem. Vlad natychmiast powiązał wszystkie fakty.
- Jesteś wampirem - oznajmił z iskrą w oku.
- To sok z buraków, cieciu. - Dostał w odpowiedzi. Odkręcił butelkę i wziął kilka dużych łyków, przyglądając się Vladowi ze zmarszczonymi brwiami. Za to Vlad nie mógł oderwać wzroku od jego smukłej, bladej szyi, która miarowo poruszała się w rytm przełykania. Wiedział, że w obecnych czasach to wstyd, ale zastanawiał się, na jaki odcień czerwieni zabarwiłaby się ta cienka skóra, gdyby ugryzł Aleksandra tuż nad obojczykiem. Nie miał pojęcia, czy takie zachcianki to skutek czy przyczyna jego zainteresowania wampiryzmem.
Przełknął ślinę, gdyż z niewiadomego powodu zaschło mu w gardle.
- Wampiry są super - zaczął paplać. - Obejrzałem ostatnio chyba najlepszy film z tej kategorii, „Co robimy w ukryciu". Tak w skrócie, jest to pseudo dokument o życiu... - Zatrzymał się na moment, by policzyć na palcach ilość bohaterów. - O życiu czterech wampirów.
- Brzmi lepiej niż cały ten chłam, który wciska nam współczesne kino.
- Totalnie! A co najważniejsze. - Złożył uroczyście dłonie jak do modlitwy. - Gra tam Taika Waititi. Mój największy crush.
- Coś mi to nazwisko mówi. - Zastanowił się Aleksander. - To ten z Nowej Zelandii? Możliwe, że coś od niego oglądałem.
- Tak. Najgorętszy facet po tamtej stronie globu.
- Muszę go wygooglować.
- Wiesz, jakbyś nie zrozumiał...po tej stronie globu jesteś ty. - Puścił mu oczko, świadom, że raczej nie wyglądało to zachęcająco, wręcz śmiesznie.
Aleksander, zamiast zaniemówić i się zarumienić, tak jak było przewidziane, spojrzał na niego z determinacją i odpowiedział:
- Chyba powinieneś powiedzieć „Po tej stronie globu jestem ja".
Zadziorny uśmiech nie pomógł Vladowi w zachowaniu jednolitego koloru na twarzy. Ani w zatrzymaniu potoku myśli o nazwie „CO SIĘ WŁAŚNIE STAŁO".
Nie mógł na długo poświęcić się filozoficznym pytaniom, gdyż coś go zaatakowało. Tym czymś nie był ani Aleksander, ani żaden inny pasażer. To coś nie miało nawet postaci. Siła bezwładności poderwała go do góry tak mocno, że na sekundę stracił siedzenie spod pośladków; pas bezpieczeństwa wpił mu się się w ramię i nacisnął na pęcherz.
Taki gwałtowny początek został poprzedzony przez silne drgania, które rzucały samolotem na boki. Jakiś mężczyzna w rzędzie przed nim w panice próbował zapiąć pas, ponieważ ciskało nim w te i we wte jak workiem siana. Z głośnika popłynął komunikat, ale zagłuszyła go wrzawa stworzona przez jakąś panią na tyle.
- Ech, turbulencje - mruknął Aleksander, niewzruszony. Zaciskał dłonie na podłokietnikach swojego fotela i ogarniał wzrokiem towarzystwo.
Vlad chciał mu coś powiedzieć, ale na chwilę zaniemówił. Coraz więcej ludzi się niepokoiło, ponieważ uderzające w nich masy powietrza nie zdawały się słabnąć w sile. Nawet stewardessy, największe weteranki, patrzyły z przerażeniem na sytuację rozwijającą się przed ich oczami.
Gdy samolot po raz kolejny opadł o piętnaście metrów, nawet Aleksander wyglądał, jakby patrzył śmierci w oczy.
Vlad nigdy nie odczuwał specjalnej trwogi na myśli o śmierci, podczas gdy u wielu jego znajomych wywoływała ona niepokój. Może gdyby z nią nie igrał, to teraz nie znaleźliby się w takiej niebezpiecznej sytuacji? Żałował w życiu wielu rzeczy i nie potrzebował jeszcze jednej.
- Mówiłem ci, że tak to się skończy - syknął w jego stronę. Nawet nie był w stanie zdobyć się na przekąs w swoim tonie, gdyż olbrzymia gula w gardle uniemożliwiała mu ukazanie innej emocji niż strach. - Umrzemy i to twoja wina. Albo moja. Już nieważne czyja! Pocałuj mnie.
Skoro i tak zaraz zaczną spadać i stracą przytomność, Vlad uznał, że może zachować się jak egoista. Jeśli po wszystkim okaże się, że popełnił wielki grzech, to miał nadzieję, że zostanie mu to przebaczone.
- Słucham!? Vlad, nie wygłupiaj się - powiedział Aleksander, jednakże bez przekonania. Napiął każdy mięsień, aby nie poddać się turbulencjom. Uchylił usta i Vlad pomyślał, że może także tego chce. Pochylił się nieco, patrząc nań błagalnie, ale zamiast zamglonego spojrzenia spotkał zamknięte powieki, delikatną odmowę.
- Ty uparty ośle - powiedział tylko i sam zacisnął oczy. Chciał wierzyć w zapewnienia Aleksandra, że dolecą bezpiecznie, naprawdę chciał. Wczepił się w jego gruby rękaw i oparł czoło na jego ramieniu, przygotowując się na ciemność.
Dwadzieścia minut później Lukas Bondevik, siedzący w biurze po godzinie szesnastej, otrzymał niespodziewanego SMSa.
Aleksander
przed chwilą wylądowaliśmy
Vlad mówi że po urlopie nie wraca do pracy
tylko zostaje w Rumunii
nasz lot był nieco...traumatyczny
Lukas nie zdziwił się. Wiedział, z czym wiązały się podróże o tej porze roku. Zerknął za okno - śnieg z deszczem. Skrzywił się na myśl o brudnej ciapie, która będzie towarzyszyć im przez całe święta. A szkoda, bo w tym roku naprawdę liczył na siarczystą, śnieżystą zimę. Nie doświadczył takiej, odkąd permanentnie opuścił Oslo, by zasiąść na największym fotelu hierarchii Bondevik Company.
Zerknął na Matthiasa, który z największą dokładnością próbował owinąć wokół swojej szyi szalik. Gdy napotkał wzrok Lukasa, uśmiechnął się głupkowato.
Tego dnia Matthias zdawał się ociągać ze swoją pracą. Jego palce nie stukały w klawiaturę z taką częstotliwością jak zawsze. Zamiast opuścić swój boks i ubrać płaszcz, podczas gdy komputer się wyłączał, on siedział przygarbiony i wpatrywał się z dziwnym uśmieszkiem w zgaszony monitor. Nawet zadał sobie trud, aby ułożyć alfabetycznie wszystkie teczki, z którymi dzisiaj pracował, czego zazwyczaj nie robił.
Lukas nie rozumiał, dlaczego Matthias tak opóźnia swoje wyjście z biura, zwłaszcza że reszta jego paczki zwinęła się z pracy przedwcześnie. Powinien zabrać się z nimi i jechać do rodziców, żeby pomóc z przygotowaniami.
Póki wciąż ich ma, pomyślał, zaraz jednak skarcił się za takie brzydkie myśli. Zazdrość nie wyglądała dobrze na jego twarzy. Jednak nawet on czasem zadawał sobie pytanie „dlaczego ja?".
Ponieważ sieroce życie było ciężkie.
A Lukas Bondevik nie był nadczłowiekiem.
- Naprawdę będziecie w sobotę? - zapytał nagle Matthias, zapięty po samą szyję.
- A co ci powiedziałem godzinę temu?
- No...że będziecie. - Jego szeroki uśmiech dosięgnął niebieskich oczu, które błyszczały szczęściem niczym świąteczne lampki. - Super, że się zgodziłeś. Mama będzie zachwycona, bo zawsze narzeka, że trzyosobowa kolacja wigilijna to nie kolacja.
- Emil też się ucieszy. Polubił cię.
Matthias spąsowiał. Cóż, Lukas mu się nie dziwił, zdobycie sympatii Emila często graniczyło z cudem.
- Dam ci znać jutro, o której macie być.
- Emil mówił, że znasz jego sekret.
- Uch... - zaniemówił, wytrącony z równowagi. Wyrazy jego twarzy w takich sytuacjach wyglądały przekomicznie, zdążył zauważyć Lukas. - Właściwie to nic takiego, mogę ci powiedzieć. Chodzi o to, że...
- Nie trzeba. - Machnął ręką. - To między tobą i Emilem. Nie moja sprawa. - Uśmiechnął się. Mimo że pewnie chodziło o taką pierdołę jak podkradanie słodyczy (o czym oczywiście wiedział), to wciąż była to część prywatności Emila, a Lukas nie zamierzał być intruzem.
- To nie jest niebezpieczny sekret, żeby nie było!
- Wierzę, wierzę - odparł.
W okresie świątecznym firmy czy instytucje albo narzekały na natłok obowiązków, albo cierpiały na ich brak. Na szczęście firma Lukasa nie produkowała drogich zegarków ani nie zajmowała się przewozem sztucznych choinek, więc ostatni tydzień należał do najlżejszych w całym roku.
Matthias otworzył drzwi, przekroczył próg, po czym stanął jak wryty. Po sekundowym zastanowieniu odwrócił się po raz kolejny i zapytał:
- Może cię podwieźć?
- Dzięki, ale dzisiaj jestem samochodem
- Aha, no tak... Szkoda - wymsknęło mu się, zaraz jednak zreflektował się w ekspresowym tempie. - Znaczy nie szkoda, ale wiesz...w grupie raźniej... Znaczy...ugh. Do jutra.
Lukas nawet nie zdążył odpowiedzieć. Zarejestrował jednak, w którym momencie Matthias zniknął, ponieważ jego szybkie kroki w pustym korytarzu rozbrzmiewały dwa razy głośniej. „Szkoda". Co za reakcja.
Właściwie to dobrze obrazowała to, co sam właśnie czuł, ale prędzej padnie trupem niż powie to na głos.
Gdy został sam, mógł w końcu zastanowić się nad tym, co właśnie chciał zrobić. Czuł się jak największy zdrajca, ale jeśli zdrada miała być jego zbawieniem, to chętnie zboczy ze ścieżki dobrego człowieka.
Wysłał długą wiadomość zaadresowaną do Iwana Bragińskiego i zgasił komputer. Czas pokaże, co z tego wyjdzie.
- Mówiłem ci, że nic się nie stanie - powtórzył Aleksander chyba już trzeci raz odkąd opuścili pokład samolotu.
A właściwie Aleksander opuścił, gdyż Vlad stoczył się ze schodów za nim, ledwo zachowując pozycję stojącą. Bułgar w końcu zlitował się nad nim i pozwolił uwiesić się na ramieniu, czego lada chwila pożałował, gdyż pod nagłym ciężarem omal się nie zatoczył.
Och, proszę cię, pomyślał Vlad, słyszałem przecież jak ci wali serce. Mnie nie oszukasz.
- Ale serio, spróbujmy odsprzedać komuś bilety powrotne. Wrócimy autokarem - poprosił, siadając ciężko na swojej walizce.
- Nie ma mowy, nie będę się męczył przez osiem godzin. Koniec kropka.
- To sobie wracaj samolotem sam!
- Naprawdę? Nie wierzę, że jeszcze tydzień temu to ja panikowałem na myśl o locie.
- Dlatego się dziwię, że nie panikujesz teraz. Po czymś takim!
- Takie turbulencje się zdarzają. A wypadku w Europie nie było od lat.
Vlad zdawał sobie sprawę, że pewnie przesadza, ale emocje nadal mocno się go trzymały. Nie umiał się zdecydować, czy na wspomnienie strachu sprzed godziny chciał zemdleć czy zwymiotować. Podczas gdy on żegnał się ze światem, przeklinając Aleksandra za to, że nie spełnił jego ostatniego życzenia, turbulencje ustąpiły tak nagle, jak się pojawiły. Mimo wszystko Vlad drżał jak osika przez całą resztę lotu, a przy lądowaniu omal nie zemdlał.
- Chodźmy znaleźć taksówkę - pośpieszył go Aleksander.
- Nie ma mowy! Daj mi się nacieszyć ziemią. Muszę jeszcze chwilę posiedzieć, bo inaczej zejdę.
- Gdzie zejdziesz?
- No, z tego świata... - Spojrzał na niego dziwnie. - Lepiej też sobie usiądź.
Aleksander, o dziwo, go posłuchał. Spojrzał na telefon, aby przeczytać odpowiedź Lukasa, zwykłe „bawcie się dobrze". Z nudów obczaił pogodę na kolejny tydzień.
- W poniedziałek ma być pełnia księżyca - wspomniał.
Vlad zerknął na niego z uniesionymi brwiami i ekspresją pozbawioną rozumu.
- No i? Chcesz go ze mną obejrzeć? - zapytał sugestywnie.
- Nie umiem spać przy pełni.
- Aleksander, mówię poważnie. - Dramatyczna pauza. - To twoja ostatnia szansa, żeby przemienić mnie w wampira.
- Od kiedy to jest wampirza cecha?
- Odkąd ja, ekspert do spraw wampirów, tak mówię!
- Po prostu przyznaj się, że jesteś zboczeńcem i lubisz, jak ludzie cię gryzą.
- To nie zboczenie. To preferencja. - Puścił mu oczko.
Aleksander wywrócił oczami, co nie uszło uwadze Vlada. Co za uparty stary dziad, pomyślał, małpując jego zachowanie. Gdy tylko wydawało mu się, że uśmiechy Aleksandra zabarwione są czułością, czar pryskał w kolejnej minucie. A może zwyczajnie miał urojenia.
- Tak właściwie, to gdzie będziemy spać? U twoich rodziców? - zapytał Aleksander. - Dałem ci wszystko załatwić i w końcu nic nie wiem.
Oj, odważne z twojej strony, że tak zakładasz, pomyślał cierpko.
- Coś ty. W normalnym hotelu.
- Przecież to drogie. Myślisz, że śpię na pieniądzach? - Zmarszczył brwi.
- Oj, daj spokój. Pokazywałeś mi swoje oszczędności, więc wiem, że możesz sobie pozwolić na tydzień luksusu.
- Mam nadzieję, że mamy osobne łóżka.
Vlad poruszył sugestywnie brwiami, przez co Aleksander najpierw zgromił go spojrzeniem, a potem westchnął cierpiętniczo.
- Tak właściwie, to czemu nie możemy zostać u twoich rodziców?
- Jak zobaczą mnie z innym facetem, to zamkną nam drzwi przed nosem.
- Ale przecież nie jesteśmy parą.
- Spróbuj im to wytłumaczyć. - Uśmiechnął się gorzko.
Jeśli Aleksander nie miał nigdy do czynienia z fanatykami religijnymi, to dobrze dla niego. Vlad znosił ich przez niecałe dwa lata swojego życia i miał dość oszczerstw na swój temat za coś, na co nie miał wpływu.
- Nie odszedłem od kościoła dlatego, że czułem się ponad innymi wierzącymi. Albo że to inteligentniejszy, bardziej oświecony wybór. Odszedłem dlatego, że ta sama społeczność, która uczyła mnie bezwzględnego szacunku do bliźniego, zaczęła omijać mnie szerokim łukiem i życzyć spłonięcia w piekle.
- A twoi rodzice?
- Na początku upierali się, że to tylko moje widzimisię i mi przejdzie. Kiedy nie przeszło, to zaczęli straszyć mnie AIDS, depresją, bożym gniewem, aż w końcu wieczną męką. A to dlatego, że przyłapali mnie, jak całowałem się z kolegą z klasy. - Wzruszył ramionami. - Nie wiem jak uważasz, ale według mnie są na świecie gorsze rzeczy niż chłopcy, którzy lubią całować innych chłopców.
- Na przykład ludzie o skrajnych poglądach. - Aleksander pokręcił głową z niedowierzaniem. - Nie tylko jeśli chodzi o kwestie religijne.
Vlad poczuł się prawie jak na spowiedzi, tyle że tym razem już nie musiał pokutować. Mało kto wiedział o życiu, jakie wiódł w Rumunii. Jego współlokator poznał tylko strzępki opowieści, Elizavetta może czegoś się domyślała po jego komentarzach bez kontekstu. Antonio miał szerokie pojęcie o pewnych kwestiach, ale o innych nie wiedział w ogóle.
- Masz z nimi jakiś kontakt? - zapytał Aleksander.
- Dzwonimy do siebie kilka razy w roku... Odwiedziłem ich może ze cztery razy w ciągu ostatnich lat. To nie są najprzyjemniejsze rozmowy. - Zaśmiał się od niechcenia. - Gdy wyprowadzałem się na studia, to czułem się jak Jimmy Somerville w teledysku do „Smalltown boy". Kojarzysz?
- Oczywiście. Bronski Beat to legenda. - Uśmiechnął się. - Jeśli chcesz, to któregoś dnia mógłbyś ich odwiedzić. Umiem się sobą zająć.
- Zobaczymy. Nie wiem, czy mam ochotę ich teraz widzieć. W święta robią się dwa razy bardziej nieznośni.
- I straszą cię diabłem?
- Pff, nie tylko nim - mruknął. - Ale poza tym prawie zawsze się kłócimy, bo inaczej postrzegamy religię. Ja nie uważam, że to Bóg mnie nienawidzi, tylko skrajni chrześcijanie. To nie oni decydują o mojej wierze. Ona nie należy do nich. Ech, to takie głupie. Lepiej chodźmy po tę taksówkę.
Wstał i z pewnymi trudnościami podniósł swoją walizkę. Aleksander podążył za jego przykładem, jednak nie tak energicznie jak wcześniej.
- Jeśli będziesz chciał kiedyś o tym porozmawiać, to śmiało - powiedział, po czym rozejrzał się za wyjściem.
- Dzięki. To dużo znaczy.
- Nie wiem, jak to jest z religią w Bułgarii, ale generalnie oba nasze kraje są strasznie zacofane.
- Tak. To drugorzędny powód, dla którego wyjechałem. W takim nietolerancyjnym kraju nie miałbym świetlanej przyszłości.
- U mnie też nie zapowiada się na jakieś zmiany.
- Gorzej jest chyba tylko w Rosji.
- Każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa - powiedział Aleksander.
Zawisła nad nimi wymowna, pełna zrozumienia cisza.
Allulay - dziękuję za miłe słowa! Ostatni był mały zastój, jeśli chodzi o "kolejne rozdziały", ale mam nadzieję, że ten nieco zrekompensuje czekanie. a co do stypy, to jestem jak najbardziej za!:D
