Ten rozdział to jakby druga część rozdziału 8. Myślę, że trochę się tu wyjaśnia i nieco usprawiedliwiona jest treść poprzedniej części.
Piszcie, proszę, komentarze. Miło się je czyta, za każdym razem.
Fleur Delacour nie była głupia. Można było zarzucić jej próżność, samozachwyt, egoizm, piekielną inteligencję, nienaganną prezencję czy świetne metody wychowawcze. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby jej za głupią. Dlatego, gdy mąż zaczął później wracać do domu i mniej przykładać uwagę do tego co tyczyło się rodziny, Fleur nie spanikowała. Uznała, że ma to związek z jego pracą w Banku i z ostatnimi kłopotami z Goblinami. Francuzka zrezygnowała z pracy, gdy zaszła w pierwszą ciążę, ale zaczęła już rozmawiać z mężem o powrocie. Chciała poczekać, aż Louis podrośnie na tyle, by bez strachu można było go zostawiać w żłobku. Gdy Bill zaczął wyrywać się na spotkania rodzinne i z ochotą przyjmował zaproszenia na obiady do Nory, Fleur nie zdziwiła się, jej mąż zawsze był bardzo rodzinny. Kochał rodziców i rodzeństwo tak mocno, że zrobiłby dla nich wszystko, a jego żona była rozsądna i nie miała o to pretensji.
Jednej nocy Bill nie wrócił. Mimo, że Fleur przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, jej umysł nadal nie dopuszczał do świadomości jakiejkolwiek przewiny Billa. Leżała, tuląc najmłodsze dziecko i wpatrywała się w ciemność. Rano znalazła męża na kanapie, nie rozebrał się do snu, położył się w butach, a w salonie śmierdziało trawionym alkoholem i papierosami. Zignorowała to. Jaką byłaby żoną, gdyby raz na jakiś czas nie pozwoliła mężowi wyjść z kolegami do baru? Gdy najstarszy Weasley obudził się z monstrualnym kacem, w kuchni już czekała na niego świeżo parzona kawa i śniadanie.
Jakiś czas później Bill wyjechał służbowo. Zapowiedział, że nie będzie go kilka dni i żeby, absolutnie, się nie martwiła. Prosta praca dla Gringotta, niezagrażająca życiu ale miał być w miejscu prawie całkiem odciętym od świata. Fleur zrozumiała i obiecała, że nie będzie nękać go sowami i fiukać bez przerwy. Pożegnała Billa z szerokim uśmiechem na twarzy, dzieci machały do niego radośnie. Gdy tylko zniknął za drzwiami Muszelki, kobieta rozpłakała się żałośnie. Łzy ściekały po jej pięknej twarzy, kapały na kuchenny fartuszek i kaftanik trzymanego w ramionach Louisa. Klęczała na dywanie i gorzko płakała przez kilka minut. Chwilę później ocknęła się i skarciła swoje zachowanie, nie tak ją wychowano. Fleur nie robi scen, nie dramatyzuje, ona działa. Spazmatycznie łapała powietrze, próbując się uspokoić, potem wyprostowała plecy i odetchnęła ciężko, głęboko. Fleur nie była głupia, wiedziała, że nie jest jedyną kobietą w życiu męża.
Spakowała siebie i dzieci, a później wybrała się na pierwszy świstoklik do Francji. W domu rodzinnym, matka przywitała ją delikatnym uściskiem i chłodnym uśmiechem. „Tak się nie robi, córko. Zaciśnij zęby i wracaj do Anglii." powiedziała i te słowa wyjaśniły wszystko. Pani Weasley szybko skreśliła list adresowany do Muszelki, informujący, że odwiedza z dziećmi chorą matkę i wróci tak szybko, jak to możliwe. Przez kilka dni mieszkała u rodziców, spacerowała po Riwierze i zastanawiała się czy wystarczy jej sił, by udawać, że nic się nie wydarzyło. Postanowiła, jedynie, dowiedzieć się kim jest ta druga kobieta i wytłumaczyć jej w jakiej sytuacji zostały postawione, gdyż nie podejrzewała, że jakakolwiek kobieta mogłaby zrobić to innej, wiedząc, że tamta ma dzieci.
Weasleyowie wrócili do Anglii, gdy Bill był już na miejscu. Na Fleur czekały najpiękniejsze róże, jakie widziała i szarmancki, przystojny mąż. „Może wymyśliłam sobie cały ten romans?" zastanawiała się, całując mężczyznę swojego życia i rozpinając guziki jego koszuli. „Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo się stęskniłem." mówił między pocałunkami. Fleur była mądra, więc mu nie wierzyła.
Kilka dni później obserwowała, jak Bill obmacuje najmłodszą szwagierkę, przypierając ją do zlewu w kuchni matki. Czasem żałowała, że nie jest głupia.
OoOoO
Ginny i mały Potter wpatrywali się w siebie bez ruchu.
- A może głodny jesteś? – spytała, lecz nie doczekała się odpowiedzi. James tylko wykrzywił buźkę w grymasie niezadowolenia.
- A może położymy dzidziusia spać? – tym razem w jej głosie słychać było nadzieję. Usteczka chłopca zaczęły wyginać się w podkówkę.
- Ale nie płacz. No przecież mówiłam, żebyś nie płakał. Potter, no co ja mogę, jak ja już wszystko zrobiłam, a ty nadal jesteś niezadowolony.
Dziecko zawyło głośno i uruchomiło koncert nieznośnych dźwięków. Wrzaski urwały się tak szybko, jak rozpoczęły. Na małej twarzyczce wykwitł szeroki, bezzębny uśmiech, wzrok dziecka powędrował wysoko, nad ramieniem matki.
- Tak myślałam, Potter, ja tu sobie żyły wypruwam, a ty uśmiechasz się tylko, gdy ojciec stanie w drzwiach. No, jeszcze zobaczymy! Witaj, ulubieńcu tego małego niewdzięcznika – powiedziała, całując męża. Harry zaprezentował równie szeroki, jak u syna, uśmiech i usiadł koło dziecka.
- Cześć rodzino. Byliście grzeczni?
- Oczywiście, dopóki nie zorientowaliśmy się, że tatuś nie wraca o tej godzinie co zazwyczaj.
- Och, odwiedzałem Rona w sklepie. Sprawdzałem, jak im się teraz wiedzie – powiedział i ucałował stopkę odzianą w niebieską skarpetkę ze złotym zniczem. James spojrzał na ojca dezaprobatą. – Widziałaś? Nie podobało mu się! – powiedział uradowany Harry i złapał stopę ponownie.
- Nie drażnij dziecka, to w połowie Weasley i może się zemścić. No, ale mów co u mojego brata.
- Szczerze mówiąc niewiele udało mi się z tego wywnioskować. Ron jest bardzo zadowolony z pracy u bliźniaków, twierdzi, że nareszcie spełnia się zawodowo.
- Przez trzy lata kursu aurorskiego i dwa lata pracy nie był w stanie stwierdzić, że to nie praca dla niego. Teraz będzie tak samo – sarknęła.
- Czy ja wiem? Mówił, że zaczęli znowu dogadywać się z Hermioną. Ponoć przestała wyglądać, jakby nieustannie chciała go zabić.
- Dziwisz się, że miała ochotę? – zapytała, próbując wyplątać syna ze śpiochów, James popiskiwał, jak niezadowolony kotek.
- Ja to zrobię. Wcale się nie dziwię, ale uważam, że może im to wyjść na dobre. Wiesz, Ron nie był wybitnym aurorem więc zmiana zawodu nie jest dla niego wielką stratą. Hermiona się przyzwyczai, musi się oswoić z sytuacją i nawet jeśli nie będzie jej się to podobało to nie da tego po sobie poznać. Pewnie uznała, że kara, jako taka, była już wystarczająca.
- Mam nadzieję. Ubierz mu te niebieskie. Przestraszyłam się, gdy usłyszałam, że wyjechała.
- Nie lubi niebieskich, wezmę zielone. Wyjechała? Nic nie słyszałem.
- Od dwóch dni jest w delegacji, ponoć bardzo chętnie się jej podjęła. Może to i lepiej, odpoczną trochę od siebie i poukłada im się na dobre.
- Pewnie masz rację – przytaknął i zapiął zatrzaski w piżamce syna. Przytulił czarnowłosego chłopca i pogłaskał go po wypukłym czole.
- Oczywiście, że tak. Mają prawo trochę się posprzeczać, po dwunastu latach znajomości. Znaczy, wiem, że zawsze się kłócili ale taka poważniejsza burza raczej ich umocni.
- Oby. Dostałaś list od mamy? Zaprosiła nas do Nory na jutro.
- Fantastycznie. Obiad czy kolacja?
- Obiad.
- Dzięki Merlinowi, u nas lodówka pusta. Mógłbyś? – zapytała z uśmiechem.
- Oczywiście, położę Jamesa do łóżeczka i skoczę do sklepu. Jakieś specjalne życzenia?
Gdyby można było kupić święty spokój, albo dzień bez posiadania dziecka Ginny pewnie by się skusiła. Jednak jej wybór został ograniczony do kilki produktów spożywczych i pampersów.
- A mama pisała ci kto jutro będzie? – spytała, zanim Harry zniknął.
- Ponoć wszyscy, oprócz Freda, który powiedział, że ktoś odpowiedzialny musi zająć się sklepem skoro większość pracowników ma zamiar zajadać się mamusinymi obiadkami.
- Tak, odezwał się samiec alfa. Dobrze, leć, bo jeszcze trzeba kolację zrobić! – Ginny pogoniła męża i ruszyła dziarsko do kuchni.
OoOoO
Fred pił. Zasadniczo Fred pił od dwóch tygodni z niewielkimi przerwami. Lał w siebie Ognistą, bo dawno nikt go tak nie wkurwił. Ostatni był chyba Voldemort ale to nie do końca się liczy. Anna postawiła go w sytuacji, w której nie zamierzał się nigdy znaleźć. „Proszę bardzo. Nowe bobo u Weasleyów. Ciekawe czy matka poryczy się tak samo, jak przy potterowym." myślał, nalewając sobie kolejny kieliszek. Pewnie się nie popłacze, bo to tylko dzieciak Freda, w dodatku spłodzony gdzieś po pijaku, a nie potomek Złotego Chłopca i jedynej córeczeki.
Fred był zły. Wściekły i pijany. Wiedział, że nie powinien w ten sposób potraktować tej dziewczyny, ale to samo się stało. Jakiś przebiegły chochlik podpowiedział mu, że łatwiej będzie ją poniżyć i ośmieszyć, niż zostać ojcem. Fred znał kilku facetów, którzy o wiele bardziej nadawali się na rodziców. Arthur, Bill, nawet Percy. W sumie to odpowiedzialni, poważni i kochający mężczyźni. Nie to co on. Weasleyowi wydawało się czasem, że tak właściwie to jemu na niczym nie zależy. Już mu nie zależy. Po wojnie… eh. To było dawno temu i nie powinien sobie tego przypominać. Jego rodzina przeżyła, on sam również, większość jego przyjaciół żyła nadal. Tylko jedna, jedyna sprawa diametralnie się zmieniła. Fred uważa, że to właśnie ona wpłynęła na to, kim teraz jest. Angelina uważa, że zdecydowała tak ponieważ Fred stał się po wojnie kimś innym. George nie ma zdania. George kocha Angelinę i cieszy się, że została jego żoną.
Angelina stara się nie żałować.
George stara się nie zastanawiać.
Fred stara się nie trzeźwieć.
